Blog

  • Budowlanka wraca na plus. Sierpień kasuje lipcowy dołek

    Budowlanka wraca na plus. Sierpień kasuje lipcowy dołek

    Po słabym lipcu branża budowlana wróciła na ścieżkę wzrostu. Produkcja budowlano-montażowa wzrosła w sierpniu o 6,7% r/r – poinformował w poniedziałek Główny Urząd Statystyczny (GUS). To niemal dokładne trafienie w średnią prognoz ekonomistów dla „Rzeczpospolitej” i „Parkietu”, która wynosiła 6,6%.

    Lipcowy spadek o 2,3% r/r, który zaskoczył rynek i był zdecydowanie poniżej prognoz, okazuje się więc epizodem. GUS tłumaczył wówczas, że część firm wskazywała nieregularny – głębszy niż zazwyczaj o tej porze roku – charakter rozliczeń po zakończeniu robót. W sierpniu te zakłócenia zniknęły, a odczyt okazał się spójny z prognozami i wcześniejszymi trendami.

    Infrastruktura ciągnie wynik

    Największy wkład we wzrost miały roboty przy obiektach inżynierii lądowej i wodnej – ich produkcja była o 29% wyższa niż przed rokiem. Ekonomiści łączą to z Krajowym Planem Odbudowy: część inwestycji musiała zostać zakończona do końca sierpnia, co przyspieszyło prace współfinansowane z unijnych środków.

    Solidnie wypadły też specjalistyczne roboty budowlane, do których należą m.in. prace wykończeniowe i przygotowawcze – ich dynamika sięgnęła +4,1% r/r. Znacznie gorzej było w segmencie wznoszenia budynków, gdzie produkcja spadła o 19,6% r/r. Między poszczególnymi segmentami wciąż widać więc duże różnice w dynamikach.

    Mieszkaniówka hamuje

    Osobne dane o mieszkalnictwie pokazują, skąd bierze się ostrożność w segmencie budynków. Wiosenny boom minął: starty budów kurczą się już czwarty miesiąc z rzędu, a wcześniejsza kumulacja pozwoleń na budowę opadła. Deweloperzy w całej Polsce rozpoczęli w sierpniu budowę 10,5 tys. mieszkań. To o 26% więcej niż rok wcześniej, ale o 9% mniej niż w lipcu. Pierwszy raz od lutego liczba mieszkań w uruchamianych projektach spadła poniżej 11 tys.

    W ciągu ośmiu miesięcy roku starty budów wyniosły 91,6 tys. lokali. To o 3,5% więcej niż przed rokiem, ale wciąż o 15% mniej niż w analogicznym okresie 2024 r., gdy rynek napędzał program „Bezpieczny kredyt”.

    Leszek Kąsek z ING Banku Śląskiego zwraca uwagę, że głębokie załamanie w budowie budynków – po lipcowym spadku o 1,8% – może oznaczać przesunięcie zasobów do innych działów oraz wynikać z terminu rozliczeń KPO w sierpniu. Dodaje, że budownictwo mieszkaniowe pozostaje najsłabszym segmentem: deweloperzy mają dużą dostępność do sprzedaży gotowych mieszkań, a od połowy lipca zaostrzyły się warunki finansowania.

    Remonty kontra inwestycje

    W danych widać też wyraźną rozbieżność między rodzajami prac. Prace inwestycyjne wzrosły o 19,3% r/r, podczas gdy remontowe spadły o 20,8% r/r.

    Co dalej?

    Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, tak komentuje sierpniowy odczyt:

    Po negatywnym zaskoczeniu w lipcu dane dotyczące produkcji budowlano-montażowej w sierpniu okazały się pozytywnym zaskoczeniem. Budownictwo po pierwsze powróciło do wzrostu.

    Ekonomistka zastrzega jednak, że część „niewykazanej” produkcji z lipca mogła zostać odnotowana dopiero w sierpniu. Jej zdaniem w kolejnych miesiącach dynamika nie powinna już notować ujemnych wartości, choć możliwe są wahania związane z bazą odniesienia z poprzedniego roku. Jak zauważa, wysoki dwucyfrowy wzrost w infrastrukturze i dodatni wynik robót specjalistycznych wskazują, że w polskiej gospodarce rozkręcają się inwestycje, co już pozytywnie wpływa na tempo wzrostu gospodarczego. Perspektywy dla branży pozostają optymistyczne.

    Krystian Jaworski z Credit Agricole wskazuje, że poza efektami księgowymi aktywność wspierała konieczność zakończenia do końca sierpnia części inwestycji z KPO. To sprzyjało przyspieszeniu prac współfinansowanych z unijnych pieniędzy.

    Grzegorz Ogonek, ekonomista Erste Bank Polska, ocenia sierpniowe dane jako umiarkowanie pozytywne i dodaje, że „cykl inwestycyjny jest w pełnym rozkwicie”, co powinno pozytywnie wpływać na wzrost PKB w drugiej połowie 2026 r. Z kolei Kąsek z ING spodziewa się utrzymania wzrostu w segmencie robót infrastrukturalnych – Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej wypracowało z Komisją Europejską elastyczne mechanizmy rozliczeń projektów finansowanych z KPO.

  • Google ukarane przez irlandzki organ. 403 mln euro za dane o lokalizacji

    Google ukarane przez irlandzki organ. 403 mln euro za dane o lokalizacji

    Irlandzka Komisja Ochrony Danych (DPC) nałożyła na Google karę w wysokości 403 mln euro. Sprawa dotyczy przetwarzania danych o lokalizacji użytkowników w latach 2018–2020. O decyzji regulator poinformował w poniedziałek. Kara została nałożona za naruszenie RODO. Google to spółka należąca do Alphabetu. Kara jest czwartą co do wysokości grzywną w historii irlandzkiego organu.

    Od czego zaczęła się sprawa?

    Postępowanie formalnie wszczęto w 2020 roku. Impulsem były skargi organizacji konsumenckich. To one zwróciły uwagę na to, w jaki sposób Google przetwarza dane o położeniu użytkowników. Organizacje konsumenckie wskazywały, że użytkownicy mogą nie mieć pełnej świadomości co do wykorzystania swoich danych. Postępowanie dotyczyło okresu 2018–2020. Sprawa ciągnęła się kilka lat, a decyzja DPC zapadła dopiero w poniedziałek.

