Blog

  • WIBOR: lawina pozwów mimo wyroku TSUE. Ile mogą stracić banki?

    WIBOR: lawina pozwów mimo wyroku TSUE. Ile mogą stracić banki?

    Lutowy wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE miał zdławić spory o kredyty hipoteczne ze zmiennym oprocentowaniem opartym na WIBOR. Tymczasem zamiast wygasnąć, lawina pozwów właśnie nabiera rozpędu. Na koniec drugiego kwartału 2026 r. przeciwko pięciu największym bankom toczyło się aż 2272 sprawy – o 18,3 proc. więcej niż trzy miesiące wcześniej i o 85,5 proc. więcej niż rok temu.

    Najwięcej postępowań dotyczy PKO BP – 1070 spraw, z największym kwartalnym przyrostem (27 proc.) i aż 114-proc. wzrostem rok do roku. ING Bank Śląski ma 360 pozwów, mBank 345, Millennium 318, a BNP Paribas BP 179 – czyli dwukrotnie więcej niż przed rokiem.

    O co spierają się strony?

    Kredytobiorcy nadal kwestionują samą konstrukcję zmiennego oprocentowania oraz wykorzystanie WIBOR jako stopy referencyjnej. Zarzucają bankom także niepełne informacje przed podpisaniem umowy – o tym, jak działa WIBOR, co wpływa na jego wysokość i jakie skutki dla rat może mieć wzrost stóp procentowych.

    Na razie jednak to banki wychodzą z tych sporów obronną ręką. Wszystkie ujawnione prawomocne wyroki są dla nich korzystne. ING BSK informuje o 39 zakończonych sukcesem sprawach, mBank o 13, Millennium o 11, a BNP Paribas BP o 7. PKO BP nie podaje takich danych. W pierwszym półroczu 2026 r. sądy okręgowe wydały ponad 420 rozstrzygnięć w sprawach o kredyty z WIBOR – rok wcześniej było ich ponad 170, co oznacza wzrost o 146 proc.

    Zdarzają się jednak wyroki przyjazne konsumentom, choć są to na razie wyjątki. Sąd Okręgowy w Suwałkach w styczniu 2025 r. ustalił nieistnienie stosunku prawnego z umowy, a sąd w Jeleniej Górze w listopadzie 2025 r. usunął z umowy wskaźnik WIBOR – oba wyroki są nieprawomocne.

    Dlaczego pozwów przybywa?

    Eksperci wskazują na zmianę argumentacji. Piotr Rychlicki z Ipopema Securities przypomina, że TSUE przesądził, iż sądy krajowe nie badają metodyki wyznaczania WIBOR – odpowiada za nią administrator pod nadzorem KNF. Ale Trybunał zostawił furtkę: możliwość sprawdzenia, czy banki właściwie informowały klientów o mechanizmie oprocentowania i czy zapisy umów były odpowiednio skonstruowane. „Kancelarie prawne, które specjalizowały się w sprawach frankowych, teraz agresywnie próbują wykorzystać ten obszar jako nowe pole do dochodzenia roszczeń” – mówi Rychlicki.

    Michał Sobolewski z DM BOŚ uważa, że te pozwy to rodzaj rekonesansu. „Choć obecnie większość rozstrzygnięć jest niekorzystnych dla klientów, część prawników być może liczy na bardziej prokonsumenckie wyroki i zmianę linii orzeczniczej” – dodaje.

    Czarny scenariusz: 284 mld zł strat

    Instytut Sobieskiego opublikował raport, w którym oszacował, co by się stało, gdyby klienci masowo zaczęli podważać umowy, a sądy stanęły po ich stronie. W najbardziej pesymistycznym wariancie koszty dla sektora sięgnęłyby 283,7 mld zł – niemal trzykrotnie więcej niż rezerwy na kredyty frankowe i niewiele mniej niż kapitały własne banków (322 mld zł na koniec 2025 r.). W zależności od skłonności kredytobiorców do składania pozwów straty mogłyby wynieść od 78,7 mld zł do 283,7 mld zł.

    Prezes Instytutu Sobieskiego Leszek Skiba podkreśla, że podważanie WIBOR oznaczałoby kryzys prawie trzykrotnie większy niż problem frankowy. „98 mld zł to kredyty w blisko 500 bankach spółdzielczych, które mają bardzo zróżnicowaną pozycję kapitałową i brak doświadczenia operacyjnego w obsłudze sporów sądowych” – mówi Skiba.

    Skala spraw wciąż niewielka

    Na razie jednak liczba procesów jest relatywnie niska. Tadeusz Białek, prezes Związku Banków Polskich, podał, że na koniec lipca w sądach toczyły się 3841 spraw WIBOR-owych, a obecnie można założyć, że jest ich około 4 tysięcy. Czynnych umów kredytów hipotecznych jest natomiast około 1,5 miliona. „To kropla nie w morzu, ale w oceanie” – komentuje Białek, przypominając, że w szczytowym momencie spraw frankowych przybywało nawet 5500 miesięcznie.

    Sam wyrok TSUE z lutego wykluczył samoistną abuzywność wskaźnika WIBOR, ale spory o obowiązki informacyjne banków pozostają otwarte. Banki na razie nie traktują tych spraw jak frankowego zagrożenia – PKO BP na koniec czerwca nie tworzył rezerw na roszczenia WIBOR-owe, uznając je za niezasadne.

  • Prąd na 2027 r. po 570 zł, niskie wyceny i widmo podatku. Energetyka w centrum uwagi

    Prąd na 2027 r. po 570 zł, niskie wyceny i widmo podatku. Energetyka w centrum uwagi

    Spółki energetyczne z GPW mają za sobą spektakularne wzrosty, które dla części uczestników rynku mogą być zaskoczeniem. W tle kontrakty na prąd z dostawą w 2027 r. kosztują już ponad 570 zł/MWh, a rząd nie zamyka drogi do przedłużenia mrożenia cen.

    Rynek terminowy: 570 zł za MWh

    Na rynku terminowym widać mocny wzrost cen energii z dostawą w 2027 r. We wrześniu kontrakt na Towarowej Giełdzie Energii wyceniano na ponad 570 zł za MWh. Średnia ważona cena rocznego kontraktu na 2027 r. wynosiła w czerwcu 447,76 zł/MWh, w lipcu 464,02 zł/MWh, a w sierpniu 495,52 zł/MWh. To skok o niemal 48 zł/MWh w dwa miesiące. W pierwszej połowie września notowania wahały się od 526,50 do 585,80 zł/MWh, a 15 września kontrakt kosztował około 570 zł/MWh.

