Blog

  • Prezydent wysyła ustawę o podatku od gigantycznych zysków paliwowych do TK. Premier: „Pamiętajcie przy dystrybutorach”

    Prezydent wysyła ustawę o podatku od gigantycznych zysków paliwowych do TK. Premier: „Pamiętajcie przy dystrybutorach”

    Prezydent Karol Nawrocki nie zawetował ani nie podpisał ustawy o opodatkowaniu nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych. Zamiast tego skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Oznacza to, że przepisy nie wejdą w życie do momentu rozstrzygnięcia Trybunału. Decyzja wywołała ostrą reakcję premiera Donalda Tuska, który nazwał ją „szokującą”.

    Chodzi o ustawę, która miała wprowadzić tzw. windfall tax – podatek od nadzwyczajnych zysków, głównie producentów paliw, w tym Orlenu. Rząd spodziewał się z tego tytułu dodatkowych wpływów w wysokości około 4 mld zł. Te środki miały stanowić finansowanie dla rządowego programu CPN (Ceny Paliw Niżej), który do końca czerwca zapewniał kierowcom niższe ceny benzyny i oleju napędowego na stacjach.

    Spór o konstytucyjność

    Prezydent jasno wyjaśnił powody swojej decyzji. Jego podstawowy zarzut dotyczy retroaktywności przepisów. Jak powiedział:

    Prawo ma wejść w życie w sierpniu, ale podatek miałby obejmować dochody uzyskiwane już od początku marca. Oznacza to próbę opodatkowania działalności z mocą wsteczną.

    Nawrocki odwołał się przy tym do zasady Lex retro non agit (prawo nie działa wstecz).

    Prezydent zwrócił też uwagę na ryzyko przerzucenia kosztów na konsumentów. W jego ocenie dodatkowy podatek – wynoszący aż 60 proc. podstawy opodatkowania – zostanie w efekcie przerzucony na klientów stacji benzynowych. Cytujemy jego wypowiedź:

    Rachunek zapłacą wtedy nie tylko kierowcy. Zapłacą rolnicy, transportowcy, małe przedsiębiorstwa i rodziny kupujące żywność, której cena zależy przecież również od kosztów przewozu.

    Nawrocki wskazał, że właśnie te argumenty skłoniły go do skierowania ustawy do TK.

    Reakcja rządu: pieniądze przepadły?

    Premier Donald Tusk w ostrym tonie skomentował decyzję głowy państwa w mediach społecznościowych. „Prezydent zablokował ustawę, która pozwalała opodatkować gigantyczne zyski koncernów paliwowych, dzięki czemu można było sfinansować tańsze paliwa na naszych stacjach (program CPN). Pamiętajcie o tym przy dystrybutorach” – napisał.

    Decyzja prezydenta oznacza w praktyce, że rząd na razie nie może liczyć na planowane wpływy z podatku. Minister finansów Andrzej Domański zwracał na to uwagę, podkreślając, że środki te były podstawą do finansowania programu taniego paliwa. Co jednak istotne, do tej pory rząd nie deklarował jednoznacznie, że program CPN może wrócić. Ministrowie mówili raczej o „przyglądaniu się” sytuacji, nie składając wiążących obietnic.

    Gorąca wymiana ciosów w sieci

    Spór szybko przeniósł się do internetu. Szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker odpowiedział premierowi, zarzucając mu brak zrozumienia ekonomii. Według niego obecny premier to „gospodarczy dyletant”, który próbuje przekonać Polaków, że nałożenie nowego podatku na paliwa sprawi, iż ceny na stacjach spadną. „Zamiast nakładać kolejne podatki, proszę obniżyć VAT i akcyzę, tak jak robił to rząd Prawa i Sprawiedliwości. To realnie obniża ceny, a nie przerzuca kolejne koszty na kierowców” – zwrócił się do premiera. Szefernaker dodał, że prezydent uchronił Polaków przed rozwiązaniami, które mogły doprowadzić do rekordowych cen benzyny i oleju napędowego.

    Na wpis odpowiedział minister Maciej Berek, który bronił rządowej propozycji. „Prezydent zarzuca, że ustawa wprowadzająca podatek od dodatkowych zysków koncernów paliwowych jest niekonstytucyjna, bo działa wstecz. Najwyraźniej ktoś w Kancelarii w tej sprawie słabo doradził…” – napisał. Berek argumentował, że ustawa ze swej istoty może dotyczyć tylko sytuacji przeszłej, bo zyski ustala się po upływie określonego czasu, a nadzwyczajne zyski mogą być opodatkowane wtedy, kiedy już wystąpiły. „Oczekiwanie, żeby tego typu przepisy działały wyłącznie na przyszłość, to nieporozumienie. Bo trzeba by uchwalić przepisy »na wypadek«, gdyby takie dodatkowe zyski (nie wiadomo, w jakiej wysokości) wystąpiły” – stwierdził.

    Teraz losy ustawy spoczywają w rękach Trybunału Konstytucyjnego, który musi ocenić, czy przepisy są zgodne z ustawą zasadniczą. Do tego czasu żadne nowe obciążenia podatkowe dla paliwowych koncernów nie wejdą w życie, a program CPN pozostaje historią.

  • Varta składa wniosek o upadłość. Kultowy producent baterii na krawędzi

    Varta składa wniosek o upadłość. Kultowy producent baterii na krawędzi

    W piątek Sąd Rejonowy w Stuttgarcie potwierdził wpłynięcie czterech wniosków upadłościowych od firmy Varta. Dla 139-letniego producenta baterii, który przez dekady gościł w niemal każdym domu – od pilotów po latarki – to bolesny zwrot akcji. Firma, która w 2021 roku notowała przychody na poziomie ponad 900 mln euro, dziś stoi przed perspektywą rozpadu.

    Cztery wnioski w Stuttgarcie

    Wnioski złożono zarówno wobec jednostki dominującej, jak i trzech spółek zależnych: Varta Microbattery, Varta Micro Production i Varta Storage. Jak podaje Agencja Reutera, główną przyczyną jest brak nowego finansowania – dotychczasowi właściciele, czyli Porsche oraz austriacki biznesmen Michael Tojner, nie wyrazili zgody na dalsze dokładanie pieniędzy.

    Kto przejmie które aktywa?