    Dlaczego sprawą zajął się właśnie irlandzki regulator?

    DPC pełni rolę głównego regulatora prywatności w Unii Europejskiej dla Google. W unijnym systemie ochrony danych to właśnie irlandzki organ odpowiada za nadzór nad tą firmą. Dlatego to po stronie DPC leżała decyzja o przeprowadzeniu postępowania i ewentualnym ukaraniu spółki. Google to nie jest zwykła firma. To wyszukiwarka należąca do Alphabetu, a więc podmiot z największej ligi światowych koncernów technologicznych.

    Co dokładnie zakwestionował DPC?

    Zdaniem regulatora użytkownicy Google nie mieli wystarczającej świadomości co do tego, w jaki sposób wykorzystywane są ich dane o lokalizacji. Chodziło o to, że informacje o położeniu były przetwarzane w sposób mało przejrzysty. Dodatkowo Google przechowywał te dane zbyt długo. Takie postępowanie narusza zasady RODO, przede wszystkim zasadę przejrzystości oraz ograniczenia czasu przechowywania danych. Uchybienia nie dotyczyły pojedynczych przypadków, lecz całego mechanizmu działania firmy w analizowanym okresie.

    Na czym polega problem z danymi lokalizacyjnymi?

    Dane o lokalizacji to informacje, które pokazują, gdzie znajduje się użytkownik. W latach 2018–2020 Google miał przetwarzać takie dane w sposób, który nie był wystarczająco przejrzysty. Użytkownicy nie wiedzieli do końca, do czego ich dane są wykorzystywane. Do tego dane pozostawały w systemach Google zbyt długo. Takie postępowanie stoi w sprzeczności z zasadami RODO, które wymagają, by dane osobowe były przetwarzane w sposób przejrzysty i nie dłużej, niż to konieczne. To właśnie te elementy złożyły się na naruszenie unijnych przepisów.

    Skala kary

    Kara nałożona przez DPC to 403 mln euro. W historii irlandzkiego organu to czwarta co do wysokości grzywna. To pokazuje, że regulator uznał sprawę za poważną. Decyzja nie dotyczy drobnych uchybień, lecz naruszeń, które miały trwać przez kilka lat. Sprawa dotyczyła lat 2018–2020, a postępowanie w tej sprawie toczyło się od 2020 roku. Decyzja DPC oznacza, że irlandzki organ uznał skargi organizacji konsumenckich za zasadne.

    Co wynika z ustaleń DPC?

    Z ustaleń regulatora wynika, że problem leżał przede wszystkim w braku odpowiedniej świadomości użytkowników. Google miał nie zapewniać im wystarczających informacji o tym, do czego wykorzystuje dane o lokalizacji. Do tego dane były przechowywane zbyt długo. Obie te kwestie są kluczowe z punktu widzenia RODO. Unijne przepisy wymagają, by przetwarzanie danych osobowych odbywało się w sposób przejrzysty, a dane nie były trzymane dłużej, niż to konieczne. W tej sprawie obie zasady zostały naruszone.

    Co dalej?

    Na ten moment najważniejsza jest decyzja DPC. Google zostało ukarane, a kara pozostaje czwartą co do wysokości karą nałożoną przez irlandzki organ ochrony danych. Postępowanie zaczęło się w 2020 roku, a decyzję ogłoszono w poniedziałek. Sprawa pokazuje, że dane o lokalizacji użytkowników są obszarem, któremu regulatorzy przyglądają się bardzo uważnie. Kara w wysokości 403 mln euro pozostaje jednocześnie najświeższym akcentem w tej konkretnej sprawie.

  • Polskie pensje hamują. Sierpniowe dane GUS zaskoczyły ekonomistów

    Polskie pensje hamują. Sierpniowe dane GUS zaskoczyły ekonomistów

    Nowe dane GUS: pensje w dół, ale wciąż w górę rok do roku

    Główny Urząd Statystyczny w poniedziałek rano opublikował najnowsze dane o wynagrodzeniach w firmach. Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w sierpniu 9259,54 zł. To o 2,6 proc. mniej niż w lipcu, gdy średnia wynosiła 9509 zł. Miesięczne spadki między lipcem a sierpniem zdarzają się co roku, ale tym razem ich skala była niemal największa od kilkunastu lat.

    W ujęciu rocznym płace nadal rosną: dynamika wyniosła 5,6 proc., a przeciętna pensja jest wyższa o około 490 zł niż przed rokiem. To wynik wyraźnie poniżej konsensusu, który zakładał 6,6 proc. W lipcu wzrost sięgał 6,8 proc., a rok wcześniej 7,1 proc. Dla analityków to spore zaskoczenie – żaden z prawie 20 ankietowanych zespołów makro nie przewidział tak niskiego odczytu. Ekonomiści spodziewali się wyższego wyniku, wskazując na sygnały odbudowującego się popytu na pracę.

    To drugi najsłabszy wynik od marca 2021 r.; ostatnio jeszcze wolniej płace rosły w kwietniu 2026 r., gdy dynamika wyniosła 5,4 proc. Statystycy GUS tłumaczą miesięczny spadek mniejszą skalą dodatkowych wypłat – chodzi m.in. o premie kwartalne, roczne i uznaniowe, nagrody jubileuszowe oraz odprawy emerytalne.

    Sektor przedsiębiorstw to firmy zatrudniające co najmniej dziesięć osób, a więc około 40 proc. wszystkich pracujących w polskiej gospodarce. Dane dotyczą pracowników na etatach, a średnia obejmuje wszystkie branże, cały kraj i wszystkie stanowiska. W praktyce przekłada się to na duże różnice: w sektorze informacja i komunikacja średnie pensje są około dwukrotnie wyższe niż np. w HoReCa, a w firmach zatrudniających co najmniej 1000 osób przeciętne wynagrodzenie jest o ponad jedną trzecią wyższe niż w podmiotach z 10–49 pracownikami.

    Lipcowy skok był jednorazowy?

    Lipcowe przyspieszenie płac do 6,8 proc. było najwyższym odczytem w tym roku. Sierpniowe dane sugerują, że w dużej mierze chodziło o jednorazowy efekt wypłat premii, prawdopodobnie m.in. w górnictwie i energetyce. Po tym epizodzie dynamika wróciła do przedziału notowanego od kwietnia do czerwca, gdy wahała się między 5,4 a 5,9 proc. rok do roku.