    Ostrożnie: to nie to samo co rachunek, który zapłaci gospodarstwo domowe — na finalną cenę składa się więcej elementów. Kontrakt terminowy pokazuje jednak, ile hurtowo kosztuje sam zakup energii. W przeszłości rząd decydował o zamrożeniu cen na poziomie 500 zł za MWh. Tymczasem spółki energetyczne czekają na taryfy zatwierdzone przez Urząd Regulacji Energetyki na ostatnie miesiące roku, a wkrótce mają składać wnioski na przyszły rok.

    Minister: żadnego rozwiązania nie wykluczamy

    Czy mrożenie zostanie przedłużone? Minister aktywów państwowych Wojciech Balczun pozostawia sprawę otwartą.

    Nie przesądzam dzisiaj, czy zamrożenie cen energii w przyszłym roku będzie możliwe. Analizujemy różne warianty i w tej dyskusji żadnego rozwiązania z góry nie wykluczamy. Naszym celem jest zbilansowanie systemu i uniknięcie sytuacji kryzysowych, przy uwzględnieniu zarówno sytuacji odbiorców, jak i kondycji spółek energetycznych.

    Jak tłumaczy, nadzór systemowy nad sektorem należy przede wszystkim do ministra energii, a Ministerstwo Aktywów Państwowych patrzy na sprawę także przez pryzmat kondycji nadzorowanych koncernów. Utrzymanie cen dla odbiorców poniżej kosztów zakupu energii wymagałoby mechanizmu, który chroni konsumentów, ale nie powoduje problemów finansowych sprzedawców.

    Zima bez kryzysu? Minister zapewnia

    W kwestii bezpieczeństwa dostaw Balczun jest bardziej stanowczy.

    Według obecnych ocen zimę powinniśmy przejść spokojnie, zarówno pod względem odpowiedniej mocy, jak i dostępu do energii. Nie zakładamy sytuacji kryzysowych ani ograniczeń. Węgla nie zabraknie.

    Wskazuje przy tym, że mimo restrukturyzacji sektora wydobywczego produkcja ma być utrzymana tam, gdzie ma ekonomiczne uzasadnienie. Liczyć mogą się nie tylko Polska Grupa Górnicza czy Bogdanka. Osobno minister zwraca uwagę na Jastrzębską Spółkę Węglową, która — choć kojarzona głównie z węglem koksowym — jest też ważnym producentem węgla energetycznego. Bogdanka mogłaby zwiększyć wydobycie, ale tylko wtedy, gdy będzie to uzasadnione ekonomicznie i będzie istniała perspektywa popytu na surowiec.

    Analityk: niskie wyceny i opłacalny węgiel

    Giełdowa strona sektora też ma swoje argumenty. Sobiesław Kozłowski, dyrektor departamentu doradztwa inwestycyjnego w Ipopema Securities, zwraca uwagę, że mnożniki wycen są ekstremalnie niskie. Prognozowane P/E na lata 2026-2028 to odpowiednio 5,5, 6,7 i 6,6, a EV/EBITDA 3,3, 3,7 i 3,8.

    Za fundamenty odpowiadają m.in. rekordowo niskie zapasy gazu w Europie. O tej porze roku magazyny są najniżej wypełnione od 2009 r., a odchylenie od średniej sezonowej sięga około 15 pkt proc. Powody? Gorące lato, niski stan rzek, słabsza wietrzność, mniejsza generacja z OZE i elektrowni jądrowych oraz duży popyt na prąd do klimatyzacji. W efekcie gaz — jako paliwo ustalające cenę krańcową — podrożał do najwyższych poziomów od 2022 r.

    Wysokie ceny energii — zarówno w Polsce na rynku dnia następnego, jak i w niemieckich kontraktach — sprawiają, że opłaca się też węgiel. Analityk tłumaczy, że tzw. clean dark spread, czyli różnica między ceną energii netto a kosztami węgla i uprawnień do emisji CO2 na 1 MWh, jest dodatni. Największy polski koncern energetyczny ma według niego zarabiać na CDS blisko 100 zł na MWh, co wspiera wyniki za III kwartał, a być może i kolejne kwartały. Ryzykiem pozostaje windfall tax. W szerszym tle widać natomiast globalny wzrost popytu na energię i większe znaczenie pewności dostaw.

    Jeśli aktualizacje strategii spółek okażą się atrakcyjne dla inwestorów, to — zdaniem Kozłowskiego — WIG-energetyka może być silniejszym indeksem niż WIG-paliwa. Sezonowe efekty czy El Niño mogą przy tym nieoczekiwanie zmienić momentum wynikowe.

  • OKI wchodzą do gry. 10 mln Polaków może skorzystać z nowych kont inwestycyjnych

    OKI wchodzą do gry. 10 mln Polaków może skorzystać z nowych kont inwestycyjnych

    Osobiste Konto Inwestycyjne (OKI) może stać się dla milionów Polaków przepustką na giełdę. Z badania na zlecenie PKO Banku Polskiego i warszawskiej GPW wynika, że 48 proc. osób, które obecnie nie inwestują, ale planują to zrobić, skorzystałoby z OKI. Kolejne 27 proc. respondentów, którzy dotąd nie brali inwestowania pod uwagę, przyznało, że właśnie to nowe konto mogłoby ich przekonać.

    Inwestorzy chcą świeżego kapitału

    Badanie pokazuje też, że nowy produkt nie musi oznaczać jedynie przesuwania środków między rachunkami. 64 proc. osób już inwestujących deklaruje chęć korzystania z OKI, a 61 proc. z nich zapowiada, że zasili konto nowymi pieniędzmi, a nie tylko przeniesie obecne aktywa. Dla rynku to sygnał, że do GPW może popłynąć świeży kapitał.

    Raport przygotowało Research & Insight Studio pod kierownictwem prof. UW dr hab. Katarzyny Sekścińskiej na reprezentatywnej próbie 1037 pracujących Polaków w wieku 18–70 lat. Respondentów podzielono na trzy grupy: aktywnych inwestorów, osoby planujące inwestycje oraz tych, którzy nie inwestują i nie zamierzają tego zmieniać.

    Najbardziej entuzjastycznie na OKI patrzą najmłodsi. W grupie 18–24 lat 65 proc. badanych ocenia konto jako atrakcyjne, a 62 proc. uważa, że odpowiada ono ich potrzebom. Ogółem 60 proc. respondentów twierdzi, że w Polsce nie było wcześniej podobnego rozwiązania, a 58 proc. ocenia OKI jako atrakcyjne.

    Prezes GPW: OKI nie wypełni luki, ale ją zmniejszy

    Prezes warszawskiej giełdy Tomasz Bardziłowski widzi w OKI jeden z najważniejszych impulsów dla rynku kapitałowego.

    OKI mogą stać się jednym z najważniejszych impulsów wspierających rozwój krajowego rynku kapitałowego w najbliższych latach.

    Jak dodaje, badanie pokazuje, że rozwiązanie odpowiada na realną potrzebę – respondenci wskazują, że wcześniej brakowało podobnej konstrukcji, a sam produkt uznają za atrakcyjny.