    Rozpad Varty staje się przez to coraz bardziej realny. Główni wierzyciele – w tym Deutsche Bank oraz fundusze hedgingowe – planują przejąć rentowną działalność w segmencie baterii domowych. Z kolei Michael Tojner podobno wyraził chęć przejęcia działu mikrobaterii, który produkuje baterie guzikowe do aparatów słuchowych.

    Zgodnie z planem ogłoszonym w tym tygodniu, działalność związana z bateriami domowymi ma zostać oddzielona i otrzymać nową strukturę własnościową. Lista głównych inwestorów niechętnych do ratowania całości obejmuje oprócz Deutsche Banku także RBC BlueBay, Blantyre i Whitebox.

    Decydujący cios od Apple

    Varta przez lata opierała się na współpracy z Apple, które wykorzystywało jej baterie w słuchawkach AirPods. W 2022 roku Apple zaczęło jednak szukać innych dostawców, a zamówienia gwałtownie spadły. Przychody ze sprzedaży baterii guzikowych zmalały aż o 47 proc.

    Firma wymienia także inne czynniki: znaczne pogorszenie warunków rynkowych, słabszy popyt, negatywne wahania kursów walut oraz rosnącą konkurencję z Azji. W efekcie elastyczność finansowa Varty w ostatnich miesiącach stawała się coraz bardziej ograniczona.

    Prewencyjny krok bez ratunku

    Przedstawiciele Varty podkreślają, że wniosek ma charakter zapobiegawczy, a codzienne funkcjonowanie nie jest obecnie zagrożone przez poważne problemy z płynnością. Mimo intensywnych rozmów z interesariuszami nikt nie zgodził się na zapewnienie dodatkowego finansowania.

    „Pomimo intensywnych rozmów ze wszystkimi interesariuszami, żadna ze stron nie wyraziła zgody na zapewnienie dodatkowego finansowania” – oświadczył rzecznik grupy.

    Historia dwóch upadków

    Początki Varty sięgają 1887 roku. Firma już raz popadła w tarapaty w latach 90. XX wieku – wówczas została podzielona i sprzedana w częściach. W 2007 roku dział mikrobaterii kupił Michael Tojner, a dziesięć lat później wprowadził spółkę na giełdę. Rozwój napędzał szybko rosnący popyt na akumulatory litowo-jonowe do słuchawek bezprzewodowych i smartwatchy.

    W ciągu kilku lat przychody wzrosły niemal czterokrotnie. Firma zaciągnęła wysokie kredyty na rozbudowę mocy produkcyjnych i rozpoczęła prace nad ogniwami do samochodów elektrycznych. Globalny kryzys inflacyjny uderzył jednak w popyt na elektronikę użytkową, a chińska konkurencja i zakłócenia w łańcuchach dostaw utrudniły ekspansję. Pracownicy kierowani byli na urlopy bezpłatne, a później zlikwidowano setki miejsc pracy.

    W 2024 roku w ramach restrukturyzacji do akcji wkroczyły Porsche i Tojner, akcjonariusze pozostali z niczym, a Varta została wycofana z giełdy. Teraz firma staje przed drugim upadkiem w swojej historii.

    Michael Tojner, przewodniczący rady nadzorczej, ocenił niedawno w „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, że firma postawiła poprzeczkę zbyt wysoko.

    „Uruchomiliśmy różne projekty, intensywnie inwestowaliśmy i zwiększyliśmy produkcję. Zbyt dużo pieniędzy zainwestowano wówczas zbyt lekkomyślnie” – stwierdził.

    Wnioski upadłościowe trafią teraz do odpowiedniego sędziego w Stuttgarcie. To on zadecyduje o dalszych losach legendarnego producenta baterii.

  • Stopy w Europie Środkowej: Węgry tną, Czesi podnoszą, Polska czeka

    Stopy w Europie Środkowej: Węgry tną, Czesi podnoszą, Polska czeka

    Banki centralne w regionie po raz kolejny pokazały, że każdy kraj gra własną melodię. Podczas gdy Węgry zdecydowały się na obniżkę stóp procentowych, Czechy poszły w górę, a Polska i Rumunia pozostawiły wszystko bez zmian. Do tego dochodzi decyzja Europejskiego Banku Centralnego, który – choć tym razem nie ruszył stawek – daje do zrozumienia, że wrzesień może przynieść nowe podwyżki.

    Węgry tną stopy w dół

    Węgrzy, zgodnie z oczekiwaniami rynku, obniżyli stopę bazową o 0,25 pkt proc., do poziomu 5,75 proc. Głównym powodem jest spadek inflacji – w czerwcu wyniosła ona 1,7 proc., a inflacja bazowa utrzymała się na poziomie 2 proc.

    W komunikacie banku centralnego czytamy, że „trendy inflacyjne były korzystniejsze, niż prognozowano w czerwcu”, a niższa premia za ryzyko dla aktywów krajowych daje dalsze pole manewru.

    Co więcej, bank zapowiedział, że jeśli korzystne tendencje się utrzymają, Rada dostrzega możliwość dalszych obniżek stopy bazowej w okresie letnim. Kolejny ruch będzie jednak uzależniony od wrześniowego raportu o inflacji. Bank spodziewa się, że tempo wzrostu cen utrzyma się poniżej celu 3 proc. do końca bieżącego roku i na początku przyszłego, a inflacja powróci do celu w pierwszej połowie 2028 r.

    Czechy idą pod górę, Polska czeka

    Całkiem inną ścieżkę obrała Republika Czeska. Czeski bank centralny podniósł stopy procentowe z 3,5 do 3,75 proc. To ruch w przeciwnym kierunku niż u południowego sąsiada.

    Z kolei Narodowy Bank Polski – jak zauważył w swoim komunikacie bank węgierski – pozostawił stopy bez zmian w lipcu. To samo zrobił bank centralny Rumunii.

    EBC: stopa bez zmian, ale wrześniowa podwyżka wisi w powietrzu

    Europejski Bank Centralny na czwartkowym posiedzeniu utrzymał stopę depozytową na poziomie 2,25 proc., a stopę refinansową na 2,4 proc. Decyzja nie była zaskoczeniem – analitycy i rynki jej oczekiwali.

    W swoim komunikacie EBC podkreślił, że Rada Prezesów jest dobrze przygotowana na niepewność związaną z konfliktem w Zatoce Perskiej. Zapowiedział podejście „zależne od danych” i „spotkanie po spotkaniu”.