    Realne pensje wciąż na plusie

    Dla konsumentów kluczowe jest porównanie płac z inflacją. W sierpniu wskaźnik CPI przyspieszył do 3,4 proc. rok do roku, głównie przez drożejącą ropę naftową i paliwa. Po uwzględnieniu tej korekty realny wzrost wynagrodzeń wyniósł około 2,1 proc. rok do roku.

    To 37. miesiąc z rzędu z dodatnią realną dynamiką płac. Z drugiej strony, jak zauważają komentatorzy, to jednocześnie – na równi z kwietniem – najniższy wynik od trzech lat. Dla porównania, rekordowo wysoka realna dynamika w marcu 2024 r. sięgnęła około 10 proc., najwięcej od ćwierćwiecza. Z punktu widzenia Rady Polityki Pieniężnej to dobra wiadomość. „Presja płacowa pozostaje ograniczona, a głównym czynnikiem ryzyka dla inflacji jest zewnętrzny szok energetyczny” – komentują analitycy ING Banku Śląskiego.

    Zatrudnienie znów w dół

    Najnowsze dane pokazują też, że przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw ponownie spadło. W sierpniu wyniosło 6 367,8 tys., czyli o 0,8 proc. mniej niż rok wcześniej. To zgodne z prognozami. Ubyło około 51 tys. etatów w porównaniu z ubiegłym rokiem, około 33 tys. od początku roku i około 11 tys. w samym sierpniu.

    Spadek zatrudnienia w firmach trwa już ponad trzy lata. Zmiany demograficzne sprawiają, że ten trend bywa opisywany jako nowa rynkowa norma. Analitycy jako możliwe przyczyny wskazują też odchodzenie od etatów na rzecz bardziej elastycznych form pracy oraz postępującą automatyzację i robotyzację powtarzalnych procesów.

    Część danych z rynku pracy wygląda jednak nieco inaczej. Według Grant Thornton w sierpniu na 50 największych polskich portalach pracy opublikowano 257 tys. nowych ogłoszeń – o 10,1 tys. więcej niż rok wcześniej. To trzeci kolejny miesiąc dodatniej dynamiki.

    „Sierpień potwierdził stopniową poprawę na rynku rekrutacyjnym. Co ważne, wzrost objął wszystkie badane miasta i grupy zawodowe. Nadal jednak warto zachować ostrożność. Kluczowym sprawdzianem trwałości odbicia będą wyniki z pierwszych miesięcy jesieni” – mówi Magdalena Marcinowska, partner w Grant Thornton.

  • Biedronka wydłuża ważność bonów kaucyjnych do 120 dni. Sieci prześcigają się w terminach

    Biedronka wydłuża ważność bonów kaucyjnych do 120 dni. Sieci prześcigają się w terminach

    Biedronka wydłuża ważność bonów kaucyjnych do 120 dni

    Od poniedziałku 21 września kupujący w Biedronce mają cztery miesiące na wykorzystanie voucherów otrzymanych za zwrot butelek i puszek. Wcześniej kwity traciły ważność po 30 dniach od wydania. Sieć ogłosiła nowe zasady 17 września na swojej stronie internetowej.

    To nie tylko kosmetyczna zmiana: w praktyce pieniądze z kaucji nie muszą już być wydane przy najbliższej wizycie w sklepie. Klient może zachować bon i zapłacić nim przy kolejnych, większych zakupach – nawet jeśli minie kilka tygodni.

    Dagmara Łakoma, starsza menedżerka ds. ochrony środowiska w Biedronce, tłumaczy, że po przeanalizowaniu dotychczasowych rozwiązań zdecydowano się na wydłużenie terminu, „aby zapewnić klientom łatwy dostęp do zwrotu opakowań i wystarczająco dużo czasu na wykorzystanie środków z kaucji”. Sieć podkreśla przy tym, że jej nowe zasady wykraczają poza wcześniejsze wytyczne Ministerstwa Klimatu i Środowiska.

    Sieci prześcigają się w terminach

    Biedronka dołącza do grona sklepów, które postanowiły wydłużyć ważność bonów, zanim pojawią się nowe przepisy. Najdłuższe terminy oferują Auchan i Dino, gdzie kwity nie tracą ważności w ogóle. Na 100 dni zdecydowały się Kaufland i Lidl – przy czym Lidl wprowadzi taki termin od 1 października. W Netto Polska nowy 90-dniowy termin obowiązuje od 1 września, a Stokrotka zmieniła zasady już pod koniec maja; obie sieci dają klientom 90 dni. Carrefour honoruje kwity przez 60 dni. Na 30 dniach pozostaje obecnie ALDI; Biedronka właśnie ten limit zmieniła na 120 dni.

    Rządowy projekt w tle

    Za zmianami stoją także plany legislacyjne. Minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska przedstawiła pod koniec sierpnia w RMF FM swoje stanowisko, zgodnie z którym minimalny okres ważności bonów kaucyjnych powinien wynosić kwartał. W planach jest też projekt zmieniający przepisy, który – zgodnie z zapowiedziami – ma trafić do rządowego wykazu prac jesienią. Część sieci nie czeka jednak na procedowane regulacje i już dziś wprowadza własne, korzystniejsze dla klientów zasady.

    System kaucyjny w pigułce

    W Polsce system działa od 1 października 2025 r. Obowiązkowo obejmuje sklepy o powierzchni powyżej 200 m kw. Kaucję pobiera się za plastikowe butelki do 3 l i metalowe puszki do 1 l; od 1 stycznia 2026 r. objęła ona również szklane butelki wielorazowe do 1,5 l. Według danych z lipca klienci w całym kraju zwrócili już ponad 3,2 mld opakowań.

    Biedronka w liczbach

    Skala zwrotów w Biedronce jest ogromna. Codziennie do maszyn i punktów zwrotu trafia blisko 10 mln butelek i puszek, a 17 sierpnia padł rekord – 16,5 mln opakowań w jeden dzień. Statystyczny voucher opiewa na 12 zł i odpowiada 24 oddanym opakowaniom. Najczęściej butelki i puszki oddają mieszkańcy Mazowsza, Śląska i Małopolski. Jeśli chodzi o łączną liczbę zwróconych w tej sieci opakowań, w komunikatach pojawiają się dwie wartości: ponad 1,4 mld (dane z połowy września) i ponad 1,5 mld (dane ogłaszane po starcie systemu). Sieć prawdopodobnie ma na myśli podobny wynik, ale różne momenty publikacji utrudniają jednoznaczne wskazanie liczby.

