Blog

  • Trump znów uderza w Kanadę. 50-procentowe cła na wino, kije hokejowe i cement

    Trump znów uderza w Kanadę. 50-procentowe cła na wino, kije hokejowe i cement

    Donald Trump podpisał w poniedziałek, 20 lipca, trzy nowe proklamacje nakładające dodatkowe, 50-procentowe cła na szeroki wachlarz kanadyjskich towarów. Decyzja ta – jak ostrzega CNN – grozi wybuchem rozległej wojny handlowej z drugim największym partnerem handlowym Stanów Zjednoczonych.

    Cła na podstawie prawa z 1930 roku

    Trump podpisał proklamacje, opierając się na sekcji 338 ustawy taryfowej z 1930 r. Ten rzadko używany przepis pozwala na nałożenie ceł w wysokości do 50 proc. na import z wybranych krajów bez zgody Kongresu – wystarczy, że administracja uzna, iż dany kraj dyskryminuje amerykańskie towary.

    Biały Dom tłumaczy nowe taryfy właśnie jako „odpowiedź na dyskryminacyjne traktowanie amerykańskich produktów przez Kanadę”. Waszyngton podkreśla, że chodzi o zapewnienie równych warunków konkurencji dla kluczowych amerykańskich produktów eksportowych, takich jak samochody, alkohol i produkty mleczne.

    Co trafi na listę?

    Lista objętych nowymi cłami towarów jest długa i zróżnicowana. Wśród wymienionych przez Biały Dom znalazły się między innymi: wino, kije hokejowe i cement. Cła mają wejść w życie 30 dni po podpisaniu proklamacji, co w praktyce oznacza około połowy sierpnia 2026 roku. To daje obu stronom krótki czas na ewentualne negocjacje.

    Pożary lasów a cła – oficjalne stanowisko

    Wcześniej Trump sugerował powiązanie nowych opłat z wpływem kanadyjskich pożarów lasów na jakość powietrza w USA. Mówił o doliczeniu kosztów zanieczyszczenia do taryf. W niedzielę Trump i premier Kanady Mark Carney spotkali się podczas finału mistrzostw świata w piłce nożnej. Jednak wysoki rangą przedstawiciel amerykańskiej administracji powiedział Axiosowi, że nowe cła nie są związane z pożarami lasów, a kwestia ta jest nadal analizowana.

    Kanada: to my jesteśmy stroną, która odpowiada

    Premier Kanady Mark Carney odpowiedział w poniedziałek, deklarując gotowość do rozmów, ale przede wszystkim zapowiadając ochronę kanadyjskiej gospodarki. Carney stanowczo odrzucił amerykańską narrację o dyskryminacji. Podkreślił, że to, co USA nazywają dyskryminacją, jest w rzeczywistości odpowiedzią na wcześniejsze amerykańskie cła, które – jego zdaniem – bezpośrednio naruszają umowę CUSMA (CAN-US-Mexico Agreement), w tym cła na sektor motoryzacyjny.

    „Kanada, co jest jej prawem, zaledwie zastosowała wyrównanie tych działań” – podkreślił Carney.

    Premier przypomniał, że Ottawa przedstawiła już „szereg szczegółowych i kompleksowych propozycji, by rozwiązać spór i zmodernizować CUSMA”. Zadeklarował gotowość do intensyfikacji tych dyskusji w nadchodzących tygodniach. Carney podkreślił też, że Kanada popiera wolny i uczciwy handel, o czym świadczy podpisanie ponad 20 nowych porozumień gospodarczych. Wskazał, że spór celny z USA uderza w kieszenie obywateli, powodując wzrost kosztów życia – „szczególnie w USA”.

    Kanada stawia na ochronę własnej gospodarki

    Carney zapowiedział zdecydowane działania: Kanada podejmie wszystkie niezbędne środki, by budować swoją siłę w kraju i wspierać swoich obywateli. Na razie oba kraje czekają na upływ 30 dni, które dzielą je od wejścia w życie nowych taryf i – potencjalnie – od eskalacji konfliktu handlowego na niespotykaną skalę. Nowe cła, które Trump podpisał w poniedziałek, mają wejść w życie dokładnie 30 dni po dacie proklamacji, co oznacza, że efekt odczują zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy po obu stronach granicy. W ocenie CNN 50-procentowe taryfy grożą wybuchem rozległej wojny handlowej, która może dotknąć nie tylko bezpośrednio zaangażowane kraje, ale także globalne łańcuchy dostaw. Tymczasem Carney podkreślił, że Kanada jest gotowa do rozmów, ale nie ustąpi w kwestii ochrony swojego rynku i suwerenności handlowej.

  • 26,5 mld zł z SAFE i deficyt 5,9% PKB. Nowe dane o polskich finansach

    26,5 mld zł z SAFE i deficyt 5,9% PKB. Nowe dane o polskich finansach

    Najnowsze statystyki NBP i GUS rzucają nowe światło na kondycję polskich finansów publicznych. Z danych NBP wynika, że w maju 2026 r. sektor rządowy odnotował wzrost zobowiązań o 26,5 mld zł, głównie z tytułu kredytów otrzymanych w ramach Programu SAFE. W tym samym miesiącu saldo rachunku bieżącego było ujemne i wyniosło 4,5 mld zł – to niewielka poprawa w porównaniu do 5 mld zł deficytu z maja 2025 r. Na ujemny wynik złożyły się deficyty w handlu towarami (5 mld zł), dochodach pierwotnych (13,4 mld zł) i dochodach wtórnych (0,4 mld zł), które zostały częściowo zrównoważone nadwyżką w usługach (14,3 mld zł).

    Bilans handlowy i usługi

    W maju 2026 r. wartość eksportu towarów sięgnęła 128,3 mld zł, co oznacza wzrost o 5,2% w skali roku. Import wzrósł o 3,4%, osiągając poziom 133,4 mld zł. Wśród produktów, które napędzały wzrost sprzedaży zagranicznej, znalazły się miedź rafinowana, srebro, sprzęt komputerowy oraz produkty naftowe. Z kolei branża motoryzacyjna odnotowała spadek, co negatywnie odbiło się na całkowitym wyniku eksportu. W sektorze usług przychody z eksportu wyniosły 41 mld zł (wzrost o 4,3%), a wydatki na usługi zagraniczne ukształtowały się na poziomie 26,7 mld zł (wzrost o 6,6%). Dzięki temu usługi pozostały jedyną kategorią z dodatnim saldem, które sięgnęło 14,3 mld zł.