    „Decyzje Rady Prezesów w sprawie stóp procentowych będą oparte na ocenie perspektyw inflacji oraz otaczających ją czynników ryzyka, w świetle napływających danych ekonomicznych i finansowych” – głosi komunikat. Bank wyraźnie zastrzegł, że nie zobowiązuje się z wyprzedzeniem do konkretnej ścieżki stóp.

    Eksperci są jednak zgodni, że najtrudniejsza decyzja zapadnie we wrześniu. Analitycy platformy inwestycyjnej Portu wskazują, że za podwyżką przemawia inflacja utrzymująca się powyżej celu oraz ropa powyżej 90 dolarów za baryłkę, która ponownie zwiększy presję cenową. Z kolei słaby wzrost gospodarczy w strefie euro oraz dalsze zaostrzanie kryteriów kredytowych przez banki są argumentami przeciw.

    Jack Allen-Reynolds z Capital Economics zauważa, że jeśli ceny energii spadną w nadchodzących miesiącach, EBC najprawdopodobniej pozostawi stopy bez zmian przez resztę roku. W przeciwnym razie istnieje spora szansa na kolejną podwyżkę.

    Z kolei Roman Ziruk z Ebury studzi nastroje: „Naszym zdaniem ten wzrost oczekiwań jest nazbyt agresywny. Wzrost gospodarczy jest słaby, presja płacowa spada, długoterminowe oczekiwania inflacyjne są dobrze zakotwiczone”. Jego zdaniem EBC ryzykuje popełnienie błędu, zacieśniając politykę w reakcji na szok energetyczny o charakterze podażowym, a nie na rzeczywistą inflację napędzaną popytem.

    Co dalej?

    Sytuacja w regionie jest wyraźnie rozbieżna. Podczas gdy Węgry cieszą się spadającą inflacją i obniżkami stóp, Czesi zaostrzają politykę. Polska wciąż pozostaje w zawieszeniu. Rynek wycenia niemal dwie pełne podwyżki stóp EBC po 25 pb w pozostałej części roku. Analitycy z Ebury uważają to za zbyt agresywne, inni zaś nie wykluczają podwyżki już we wrześniu. Wszystko zależy od danych, które napłyną w ciągu najbliższych tygodni.

  • Czy od koperty weselnej trzeba zapłacić podatek? Sprawdzamy, co mówi fiskus

    Czy od koperty weselnej trzeba zapłacić podatek? Sprawdzamy, co mówi fiskus

    Sezon weselny w pełni. Młode pary po otrzymaniu stosu kopert często zadają sobie to samo pytanie: czy od zebranych pieniędzy trzeba odprowadzić podatek? Odpowiedź wcale nie jest prosta, a kluczowe znaczenie ma nie łączna suma, lecz kwota od pojedynczego gościa.

    Darowizna, nie prezent

    Z perspektywy polskiego prawa każda koperta z gotówką wręczona na weselu to darowizna od konkretnej osoby na rzecz konkretnej osoby. Potwierdził to w sierpniu 2024 roku Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej. Nie ma znaczenia, że pieniądze wręczono przy weselnym stole w ozdobnej kopercie – fiskus traktuje je tak samo jak każdą inną darowiznę.

    Najważniejsza zasada: liczy się nie suma z całego wesela, tylko kwota od jednego darczyńcy. Jeśli para młoda zebrała łącznie 80 tys. zł, ale największa koperta opiewała na 3 tys. zł, a pozostałe były niższe, limity nie zostają przekroczone i niczego nie trzeba zgłaszać. Inaczej wygląda sytuacja, gdy jeden gość wręczył 40 tys. zł – wtedy sprawa wymaga uwagi.

    Trzy grupy podatkowe i ich limity

    Wysokość kwoty wolnej od podatku zależy od stopnia pokrewieństwa między darczyńcą a obdarowanym. Ustawa o podatku od spadków i darowizn dzieli wszystkich na trzy grupy.

    Do grupy pierwszej zaliczają się małżonek, dzieci, wnuki, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, pasierb, ojczym, macocha, a także teściowie, zięć i synowa. Tutaj kwota wolna od podatku wynosi 36 120 zł od jednej osoby.

    Druga grupa to dalsza rodzina – ciotki, wujkowie, kuzyni i rodzeństwo małżonka. Limit sięga 27 090 zł.

    Trzecia grupa obejmuje wszystkich pozostałych: przyjaciół, kolegów z pracy i sąsiadów. Próg jest najniższy i wynosi 5733 zł.

    Kwoty te obowiązują od 1 lipca 2023 roku i nie zmieniły się w 2026 roku.

    Grupa zerowa – pełne zwolnienie, ale z warunkami

    W pierwszej grupie wyróżnia się tzw. grupę zerową, do której należą najbliżsi: małżonek, dzieci, wnuki, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, pasierb, ojczym i macocha. Teściowie, zięć i synowa już do niej nie należą.

    Grupa zerowa może otrzymywać darowizny dowolnej wysokości bez podatku, ale pod dwoma warunkami. Jeśli kwota od jednej osoby przekracza 36 120 zł, konieczne jest zgłoszenie na formularzu SD-Z2 w ciągu sześciu miesięcy od otrzymania darowizny. Co więcej, powyżej tej kwoty pieniądze muszą wpłynąć przelewem bankowym lub przekazem pocztowym – gotówka wręczona do ręki pozbawia prawa do zwolnienia.

    Jak przypomina serwis Interia Biznes, w sytuacji gdy rodzice chcą wspomóc młode małżeństwo, najlepiej, aby przelali pieniądze własnemu dziecku, a nie bezpośrednio synowej czy zięciowi, bo teściowie należą już do I grupy podatkowej, a nie zerowej.

    Terminy, które łatwo pomylić

    Dla najbliższej rodziny z grupy zerowej termin na złożenie SD-Z2 wynosi sześć miesięcy. Spóźnienie oznacza utratę zwolnienia i konieczność zapłaty podatku według stawek od 3 do 7 proc. nadwyżki.

    Pozostali – teściowie, zięć, synowa oraz osoby z II i III grupy – mają zaledwie miesiąc i składają inny formularz, SD-3. Na jego podstawie urząd wydaje decyzję określającą wysokość podatku.