    Co daje dłuższa ważność?

    Nowy termin ma praktyczne znaczenie dla domowego budżetu. Kupujący nie musi od razu decydować, na co przeznaczy środki, tylko może je trzymać na później, np. na większe, świąteczne zakupy. Dzięki temu kaucja przestaje być środkiem, który trzeba wydać w pośpiechu, i może stać się formą odłożonej zniżki na kolejne zakupy.

    Nowe zasady obowiązują od 21 września, a decyzja sieci idzie dalej niż wcześniejsze wytyczne Ministerstwa Klimatu i Środowiska.

  • Polska ma jeden z najniższych wskaźników wakatów w UE. Oto najnowsze dane

    Polska ma jeden z najniższych wskaźników wakatów w UE. Oto najnowsze dane

    Więcej osób z pracą w UE

    Średnio trzy na cztery osoby w wieku 20–64 lat w Unii Europejskiej miały pracę w drugim kwartale 2026 r. Wskaźnik zatrudnienia sięgnął 76,4 proc., wobec 76,3 proc. kwartał wcześniej. Eurostat podał też, że odsetek ludzi, których potrzeba zatrudnienia nie została zaspokojona — razem z bezrobotnymi — wyniósł 11 proc.

    Gdzie przybyło pracujących

    W ujęciu kwartalnym zatrudnienie wzrosło w 14 krajach członkowskich. Najbardziej w Portugalii i na Malcie (po +0,6 pkt proc.), dalej w Grecji (+0,5 pkt proc.) oraz na Łotwie i w Słowenii (po +0,4 pkt proc.). W czterech państwach wskaźnik się nie zmienił; w tej grupie jest Polska. W dziewięciu krajach spadł, a największe obniżki zanotowały Austria (—0,4 pkt proc.) oraz Litwa i Szwecja (po —0,3 pkt proc.).

    Kto znalazł pracę między kwartałami?

    Między pierwszym a drugim kwartałem 2026 r. 3,1 mln bezrobotnych w wieku 15–74 lat w UE znalazło zatrudnienie. To 23,2 proc. wszystkich bezrobotnych z pierwszego kwartału. 7 mln osób (52,8 proc.) pozostało bezrobotnymi, a 3,2 mln (24 proc.) opuściło rynek pracy.

    Spośród osób pracujących w pierwszym kwartale 2,5 mln (1,2 proc.) stało się bezrobotnymi, a 4,8 mln (2,3 proc.) odeszło z siły roboczej. Z kolei wśród osób spoza rynku pracy 4,2 mln (3,7 proc.) podjęło pracę, a 3,9 mln (3,4 proc.) zarejestrowało się jako bezrobotni.

    Polska z niemal najniższym wskaźnikiem wakatów

    Osobny raport Eurostatu dotyczy wakatów, czyli nieobsadzonych stanowisk, na które pracodawcy aktywnie szukają osób. W strefie euro wskaźnik wyniósł w drugim kwartale 2,1 proc., wobec 2,3 proc. kwartał wcześniej i 2,2 proc. rok wcześniej. W całej UE było to 2,0 proc., podczas gdy poprzednio i przed rokiem 2,1 proc.

    Wśród krajów o najniższym udziale wolnych etatów w UE znalazła się też Polska – wskaźnik wyniósł tam 0,8 proc. Mniej wakatów miała tylko Rumunia (0,5 proc.), a tyle samo Bułgaria. Unijna średnia sięgała 2 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż polski wynik. Najwyższe wskaźniki miały Holandia (4,1 proc.), Belgia (3,3 proc.), Malta (3,1 proc.) i Austria (2,9 proc.).

    Gdzie wakatów przybyło, a gdzie ubyło

    Rok do roku wskaźnik wakatów wzrósł w trzech krajach, został bez zmian w ośmiu i spadł w piętnastu. Największe wzrosty: Słowenia (+0,3 pkt proc.), Grecja (+0,2 pkt proc.), Szwecja (+0,1 pkt proc.). Największe spadki: Cypr (—0,7 pkt proc.), Belgia (—0,6 pkt proc.), Austria (—0,5 pkt proc.), Estonia (—0,4 pkt proc.) i Włochy (—0,3 pkt proc.).

    W których sektorach najtrudniej o pracownika?

    Eurostat podał też dane dla branż. W całej UE w przemyśle i budownictwie wskaźnik wyniósł 1,8 proc., a w usługach 2,1 proc. Najwyższy wskaźnik w strefie euro odnotowano w budownictwie – 3 proc. (w UE 2,8 proc.). W działalności administracyjnej i wspierającej, w tym agencjach pracy tymczasowej, wyniósł 2,8 proc. w obu obszarach. W zakwaterowaniu i gastronomii – 2,6 proc. w strefie euro i 2,5 proc. w UE. W telekomunikacji, programowaniu, doradztwie informatycznym i pozostałych usługach informacyjnych wskaźnik wyniósł 2,3 proc. w strefie euro i 2,2 proc. w UE. Podobnie w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej – 2,3 proc. w strefie euro i 2,2 proc. w UE.

    Jak czytać wynik Polski?

    Ten wynik można odczytywać na co najmniej dwa sposoby. Relatywnie niewielka liczba publikowanych ogłoszeń może oznaczać, że popyt na nowych pracowników jest słabszy niż w większości państw wspólnoty. Nie można jednak z góry zakładać, że to zła wiadomość dla polskiego rynku. Bezrobocie pozostaje niskie, a część firm może po prostu nie prowadzić teraz szerokiej rekrutacji.

    W ujęciu ogólnoeuropejskim dane urzędu wskazują bardziej na schłodzenie rynku pracy niż na jego wyraźne pogorszenie. Wskaźnik wakatów spadł w UE i strefie euro zarówno kwartał do kwartału, jak i rok do roku. Pracodawcy nadal prowadzą rekrutacje, choć mniej intensywnie niż w czasie bardzo silnego popytu na pracowników po pandemii.