    Saldo dochodów pierwotnych pogłębiło się o 1,3 mld zł w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej, osiągając wartość -13,4 mld zł. Głównym obciążeniem były dochody zagranicznych inwestorów bezpośrednich, które wyniosły 14,2 mld zł. Dodatkowy wpływ na to saldo miały wypłaty z inwestycji portfelowych (3,3 mld zł) oraz pozostałych inwestycji (1,9 mld zł). Saldo dochodów wtórnych pozostało ujemne, na poziomie 0,4 mld zł.

    Nowe przepisy UE i pierwszy raport GUS

    Zgodnie z unijnymi przepisami, państwa członkowskie Unii Europejskiej zostały zobowiązane do publikacji kwartalnych danych o deficycie i długu sektora instytucji rządowych i samorządowych, odrębnie dla każdego podsektora. Po raz pierwszy w tych ramach wymagane dane opublikował we wtorek Główny Urząd Statystyczny (GUS). W pierwszym kwartale 2026 r. deficyt całego sektora wyniósł 15 mld 493 mln zł. Sytuacja na szczeblu centralnym była znacznie gorsza – deficyt sięgnął tam 58 mld 557 mln zł. Ten ujemny wynik został jednak częściowo skompensowany nadwyżką podsektora samorządowego na szczeblu lokalnym, która wyniosła 39 mld 289 mln zł.

    Dług sektora na koniec marca 2026 r. sięgnął 2 bln 444 mld 256 mln zł. Ponad 99% tej kwoty przypada na szczebel centralny, co sprawia, że rozbicie na podsektory w tym przypadku nie wnosi istotnej różnicy. GUS wyjaśnia, że deficyt w tym ujęciu oznacza zadłużenie netto, czyli różnicę między wydatkami a dochodami sektora.

    Polska na tle Unii Europejskiej

    Europejski urząd statystyczny Eurostat opublikował we wtorek zbiorcze zestawienie danych dla wszystkich krajów członkowskich. Deficyt sektora finansów publicznych w Polsce w pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł 5,9% PKB – to wynik zdecydowanie powyżej unijnej średniej na poziomie 3,1%. Większą nierównowagę w finansach odnotowano tylko na Węgrzech (6,6% deficytu). Dla porównania, w Niemczech deficyt wyniósł 3,6%, a w Czechach 2,3%.

    Jeśli chodzi o dług, Polska wypada na tle innych krajów nieco lepiej, plasując się mniej więcej w połowie stawki. Wskaźnik zadłużenia wyniósł 61,6% PKB, podczas gdy średnia unijna to prawie 83%. W pięciu państwach dług przekracza już 100% rocznej produkcji – w kolejności rosnącej są to: Hiszpania, Belgia, Francja, Włochy i Grecja. Liderzy tego zestawienia mają wskaźniki zadłużenia ponad dwukrotnie wyższe niż Polska.

    Szybki przyrost długu

    Problemem polskich finansów pozostaje tempo wzrostu zadłużenia. Porównując dane sprzed roku, Polska odnotowała trzeci najszybszy wzrost wskaźnika zadłużenia wśród krajów UE. Szybciej zadłużały się tylko Finlandia i Bułgaria.

  • Koniec hossy w 2027? Ekspert Oxbow Advisors wskazuje datę głębokiej korekty

    Koniec hossy w 2027? Ekspert Oxbow Advisors wskazuje datę głębokiej korekty

    Czy wieloletnia hossa na giełdach zbliża się do końca? Chance Finucane, dyrektor ds. inwestycji w Oxbow Advisors, przewiduje, że w 2027 roku na Wall Street i GPW może dojść do głębokiego załamania. Kluczowymi przyczynami mają być spowolnienie wzrostu gospodarczego oraz ochłodzenie inflacji po okresie intensywnej ekspansji.

    Dlaczego akurat 2027?

    Zdaniem Finucane’a obecne warunki rynkowe wciąż sprzyjają aktywom o podwyższonym ryzyku, jednak ta tendencja wkrótce może się odwrócić. Inwestorzy zaczną porównywać dane makroekonomiczne z silnymi odczytami z pierwszej połowy tego roku, a niekorzystne porównania rok do roku zwiększą presję na wyceny akcji.

    Nie zdziwiłoby nas, gdyby entuzjazm i chciwość wokół tego trendu utrzymały się i poszły wyżej w dalszej części roku, ale my patrzymy w przyszłość na rok 2027. Uważamy, że w przyszłym roku istnieje ogromny potencjał głębszego spadku, głównie dlatego, że nastąpi przejście przez pewne cykle.

    Ekspert nie wyklucza, że jeszcze w tym roku może wystąpić głębsza korekta – na niektórych spółkach AI już się rozpoczęła i może się pogłębić. Akcje związane ze sztuczną inteligencją wciąż przyciągają kapitał, ale ich wyceny stają się coraz bardziej podatne na spadki.

    Strategia na nadchodzącą zmienność

    Oxbow Advisors rekomenduje ostrożne podejście do obligacji długoterminowych. Firma preferuje krótkoterminowe inwestycje o stałym dochodzie, w tym:

    • amerykańskie obligacje skarbowe (Treasuries),
    • obligacje korporacyjne o ratingu inwestycyjnym,
    • obligacje komunalne o zapadalności około trzech lat lub krócej.

    Taka strategia ma umożliwić reinwestowanie przy potencjalnie wyższych rentownościach, jeśli inflacja i stopy ponownie wzrosną. Według Finucane’a obligacje długoterminowe mogą pozostawać nieatrakcyjne przez dłuższy czas, jeśli utrzyma się obecny cykliczny trend stóp procentowych.

    GPW pod presją

    Mimo świetnych wyników w pierwszej połowie roku, na warszawskim parkiecie pojawiły się sygnały ostrzegawcze. Od czwartku 16 lipca indeks WIG20 stracił blisko 2 procent. Indeks wciąż porusza się w kanale wzrostowym obowiązującym od kwietnia, ale coraz częściej odbija się od górnego ograniczenia, co – zdaniem analityka Marcina Podlackiego – zwiększa prawdopodobieństwo głębszej korekty.

    Polska giełda wciąż wygląda relatywnie dobrze, jednak historia pokazuje, że podczas większych korekt w Stanach Zjednoczonych warszawski parkiet praktycznie nigdy nie pozostawał całkowicie odporny na pogorszenie globalnych nastrojów.