    Od 7 stycznia 2026 roku przepisy przewidują możliwość przywrócenia terminu na złożenie SD-Z2 w określonych sytuacjach.

    Co grozi za brak zgłoszenia?

    Jeśli obdarowany nie zgłosi darowizny przekraczającej limit w wymaganym terminie, traci prawo do zwolnienia. Urząd skarbowy naliczy wtedy podatek według standardowej skali. Prawdziwy problem pojawia się podczas kontroli – na przykład przy zakupie mieszkania czy samochodu. Jeśli w trakcie kontroli podatnik powoła się na niezgłoszoną wcześniej darowiznę od rodziny, fiskus może nałożyć sankcyjną stawkę podatku w wysokości aż 20 proc. otrzymanej kwoty.

    Jak spać spokojnie?

    Eksperci radzą trzy proste kroki. Po pierwsze, spisać po weselu, kto i ile dał. Po drugie, przy większych prezentach od najbliższych poprosić o przelew z tytułem wskazującym, że to darowizna. Po trzecie, jeśli pojedyncza koperta przekracza limit dla danej grupy, złożyć odpowiednie zgłoszenie w terminie – formularz jest bezpłatny i można go wypełnić przez internet w kilka minut.

  • Gdzie w Polsce apartamenty są droższe niż w Warszawie? Nowy ranking cen mieszkań

    Gdzie w Polsce apartamenty są droższe niż w Warszawie? Nowy ranking cen mieszkań

    Kto powiedział, że Warszawa musi być najdroższym rynkiem mieszkaniowym w kraju? Wcale nie stolica, a popularne miejscowości turystyczne dyktują dziś ceny, które zostawiają stolicę daleko w tyle. Najnowsze zestawienie serwisu RynekPierwotny.pl pokazuje, że wakacyjny apartament w górach czy nad morzem to już wydatek rzędu nawet 35 tys. zł za metr kwadratowy.

    Zakopane nie do pobicia

    Ranking najdroższych destynacji wakacyjnych od dwóch lat z rzędu otwiera Zakopane. Średnia cena metra kwadratowego mieszkania deweloperskiego w stolicy Tatr wynosi blisko 34,9 tys. zł. To wzrost o prawie 12 proc. w skali roku. Mimo silnej konkurencji ze strony kurortów nadmorskich, Zakopane utrzymuje pozycję lidera i umacnia swój status najbardziej luksusowego rynku mieszkaniowego poza Warszawą.

    Sopot wskakuje na podium, Świnoujście spada

    Największy awans zanotował Sopot. Nadbałtycki kurort przeskoczył z piątej lokaty w ubiegłorocznym zestawieniu na drugą, wyprzedzając Świnoujście. Ceny w Sopocie poszły w górę o 17 proc. , osiągając poziom niemal 26,8 tys. zł za metr kwadratowy. To sprawia, że Sopot zbliża się do zakopiańskiego lidera.

    Trzecie miejsce zajęło Świnoujście, które przed rokiem było wiceliderem. Średnia cena w tym mieście obniżyła się jednak o około 5 proc. i wynosi obecnie 25,6 tys. zł za metr kwadratowy. Mimo spadku, rynek w Świnoujściu pozostaje jednym z najdroższych w kraju.

    Bałtyk dominuje, ale góry nie odpuszczają

    W pierwszej dziesiątce najdroższych miejscowości turystycznych znalazło się siedem kurortów nadmorskich i trzy górskie. Oprócz Sopotu i Świnoujścia, na liście znalazły się Międzyzdroje (24,1 tys. zł), Hel (23,6 tys. zł), Krynica Morska (22,2 tys. zł), Grzybowo (22 tys. zł) i Dziwnów (20,8 tys. zł).

    Górskie ośrodki reprezentują Zakopane, Kościelisko (ponad 25,1 tys. zł) i Białka Tatrzańska (22,4 tys. zł). To pokazuje, że zarówno górskie krajobrazy, jak i bliskość morza potrafią znacząco podnieść wartość nieruchomości.

    Próg wejścia rośnie

    Analiza RynekPierwotny.pl wskazuje, że próg wejścia do pierwszej dziesiątki systematycznie się podnosi. Dwa lata temu, aby znaleźć się w gronie najdroższych kurortów, wystarczała średnia cena poniżej 19 tys. zł za metr kwadratowy. Obecnie granica ta wynosi już 21 tys. zł. Eksperci zwracają uwagę, że od trzech lat aż siedem miejsc w zestawieniu należy do kurortów nadmorskich, co potwierdza koncentrację najdroższego segmentu nad Bałtykiem.

    Lokalizacja przede wszystkim

    W przypadku apartamentu wakacyjnego płaci się przede wszystkim za lokalizację. Im bliżej plaży, jeziora czy stoku narciarskiego, tym wyższa cena. Nabywcy są też gotowi zapłacić bardzo dużo za możliwość podziwiania wyjątkowego krajobrazu z okna lub tarasu — wskazał Marek Wielgo z portalu RynekPierwotny.pl.

    Wysokie ceny wynikają również z ograniczonej podaży. Autorzy raportu zaznaczają, że oferta deweloperska w miejscowościach turystycznych bywa mocno ograniczona. W Kołobrzegu, Międzyzdrojach czy Świnoujściu kupujący mają do wyboru setki lokali. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Białce Tatrzańskiej, Krynicy-Zdroju, Szczawnicy oraz Kościelisku, gdzie dostępnych jest zaledwie 20-30 mieszkań.

    Jeszcze bardziej ograniczona jest oferta w regionie warmińsko-mazurskim. W Iławie dostępnych jest kilkadziesiąt lokali, natomiast w Ostródzie kupujący mają do wyboru zaledwie trzy mieszkania.

    W górach atrakcyjnych działek budowlanych jest niewiele, a możliwości inwestycyjne ograniczają również uwarunkowania środowiskowe i krajobrazowe. Z kolei na Warmii i Mazurach dużą popularnością cieszą się domy jednorodzinne i rekreacyjne — dodał ekspert.

    Cały raport serwisu RynekPierwotny.pl pokazuje, że rynek mieszkań wakacyjnych w Polsce rządzi się własnymi prawami, a za prestiżową lokalizację trzeba dziś zapłacić naprawdę rekordowe kwoty.