    W tle są konkretne wyliczenia. Kapitalizacja krajowych spółek notowanych na GPW odpowiada obecnie około 30 proc. PKB, podczas gdy średnia unijna to 70 proc.. Według szacunków giełdy, aby w ciągu pięciu lat osiągnąć poziom 50 proc., do polskich firm musiałoby trafić około 250 mld zł rodzimego kapitału, czyli średnio 50 mld zł rocznie. Bardziłowski przyznaje wprost: OKI nie wypełnią tej luki, ale pozwolą ją zmniejszyć.

    W I połowie 2026 r. indywidualni inwestorzy z Polski odpowiadali na GPW za 78 mld zł obrotów – to najwyższy wynik od I półrocza 2021 r., a w ujęciu rocznym oznacza wzrost o 16 mld zł. Prezes GPW mówi, że to potwierdza duże zainteresowanie rynkiem i deklaracje o gotowości przeznaczenia nowych środków na OKI.

    Wiceprezes PKO Banku Polskiego Ludmiła Falak-Cyniak podkreśla, że OKI mogą upowszechnić inwestowanie i sprawić, by oszczędności Polaków pracowały na ich przyszłość oraz gospodarkę. Zaznacza jednak, że sam produkt to za mało – potrzebne są też edukacja i wsparcie, aby nowi inwestorzy podejmowali świadome decyzje.

    Trigon DM: 10 mln potencjalnych użytkowników

    Osobnego raportu o potencjale OKI dostarczył Trigon DM. Analitycy szacują, że konto może założyć około 10 mln dorosłych Polaków. Wynika to z deklaracji oszczędności: około 83 proc. dorosłych ma jakiekolwiek oszczędności, a 39 proc. posiada ponad 30 tys. zł. Trigon DM przewiduje, że do 2040 r. trzy czwarte osób z tej grupy założy OKI, a spośród dorosłych spoza niej na nowy produkt zdecyduje się kolejne 10 proc.

    Według prognoz Trigon DM, w 2027 r. na OKI wpłynie 38 mld zł, a w 2034 r. wartość ta urośnie do 70 mld zł. Później wpływy mają stopniowo maleć, ponieważ rynek się nasyci, a uczestnicy zaczną dochodzić do górnego progu 100 tys. zł. W krótkim terminie oddziaływanie na giełdę będzie jednak umiarkowane. Realne nowe środki na rynku kapitałowym to według analityków około 2 mld zł w 2027 r., a w latach 2033–2036 nawet do 23 mld zł rocznie. Dodatkowe zakupy polskich akcji dzięki OKI mogą sięgnąć od 0,3–0,6 mld zł w 2027 r. do 3,5–7,0 mld zł rocznie w latach 2033–2036 – w zależności od struktury sprzedaży funduszy.

    Jak będzie działać OKI?

    OKI to nowa forma oszczędzania i inwestowania, którą będzie można założyć od początku przyszłego roku. Zwolnienie z podatku od zysków kapitałowych obejmie oszczędności do 100 tys. zł w aktywach inwestycyjnych (np. akcje) oraz do 25 tys. zł w aktywach o charakterze oszczędnościowym (np. lokaty, obligacje).

  • Trump chce zakazać eksportu diesla. API ostrzega: ceny mogą wzrosnąć, a Europa już płaci więcej

    Trump chce zakazać eksportu diesla. API ostrzega: ceny mogą wzrosnąć, a Europa już płaci więcej

    Europa płaci więcej, zanim zakaz w ogóle wszedł w życie

    Zanim jakiekolwiek ograniczenia eksportu diesla z USA weszły w życie, ich zapowiedź już zdążyła podbić ceny w Europie. Jak podaje Bloomberg, w środę tzw. crack spread – różnica między ceną diesla a ropy Brent – przekroczył w Europie 95 USD i był najwyższy od 2011 roku, do którego sięgają porównywalne dane.

    To reakcja na wtorkową deklarację Donalda Trumpa (22 września), który poparł pomysł ograniczenia lub całkowitego zakazu eksportu amerykańskiego oleju napędowego. Sekretarz skarbu Scott Bessent poinformował, że administracja analizuje, czy taki ruch jest wykonalny i czy miałby objąć cały eksport, czy tylko jego część.

    Pomysł na tańsze paliwo, czyli… droższe paliwo?

    Główny cel pomysłu to zwiększenie dostępności diesla na rynku krajowym i obniżenie cen dla amerykańskich kierowców. American Petroleum Institute (API) ostrzega jednak, że ulga cenowa mogłaby być tylko krótkotrwała, a dłuższe obowiązywanie zakazu – przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.

    Mechanizm jest dość prosty. Amerykańskie rafinerie nie mogą dowolnie zwiększać produkcji samego diesla, bo z każdej baryłki ropy powstaje jednocześnie diesel, benzyna, paliwo lotnicze i inne produkty. Jeśli nagle zniknie kanał eksportowy, nadwyżki paliwa zaczną wypełniać magazyny. Gdy zabraknie w nich miejsca, rafinerie będą musiały ograniczyć przerób ropy. Spadnie wtedy nie tylko produkcja diesla, ale też benzyny i paliwa lotniczego.

    API zwraca uwagę, że to właśnie ten mechanizm jest największym zagrożeniem dla amerykańskich konsumentów. Krótkoterminowy spadek cen mógłby zostać z czasem zniwelowany przez mniejszą podaż paliw na rynku.

    Rafinerie nad Zatoką pracują na granicy możliwości

    Problem dotyczy przede wszystkim Wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, gdzie według API znajduje się około 54 proc. amerykańskich mocy rafineryjnych. To właśnie tam powstaje znaczna część nadwyżki diesla trafiającej na eksport.

    Dane Energy Information Administration pokazują, że wykorzystanie mocy rafineryjnych w tym regionie przekraczało 100 proc. w marcu, kwietniu i maju 2026 roku, a w czerwcu wyniosło 99,3 proc.. Zakłady pracowały więc blisko technicznego maksimum.

    Amerykański rynek paliw nie jest przy tym jednolity. Wschodnie Wybrzeże importuje około 10 proc. swojego diesla, a Zachodnie Wybrzeże jest w dużej mierze samowystarczalne, jeśli chodzi o diesel, ale wciąż sprowadza znaczne ilości benzyny i paliwa lotniczego. Nadwyżki znad Zatoki Meksykańskiej nie mogą więc automatycznie trafić do każdego regionu – ograniczają je infrastruktura, przepustowość rurociągów i koszty transportu. Część środkowych i południowych stanów mogłaby faktycznie zyskać krótkotrwałą ulgę cenową, ale rafinerie na wybrzeżach stałyby się bardziej podatne na zaburzenia podaży.