    Podlacki przeprowadził badanie wśród 233 inwestorów indywidualnych. Wyniki wskazują na wyraźną zmianę nastrojów. Aż 28 procent badanych spodziewa się, że WIG20 zakończy tydzień poniżej 3700 punktów. Z kolei 22 procent liczy na powrót powyżej 3800 punktów. Po długim okresie optymizmu widać pierwsze oznaki ostrożności, co historycznie oznacza wzrost zmienności.

    Odmienne spojrzenie JPMorgan

    Zupełnie inne stanowisko zajmują stratedzy JPMorgan z zespołem kierowanym przez Mislava Matejkę. Ich zdaniem przeceny wywołane napięciami geopolitycznymi mogą tworzyć atrakcyjne punkty wejścia dla inwestorów o długim horyzoncie. Bank wskazuje, że prognozy zysków na 2026 rok wciąż są rewidowane w górę – nie tylko w przypadku gigantów technologicznych, ale w praktycznie wszystkich sektorach i regionach. Analitycy JPMorgan uważają, że średni wzrost zysku na akcję rzędu 8 procent zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w strefie euro jest realny do osiągnięcia. Stawiają na spółki cykliczne, szczególnie sektor bankowy i producentów półprzewodników.

    Złoto tanieje, ale banki centralne kupują

    Na rynku surowców uwagę zwraca zachowanie złota. Po osiągnięciu szczytu na poziomie 5589 dolarów za uncję w styczniu, cena spadła do około 4000 dolarów, czyli o blisko 28 procent. Drugi kwartał był dla kruszcu najgorszy od 2013 roku. Mimo to banki centralne w pierwszym kwartale tego roku kupiły 244 tony złota, więcej niż w poprzednim kwartale i powyżej pięcioletniej średniej. Sam Ludowy Bank Chin dodał około 40 ton w pierwszych sześciu miesiącach 2026 roku, a czerwiec był dwudziestym z rzędu miesiącem zakupów.

    Choć obecne otoczenie wciąż sprzyja ryzykownym aktywom, Finucane z Oxbow Advisors pozostaje przy swojej prognozie. Jak sam podkreśla: „Nie zdziwiłoby nas, gdyby entuzjazm i chciwość wokół tego trendu utrzymały się i poszły wyżej w dalszej części roku, ale my patrzymy w przyszłość na rok 2027.”

  • Fala oszustw ubezpieczeniowych w 2025 r. AI pomaga przestępcom na potęgę

    Fala oszustw ubezpieczeniowych w 2025 r. AI pomaga przestępcom na potęgę

    Polski rynek ubezpieczeń w 2025 roku odnotował rekordową liczbę wykrytych przestępstw – aż 40 tys. przypadków, czyli o 24 proc. więcej niż rok wcześniej. Łączna wartość tych przestępstw sięgnęła 798 mln zł, co oznacza wzrost o 18 proc. w porównaniu z 2024 r. – wynika z raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń, do którego jako pierwsza dotarła „Rzeczpospolita”.

    Na szczęście dla portfeli ubezpieczycieli i uczciwych klientów, zdecydowana większość tych zdarzeń to usiłowania wyłudzeń – zakłady ubezpieczeń udaremniły 38 527 prób o wartości 759 mln zł. Rzeczywistych wyłudzeń odnotowano 1557, a ich wartość to 39 mln zł.

    Cyfrowa rewolucja w przestępczości

    Jak czytamy w raporcie PIU:

    Analiza zjawisk obserwowanych w 2025 r. pozwala stwierdzić, że przestępczość ubezpieczeniowa wchodzi w nową, cyfrową fazę.

    Tradycyjne wyłudzenia odszkodowań wciąż stanowią problem, ale dynamicznie rosną oszustwa popełniane już na etapie zawierania umowy. Przestępcy coraz częściej wykorzystują skradzione tożsamości, tworzą tożsamości syntetyczne (łączące prawdziwe dane z fałszywymi) lub podszywają się pod pośredników ubezpieczeniowych.

    W zdalnych kanałach sprzedaży, porównywarkach i mediach społecznościowych oszuści oferują „pomoc” w obejściu systemu taryfikacji, wyłudzając składkę lub wynagrodzenie za rzekome załatwienie taniej polisy. Rozwój narzędzi AI ułatwia im transgraniczną współpracę i błyskawiczne rozprzestrzenianie się wzorców działania.

    Życie i śmierć – na tym chcą zarobić oszuści

    W ubezpieczeniach na życie wartość wykrytych przestępstw wzrosła o 31 proc., do 101 mln zł, a liczba przypadków przekroczyła 10 tys. Ponad połowa tej kwoty (55 mln zł) dotyczyła zgłoszeń związanych ze zgonem ubezpieczonego. Przeciętnie wyłudzenie na podstawie upozorowanego zgonu opiewało na 38 tys. zł.

    Sprawcy często kupują polisę już po śmierci danej osoby lub ubezpieczają kogoś w skrajnie złym stanie zdrowia, a coraz częściej wykorzystują do tego wygenerowane lub zmodyfikowane dane. Kolejne 23 mln zł to oszustwa związane z poważnym zachorowaniem (średnio 22 tys. zł na roszczenie). W tym przypadku sprawcy masowo sięgają po AI do fałszowania dokumentacji medycznej – opinii lekarskich, wyników badań i innych dokumentów opisujących stan zdrowia.

    W 58 proc. przypadków fałszywe roszczenia dotyczyły rzekomego pobytu w szpitalu – przeciętna wartość takiego oszustwa to zaledwie 1400 zł. W 2025 r. pojawiła się też nowa kategoria: pakiety zdrowotne i assistance medyczny, gdzie oszuści wyłudzają refundację fikcyjnych kosztów na podstawie podrobionych faktur.

    Majątek i komunikacja – największe pole do nadużyć

    Zakłady ubezpieczeń wykryły w 2025 r. ponad 30 tys. przestępstw w ubezpieczeniach majątkowych o łącznej wartości 697 mln zł (wzrost o 17 proc. rok do roku). Najwięcej, bo około 64 proc. liczby i wartości, dotyczyło ubezpieczeń komunikacyjnych.