  • Kwota wolna od podatku w górę. Schetyna: nie musi to być od razu 60 tys. zł

    Kwota wolna od podatku w górę. Schetyna: nie musi to być od razu 60 tys. zł

    Koalicja rządząca wraca do jednej z najbardziej spektakularnych obietnic wyborczych. Po miesiącach ciszy politycy potwierdzają, że podniesienie kwoty wolnej od podatku jest realne, choć prawdopodobnie nie nastąpi z dnia na dzień.

    Jest zielone światło od premiera

    Senator Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna potwierdził w Radiu Zet, że istnieje zgoda premiera Donalda Tuska na rozpoczęcie prac nad tym rozwiązaniem. — Tak, wejdziemy w ten korytarz podejmowania decyzji i rzeczywiście przed końcem tej kadencji zrealizujemy to zobowiązanie — powiedział Schetyna.

    Polityk podkreślił, że KO nie wygra kolejnych wyborów, jeśli nie zrealizuje tak ważnych zobowiązań. Dodał jednak, że skala podwyżki będzie zależeć od kondycji budżetu.

    Podwyżka w kilku krokach

    Choć przedwyborcza zapowiedź mówiła o skoku z obecnych 30 tys. zł do 60 tys. zł, Schetyna studzi oczekiwania. — Nie musi to być od razu 60 tys. zł. Wydaje mi się, że w związku z sytuacją budżetową będzie to rozpisane na kilka kroków — zaznaczył.

    Podobne stanowisko prezentuje koalicyjny partner. Szef PSL, wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnił, że podniesienie kwoty wolnej to fundamentalny cel całej koalicji. — Będzie realizacja obietnicy podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Uważam, że to jest fundamentalne dla całej koalicji i nad tym pracuje minister Andrzej Domański — powiedział w TVN24.

    Kosiniak-Kamysz dodał, że jako „rzetelny koalicjant” czeka na przemyślaną ofertę Ministerstwa Finansów. Zaznaczył też, że niezrealizowanie tej obietnicy oznaczałoby duży koszt polityczny dla koalicji, ponieważ konsumuje ona kilka punktów programowych, w tym emeryturę bez podatku.

    Co z drugim progiem podatkowym?

    Polityk PSL został zapytany, czy możliwe jest jednoczesne podwyższenie drugiego progu podatkowego (obecnie 120 tys. zł). Odpowiedział, że przyjąłby rozwiązanie całościowe i nie dzieliłby jednego od drugiego.

    Wiceminister finansów Jarosław Neneman informował pod koniec maja w Sejmie, że podniesienie drugiego progu do 140 tys. zł kosztowałoby budżet niecałe 12 mld zł. Zastrzegł przy tym, że na takiej podwyżce skorzystaliby przede wszystkim najbogatsi podatnicy. Dla porównania w 2025 r. drugi próg podatkowy przekroczyło ponad 2,4 mln osób, które musiały zapłacić wyższą 32-proc. stawkę PIT (przy stawce 12 proc. dla dochodów poniżej progu).

    Koszt gigant, budżet pod presją

    Minister finansów Andrzej Domański informował w ubiegłym roku, że w 2026 r. podwyżki kwoty wolnej nie będzie, a w 2027 r. może być bardzo trudna. Przypomniał, że koszt podniesienia kwoty wolnej do 60 tys. zł z obecnych 30 tys. zł to aż 54 mld zł.

    Resort finansów nie składa jednak broni. — Aktualnie w Ministerstwie Finansów prowadzone są prace analityczne dotyczące różnych wariantów zmian parametrów skali podatkowej — przekazało PAP biuro prasowe ministerstwa.

    Co dalej?

    Kluczowe decyzje zapadną w najbliższych miesiącach. Minister Domański ma przedstawić konkretną propozycję, która – jak sugerują politycy – raczej nie spełni od razu wszystkich wyborczych marzeń. Zmiany będą raczej rozłożone w czasie, ale sam fakt, że rząd wraca do tego tematu, jest wyraźnym sygnałem, że koalicja chce wywiązać się z tej obietnicy przed końcem kadencji.

  • Podwyżki wciąż solidne, ale hamują. Średnia pensja przebiła 9400 zł – i zaskoczyła na plus

    Podwyżki wciąż solidne, ale hamują. Średnia pensja przebiła 9400 zł – i zaskoczyła na plus

    Najnowsze dane GUS pokazują, że presja na wzrost płac w polskich firmach systematycznie słabnie, ale w czerwcu rynek pracy miał jednak niespodziankę. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło dokładnie 9401,58 zł brutto, co oznacza wzrost o 5,9% w porównaniu z czerwcem 2025 roku. To wynik wyraźnie lepszy od prognoz ekonomistów, którzy spodziewali się średnio 5,6%.

    W górę, ale wolniej niż jeszcze rok temu

    Jeszcze w pierwszej połowie 2025 roku dynamika płac przekraczała 9%, a do sierpnia 2025 utrzymywała się powyżej 7%. Obecny odczyt to trzeci z rzędu w okolicach 5,5–6% – poziomu najniższego od pięciu lat. Ekonomiści PKO Banku Polskiego komentują: „Lepsze od oczekiwań dane nie negują hamowania wzrostu płac”.

    Przeciętne wynagrodzenie w ujęciu nominalnym jest o około 520 zł wyższe niż przed rokiem. Po odjęciu składek i podatku na rękę przeciętny pracownik etatowy otrzymał w czerwcu około 6740 zł. Na tę kwotę składają się: 1290 zł na ZUS (emerytalna, rentowa, chorobowa), 730 zł na NFZ oraz 640 zł zaliczki na podatek dochodowy.

    Co stoi za czerwcowym skokiem?

    Część miesięcznego wzrostu (o 2,5% względem maja) ma charakter jednorazowy. Według GUS na poziom przeciętnych wynagrodzeń wpłynęły dodatkowe wypłaty – premie kwartalne i roczne, nagrody jubileuszowe, premie uznaniowe oraz podwyżki płac zasadniczych. Do tego doszedł efekt podwyżki płacy minimalnej, która od stycznia 2026 wynosi 4806 zł brutto (wzrost o 3% w skali roku).

    Ekonomiści Pekao wskazują, że na wynik czerwca mogła też wpłynąć wypłata jednorazowych premii za 2025 rok w KGHM – szacują oni ten efekt na +0,3 pkt proc. do dynamiki płac.