  • SpaceX jak loteria. Brytyjscy inwestorzy nie żałują mimo „potężnie zawyżonej” wyceny

    SpaceX jak loteria. Brytyjscy inwestorzy nie żałują mimo „potężnie zawyżonej” wyceny

    Czerwcowy debiut SpaceX przyciągnął rekordowe zainteresowanie brytyjskich inwestorów indywidualnych. W fazie budowania księgi popytu zamówienia złożyło około 120 tysięcy dorosłych Brytyjczyków. Według brokera Marex ich łączna wartość sięgnęła blisko miliarda dolarów. Zainteresowanie było tak duże, że część chętnych nie otrzymała pełnego przydziału, o który wnioskowała.

    Skalę popytu potwierdza też broker AJ Bell. Na jego platformie ofert kupna było pięciokrotnie więcej niż przy jakiejkolwiek innej ofercie w ostatniej dekadzie.

    Richard Cooke, zajmujący się na co dzień rozwojem biznesu, dostał mniej niż połowę zamówionych akcji, ale nie żałuje decyzji. Mówi wprost: to loteria.

    To wszystko jest jak loteria. Wycena jest oczywiście potężnie zawyżona. Prawdopodobnie będziemy się z tego śmiać za 10 lat, ale jest cień szansy, że nie. Jestem całkiem gotowy podjąć to ryzyko.

    Cooke przyznaje, że spółka jest wyceniana na ponad stukrotność swojej sprzedaży. Nie ma jednak złudzeń co do charakteru inwestycji: „Raz czujesz się dość zadowolony z siebie, a w inne dni czujesz się jak idiota” – mówi. „Nie ma znaczenia, czy inwestycja wzrośnie o 50 proc., czy spadnie o 50 proc., i tak idę do Tesco i tak idę do Wetherspoons.”

    Podobnie podchodzi do sprawy Dave Badsey, menedżer projektów, dla którego zakup akcji to spekulacja. Wcześniej kupował akcje BAE Systems po rosyjskiej inwazji na Ukrainę i, jak sam mówi, spółka zarobiła. Mówi, że wielu inwestorów może teraz panikować, bo nie wiedzą, co robią. Branżę kosmiczną uznaje za z definicji bardzo ryzykowną, a gwałtowne wahania cen za naturalny element debiutów. Ostrzega tych, którzy spodziewali się szybkich milionów: „Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby pan Musk zarabiał pieniądze na wystrzeliwaniu rakiet czy czymkolwiek, co chce robić. Jeśli nie spodziewasz się jazdy bez trzymanki, nie powinieneś inwestować w debiuty giełdowe.”

    Dan Coatsworth z AJ Bell tłumaczy, że inwestorów przyciągnęła pozycja SpaceX jako lidera gospodarki kosmicznej oraz historia Elona Muska, który potrafił zarabiać dla akcjonariuszy. Zastrzega jednak, że wycena opiera się na przyszłych możliwościach firmy, a nie bieżących wynikach.

    Huśtawka notowań i odblokowanie akcji

    Kurs SpaceX od debiutu przechodzi prawdziwy rollercoaster. Po początkowych dynamicznych wzrostach nadeszły wyraźne spadki. Najbliższym testem dla wyceny będzie uwolnienie pierwszej transzy akcji pracowniczych oraz walorów należących do inwestorów sprzed IPO. Kolejne pule wcześniej zablokowanych akcji będą trafiać do obrotu w nadchodzących miesiącach, co może zwiększyć presję na cenę.

    W ostatnich tygodniach akcje odrabiały część strat – impulsem był pierwszy kwartalny raport finansowy SpaceX po debiucie. Wcześniej kurs ustanowił historyczne maksimum na poziomie 225,64 dolara. Mimo to pozostaje 6,05 proc. poniżej poziomu z pierwszego zamknięcia w historii notowań, a od historycznego minimum wynoszącego 104,83 dolara wzrósł o 44,24 proc. Podczas ostatniego zamknięcia znajdował się też powyżej ceny z IPO (135 dolarów) i kursu otwarcia z pierwszego dnia notowań (150 dolarów).

    Kosmiczna AI w tle wyceny

    W dyskusji o przyszłej wycenie SpaceX pojawia się też wątek sztucznej inteligencji w kosmosie. Elon Musk ponownie zapowiedział, że pierwsze układy Nvidia Vera Rubin trafią na orbitę w 2027 roku. Jak wynika z analizy ChatGPT przytoczonej przez Comparic.pl, kluczowe znaczenie może mieć start projektu Starmind zaplanowany na IV kwartał 2027 roku. Udana misja ograniczyłaby część ryzyka technologicznego i mogłaby wesprzeć scenariusz wzrostu kursu do około 250 dolarów.

    ChatGPT zastrzegł, że przed skalowaniem takiego modelu pozostaje wiele wyzwań inżynieryjnych, a do IV kwartału 2027 roku SpaceX może być już znacznie większą spółką niż dziś, nawet jeśli Starmind nie stanie się dużym biznesem. Analiza wskazuje, że taki poziom wyceny to zakład na cały biznes SpaceX – Starlink, Starship, AI i naziemną infrastrukturę obliczeniową – a nie pojedynczego satelitę. Według modelu dopiero dowód, że Starship potrafi startować z odpowiednią częstotliwością, pozwoli rynkowi w pełni wycenić perspektywę milionów satelitów, dziesiątek tysięcy startów i setek gigawatów mocy obliczeniowej.

  • Archicom goni rekord: 92 proc. więcej przychodów i cel 3,5 tys. sprzedanych mieszkań

    Archicom goni rekord: 92 proc. więcej przychodów i cel 3,5 tys. sprzedanych mieszkań

    Archicom ma za sobą półrocze z wyraźnym przyspieszeniem. Grupa budująca w sześciu miastach w I połowie 2026 r. zaksięgowała 624,5 mln zł skonsolidowanych przychodów, czyli o 92 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej sięgnął 74,4 mln zł, podczas gdy w I połowie 2025 r. było 1,1 mln zł straty.

    Wyniki finansowe

    Zysk brutto ze sprzedaży wzrósł o 62 proc., do 188 mln zł. Zysk operacyjny zwiększył się o 250 proc., do prawie 100 mln zł. Przepływy operacyjne sięgnęły 147 mln zł wobec 22,6 mln zł przed rokiem.

    Głównym motorem wyników pozostaje sprzedaż produktów. Przychody z tego segmentu wzrosły o 207 proc., do 598 mln zł, a zysk brutto na produktach o 184 proc., do 174,6 mln zł. Marża brutto na sprzedaży produktów wyniosła 29,2 proc., wobec 31,5 proc. rok wcześniej.