    W ubezpieczeniu OC wartość wykrytych przestępstw sięgnęła 144 mln zł (ponad 11 tys. przypadków), a w Autocasco – 172 mln zł (blisko 6 tys. przypadków). Ubezpieczyciele bacznie przyglądają się rekordzistom: w latach 2023–2025 wytypowano 9,2 tys. posiadaczy polis OC, którzy spowodowali po cztery szkody, oraz 6,1 tys. z pięcioma i więcej. W AC podobne statystyki wynoszą odpowiednio 9,4 tys. i 8,4 tys. klientów.

    Coraz popularniejsze stają się też wyłudzenia w ubezpieczeniach mieszkań i domów – blisko 5 tys. przypadków na kwotę 41 mln zł. Wykryto także 1,2 tys. oszustw w OC w życiu prywatnym (10 mln zł).

    AI w służbie fałszerstwa

    Nowe technologie są wykorzystywane nie tylko do kradzieży tożsamości, ale także do dokumentowania fałszywych roszczeń. Sprawcy używają wygenerowanych lub zmienionych przy pomocy AI zdjęć, ekspertyz i sfałszowanej dokumentacji, by uprawdopodobnić rzekome straty lub zawyżyć odszkodowanie w prawdziwym zdarzeniu.

    Popularne stało się np. zgłaszanie uszkodzenia sprzętu elektronicznego przez przepięcie – w rzeczywistości sprzęt jest uszkodzony w inny sposób lub fikcyjny, a jego istnienie „udowadnia” wygenerowane zdjęcie lub dowód zakupu. W ubiegłym roku odnotowano około 200 takich przypadków na kwotę ponad 620 tys. zł.

    Tradycyjne metody jednak nie znikają: w 2025 r. ujawniono 451 wyłudzeń dotyczących pożarów mienia (41 mln zł) i 51 fikcyjnych kradzieży (4 mln zł).

  • Banki na celowniku fiskusa. Kolejna podwyżka CIT może uderzyć w portfele klientów

    Banki na celowniku fiskusa. Kolejna podwyżka CIT może uderzyć w portfele klientów

    Indeks WIG-banki reaguje na polityczne zapowiedzi

    W środę 15 lipca indeks WIG-banki stracił blisko 1,5%, schodząc do 24 818 pkt. Główny WIG zniżkował tego dnia o 0,4%, a WIG20 o 0,2%. Choć część spadku można wiązać z lekką korektą na europejskich akcjach bankowych, uwagę inwestorów przykuły słowa Katarzyny Pełczyńskiej‑Nałęcz, szefowej Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

    Polityczka zapowiedziała, że w ciągu kilku dni przekaże ministrowi finansów propozycję dalszego podniesienia CIT dla banków. Obecna stawka wynosi 30% (z początkiem 2026 roku zastąpiła standardowe 19%), a zgodnie z obowiązującą ustawą miała stopniowo spadać – do 26% w 2027 i 23% w 2028 roku. Teraz kierunek może ulec odwróceniu.

    „Jest przestrzeń, by CIT jeszcze podwyższyć i mieć z tego kilka dodatkowych miliardów do budżetu po to, żeby ulżyć tym, którzy dzisiaj niesprawiedliwie płacą najwięcej podatków, a zarabiają średnio” – powiedziała minister.

    Zyski banków już spadają, podatek rośnie

    Dane Narodowego Banku Polskiego pokazują, że argument o wciąż wysokich dochodach sektora nie do końca znajduje potwierdzenie. Po pięciu miesiącach 2026 roku zysk netto banków wyniósł 17,6 mld zł – o 15,6% mniej niż rok wcześniej. Głównym powodem jest właśnie wyższy CIT: do końca maja banki zapłaciły około 10,14 mld zł tego podatku, o 50% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku. Wyższe obciążenie CIT obniżyło wynik netto sektora o około 3,4 mld zł.

    Według rządowych szacunków podwyżka CIT do 30% miała przynieść budżetowi dodatkowe 6,5 mld zł w pierwszym roku, a przez dziesięć lat – ponad 20 mld zł. Zdaniem Związku Banków Polskich dalsze zwiększanie daniny to jednak błędny kierunek.

    ZBP ostrzega: mylenie płynności z rentownością

    Związek Banków Polskich w oficjalnym stanowisku zarzucił ministrze błędne utożsamianie płynności sektora z jego rentownością.

    „Dalsze podwyższanie CIT uderza właśnie w możliwość budowy kapitałów, ponieważ odbiera bankom część wyniku finansowego, który mógłby zostać zatrzymany. (…) Propozycja kolejnego podwyższenia CIT może krótkoterminowo poprawić dochody budżetu państwa. Jej długookresowym skutkiem mogą być jednak słabsza akcja kredytowa, wyższy koszt finansowania oraz mniejsze możliwości realizacji strategicznych inwestycji” – zaznaczył ZBP.

    Organizacja podkreśla, że już obecne przepisy oznaczają, iż w latach 2026–2028 sektor zapłaci około 13,9 mld zł CIT więcej niż przy standardowej, 19‑procentowej stawce. Po uwzględnieniu podatku bankowego efektywne obciążenie fiskalne branży sięga 42–45%, podczas gdy średnia unijna wynosi nieco ponad 21%. ZBP wskazuje też, że w latach 2023–2026 bezpośrednie wpływy budżetowe z sektora bankowego (CIT, podatek bankowy, dywidendy, PIT pracowników) wyniosą łącznie około 115 mld zł.

    Klienci ostatecznie zapłacą?

    Eksperci zwracają uwagę, że koszty wyższych podatków mogą być przerzucone na klientów. Banki prawdopodobnie podniosą marże kredytowe, opłaty i prowizje oraz obniżą oprocentowanie depozytów.

    Marcin Materna, dyrektor działu analiz w Biurze Maklerskim Banku Millennium, ocenia, że konkurencja ogranicza, ale nie eliminuje przerzucania kosztów:

    „Jeżeli wyższe obciążenie podatkowe dotyczy wszystkich uczestników rynku w podobnym stopniu, presja na podnoszenie cen produktów finansowych pozostaje. (…) Ostatecznie dużą część wyższego podatku zapłaci klient” – mówi Materna.

    Jego zdaniem zarządy banków są rozliczane z wyników i nie będą trwale obniżać rentowności. „Im banki będą mniej reagować na kolejne obciążenia, a ich zyski nie spadną do poziomu uznawanego przez polityków za optymalny, to obciążenia będą tylko rosnąć, a tym samym koszty ponoszone przez klientów” – dodaje.