    Zatrudnienie nadal w dół

    Równolegle GUS odnotował spadek przeciętnego zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. W czerwcu wyniosło ono 6 mln 375,3 tys. osób – o 0,9% mniej niż rok wcześniej. To zgodne z prognozami. Trend spadkowy utrzymuje się od trzech lat, a ekonomiści wymieniają kilka przyczyn: starzenie się społeczeństwa, przechodzenie z etatów na umowy cywilnoprawne i B2B, a także automatyzację. Adrian Domitrz z Erste Bank Polska dodaje: „Niepewność spowodowana konfliktami zbrojnymi w regionie i na świecie sprawia, że firmy nie rekrutują tak aktywnie, jak jeszcze kilka lat temu”. Zaznacza jednak, że pełniejsze dane (np. z ZUS) sugerują, iż rynek pracy trzyma się dobrze.

    Kto zarabia najwięcej, a kto najmniej?

    W pierwszym półroczu 2026 średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 5,8% względem analogicznego okresu 2025. Najmocniejszy wzrost odnotowano w kategorii „działalność profesjonalna, naukowa i techniczna” – o 8,8%. O blisko 8% urosła też średnia płaca w obsłudze rynku nieruchomości. Na przeciwnym biegunie znalazło się rolnictwo (wzrost o zaledwie 2,5%) oraz górnictwo i wydobycie, gdzie wynagrodzenia spadły o 0,7%.

    Realnie – więcej w kieszeni

    Inflacja w czerwcu 2026 wyniosła 2,5% rok do roku, więc realny wzrost przeciętnej płacy (po uwzględnieniu wzrostu cen) sięgnął około 3,3–3,4%. Statystycznemu pracownikowi zostaje więc w portfelu więcej niż przed rokiem, ale dynamika jest już wyraźnie spokojniejsza niż w okresie wysokiej inflacji.

    Co dalej?

    Marta Petka-Zagajewska, dyrektorka Biura Analiz Makroekonomicznych PKO Banku Polskiego, prognozuje, że bez nowych silnych impulsów popytowych lub negatywnych dynamika płac rzędu 5–6% może być średnioterminową normą na lata 2026–2027. Rynek pracy – po epizodach rynku pracownika i pracodawcy – znalazł się w punkcie równowagi.

    Warto pamiętać, że dane GUS dotyczą wyłącznie firm zatrudniających co najmniej 10 osób i nie obejmują budżetówki, umów cywilnoprawnych ani mikroprzedsiębiorstw. Kolejny odczyt za lipiec pokaże, czy czerwcowy wzrost był głównie efektem sezonowych premii, czy zapowiedzią trwalszego przyspieszenia.

  • ZUS pokazuje brutalną prawdę o emeryturach. Pięć lat różnicy to ponad 2600 zł miesięcznie

    ZUS pokazuje brutalną prawdę o emeryturach. Pięć lat różnicy to ponad 2600 zł miesięcznie

    Wyobraź sobie dwóch kolegów z tej samej firmy, o podobnych zarobkach przez całą karierę. Jeden kończy pracę w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego, drugi zostaje na etacie kolejne pięć lat. Dziś pierwszy dostaje 2477 zł miesięcznie, a drugi 5147 zł. To nie efekt dodatków czy specjalnych programów – to zwykła arytmetyka systemu emerytalnego.

    Jak działa system?

    Polskie emerytury opierają się wyłącznie na zdefiniowanej składce. Liczy się suma pieniędzy zgromadzona na koncie w ZUS przez całe życie zawodowe, a nie staż pracy ani ostatnia pensja. ZUS dzieli ten kapitał przez statystycznie przewidywaną liczbę miesięcy wypłaty świadczenia. Miesięczna kwota to nic innego jak rozłożenie własnych oszczędności na raty.

    Decydując się na dłuższą pracę, uruchamiamy trzy mechanizmy naraz. Każdy dodatkowy miesiąc oznacza nowe składki powiększające kapitał. Dochodzi do tego coroczna waloryzacja – w 2025 roku wyniosła 14,4%. Przy kapitale 300 tys. zł daje to około 43 tys. zł dopisane w ciągu roku, a przy 500 tys. zł – ponad 70 tys. zł. Im wyższy kapitał, tym więcej dodaje waloryzacja, bez dodatkowego wysiłku. Trzeci mechanizm, choć najmniej znany, ma najsilniejsze działanie: emeryturę oblicza się, dzieląc kapitał przez liczbę miesięcy przewidywanego pobierania świadczenia. Opóźniając przejście na emeryturę, skraca się ten dzielnik, przez co każda miesięczna rata staje się wyższa.

    Konkretne przykłady z ZUS

    Analizy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych pokazują te mechanizmy w akcji. Mężczyzna, który przepracował zaledwie jeden rok dłużej, otrzymał 4623 zł zamiast 3882 zł. Różnica wyniosła 741 zł miesięcznie, czyli 19,1% więcej. W skali roku daje to blisko 8900 zł.

    Jeszcze wyraźniej widać efekt przy pięciu latach. W tym przypadku świadczenie wzrosło z 2477 zł do 5147 zł, czyli ponad dwukrotnie. Miesięczna różnica to 2670 zł – tyle, ile wielu Polaków dostaje jako całą emeryturę. ZUS wylicza, że w obu przypadkach pieniądze utracone w czasie dodatkowych lat pracy zwracają się w ciągu kilku lat. Później wyższa kwota pozostaje do końca życia, a każda kolejna waloryzacja liczona jest od większej podstawy.

    Coraz więcej osób czeka

    Dane potwierdzają, że Polacy zaczynają to dostrzegać. W pierwszej połowie 2025 roku liczba nowo przyznanych emerytur spadła o 17,9%. Coraz rzadziej składa się wniosek od razu po osiągnięciu wieku emerytalnego. Średni wiek przejścia na emeryturę podniósł się do 62,7 lat i systematycznie rośnie. Przybywa także pracujących emerytów – osób pobierających świadczenie i dorabiających na umowach o pracę lub zleceniach.

    Głos z ZUS

    Liwiusz Laska, prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w rozmowie z „Rzeczpospolitą” podkreśla, że priorytetem ZUS jest obecnie informowanie Polaków o tym, jakie skutki niesie wybór momentu przejścia na emeryturę.