    Osobno spółka wykazuje przychody z usług, w tym z zarządzania inwestycjami mieszkaniowymi Echa. W I połowie 2026 r. wyniosły one 26,7 mln zł i były o 18,5 proc. niższe niż przed rokiem. W I połowie 2025 r. wyniki wspierała sprzedaż działki w centrum Warszawy za ponad 97 mln zł.

    Archicom prowadzi działalność deweloperską w grupie Echo Investment. Część projektów pozostaje własnością spółki matki, a deweloper otrzymuje prowizję za zarządzanie i sprzedaż tych inwestycji.

    Przekazania i sprzedaż

    W I połowie 2026 r. Archicom przekazał klientom 983 mieszkania z własnych projektów, o 173 proc. więcej niż rok wcześniej. W III kwartale w przekazaniach pojawią się pierwsze apartamenty z warszawskiego projektu M7. Na cały rok cel to 3–3,2 tys. przekazanych mieszkań, w tym 200–300 z projektów Echa. Po sześciu miesiącach, licząc z Echem, łączna liczba przekazań sięgnęła 1137.

    Sprzedaż własnych projektów Archicomu wyniosła 1234 mieszkania, o 24 proc. więcej niż przed rokiem. Z oferty Echa sprzedano 87 mieszkań, o 47 proc. mniej. Łącznie w I półroczu grupa sprzedała 1321 lokali, o 14 proc. więcej niż w 2025 r. Na koniec czerwca w ofercie było 3,16 tys. mieszkań, a bank ziemi wystarczał na 13,2 tys. lokali.

    Cel: rekordowa sprzedaż

    Zarząd podtrzymał całoroczną prognozę sprzedaży na 3,2–3,5 tys. mieszkań, licząc z projektami Echa. W 2025 r. było to 2,85 tys. lokali. W III kwartale spółka liczy na około 800 umów, a w IV kwartale na 1,1–1,4 tys. Dotychczasowy najlepszy kwartał to IV kwartał 2025 r., gdy podpisano 1066 umów. Cel na 2027 r. to 4 tys. sprzedanych mieszkań.

    Podczas gdy w II kwartale rynek mieszkaniowy skurczył się o 8,4 proc. kwartał do kwartału, sprzedaż Grupy Echo wzrosła o 19 proc. Co istotne, osiągnęliśmy ten wynik przy konsekwentnie utrzymywanej, stabilnej polityce cenowej – mówi Dawid Wrona, prezes Archicomu.

    Prezes dodał, że model oparty na szerokiej ofercie i obecności na największych rynkach w Polsce działa, a ambicją spółki jest znalezienie się w pierwszej trójce na każdym rynku, na którym jest obecna. W Poznaniu i Łodzi Archicom jest już numerem jeden.

    Koszty, grunty, nowe rynki

    Koszty sprzedaży i ogólnego zarządu w przeliczeniu na sprzedane mieszkanie spadły o 11 proc., do 65,2 tys. zł. Spółka chce docelowo zejść do około 50 tys. zł na lokal.

    Rosnąca skala działalności ma sens wtedy, gdy towarzyszy jej wzrost efektywności. Integracja funkcji w Grupie Echo pozwala nam lepiej wykorzystywać efekt skali – zarówno w zakupach i kontraktacji, jak i w zarządzaniu kompetencjami pomiędzy projektami – komentuje Justyna Kawa, członkini zarządu ds. finansowych.

    Archicom rozwija też ofertę w segmencie popularnym, który w tym roku ma odpowiadać za połowę oferty. W I półroczu spółka kupiła grunty za 140 mln zł, a w negocjacjach są parcele o wartości 500 mln zł. Spółka spodziewa się wkrótce umów w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu dotyczących 2,2 tys. lokali w segmencie popularnym. W III kwartale do oferty ma wejść 1285 mieszkań w Łodzi, Wrocławiu, Warszawie i Poznaniu. Zarząd analizuje też wejście na Trójmiasto, bez wskazania terminu.

    Obligacje na wykup długu

    Justyna Kawa zapowiedziała, że Archicom w tym roku wyemituje obligacje, aby wcześniej wykupić droższy dług. Na Catalyst spółka ma cztery serie obligacji. Dwie zapadają w lutym i czerwcu 2027 r.; mają marże 3,4 i 3,25 pkt proc. ponad WIBOR 6M oraz wartość 210 mln i 168 mln zł. Pozostałe serie zapadają w czerwcu 2028 r. i w marcu 2029 r., z marżami odpowiednio 3,1 i 2,55 pkt proc.

  • Grupa Kęty kupuje METRĘ. Przejęcie za nawet 450 mln euro

    Grupa Kęty kupuje METRĘ. Przejęcie za nawet 450 mln euro

    Grupa Kęty podpisała warunkową umowę nabycia 100 proc. udziałów w holenderskiej spółce Fengari Holdings I B.V., właścicielu włoskiej Grupy METRA, globalnego producenta profili aluminiowych. Wartość przedsiębiorstwa METRA wyznaczono na 645 mln euro, a cena nabycia udziałów – po uwzględnieniu długu bankowego i innych pozycji o charakterze dłużnym według stanu na 31 marca 2026 r. – może w zależności od daty finalizacji wynieść do 450 mln euro.

    Kim jest METRA?

    Grupa METRA to zintegrowany pionowo producent profili aluminiowych, w którego skład wchodzi m.in. Metallurgica Trafilati Alluminio (METRA) z siedzibą w Rodengo-Saiano we Włoszech. Prowadzi dziewięć zakładów produkcyjnych we Włoszech, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie i zatrudnia blisko 1400 osób. Łączne moce produkcyjne w zakresie wyciskania profili to ok. 145 tys. ton rocznie, z czego ok. 35 proc. przypada na Europę.

    Produkty METRY trafiają m.in. do kolejnictwa i architektury. Firma świadczy też usługi o wysokiej wartości dodanej, takie jak lakierowanie, anodowanie, obróbka mechaniczna i spawanie. Według szacunków Grupy Kęty przychody METRY w 2026 r. sięgną ok. 600 mln euro, a EBITDA bez zdarzeń jednorazowych, w tym kosztów transakcji, to ok. 90 mln euro.