    Skala możliwego uderzenia w gospodarkę

    ZBP przeanalizował scenariusz, w którym dalsza podwyżka CIT miałaby sfinansować podniesienie drugiego progu PIT do 140 tys. zł (koszt około 12 mld zł rocznie). W takim wypadku stawka CIT dla banków musiałaby w 2026 roku wzrosnąć do około 45,4%, a w 2027 i 2028 utrzymać się na poziomie odpowiednio 44,5% i 42,1%. Efektywna stopa CIT zbliżyłaby się wówczas do 60%.

    Łączny ubytek wyniku finansowego banków względem standardowej 19‑procentowej stawki wyniósłby około 18,8 mld zł, co – według ZBP – przełożyłoby się na ograniczenie zdolności sektora do finansowania gospodarki o ponad 110 mld zł.

    Obecnie popyt na kredyt jest mniejszy niż możliwości banków, ale dalsze obciążenia mogą uderzyć w największe projekty infrastrukturalne – chociażby budowę elektrowni jądrowej – ze względu na limity koncentracji.

    Co dalej?

    Minister Pełczyńska‑Nałęcz zobowiązała się przedstawić resortowi finansów szczegółową propozycję w ciągu kilku dni. Decyzja o ewentualnym dalszym wzroście CIT dla banków może zapaść w najbliższych tygodniach. Jej skutki odczują nie tylko akcjonariusze, ale także miliony klientów banków w Polsce.

  • Tesla i SpaceX: Fuzja warta biliony? Prawdopodobieństwo rośnie

    Tesla i SpaceX: Fuzja warta biliony? Prawdopodobieństwo rośnie

    Jeszcze niedawno Elon Musk ucinał spekulacje o połączeniu Tesli i SpaceX. Dziś narracja zmienia się diametralnie. Coraz więcej inwestorów sądzi, że połączenie obu firm jest przesądzone i chodzi już tylko o termin – tak przynajmniej wynika z doniesień Bloomberga i analiz rynkowych. Analityk Wedbush, Dan Ives, ocenia prawdopodobieństwo takiej fuzji w ciągu najbliższego roku na ponad 80%. Z kolei platforma prognostyczna Kalshi wycenia szanse na sfinalizowanie transakcji przed 2028 rokiem na 62%.

    Co napędza spekulacje?

    Bezpośrednim pretekstem była inwestycja Tesli w SpaceX. W 2026 roku Tesla wydała około 2 miliardów dolarów na zakup blisko 19 milionów akcji SpaceX, co stanowi mniej niż 1% wszystkich akcji spółki. Zdaniem rynku był to pierwszy krok w stronę głębszej integracji. W czerwcu SpaceX zadebiutowało na giełdzie, co zdaniem komentatorów ułatwia wycenę i realizację ewentualnej transakcji opartej na wymianie akcji.

    Obie firmy coraz mocniej stawiają na sztuczną inteligencję. Tesla rozwija autonomiczną jazdę i humanoidalne roboty Optimus, a SpaceX przejęło xAI i planuje umieszczenie centrów danych w kosmosie. Wspólne projekty, takie jak fabryka układów scalonych w Teksasie czy inicjatywa Macrohard (której celem jest zbudowanie firmy programistycznej opartej na agentach AI zamiast ludzkich programistów), realnie zacierają granice między spółkami.

    Jak wielka byłaby to transakcja?

    Skala fuzji byłaby bezprecedensowa. SpaceX wyceniane jest obecnie na około 1,8 biliona dolarów, a Tesla na 1,5 biliona dolarów. Połączony podmiot byłby wart około 3,3 biliona dolarów – to wielokrotnie więcej niż głośna fuzja Vodafone z Mannesmannem z 2000 roku, która opiewała na 200 miliardów dolarów. Połączenie oznaczałoby powstanie ekosystemu łączącego sztuczną inteligencję, robotykę, magazynowanie energii, satelitarną łączność Starlink i autonomiczny transport.

    Nie tylko obietnice – realne synergie

    Współpraca między firmami już istnieje. Według Reutera w ubiegłym roku SpaceX i xAI kupiły od Tesli produkty i usługi warte około 650 milionów dolarów, w tym magazyny energii Megapack oraz samochody Cybertruck. Tesla rozwija też kolejne projekty z pozostałymi firmami Muska, jak nowe fabryki układów AI w Austin. Regulator w USA zgodził się na wystrzelenie kolejnych 7500 satelitów Starlink nowszej generacji, co podnosi planowaną liczbę na orbicie do 15 tysięcy. W przyszłości taka infrastruktura mogłaby zapewnić stałą łączność dla samochodów Tesli, robotaxi i stacji ładowania. Jeśli projekt Starship spełni oczekiwania i znacząco obniży koszty wynoszenia ładunków na orbitę, wspólna spółka zyskałaby dodatkowy fundament technologiczny.

    Ryzyka, które studzą entuzjazm

    Mimo atrakcyjnej wizji rynek dostrzega poważne przeszkody. Wyraźnym sygnałem ryzyka jest wycena SpaceX – jego wskaźnik ceny do przychodów sięga dziś około 77, podczas gdy w minionym roku spółka poniosła stratę netto sięgającą 4,9 miliarda dolarów. Sam obszar AI odpowiadał za stratę operacyjną powyżej 6,4 miliarda dolarów. Po ewentualnej fuzji akcjonariusze Tesli przejęliby nie tylko potencjał wzrostowy, ale też wysokie koszty rozwoju i ryzyko dalszego spalania gotówki.

    Tesla również ma swoje wyzwania. Testy usługi robotaxi w Teksasie ujawniły problemy z dostępnością pojazdów, czasem oczekiwania i bezpieczeństwem. Tegoroczne nakłady inwestycyjne Tesli przekroczyły już 25 miliardów dolarów, a spółka przyznaje, że w kolejnych kwartałach może notować ujemne wolne przepływy pieniężne.

    Do tego dochodzą kwestie ładu korporacyjnego. Musk ma dominujący udział w głosach w SpaceX, a przy tym należy do największych udziałowców Tesli. Zdaniem analityków inwestorzy będą oczekiwać przejrzystego procesu decyzyjnego i sprawiedliwej wyceny. Analitycy ostrzegają też przed ryzykiem konglomeratowego dyskonta – połączona spółka może być warta mniej niż suma jej części, co podważałoby sens całej transakcji. Wskazują również na potencjalny konflikt interesów między akcjonariuszami obu podmiotów. O sukcesie fuzji zdecydują przede wszystkim realne synergie oraz to, czy przyniesie ona większą wartość niż rozwój obu firm jako niezależnych spółek.