    USA grają kluczową rolę w globalnym handlu dieslem

    USA są jednym z największych graczy na globalnym rynku morskim diesla. Według danych przywoływanych przez API każdego dnia drogą morską handluje się około 8 mln baryłek diesla, z czego na Stany Zjednoczone przypada około 1,5 mln baryłek, czyli blisko jedna piąta światowego handlu. Ograniczenie eksportu oznaczałoby wycofanie z międzynarodowego rynku jednego z największych dostawców w momencie, gdy globalne moce rafineryjne są mocno nadwyrężone. Uderzyłoby to w importerów z Europy, Ameryki Łacińskiej i Azji.

    Europa już ma problem z dostawami

    Ryzyko zmniejszonej podaży amerykańskiego diesla pojawia się w złym momencie dla Europy. Stary Kontynent już boryka się z niedoborem paliwa z powodu ograniczonych dostaw z Bliskiego Wschodu. Do tego od lipca obowiązuje zakaz eksportu oleju napędowego z Rosji, który – według wcześniejszych doniesień Bloomberga – ma zostać przedłużony. Decydenci w Moskwie zastanawiają się tylko, czy na kolejny miesiąc, czy na dłużej.

    Ceny w Europie zareagowały natychmiast. W środę kurs październikowego kontraktu Low Sulphur Gasoil Futures na ICE rósł o 4,3 proc., do 1490,25 USD za tonę.

    Goldman Sachs ostrzega przed obosiecznym skutkiem

    Do ostrzeżeń dołączył też Goldman Sachs. Bank zwraca uwagę, że zakaz wprawdzie szybko zapełniłby amerykańskie magazyny i obniżyłby cenę diesla, ale jednocześnie zmniejszyłby podaż benzyny.

    Ponieważ benzyna i olej napędowy są zazwyczaj wytwarzane łącznie, choć z pewną elastycznością procesu, prawdopodobnie zakaz eksportu doprowadziłby do zmniejszenia dostępności benzyny – mówił Daan Struyven, szef działu analizy rynku surowców w Goldman Sachs.

    Tło decyzji jest polityczne. Według doniesień republikańscy liderzy mieli namawiać Trumpa do zakazania eksportu diesla, aby obniżyć rekordowe ceny na stacjach przed wyborami do Kongresu, które odbędą się 3 listopada.

    Na uwagę zasługują też notowania kontraktów terminowych. Kursy kontraktów na kolejne miesiące są niższe od październikowego, co oznacza backwardation. To może sugerować, że rynek zakłada, iż ewentualny zakaz mógłby zostać zniesiony wkrótce po wyborach.

  • 50 zł za akcję i debiut w IV kwartale. Phoenix Systems rusza z ofertą publiczną

    50 zł za akcję i debiut w IV kwartale. Phoenix Systems rusza z ofertą publiczną

    Oferta publiczna Phoenix Systems

    Spółka Phoenix Systems, polski deep tech rozwijający autorski system operacyjny czasu rzeczywistego Phoenix-RTOS, ustaliła cenę emisyjną akcji w ofercie publicznej na 50 zł za sztukę. Zapisów w transzy otwartej będzie można dokonywać od 23 do 28 września. Debiut na rynku NewConnect planowany jest na IV kwartał 2026 roku.

    W ramach oferty spółka zaoferuje maksymalnie 430 tys. nowych akcji. Przy pełnym objęciu emisji liczba akcji wzrośnie do 2 846 500, a implikowana wycena całej spółki wyniesie około 142,3 mln zł. Wartość pakietu należącego do Atende, większościowego akcjonariusza, oszacowano na około 71,6 mln zł. Po emisji Atende zachowa 50,3% udziałów.

    Na co pójdą pieniądze?

    Spółka zamierza wykorzystać wpływy z emisji do dalszego rozwijania systemu Phoenix-RTOS oraz do wzrostu w trzech segmentach: Smart Grid, Defence i Space. Z tej puli najwięcej, bo około 16,2 mln zł, pochłonie dokończenie prac badawczo-rozwojowych i przygotowanie projektu satelity Phoenix-SAT 2 do fazy komercyjnej. Kolejne około 4,15 mln zł ma wzmocnić zespół business development, który zajmie się pozyskiwaniem partnerów handlowych i sprzedażą na rynkach krajowych oraz zagranicznych.

    Prezes Phoenix Systems, Paweł Pisarczyk, w komunikacie prasowym podkreślił, że podczas roadshow spółka spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem rynku kapitałowego. „Ich pozytywne opinie dotyczące obranego przez nas modelu biznesowego oraz perspektyw rozwoju wszystkich segmentów naszej działalności, czyli Smart Grid, Defence i Space, traktujemy jako ważny komunikat i dużą dawkę motywacji do kontynuacji prac nad wykorzystaniem potencjału rynkowego do dalszej masowej komercjalizacji rozwiązań opracowywanych na bazie naszego systemu operacyjnego Phoenix-RTOS” – powiedział.

    Reakcja rynku: Atende w górę

    Informacja o ofercie publicznej spółki zależnej wyraźnie podbiła notowania Atende. W ciągu 13 sesji kurs spółki-matki zyskał około 33%, przy podwyższonych obrotach, i dotarł do najwyższego poziomu od ponad 1100 sesji. Obserwowany układ techniczny wskazuje na zbliżanie się do psychologicznej bariery 5 zł. To właśnie Phoenix Systems jest głównym motorem wzrostów – rynek otrzymał konkretną wycenę aktywa technologicznego należącego do grupy.

    Biznes już działa

    Phoenix Systems nie jest projektem bez przychodów. System Phoenix-RTOS to autorski, skalowalny i otwarty system operacyjny czasu rzeczywistego o architekturze mikrojądra, zaprojektowany dla urządzeń IoT i infrastruktury krytycznej. Według grupy Atende rozwiązanie działa już w ponad 1,6 mln inteligentnych liczników gazu i energii, zwłaszcza w segmencie Smart Grid. W 2025 r. przychody netto Phoenix Systems ze sprzedaży produktów sięgnęły około 9,5 mln zł; zysk netto zamknął się powyżej 1,7 mln zł.

    W segmencie Defence spółka rozwija oprogramowanie dla pojazdów bezzałogowych oraz certyfikowany autopilot, który był już testowany przez Wojsko Polskie. Ten projekt może w przyszłości stanowić kolejne źródło przychodów obok biznesu Smart Grid. W obszarze Space trwają prace nad rozwiązaniami dla przyszłych misji satelitarnych.

    Wiceprezes Phoenix Systems, Kaja Swat, wskazywała, że obecne wyniki napędza transformacja energetyczna, w tym rosnące wymagania dotyczące bezpieczeństwa i działania systemów Edge-IoT dla infrastruktury krytycznej. Dodała, że spółka jednocześnie inwestuje w uruchomienie kolejnych segmentów wzrostu: komercjalizację w obszarze defence oraz budowanie gotowości technologicznej i operacyjnej do partycypacji w polskich i europejskich misjach satelitarnych.