    Dlaczego Grupa Kęty przejmuje METRĘ?

    Akwizycja wpisuje się w długoterminową strategię zakładającą budowę międzynarodowej organizacji o silnej pozycji w Europie oraz w sektorach budowlanym i przemysłowym. Przejęcie otwiera też możliwości ekspansji w Ameryce Północnej – METRA generuje z tego regionu ponad 45 proc. przychodów. Według Grupy Kęty transakcja pozwoli umocnić pozycję na europejskim rynku przetwórstwa aluminium i da dostęp do nowych technologii oraz know-how, zwłaszcza w segmencie rozwiązań dla kolejnictwa. Grupa Kęty liczy też na synergie w zakresie rozwoju technologii, zakupów i sprzedaży oraz na wykorzystanie międzynarodowej pozycji METRY na rynku architektonicznym i nowych kanałów dystrybucji we Włoszech.

    Jak mówi Roman Przybylski, prezes Grupy Kęty: „Z dużym uznaniem patrzymy na rozwój Grupy METRA w ostatnich latach oraz na efekty działań zrealizowanych przez KPS Capital Partners we współpracy z kadrą zarządzającą Metry”.

    Skąd finansowanie?

    Transakcja ma być sfinansowana kredytami bankowymi oraz środkami własnymi. Grupa Kęty zawarła z Bankiem Pekao umowę kredytu terminowego o maksymalnej wartości 2 mld zł. Kredyt jest nieodnawialny, a jego ostateczny termin spłaty przypada 24 miesiące od zawarcia umowy. Może być uruchomiony w złotych lub w euro, a oprocentowanie będzie zmienne – oparte na stawce WIBOR lub EURIBOR powiększonej o marżę banku. Kęty zobowiązały się też współpracować z Pekao przy organizacji programu emisji obligacji lub innych działań służących refinansowaniu zobowiązań wynikających z umowy kredytowej.

    Warunki i harmonogram

    Umowa ma charakter warunkowy. Do zamknięcia transakcji potrzebne będą m.in. zgody organów antymonopolowych oraz innych regulatorów, w tym związanych z kontrolą inwestycji zagranicznych. Strony mogą rozwiązać umowę, jeżeli do finalizacji nie dojdzie do 14 marca 2027 r.; termin ten może zostać przedłużony maksymalnie o dwa miesiące.

    Spółka zapowiedziała, że więcej szczegółów przedstawi na konferencji we wtorek o 11:00.

    Kontekst strategiczny

    Grupa Kęty jest notowana na GPW od 1996 r. i działa w trzech segmentach produktowych: wyrobach wyciskanych, systemach architektonicznych oraz opakowaniach giętkich. Zatwierdzona w kwietniu 2025 r. strategia do 2029 r. zakłada wzrost przychodów z 5,1 mld zł (2024) do 7,75 mld zł i zysku netto do 782 mln zł, przy skumulowanych nakładach inwestycyjnych rzędu 1,7 mld zł. Kluczowym elementem strategii jest aktywny rozwój zagraniczny – m.in. przez strukturę Aluprof International, zarządzającą wszystkimi zagranicznymi spółkami grupy, oraz spółkę Aluprof France, uruchomioną wiosną 2026 r. Z rynków zagranicznych ma pochodzić 1,7 mld zł nowej sprzedaży w horyzoncie strategii. Strategia zakłada też możliwość przejęć na rynku amerykańskim.

    Według bieżącej oceny zarządu transakcja nie powinna mieć istotnego wpływu na obowiązującą politykę dywidendową.

  • Warren Buffett to nie inwestor „kup i trzymaj”. Oto, co robi naprawdę

    Warren Buffett to nie inwestor „kup i trzymaj”. Oto, co robi naprawdę

    Warren Buffett od dekad uchodzi za największego żyjącego inwestora, a jego nazwisko zwykle przywołuje się w kontekście zasady „kup i trzymaj”. Sprowadzanie podejścia szefa Berkshire Hathaway do bezkrytycznego trzymania akcji to jednak mit. Buffett wycenia przedsiębiorstwa, czeka na odpowiednią cenę, trzyma ogromne zasoby gotówki i potrafi sprzedawać. Sam Buffett przyznawał zresztą, że dla wielu inwestorów rozsądnym wyborem bywa fundusz indeksowy.

    Value investing w czystej postaci

    Buffett pozostaje przede wszystkim inwestorem wartościowym. Jego metoda to oszacowanie rzeczywistej wartości firmy i porównanie jej z ceną rynkową. Do zakupu dochodzi wtedy, gdy wycena jest na tyle niska, by zapewnić szeroki margines bezpieczeństwa. Chodzi o dyskonto na tyle duże, by nawet pomyłka w szacunkach nie zamieniła się w poważną stratę.

    Do tego Buffett wybiera spółki wysokiej jakości, z trwałą przewagą konkurencyjną. Nie znaczy to jednak, że inwestuje zawsze i wszędzie. Gdy na rynku brakuje atrakcyjnych okazji, potrafi latami pozostawać bierny i trzymać ogromne zasoby gotówki.

    Gotówka to nie brak planu, tylko element strategii

    Poziom gotówki w Berkshire Hathaway nie rośnie przypadkowo. Zwykle zwiększa się, gdy rynek staje się drogi, a spada, gdy wyceny są bardziej rozsądne. Buffett do oceny sytuacji wykorzystuje m.in. relację całkowitej wartości rynku akcji do wielkości gospodarki, czyli tzw. wskaźnik Buffetta. Gdy ten miernik znajduje się na rekordowych poziomach, ogranicza zakupy i czeka.

    Buffett porównuje gotówkę do tlenu – taniego, neutralnego emocjonalnie i niezbędnego zasobu, który pozwala działać, gdy inni są zmuszeni sprzedawać. W jego strategii utrzymywanie dużej rezerwy płynności nie oznacza braku zdecydowania, lecz przygotowanie na przyszłe okazje.

    Buffett też sprzedaje

    Popularna opowieść o kupowaniu dowolnego aktywa i trzymaniu go bez końca stoi w sprzeczności z jego dyscypliną. Buffett sprzedaje, zwłaszcza gdy przestaje istnieć powód, dla którego dana inwestycja została kupiona. Jego portfel nie przypomina też funduszu indeksowego. W części Berkshire obejmującej spółki publiczne znajduje się około 40 pozycji, ale zdecydowana większość wartości jest skoncentrowana w zaledwie kilku największych inwestycjach. To odwrotność szerokiego rozproszenia kapitału między setki spółek.