  • Ukryty sygnał z USA, który wyprzedził 182% zwyżkę Orlenu. Crack spread nie daje o sobie zapomnieć

    Ukryty sygnał z USA, który wyprzedził 182% zwyżkę Orlenu. Crack spread nie daje o sobie zapomnieć

    Gdy akcje Orlenu w ciągu ostatnich 18 miesięcy zyskały ponad 182%, niewielu inwestorów zwracało uwagę na wskaźnik, który – jak się okazuje – doskonale zapowiadał ten rajd. Mowa o amerykańskim crack spreadzie, czyli marży rafineryjnej, która w ostatnich dniach znów przykuwa uwagę.

    Czym jest crack spread i dlaczego ma znaczenie?

    Crack spread to różnica między ceną ropy naftowej a wartością wytworzonych z niej produktów – głównie benzyny i oleju opałowego. W uproszczonym modelu 3-2-1 zakłada się, że z trzech baryłek ropy powstają dwie baryłki benzyny i jedna destylatu. Gdy ceny paliw rosną szybciej niż surowca, spread się powiększa – sygnalizując lepsze warunki dla rafinerii. I odwrotnie – gdy ropa drożeje szybciej, marża topnieje.

    Orlen to co prawda konglomerat o szerokim portfolio, ale segment rafineryjny pozostaje istotnym elementem biznesu. Dlatego globalne trendy w marżach paliwowych mogą przekładać się na wyniki finansowe spółki, a w konsekwencji na kurs jej akcji.

    Liczby mówią same za siebie

    Jak wynika z analizy obejmującej okres od stycznia 2025 do lipca 2026, korelacja między poziomem crack spreadu a kursem akcji Orlenu wyniosła około 0,85. To bardzo wysoka wartość, wskazująca na silną zależność. W tym samym czasie akcje Orlenu podrożały o 182,6%, a sam crack spread poszerzył się o 41,9 USD na baryłkę.

    Co więcej, kurs spółki reaguje na zmiany wskaźnika z opóźnieniem – to zjawisko charakterystyczne dla relatywnie mało efektywnego polskiego rynku kapitałowego. Podobny mechanizm widać na przykładzie KGHM i cen miedzi. Dla inwestora oznacza to, że obserwacja crack spreadu może dostarczać cennych sygnałów wyprzedzających, ale nie jest to jedyne narzędzie w analizie.

    Obecna fala wzrostów – Orlen pnie się w górę

    Właśnie w tych dniach związek ten ponownie daje o sobie znać. Wczorajsza sesja przyniosła wzrost kursu o 2,90%, a seria blisko dziesięciu zwyżkowych sesji z rzędu pozwoliła Orlenowi odrobić wszystkie straty z czerwca. Od początku tej serii akcje zyskały około 18%.

    Kurs znajduje się obecnie na poziomie 144 zł za akcję, zaledwie kilka procent poniżej tegorocznych i historycznych maksimów. Jeśli popyt utrzyma przewagę, w najbliższych dniach możemy być świadkami próby wybicia na nowe rekordy.

    Za wzrostami stoją nie tylko marże rafineryjne, ale także rosnące ceny ropy naftowej oraz napięcia geopolityczne na linii USA–Iran, które sprzyjają sektorowi paliwowemu.

    Fundamenty też nie zawodzą

    Orlen prezentuje solidne wskaźniki finansowe. Rentowność kapitału własnego (ROE) wynosi 8,83%, wskaźnik ceny do zysku (C/Z) to 9,56, a ceny do wartości księgowej (C/WK) – zaledwie 0,84. To ostatnie oznacza, że akcje są wyceniane poniżej wartości księgowej, co przy dodatniej rentowności może sugerować niedowartościowanie. Zadłużenie spółki utrzymuje się na bezpiecznym poziomie 42,73%, a marża operacyjna sięga 8,31% – co plasuje Orlen w czołówce efektywności w branży.

    Czy crack spread ponownie wyprzedzi rynek? Tego nie wiemy, ale historia pokazuje, że ten amerykański wskaźnik paliwowy zasługuje na uwagę każdego, kto śledzi notowania polskiego koncernu – zwłaszcza w obliczu kolejnych prób bicia historycznych szczytów.

  • Pyszne.pl rezygnuje z własnych kurierów. 5000 osób do zwolnienia?

    Pyszne.pl rezygnuje z własnych kurierów. 5000 osób do zwolnienia?

    Popularna platforma do zamawiania jedzenia Pyszne.pl szykuje rewolucję logistyczną. Firma ogłosiła, że jeszcze tego lata zrezygnuje z własnej floty kurierskiej i przejdzie na model współpracy z zewnętrznymi pośrednikami. Decyzja ta wywołała już reakcję związkowców i Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które alarmuje o możliwych zwolnieniach grupowych.

    Koniec ery własnych kurierów

    Jak czytamy w komunikacie firmy, strategia zakłada przejście na model 3PL (third-party logistics). Oznacza to, że Pyszne.pl nie będzie już bezpośrednio zatrudniać kurierów, a ich rolę przejmą partnerzy zewnętrzni.

    „Zmiana modelu logistycznego to nie odwrót – to dojrzała decyzja biznesowa” – skomentował współzałożyciel i dyrektor zarządzający Pyszne.pl, Arkadiusz Krupicz.

    Krupicz wyjaśnił, że własna flota przy obecnej skali działania firmy zaczyna być ograniczeniem. Model 3PL ma zapewnić elastyczność, większy zasięg i możliwość skalowania w zależności od popytu.

    Firma zapewnia, że dla klientów zmiana nie będzie oznaczać żadnych utrudnień ani opóźnień. Przeciwnie – celem jest zwiększenie liczby dostępnych kurierów oraz liczby miast objętych dostawą. Transformacja, która startuje latem 2026 roku, ma umożliwić rozbudowę sieci partnerów dostawczych nawet o kilkanaście tysięcy osób.

    5000 kurierów na bruk?

    Informacja o zmianie modelu współpracy zbiegła się w czasie z poważnymi zarzutami ze strony związkowców. Według doniesień OPZZ Konfederacji Pracy, Pyszne.pl planuje zwolnić do końca sierpnia wszystkich swoich kurierów. Mowa o około 5 tysiącach osób.