    Co dalej?

    Zapisy na akcje w transzy otwartej potrwają do 28 września. Jeśli oferta zostanie w pełni objęta, Phoenix Systems pozyska około 21,5 mln zł brutto. Debiut na NewConnect planowany jest na IV kwartał 2026 roku. Po debiucie notowania Phoenix Systems mogą stanowić rynkowy punkt odniesienia dla wyceny pakietu Atende.

    W równoległym nurcie biznesowym Atende stawia na sprzedaż i cyberbezpieczeństwo, spodziewając się większej liczby przetargów. Mariusz Stusiński, prezes Atende, mówił o zatrudnieniu już teraz nowych handlowców i o planach skalowania sprzedaży; efekty, jego zdaniem, powinny być widoczne dzięki backlogowi i lejkowi sprzedażowemu. Grupa chce także wykorzystywać sztuczną inteligencję zarówno wewnętrznie, jak i w ofercie dla klientów. Wsparciem dla cyberbezpieczeństwa jest wdrażanie wymogów dyrektywy NIS2, choć przedstawiciele Atende zwracają uwagę na przesuwanie części projektów z powodu niedoboru sprzętu, m.in. pamięci RAM i dysków.

  • Więcej kredytu, mniej metrów. Polski rynek mieszkaniowy wciąż zaskakuje

    Więcej kredytu, mniej metrów. Polski rynek mieszkaniowy wciąż zaskakuje

    Przykładowa trzyosobowa rodzina z Warszawy, która na rękę dostaje łącznie 15 tys. zł miesięcznie, może dziś przeciętnie pożyczyć na mieszkanie 1,161 mln zł. To o 4,1 proc. więcej niż przed rokiem. Ale za maksymalny kredyt kupi dziś mniej metrów niż w czerwcu.

    Zdolność kredytowa rośnie, metraż maleje

    Takie wyliczenia przynosi wrześniowa analiza bankier.pl. Modelowa rodzina ma 20-proc. wkład własny, a jej dochody rozkładają się na 8 tys. zł i 7 tys. zł netto. W ujęciu rocznym średnia zdolność kredytowa wzrosła o 45,2 tys. zł, ale w porównaniu z sierpniem spadła o 8,5 tys. zł.

    Jeszcze ważniejsze jest to, co za tę kwotę można kupić. Na rynku pierwotnym maksymalny kredyt wystarczy na 86,7 mkw. – o 1,3 mkw. mniej niż w czerwcu. Na rynku wtórnym dostępny metraż to 76,3 mkw. – o 0,3 mkw. mniej niż w czerwcu. Innymi słowy: ceny mieszkań rosną szybciej niż możliwości kredytobiorców.

    Analiza pokazuje też, jak duże znaczenie ma wybór banku. Oferty dla tej samej rodziny wahają się od 1,04 mln do 1,35 mln zł, więc różnica między skrajnymi propozycjami sięga 350 tys. zł. W Warszawie lokalizacja mocno różnicuje rynek: według danych SonarHome ceny na rynku wtórnym wynoszą od 13 tys. zł za mkw. na Białołęce do 20,6 tys. zł w Śródmieściu. Za maksymalny kredyt to różnica między około 113 mkw. na obrzeżach a około 70 mkw. w centrum.

    Nowe mieszkania przestają się kurczyć

    GUS pokazuje jednak inną ciekawą zmianę: przeciętna powierzchnia nowych mieszkań w budynkach wielorodzinnych przestała się kurczyć. W II kwartale 2026 r. wyniosła 51,3 mkw., czyli tyle samo co rok wcześniej. To pierwsze zatrzymanie trendu spadkowego od około pięciu lat.

    Nadal jednak jest to wyraźnie mniej niż przed 2020 r. – w II kwartale 2019 r. średni metraż przekraczał 53 mkw. W całym I półroczu 2026 r. deweloperzy oddali do użytkowania ponad 46,4 tys. mieszkań w budynkach wielorodzinnych, a ich przeciętna powierzchnia wyniosła 51,4 mkw., czyli o 0,4 mkw. więcej niż rok wcześniej.

    Rynek wtórny: najmniejsze mieszkania w Warszawie i Gdańsku

    Z raportu „Barometr Metrohouse i Credipass” wynika, że na rynku wtórnym w II kwartale 2026 r. przeciętne mieszkanie kupowane w Warszawie miało 49 mkw. – o 6 mkw. mniej niż przed rokiem. W Gdańsku było to 45 mkw., czyli o 4 mkw. mniej. To jednocześnie jedne z najdroższych rynków: średnia cena transakcyjna w Warszawie to 15 823 zł za mkw., a w Gdańsku 13 610 zł.

    Nie wszędzie metraże spadają. W Łodzi, najtańszym z dużych analizowanych miast, przeciętne mieszkanie miało 54 mkw., czyli o 5 mkw. więcej niż rok wcześniej. Średnia cena wyniosła tam 7 732 zł za mkw. Najczęściej wybierane na rynku wtórnym są lokale o powierzchni 46–54 mkw.

    Domy jednorodzinne kurczą się szybciej

    Inaczej wygląda sytuacja na rynku domów. W II kwartale 2026 r. przeciętny nowy dom miał 125,3 mkw., czyli o 3,7 mkw. mniej niż rok wcześniej. W całym I półroczu średnia wyniosła 127,2 mkw. Dla porównania w II kwartale 2019 r. było to blisko 135 mkw., więc w ciągu siedmiu lat nowe domy straciły około 10 mkw.

    Częściowym wyjaśnieniem może być rosnąca liczba małych domów budowanych na zgłoszenie. W poprzednim roku rozpoczęto około 4 tys. takich budów, najwięcej od 2016 r. Ich udział w całości rozpoczętych budów przekroczył 5 proc., a znaczną część stanowią obiekty do 70 mkw.

    Z danych Metrohouse i Credipass wynika jeszcze jeden trop: 28 proc. transakcji sprzedaży mieszkań na rynku wtórnym w I kwartale 2026 r. dotyczyło kupna kolejnej nieruchomości, tym razem o większej powierzchni. To jednak nie znaczy, że mniejszy metraż zawsze idzie w parze z mniejszymi potrzebami mieszkaniowymi – często wynika z budżetu, w który trzeba się zmieścić.

  • Złoto wciąż na celowniku Wall Street. Bernstein tnie prognozę, ale zostawia 30 proc. wzrostu

    Złoto wciąż na celowniku Wall Street. Bernstein tnie prognozę, ale zostawia 30 proc. wzrostu

    Złoto wciąż ma być jednym z wielkich rynkowych tematów tej dekady. Mimo że Bernstein zrewidował w dół swoją długoterminową prognozę, nowy cel wciąż zakłada wyraźną zwyżkę notowań. Bob Brackett, analityk Bernstein z Wall Street, w raporcie opublikowanym 21 września wskazał 5 600 USD za uncję jako poziom docelowy na 2030 rok.