    Możemy jasno wskazywać, jak wydłużenie aktywności zawodowej wpływa na wysokość przyszłej emerytury. Każdy dodatkowy rok pracy oznacza wyższe świadczenie, a szczególnie duże znaczenie ma to w przypadku kobiet

    – mówi Laska.

    Według niego społeczeństwo nie jest dziś gotowe na debatę na temat podniesienia wieku emerytalnego. Zauważa jednak, że kobiety coraz częściej dobrowolnie decydują się na dłuższą aktywność zawodową – średni wiek faktycznego przechodzenia na emeryturę wynosi u nich około 61,5 roku, podczas gdy ustawowy wiek to 60 lat. U mężczyzn średnia ta praktycznie pokrywa się z granicznym wiekiem ustawowym. Laska zachęca również do regularnego sprawdzania prognoz emerytalnych oraz rozważenia dodatkowego oszczędzania w ramach PPK czy IKZE. W tym roku ZUS uruchomił program Aktywni 50+, który ma pomóc w zrozumieniu zasad systemu i sposobów na podwyższenie przyszłego świadczenia.

    Mechanizm jest niezmienny – późniejsze rozpoczęcie pobierania emerytury przekłada się na wyższe miesięczne wypłaty. Do samodzielnych kalkulacji ZUS udostępnia kalkulator emerytalny oraz informacje o stanie konta na Platformie Usług Elektronicznych.

  • Huti atakują saudyjskie tankowce. Unia Europejska ostrzega statki, Trump grozi Iranowi

    Huti atakują saudyjskie tankowce. Unia Europejska ostrzega statki, Trump grozi Iranowi

    Napięcie na Bliskim Wschodzie przybiera na sile. Po tym, jak wspierani przez Iran jemeńscy Huti ogłosili blokadę saudyjskich statków w cieśninie Bab al-Mandab, unijna misja morska wydała zalecenie dla jednostek pływających. Następnie rebelianci zaatakowali dwa tankowce, a prezydent USA Donald Trump zapowiedział surowe konsekwencje wobec Teheranu. Cena ropy Brent wzrosła, sięgając poziomu najwyższego od początku czerwca.

    Misja ASPIDES ostrzega przed wysokim ryzykiem

    Unijna misja morska ASPIDES zaleciła, by statki powiązane z Izraelem, Stanami Zjednoczonymi oraz Arabią Saudyjską omijały Morze Czerwone i Zatokę Adeńską w pobliżu Jemenu. Ostrzeżenie objęło także jednostki każdej bandery, które w ostatnim czasie zawijały do saudyjskich portów albo dokonywały w nich załadunku lub wyładunku. Według misji poziom ryzyka dla takich statków i firm przewozowych jest obecnie „wysoki”, ponieważ mogą być postrzegane jako związane z saudyjskimi interesami i potencjalnie stać się celami ataku. Jednostki, które zawinęły do saudyjskich portów, powinny ograniczyć swój ślad elektroniczny poprzez zminimalizowanie liczby aktywnych urządzeń śledzących i transmisji identyfikacyjnych.

    Powodem zaostrzenia sytuacji jest zapowiedź Huti z początku tygodnia o blokadzie dla saudyjskich jednostek w cieśninie Bab al-Mandab – kluczowym punkcie strategicznym na szlaku morskim. Choć rebelianci nie zdołali lub nie chcieli jeszcze w pełni wyegzekwować blokady, sama groźba sprawiła, że część statków zawróciła. Firma analityczna Kpler odnotowała cztery przypadki faktycznego zawrócenia jednostek zmierzających w kierunku cieśniny.

    Atak na tankowce Encelia i Layla

    W środę Huti poinformowali, że zaatakowali dronami i pociskami dwa saudyjskie tankowce – Encelia i Layla – za naruszenie ich blokady morskiej. Byłby to pierwszy taki incydent od momentu ogłoszenia blokady. Państwowa Saudyjska Agencja Prasowa (SPA) potwierdziła, że Encelia została trafiona podczas rejsu po Morzu Czerwonym, a w wyniku uderzenia na dziobie wybuchł pożar. Załoga jest bezpieczna, a atak uznano za naruszenie prawa międzynarodowego. SPA nie podała informacji na temat tankowca Layla.

    Brytyjska agencja UKMTO (United Kingdom Maritime Trade Operations) poinformowała w środę, że „nieznany pocisk” uderzył w saudyjski tankowiec około 130 km od nadmorskiego miasta Al Shuqaiq. Incydent również doprowadził do pożaru na pokładzie. Nie zgłoszono żadnych ofiar.

    Trump: Iran zostanie ukarany militarnie

    Prezydent Donald Trump zareagował w czwartek w poście na platformie Truth Social. Przypomniał, że USA rok temu „bardzo mocno” zaatakowały Huti za zakłócanie światowego handlu, a ci od tamtej pory zachowywali się odpowiedzialnie. „Niestety, teraz znowu zaczynają, strzelając wczoraj wieczorem do dwóch saudyjskich statków” – napisał Trump.

    Proszę, niech ta PRAWDA posłuży jako sygnał, że jeśli zrobią to ponownie, Stany Zjednoczone pociągną Iran do odpowiedzialności, bo Huti są zastępcą i/lub pełnomocnikiem Iranu, a Iran i oczywiście sami Huti zostaną ukarani surowo, militarnie – dodał Trump.

    Wcześniej Trump ostrzegał, że za każdy statek trafiony przez Iran w cieśninie Ormuz Stany Zjednoczone zbombardują i zniszczą jeden most lub elektrownię, w tym obiekty w pobliżu Teheranu.

    Cena ropy i działania USA

    Cena ropy Brent wzrosła w środę o 4 proc., przekraczając poziom 94 dolarów za baryłkę – najwyższy od 8 czerwca. To efekt eskalacji napięć na linii USA–Iran oraz 11 nocy z rzędu amerykańskich ataków na irańskie obiekty wojskowe.

    W tym miesiącu amerykańskie wojsko przeprowadziło ataki na dziesiątki irańskich baz na lądzie, a jednocześnie przywróciło morską blokadę Iranu. Do czwartkowego wieczoru Centralne Dowództwo USA (Centcom) poinformowało o przekierowaniu dziewięciu statków handlowych i unieruchomieniu jednego, aby uniemożliwić im wpływanie do irańskich portów lub wypływanie z nich.