    Zwolnionym ma zostać zaproponowane ponowne zatrudnienie, ale już nie bezpośrednio w Pyszne.pl, a u jednego z pięciu partnerów flotowych. Wśród nich wymieniane są m.in. Natviol, Avalon Logistics Group czy Eternis, a w procesie rekrutacji pośredniczy firma City Drive.

    Związkowcy alarmują, że nowy model oznacza dramatyczne pogorszenie warunków pracy. Dotychczas kurierzy byli zatrudniani na umowy cywilno-prawne z minimalną stawką godzinową. W nowym systemie mieliby być opłacani za każdą dostawę, co w praktyce może oznaczać zarobki niższe od minimalnej stawki lub brak wynagrodzenia przy braku zamówień. Co więcej, ponownie zatrudnieni mieliby ponosić dodatkowe opłaty na rzecz partnerów flotowych za rozliczenie.

    Kontrola PIP i ministra

    Sprawą zainteresowało się już Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które wnioskuje o priorytetowe sprawdzenie podstaw zatrudnienia kurierów w Pyszne.pl. Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) prowadzi obecnie kontrolę w firmie.

    To możliwe dzięki niedawnej reformie PIP, która przyznała inspekcji nowe uprawnienia. Inspektorzy mogą teraz przekształcać pozorne umowy cywilnoprawne w umowy o pracę. Jeśli kontrola wykaże nieprawidłowości, PIP wyda polecenie ich usunięcia. Dopiero w przypadku braku wykonania, inspektor będzie mógł złożyć wniosek o przekształcenie umowy. Od decyzji będzie można odwołać się do sądu pracy.

    W przypadku uznania, że kurierzy powinni być zatrudnieni na umowę o pracę, zastosowanie znajdzie ustawa o zwolnieniach grupowych. Nakłada ona na pracodawcę obowiązek konsultacji zwolnień ze związkami zawodowymi oraz wypłaty odpraw.

    Unijna dyrektywa w tle

    Zmiany w Pyszne.pl zachodzą w czasie, gdy w Polsce trwają prace nad wdrożeniem unijnej dyrektywy platformowej. Ma ona zapewnić lepszą ochronę praw kurierów pracujących dla platform takich jak Pyszne.pl, Glovo czy Uber. Nowe przepisy mają chronić nie tylko kurierów zatrudnionych bezpośrednio, ale także tych pracujących przez pośredników. Polska ma czas na wdrożenie dyrektywy do grudnia 2026 roku, a projekt ustawy trafił już do wykazu prac rządu.

  • Opłata 3 euro od paczek z Chin już boli. Dwucyfrowe spadki i pierwsze rezygnacje klientów

    Opłata 3 euro od paczek z Chin już boli. Dwucyfrowe spadki i pierwsze rezygnacje klientów

    Unijna opłata w wysokości 3 euro od każdej paczki spoza Unii Europejskiej weszła w życie 1 lipca 2026 roku. Po zaledwie dwóch tygodniach jej skutki są już widoczne – firmy logistyczne raportują dwucyfrowe spadki liczby przesyłek z Chin, a część klientów rezygnuje z zakupów, gdy widzi finalny rachunek.

    Dwucyfrowy spadek – nie tylko sezon

    Przedstawiciele branży logistycznej potwierdzają, że w pierwszych tygodniach po zmianie przepisów liczba przesyłek i zwrotów z Chin wyraźnie zmalała. Część z nich zastrzega jednak, że trudno oddzielić efekt nowej opłaty od sezonowego spowolnienia wakacyjnego. Mimo to jedna z firm obsługujących e-commerce przyznała w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że spadki są już dwucyfrowe. Poczta Polska w oficjalnym komunikacie poinformowała, że od 1 lipca obsługuje przesyłki spoza UE zgodnie z nowymi wymogami, a systemy informatyczne i procesy operacyjne zostały dostosowane. Zastrzegła jednak, że na ocenę wpływu na zachowania klientów jest jeszcze za wcześnie. InPost nie ujawnia danych o wolumenach.

    Klienci rezygnują po doliczeniu kosztów

    Najszybciej na nowe przepisy zareagowali sami kupujący. Jak relacjonuje jedna z klientek w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, zrezygnowała z zamówienia na platformie Temu, gdy okazało się, że do zakupów za 140 zł musi dopłacić ponad 80 zł kosztów związanych z odprawą. To obrazuje mechanizm stojący za spadkiem wolumenów: przy niskiej wartości koszyka opłata 3 euro potrafi podnieść rachunek o kilkadziesiąt procent, odbierając chińskim platformom ich główny atut – niską cenę końcową.

    Skala przed zmianą – 12 mln paczek dziennie

    Aby zrozumieć wagę nowej opłaty, trzeba spojrzeć na dane sprzed reformy. Według Komisji Europejskiej tylko w 2024 roku do państw Unii trafiało średnio około 12 milionów przesyłek dziennie o wartości poniżej 150 euro – to dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Bruksela szacuje, że wartość około 65% takich paczek była celowo zaniżana, by zmieścić się w limicie zwolnienia. Nowa opłata jest odpowiedzią właśnie na tę skalę i masowe omijanie progu.

    Nawet miliard paczek mniej rocznie?

    Prognozy dotyczące skutków są już wyraźne, choć pozostają szacunkami. Sebastian Błaszkiewicz z Univio zwraca uwagę, że przy wolumenie około 5,8 miliarda paczek e-commerce spoza UE rocznie (z czego zdecydowana większość pochodzi z Chin), spadek o 20% oznaczałby ponad miliard przesyłek mniej w skali roku. Jego zdaniem obecne wyhamowanie to nie tylko chwilowe wahanie – konsumenci coraz częściej rezygnują z zakupów po uwzględnieniu pełnego kosztu zamówienia, a operatorzy logistyczni raportują wyraźny spadek liczby małych przesyłek z Chin. Błaszkiewicz ocenia, że efekt ten może się jeszcze pogłębiać, dopóki platformy nie przeorganizują łańcuchów dostaw i klienci nie wypracują nowych nawyków zakupowych.