    Bernstein tnie prognozę, ale pozostaje bykiem

    Nowy cel to obniżenie poprzedniej prognozy o 500 USD — wcześniej Bernstein zakładał 6 100 USD za uncję. Mimo to nastawienie analityków pozostaje bycze. We wtorek kurs XAU/USD korygował w okolicach 4 300 USD, co oznacza, że do celu na 2030 rok zostałoby około 30 proc. wzrostu.

    Korekta ma związek przede wszystkim z realnymi stopami procentowymi w USA. Wzrosły one z około 1,7 proc. we wcześniejszej części roku do około 2,7 proc., co podnosi koszt alternatywny trzymania złota, czyli aktywa nieprzynoszącego odsetek. Zmieniły się też oczekiwania rynku co do polityki Fed: zamiast obniżek stóp wyceniane są obecnie kolejne podwyżki.

    Banki centralne wciąż kluczowe dla złota

    Mimo wyższych stóp Bernstein zakłada, że kruszec może dalej drożeć. Analitycy zwracają uwagę na odporność złota w ostatnich latach, również w okresach, gdy zacieśnianie polityki pieniężnej zwykle ciążyłoby notowaniom.

    Najważniejszym strukturalnym wsparciem pozostają zakupy banków centralnych. Zdaniem Bernstein wielu dużych posiadaczy rezerw ma wciąż relatywnie mały udział złota w aktywach. Chiny, Japonia i Arabia Saudyjska trzymają w kruszcu mniej niż 10 proc. swoich rezerw, co pozostawia przestrzeń do dalszej dywersyfikacji kosztem dolara i innych głównych walut rezerwowych.

    Tezę wspierają też szersze dane. Najnowsze badanie World Gold Council pokazało, że zdecydowana większość ankietowanych banków centralnych spodziewa się wzrostu globalnych rezerw złota w ciągu najbliższego roku, a wiele z nich zakłada spadek udziału aktywów dolarowych. Trend zakupów banków centralnych jest jednym z filarów hossy od 2022 roku i — jak zauważa Bernstein — pomagał równoważyć okresy odpływu kapitału z funduszy ETF oraz presję wyższych rentowności obligacji. Zasoby złota w ETF-ach pozostawały w tym roku zasadniczo stabilne, a sam kruszec wykazał odporność mimo ostatniej podwyżki stóp przez Rezerwę Federalną.

    Ryzyka dla scenariusza wzrostowego

    Bernstein wymienia jednak czynniki, które mogą popsuć ten obraz. Największym zagrożeniem byłoby spowolnienie zakupów złota przez banki centralne. Do tego dochodzą wysokie ceny energii, które mogą podtrzymywać inflację i skłonić Fed do kolejnych podwyżek stóp. W takim wariancie złoto mogłoby ucierpieć przez umocnienie dolara i dalszy wzrost rentowności obligacji.

    Société Générale też stawia na kruszec

    W podobnym tonie wypowiada się Société Générale. Francuski bank wchodzi w ostatni kwartał 2026 roku z pozytywnym nastawieniem do złota, zakładając, że banki centralne dopiero zaczynają cykl podwyżek i nie zdołają wyprzedzić inflacji. SocGen utrzymuje wagę złota na poziomie 10 proc. i 10 proc. w szerokim koszyku surowców, podnosi za to akcje z 55 do 58 proc. i obcina obligacje rządowe z 15 do 12 proc. Bank sugeruje, że w obecnych warunkach lepiej może sprawdzić się portfel 60/20/20.

    Analitycy SocGen wskazują na powrót tzw. debasement trade, czyli strategii ochrony kapitału przed utratą wartości pieniądza. Napędzają ją geopolityczna fragmentacja i wątpliwości wobec wiarygodności fiskalnej USA. Banki centralne nadal kupują złoto, ograniczając jednocześnie ekspozycję na amerykańskie obligacje skarbowe. Globalne zasoby funduszy ETF opartych na złocie wróciły przy tym w okolice 3 000 ton.

    Prognozy Société Générale zakładają 4 750 USD za uncję w IV kwartale 2026 roku, 5 000 USD w II kwartale 2027 roku i 5 250 USD w III kwartale 2027 roku. Średnioroczne szacunki to 4 500 USD dla 2026 roku i 5 125 USD dla 2027 roku. Bernstein celuje natomiast w 5 600 USD za uncję na 2030 rok, a Société Générale w 5 250 USD w III kwartale 2027 roku.

  • Grupa Azoty na zakręcie: emisja dla Skarbu Państwa, negocjacje ze związkami i gaz powyżej 70 euro

    Grupa Azoty na zakręcie: emisja dla Skarbu Państwa, negocjacje ze związkami i gaz powyżej 70 euro

    Grupa Azoty wkłada w tym tygodniu kolejne elementy układanki naprawczej. We wtorek, 22 września, nadzwyczajne walne zgromadzenie spółki przyjęło uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego w drodze emisji do 33,7 mln nowych akcji serii E. Akcje trafią wyłącznie do Skarbu Państwa w ramach subskrypcji prywatnej, a umowa ich objęcia będzie mogła być zawarta w ciągu sześciu miesięcy od podjęcia uchwały. Po transakcji udział państwa w kapitale nie przekroczy 50 proc.

    To tylko część planu. Prezes Marcin Celejewski, cytowany w komunikacie spółki, wskazuje, że dokapitalizowanie jest jednym z kluczowych elementów procesu naprawczego – obok sprzedaży Grupy Azoty Polyolefins na rzecz Orlenu oraz długoterminowego porozumienia restrukturyzacyjnego z instytucjami finansującymi.

    Środki pozyskane z emisji chcemy przeznaczyć przede wszystkim na modernizację i rozwój Grupy wzmacniając jej potencjał i konkurencyjność.

    Celejewski mówi też o działaniach związanych z możliwością zaangażowania Funduszu Inwestycji Kapitałowych, z uwzględnieniem wymogów formalnych.

    Związki zawodowe: jest pierwsze porozumienie

    Równolegle spółka szuka porozumienia ze związkami zawodowymi. Spory zbiorowe w spółkach z grupy trwają od około dwóch miesięcy i dotyczą zarówno wynagrodzeń, jak i innych pracowniczych postulatów. Pierwszy przełom nastąpił 17 września: w GA Siarkopol, po rozmowach mediacyjnych z pięcioma działającymi tam organizacjami związkowymi, udało się podpisać porozumienie, które zakończyło spór płacowy rozpoczęty w maju. W tym tygodniu rozmowy mają być kontynuowane w kolejnych spółkach.