    Sekretarz stanu USA Marco Rubio stwierdził w czwartek, że Teheran wciąż nie jest gotów na zawarcie umowy, przynajmniej takiej, którą USA mogłyby zaakceptować. „Będą nadal płacić cenę, a z każdą nocą cena ta będzie coraz wyższa” – podsumował.

    Dan Pickering, dyrektor ds. inwestycji w Pickering Energy Partners, ocenił, że gdyby Huti zdołali całkowicie zablokować cieśninę Bab al-Mandab, ceny ropy mogłyby ponownie przekroczyć 100 dolarów za baryłkę. Przez tę cieśninę przepływa dziennie około 6,2 mln baryłek ropy, co stanowi mniej więcej 6 proc. światowej podaży. Zdecydowaną większość tego wolumenu stanowi ropa saudyjska.

  • Polska się kurczy: ubyło 156,6 tys. osób. Tylko Małopolska rośnie w siłę

    Polska się kurczy: ubyło 156,6 tys. osób. Tylko Małopolska rośnie w siłę

    Główny Urząd Statystyczny (GUS) opublikował najnowsze dane demograficzne i terytorialne, które potwierdzają systematyczny spadek liczby ludności w Polsce. Tylko jedno województwo – małopolskie – zanotowało wzrost. Powierzchnia kraju nieznacznie się zwiększyła.

    Więcej terytorium, mniej ludzi

    W 2025 roku powierzchnia Polski wzrosła o 433 hektary – wynika z danych GUS. To odwrócenie ubiegłorocznego trendu, gdy terytorium skurczyło się o 68 ha. Zmiany te wynikają zarówno z decyzji administracyjnych dotyczących podziału terytorialnego, jak i z aktualizacji rejestrów geodezyjnych. Urbanizacja postępuje: tereny miast powiększyły się o 6486 ha, podczas gdy obszary wiejskie zmniejszyły się o 6040 ha.

    Zmienił się także status miejscowości. Z dniem 1 stycznia 2026 roku status miasta otrzymało sześć wsi: Janów Podlaski, Stanisławów, Małkinia Górna, Staroźreby, Branice oraz Janów. Ponadto zmodyfikowano granice 19 gmin w pięciu województwach, a gmina wiejska Nowe Miasto Lubawskie zmieniła nazwę na Bratian. Według stanu na 1 stycznia 2026 r. w Polsce funkcjonowało 16 województw, 314 powiatów, 66 miast na prawach powiatu oraz 2479 gmin – w tym 302 miejskie, 1453 wiejskie i 724 miejsko-wiejskie.

    Tylko Małopolska idzie pod prąd

    Największe wyzwanie to demografia. Na początku 2026 roku Polska liczyła 37 mln 332,5 tys. mieszkańców – o 156,6 tys. mniej niż rok wcześniej. Spadek odnotowano w 15 z 16 województw, przy czym największe straty poniosły województwa: śląskie, łódzkie i lubelskie.

    Wyjątkiem jest Małopolska, gdzie populacja wzrosła. Na poziomie powiatowym wzrost zanotowano w 37 jednostkach, z wyraźnym liderem – Krakowem. Wśród gmin wiejskich i miejsko-wiejskich przyrost wystąpił w 426 jednostkach. Największe wzrosty zanotowano w gminach stanowiących bezpośrednie zaplecze ośrodków metropolitalnych. Wokół Warszawy szczególnie wyróżniły się Grodzisk Mazowiecki, Lesznowola, Raszyn i Radzymin. W rejonie Trójmiasta wzrost odnotowano w Kosakowie, Żukowie, Szemudzie i Wejherowie. W okolicach Wrocławia przyrost dotyczył Długołęki, Czernicy i Miękini. W strefie poznańskiej wzrosła populacja w Dopiewie, Kórniku, Rokietnicy i Tarnowie Podgórnym, a w okolicach Krakowa – w Wieliczce.

    Największe spadki w miastach na prawach powiatu dotknęły Łodzi, Bydgoszczy, Szczecina, Częstochowy i Sosnowca. Ubytek odnotowano w 343 powiatach (na 380) oraz w 1739 gminach wiejskich i miejsko-wiejskich (na 2177), a w 12 gminach nie zarejestrowano zmian. Wśród gmin miejsko-wiejskich największy ubytek liczby ludności wystąpił w ośmiu jednostkach: Kluczborku, Nysie, Chrzanowie, Olkuszu, Opocznie, Wieluniu, Kozienicach i Końskich.

    Nowe dane za pierwsze półrocze 2026

    W czwartek GUS przedstawił również wstępne szacunki za pierwsze półrocze 2026 roku. Na koniec czerwca populacja kraju wynosiła około 37 mln 243 tys. – to spadek o 159 tys. w ujęciu rocznym i o 90 tys. od początku stycznia. Wskaźnik ubytku rzeczywistego wyniósł minus 0,24 proc., co oznacza, że na każde 10 tys. mieszkańców Polski ubyły 24 osoby. Współczynnik urodzeń utrzymał się na poziomie 6,2 promila.

    W okresie styczeń–czerwiec 2026 r. zarejestrowano około 115 tys. urodzeń żywych – o 1 tys. mniej niż w analogicznym okresie 2025 r. Zmarło około 210,5 tys. osób, czyli o 2 tys. więcej. W rezultacie ubytek naturalny sięgnął 95,5 tys., pogłębiając się z 92,6 tys. rok wcześniej. Współczynnik przyrostu naturalnego obniżył się do minus 5,1 promila (z minus 5,0 promila).

    Małżeństwa i rozwody

    Według GUS w pierwszym półroczu 2026 r. zawarto około 50 tys. małżeństw – o 1,5 tys. więcej niż przed rokiem. Niemal 38 proc. z nich stanowiły śluby wyznaniowe. Liczba orzeczonych rozwodów wzrosła o 0,7 tys., sięgając około 31,5 tys. Separację orzeczono wobec około 300 kolejnych małżeństw – tyle samo co rok wcześniej.

    Tempo ubytku rzeczywistego ludności w pierwszym półroczu 2026 r. wyniosło minus 0,24 proc., a ubytek naturalny pogłębił się do 95,5 tys., co potwierdza utrzymujący się negatywny trend demograficzny w Polsce.