    Chińskie platformy szukają obejścia

    Chińscy sprzedawcy i platformy nie zamierzają czekać biernie. Arkadiusz Filipowski z Fulfilio, które obsługuje logistykę zwrotów dla AliExpress, mówi o intensywnych pracach nad dostosowaniem modeli logistycznych i sprzedażowych, by ograniczyć wpływ dodatkowych kosztów na klientów końcowych. W jego ocenie obecne spowolnienie może mieć charakter przejściowy. Kierunki zmian są już czytelne: rozwój magazynów w Europie, zmiana tras dostaw oraz łączenie przesyłek w większe partie. Zdaniem ekspertów, dopóki te rozwiązania nie zaczną w pełni działać, rynek będzie odczuwał wyraźnie mniejszy napływ paczek z Chin. Według przedstawicieli Fulfilio chińscy sprzedawcy intensywnie pracują nad dostosowaniem łańcuchów dostaw, a w dłuższej perspektywie bardziej prawdopodobne jest dostosowanie modeli sprzedażowych niż trwały spadek aktywności chińskich platform na rynku europejskim.

  • Polacy ruszyli do funduszy. W czerwcu 5 mld zł napływu, ale wciąż boją się akcji

    Polacy ruszyli do funduszy. W czerwcu 5 mld zł napływu, ale wciąż boją się akcji

    Rynek funduszy inwestycyjnych w Polsce powoli odrabia straty po marcowym załamaniu. Czerwiec przyniósł imponujące saldo napływów na poziomie 5 mld zł, co jest wyraźnym sygnałem, że klienci wracają do TFI. Jednak struktura tych przepływów pokazuje, że polscy inwestorzy wciąż preferują bezpieczeństwo nad wyższym potencjalnym zyskiem.

    Dług na fali, akcje stabilne

    Jak wynika z wyliczeń portalu Analizy.pl, połowa czerwcowych wpłat, czyli aż 2,8 mld zł, trafiła do funduszy dłużnych. To wynik niemal pięciokrotnie lepszy niż w maju. Większość tej kwoty – ponad 1,9 mld zł – klienci ulokowali w funduszach papierów krótkoterminowych.

    Zainteresowanie funduszami akcji utrzymuje się na stabilnym poziomie już trzeci miesiąc z rzędu. W czerwcu te strategie przyciągnęły 0,68 mld zł, czyli odrobinę więcej niż w maju czy kwietniu. To plasuje czerwiec na drugim miejscu w tym roku pod względem popytu na akcje – wyższy wynik odnotowano tylko w styczniu (0,96 mld zł netto).

    Coraz wyraźniej widać przesuwanie się preferencji klientów w kierunku rynków zagranicznych – na nie trafiło pół miliarda złotych. Wśród produktów z największymi napływami znalazły się m.in. fundusz technologii i innowacji zarządzany przez PKO TFI, a także rozwiązania inwestujące na rynku amerykańskim i japońskim. Fundusze akcji polskich pozyskały łącznie niespełna 0,2 mld zł – tu również liderem było PKO TFI. Po stronie odpływów znalazły się z kolei fundusze z parasola inPZU.

    Kto zyskał, a kto stracił?

    Większość towarzystw zakończyła czerwiec na plusie. Najwięcej nowego kapitału – 1,3 mld zł netto – trafiło do rynkowego lidera, czyli PKO TFI. Za nim uplasowały się PZU TFI oraz Pekao TFI.

    Nie wszyscy mieli jednak powody do zadowolenia. Odpływy netto odnotowały AgioFunds TFI (głównie za sprawą funduszy dedykowanych) oraz Ipopema TFI, gdzie umorzenia dotyczyły przede wszystkim funduszy dłużnych.

    Słabszy miesiąc zaliczyły również fundusze rynku surowców – największe odpływy, na poziomie 33 mln zł netto, odnotował fundusz surowców PKO TFI.

    Dlaczego wciąż boimy się akcji?

    Dane o napływach do funduszy dłużnych nie są zaskoczeniem dla branży. Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami (IZFiA), w rozmowie z Parkietem tłumaczy, że przyczyny są złożone.

    „Z badań wynika przede wszystkim, że Polacy mają bardzo ograniczony apetyt na ryzyko. Wielu inwestorów woli zaakceptować niższą stopę zwrotu w zamian za większe poczucie bezpieczeństwa” – mówi Rusewicz.

    Dodaje, że na sytuację wpływają też regulacje. Instytucje finansowe muszą badać wiedzę i cele inwestycyjne klientów, a jeśli z ankiety wynika, że klient oczekuje niskiego ryzyka, nie mogą mu proponować bardziej agresywnych produktów.

    To nie oznacza, że fundusze akcyjne nie mają argumentów. Rusewicz przypomina, że w drugiej połowie 2025 roku średnia stopa zwrotu funduszy polskich obligacji skarbowych wyniosła około 4,4 proc., podczas gdy fundusze akcji polskich osiągały średnio blisko 10 proc.

    Mimo to, jak podkreśla, warto się cieszyć, że środki w ogóle napływają do funduszy. Liczy, że z czasem przełoży się to również na zainteresowanie funduszami mieszanymi i akcyjnymi.

    Co dalej? OKI, ETF-y i nowe technologie

    Branża nie stoi w miejscu. Rusewicz wskazuje na kilka kluczowych kierunków rozwoju. Przede wszystkim na horyzoncie są zmiany przepisów, które umożliwią funduszom inwestycyjnym tworzenie jednostek uczestnictwa opartych na konstrukcji ETF-ów w ramach tzw. share classes. Prowadzone są już w tej sprawie konstruktywne rozmowy.

    Kolejnym ważnym krokiem jest projekt OKI (Osobiste Konto Inwestycyjne). Ma on zachęcić Polaków do długoterminowego oszczędzania dzięki zwolnieniu z podatku Belki.

    „Z perspektywy instytucji finansowych rzeczywiście jest to rozwiązanie skomplikowane operacyjnie. Trzeba jednak pamiętać, że klient nie będzie widział tej całej infrastruktury” – uspokaja prezes IZFiA.

    Podkreśla, że ważne jest, by program po prostu wystartował, a później będzie czas na usprawnienia.

    Wartość aktywów pod zarządzaniem funduszy inwestycyjnych systematycznie rośnie – na koniec czerwca wynosiła już 476 mld zł.

    Potrzeba konsekwencji

    Rusewicz apeluje o stabilne, długofalowe decyzje polityczne, które dadzą uczestnikom rynku poczucie stabilności i pozwolą planować długoterminowo. Jako przykład podaje Szwecję, która konsekwentnie pracuje nad kolejnymi usprawnieniami i nie wycofuje się z raz wprowadzonych reform pod wpływem chwilowych nastrojów.

    „Rynek kapitałowy potrzebuje stabilnych, długofalowych decyzji oraz odwagi do wprowadzania zmian” – podsumowuje Rusewicz.