    Zarząd jest w tej sprawie jednoznaczny: pełne zrealizowanie żądań płacowych nie wchodzi w grę. Podwyżki są możliwe, ale negocjowane mają być etapami. Wśród postulatów znalazło się też przywrócenie części zawieszonych zapisów zakładowego układu zbiorowego pracy; obecne zawieszenie obowiązuje do końca roku. Firma przestrzega, że wcześniejsze cofnięcie zawieszenia przełożyłoby się na istotny wzrost kosztów wynagrodzeń, ale na tym etapie nie podaje konkretnej kwoty tych dodatkowych obciążeń. Kolejny postulat dotyczy konsultowania zmian organizacyjnych. Zmiany te wpisują się w program restrukturyzacji kosztowej i organizacyjnej, który zakłada trwałe cięcie kosztów, poprawę efektywności i dopasowanie organizacji do aktualnej skali działania.

    Trudny rynek: gaz, nawozy, tworzywa

    Negocjacje toczą się w trudnym otoczeniu rynkowym. Na giełdzie TTF kontrakty na najbliższą jesień i zimę kosztują ponad 70 euro za MWh; kilka dni temu surowiec wyceniano nawet powyżej 80 euro. Tak wysokie ceny gazu ostatni raz notowano pod koniec 2022 r. Dla Azotów to kluczowa sprawa, bo gaz ziemny to podstawowy surowiec do produkcji nawozów.

    Do tego dochodzi sezonowo słabszy popyt na nawozy i ograniczona siła nabywcza części gospodarstw. Wsparciem są uruchomione programy pomocy dla rolników, a sama spółka zachęca klientów do rozłożenia zakupów nawozów na tzw. sezon aplikacyjny.

    W segmencie chemicznym sytuację wspierają wysokie ceny siarki, mocznika technicznego i AdBlue, związane z ograniczeniem podaży na światowym rynku. Znacznie trudniej jest w tworzywach, które odczuwają słaby popyt w motoryzacji i budownictwie. W tym obszarze kluczowym elementem restrukturyzacji ma być sprzedaż GA Polyolefins do Orlenu.

    Najważniejsze zadanie: dług

    Najważniejszym wyzwaniem pozostają jednak zobowiązania. Zarząd prowadzi intensywne negocjacje z instytucjami finansującymi w sprawie długoterminowej umowy restrukturyzacji zadłużenia. Celem jest stworzenie trwałego mechanizmu wyjścia z długu i zamiana defensywnego zarządzania nim na aktywne budowanie wartości grupy. Spółka chce, by negocjacje zakończyły się jeszcze w tym roku.

    W międzyczasie spółka informowała o poprawie wyniku: w pierwszym półroczu strata netto zmniejszyła się z ok. 878 mln zł rok wcześniej do ok. 594 mln zł. Skarb Państwa ma obecnie 33 proc. akcji spółki, która jest drugim w Unii Europejskiej producentem nawozów azotowych i wieloskładnikowych oraz jedynym w Polsce producentem melaminy. W portfolio ma też m.in. poliamid, alkohole OXO, plastyfikatory i biel tytanową. Na razie zarząd deklaruje, że emisję chce przeprowadzić w możliwie najkrótszym terminie.

  • 16,1 mld zł z ETS na atom, CPK i elektryka. Wiceminister: tempo dekarbonizacji to szaleństwo

    16,1 mld zł z ETS na atom, CPK i elektryka. Wiceminister: tempo dekarbonizacji to szaleństwo

    W 2025 r. Polska zarobiła 16,1 mld zł na sprzedaży uprawnień do emisji CO2 w ramach unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS). Jak ustalił „Parkiet”, powołując się na informacje Ministerstwa Klimatu i Środowiska, środki te wsparły m.in. budowę elektrowni jądrowej, Centralny Port Komunikacyjny oraz projekt polskiego samochodu elektrycznego.

    Ten sam system ma jednak drugą stronę. W ubiegłym roku cztery największe polskie spółki energetyczne – Orlen, PGE, Enea i Tauron – zapłaciły za uprawnienia blisko 31 mld zł. W Brukseli trwa walka o to, by to obciążenie zmniejszyć.

    „Tempo nie do utrzymania”

    Wiceminister klimatu i środowiska Krzysztof Bolesta nie ukrywa krytycznego stosunku do obecnego tempa unijnej dekarbonizacji. „Tempo, w jakim UE zmusza europejski przemysł do redukcji emisji CO2, jest po prostu nie do utrzymania” – mówi w rozmowie z „Parkietem”. Jego zdaniem unijne standardy środowiskowe mogą doprowadzić do utraty sektora przemysłowego w kilku branżach naraz.

    Wiceminister przypomina, że Komisja Europejska 17 lipca pokazała propozycje zmian w ETS. Państwa członkowskie zgłosiły do nich prawie 280 stron pytań. Według Bolesty szczegóły tych propozycji nie zaostrzają unijnych ambicji, tylko je luzują. Chodzi m.in. o współczynnik redukcji liniowej (LRF), czyli stały roczny wskaźnik zmniejszający liczbę uprawnień. Dziś wynosi on 4,4 proc.; Komisja zaproponowała jego obniżenie. KE chce też więcej bezpłatnych pozwoleń dla części sektorów i złagodzenia zasad dla firm objętych mechanizmem granicznym CBAM.

    W pakiecie znalazły się również nowy fundusz wsparcia Investment Booster oraz przedłużenie działania Funduszu Modernizacyjnego, z którego Polska jest największym beneficjentem. Mimo to Warszawa uznaje propozycje za niewystarczające.

    Co dalej z cenami CO2?

    Obecnie system ETS kończy się w okolicach 2040 r.; propozycja KE wydłuża ten horyzont o ok. 10 lat. Dla polskiego rządu to wciąż za mało. Bolesta wskazuje, że w tym roku dramatycznie zaostrzają się tzw. wskaźniki emisyjne (benchmarki), które decydują o puli darmowych uprawnień. To oznacza mniej bezpłatnych pozwoleń i konieczność dokupienia większej liczby uprawnień na rynku.

    Polska przekonała KE, by część wskaźników trafiła do odrębnego projektu obok głównej rewizji ETS. Jak mówi wiceminister, projekt został już uzgodniony w Radzie, a prace nad nim mają zakończyć się w tym roku. Jeśli zmiany wejdą w życie, wskaźniki mogą być łagodniejsze, a firmy – dostać dodatkowe uprawnienia z datą wsteczną w formie wyrównania.

    Elektrownie jako rezerwa i spór o ETS2

    Sektor elektroenergetyczny ma własny pomysł na obniżenie kosztów: chodzi o zwolnienie części elektrowni węglowych i gazowych z obowiązku kupowania uprawnień, pod warunkiem że będą pracować nie dłużej niż 1500 godzin w roku i pełnić rolę rezerwy stabilizującej system. Bolesta przyznaje, że to bardzo trudne, bo wymagałoby zmiany całego unijnego rynku energii i zbudowania szerokiej koalicji. Na razie nie udało się pozyskać sojuszników nawet w Grupie Wyszehradzkiej.

    Coraz więcej krajów chce też zmian w mechanizmie merit order, który obecnie faworyzuje OZE i blokuje dostęp do rynku stabilnym źródłom, takim jak atom. KE na razie nie widzi potrzeby zmian na rynku energii.

    Osobny front to ETS2. Wiceminister przypomina, że w zeszłym roku Polska wywalczyła przesunięcie wejścia w życie tego systemu o rok. Teraz, razem z Włochami, udało się zmontować koalicję państw, które podpisały niewiążący dokument wskazujący na potrzebę zmian. Polska zasygnalizowała już prezydencji irlandzkiej, że chce rozmawiać o ETS2 i będzie pilnować, by poprawki trafiły na posiedzenie Rady UE podczas prac nad rewizją ETS.

    Bolesta podkreśla też, że Polska jest de facto płatnikiem netto systemu ETS, a ponad 70 proc. eksportu towarów z Polski trafia do innych państw UE. Jego zdaniem rewizja ETS to okazja, by polityka klimatyczna stała się akceptowalna dla europejskiego przemysłu i energetyki.

  • 8 mkw. na dworcu i ponad 170 mkw. w Warszawie. Dwie twarze Żabki

    8 mkw. na dworcu i ponad 170 mkw. w Warszawie. Dwie twarze Żabki

    Dwa bieguny jednej sieci

    Jedna Żabka to kiosk zajmujący 8 mkw. na Dworcu Wrocław Główny. Druga to dwupoziomowy lokal przy ul. Marszałkowskiej 104 w Warszawie, który ma ponad 170 mkw., kawiarnię i strefę gamingową. Dzieli je dokładnie 162 mkw. powierzchni, a łączy zielone logo sieci, która właśnie otworzyła 13-tysięczną placówkę.

    Wrocławski kiosk jest wyjątkowy, bo klienci w ogóle nie wchodzą do środka — zakupy podawane są przez okienko. To najmniejsza Żabka w Polsce, a dla sieci także test: jak daleko można zminiaturyzować sklep convenience w miejscach o dużym ruchu, gdzie każdy metr powierzchni się liczy.

    „Kiosk od zawsze był częścią miejskiego krajobrazu” – mówi Agata Michalska, dyrektor nowych formatów w Żabce.

    Na drugim biegunie jest warszawski lokal, otwarty we wrześniu. To jubileuszowy, 13-tysięczny punkt sieci. Oprócz standardowych półek klienci znajdą tu kawiarnię, strefę gamingową i rozbudowaną ofertę gastronomiczną. Adam Manikowski z Żabki ocenia, że 13 tys. sklepów to dowód skuteczności modelu biznesowego sieci.

    Kawowy lider poza kawiarnią

    Kawowy wątek nie kończy się jednak na warszawskiej kawiarni. Sieć sprzedaje rocznie ponad 50 mln kaw. Adam Manikowski, prezes jednostki biznesowej Żabka Polska, mówi wprost: „Sprzedajemy rocznie ponad 50 mln kaw i jesteśmy zdecydowanym liderem w tym segmencie”. Dodaje, że kawa powstaje ze specjalnie przygotowanej dla sieci mieszanki, a oferta jest rozwijana o powiązane produkty. Jak mówił „Rzeczpospolitej” Manikowski, Polacy coraz chętniej piją kawę poza domem, choć gdy sieć zaczynała rozwijać tę ofertę, nic nie wskazywało na szybki sukces. Dziś to jeden z wyróżników Żabki na rynku.

    To akurat potwierdzają badania. W ubiegłorocznym badaniu ARC Rynek i Opinia 38 proc. ankietowanych kupiło w ciągu 30 dni kawę w Żabce. Orlen i McDonald’s wskazało po 37 proc. respondentów. Costa Coffee wymieniło 13 proc., a Starbucksa 11 proc.

    Powody? W Polsce espresso kosztuje nawet 9–10 zł, podczas gdy we Włoszech czy Hiszpanii można je dostać za 1,2–1,5 euro. Rekordy cenowe kawy w ostatnich kwartałach sprawiły, że konsumenci chętniej szukają tańszych opcji.

    Kawiarni jest mniej niż kiedyś. GUS klasyfikuje je w rynku gastronomicznym razem z barami; obecnie to ok. 16 tys. lokali, podczas gdy w 2011 r. było ich 21,1 tys.

    Tomasz Starzyk z wywiadowni Dun & Bradstreet zauważa, że kawę kupuje się dziś nie tylko w kawiarni, ale też na stacjach benzynowych, w piekarniach, food truckach, barach szybkiej obsługi, automatach z kawą i przede wszystkim w małych sklepach ogólnospożywczych. To właśnie te ostatnie – otwarte od rana do wieczora, także w niedziele – są jego zdaniem największym wyzwaniem dla klasycznych kawiarni. Sklepy działają na każdym rogu, nie tylko między osiedlowymi blokami, ale także między luksusowymi butikami na głównych ulicach miast czy jako wyspy i pop-upy w galeriach handlowych.

    Stacje, kawiarnie i dane z paragonów

    Rynek kawowy to także operatorzy stacji paliw. Orlen podaje, że Kawa Stop Cafe od lat należy do najpopularniejszych produktów pozapaliwowych, a jej sprzedaż sięga kilkunastu milionów litrów rocznie. Zdaniem koncernu handel, stacje paliw i kawiarnie raczej się uzupełniają, a nie konkurują – jedne odpowiadają na szybkie zakupy po drodze, drugie pozostają miejscem spotkań i konsumpcji na miejscu.

    Z kolei sieć Green Caffè Nero uspokaja: Ewelina Karpińska, szefowa marketingu, mówi, że sklepowa kawa nie jest dla nich konkurencją, bo kawiarnia oferuje coś więcej niż sam napój – atmosferę, jakość i doświadczenie.

    Skalę zmian widać w danych POSbistro. W pierwszych siedmiu miesiącach 2026 r. liczba rachunków w kawiarniach spadła o ok. 5 proc. w ujęciu rocznym, a średnia wartość paragonu wzrosła o ok. 2,5 proc. Obecnie średni rachunek to 39,2 zł. Na początku roku mediana przychodów na lokal rosła rok do roku, ale od maja spada. Damian Szczypczyk z POSbistro tłumaczy, że segment pozostaje pod presją rosnących kosztów pracy, czynszów i surowców, a klienci coraz częściej wybierają wygodę, szybkość i cenę.

    Żabka jest obecna na obu końcach tej układanki: z jednej strony minimalny kiosk na dworcu, z drugiej rozbudowany sklep z kawiarnią w Warszawie. Sieć ma już ponad 13 tys. placówek, a jej kawa powstaje ze specjalnie przygotowanej mieszanki.