    Źródłem przewagi Buffetta nie jest więc liczba posiadanych akcji, lecz trafność oceny, cierpliwość i gotowość do koncentracji kapitału, gdy relacja potencjalnego zysku do ryzyka jest szczególnie korzystna.

    Dlaczego nie każdy może go naśladować?

    Buffett działa jednak w strukturalnie innych warunkach niż przeciętny inwestor. Berkshire dysponuje trwałym kapitałem, którego klienci nie mogą wycofać w niekorzystnym momencie. Przez dekady korzystał też z taniego „floatu” ubezpieczeniowego jako źródła finansowania. Do tego może kupować całe przedsiębiorstwa i wpływać na ich funkcjonowanie, a jego horyzont inwestycyjny liczony jest w dekadach. Nie musi uwzględniać terminu przejścia na emeryturę ani przyszłych wydatków.

    Indywidualny inwestor ma ograniczony horyzont życia i może potrzebować kapitału w konkretnym momencie. Różnica między Buffettem a większością uczestników rynku nie sprowadza się więc wyłącznie do umiejętności – w dużej mierze ma charakter strukturalny.

    Spadki to nie wróg, lecz okazja

    Buffett od lat powtarza, że spadki na giełdzie to jeden z najważniejszych momentów dla budowania majątku. W liście do akcjonariuszy Berkshire Hathaway z 1997 roku podkreślał, że inwestorzy długoterminowi powinni oczekiwać jak największej liczby okazji do zakupu akcji po niższych cenach.

    Tylko ci, którzy w najbliższej przyszłości będą sprzedawcami akcji, powinni cieszyć się na widok rosnących kursów. Potencjalni nabywcy powinni zdecydowanie woleć spadające ceny.

    Regularne inwestowanie w trakcie korekty może obniżać średni koszt zakupu, bo kolejne wpłaty trafiają w tańsze aktywa. Paniczna sprzedaż zamienia przejściową, niezrealizowaną stratę w trwałą i odbiera szansę na uczestniczenie w późniejszym odbiciu. Buffett podkreśla jednak, że taka strategia działa tylko wtedy, gdy inwestor trzyma się planu przez cały okres korekty, a nie ucieka po pierwszych 10-proc. spadkach.

    Historycznie S&P 500 odrabiał wcześniejsze spadki i ustanawiał nowe rekordy. Akcje kupowane po niższych cenach mogą więc poprawić długoterminową stopę zwrotu w porównaniu z zakupami w okolicach historycznych szczytów. Warunkiem jest płynność finansowa, dywersyfikacja oraz horyzont inwestycyjny dopasowany do zmienności rynku.

    Co naprawdę można skopiować od Buffetta?

    Naśladowanie konkretnych pozycji Buffetta jest trudne, ale jego dyscyplinę da się zastosować. Najważniejsze zasady to unikanie przepłacania, wymaganie marginesu bezpieczeństwa, utrzymywanie gotówki, gdy atrakcyjnych okazji brakuje, oraz traktowanie cierpliwości jako elementu strategii. Kluczowe jest też przygotowanie planu przed korektą i konsekwentna jego realizacja, a nie przewidywanie kierunku rynku.

    Sam Buffett podkreślał, że najważniejszą cechą inwestora nie jest intelekt, lecz temperament. Największa lekcja to samokontrola, myślenie jak właściciel przedsiębiorstwa i umiejętność pozostania bezczynnym, gdy rynek nie oferuje nic wystarczająco atrakcyjnego.

  • Trump bagatelizuje ostrzeżenia ws. AI: „Wyprzedzamy Chiny i tak ma zostać”

    Trump bagatelizuje ostrzeżenia ws. AI: „Wyprzedzamy Chiny i tak ma zostać”

    Donald Trump nie zamierza spowalniać rozwoju amerykańskiej sztucznej inteligencji. Prezydent USA w niedzielę, odpowiadając dziennikarzom na swoim polu golfowym w Irlandii, dał jasno do zrozumienia, że Stany Zjednoczone mają pozostać światowym liderem w tej dziedzinie. „Wyprzedzamy Chiny w dziedzinie AI. Jesteśmy najbardziej zaawansowanym technologicznie krajem na świecie i, szczerze mówiąc, chcę, żeby tak pozostało, bo kto wygra w AI, ten wygra” – powiedział.

    Trump został zapytany, czy branża AI powinna zwolnić tempo rozwoju lub zostać objęta surowszymi regulacjami. Odpowiedział, że zabezpieczenia są możliwe, ale wielu krytyków to według niego „bardzo negatywne siły”, które poruszają tematy „które się nie wydarzą”.

    To reakcja na coraz głośniejszą debatę o ryzyku związanym z AI. Publiczna dyskusja w USA przyspieszyła po ostrzeżeniach dwóch badaczy z Anthropic, według których szybko rozwijająca się technologia może w niezbyt odległej przyszłości doprowadzić do wyginięcia ludzkości. Jeszcze w tym roku Pentagon ostrzegał przed zagrożeniami związanymi z modelem AI Anthropic.

    Amodei proponuje „limit prędkości”

    W sobotę Dario Amodei, dyrektor generalny Anthropic, opublikował esej „Musimy nadać tempo granicy możliwości”, w którym przedstawił trzyetapowe ramy działania. Ich celem jest nadanie rozwojowi AI odpowiedniego tempa i stworzenie więcej czasu na zarządzanie ryzykiem. Propozycja szybko zyskała poparcie Sama Altmana z OpenAI, a także Elona Muska i Demisa Hassabisa z Google DeepMind. Autorzy nie przedstawili jednak szczegółowych mechanizmów, a Chiny na razie nie zabrały głosu.

    W niedzielnym wywiadzie dla „Face the Nation with Margaret Brennan” w CBS Amodei powiedział, że rywalizacja między amerykańskimi i chińskimi firmami AI jest „najtrudniejszym dylematem” przy ustalaniu „limitu prędkości” rozwoju technologii. „Nie powinniśmy się oszukiwać, ponieważ zachęty do wyprzedzenia drugiej strony oraz przewaga militarna, jaką można dzięki temu uzyskać, są tak ogromne, że możliwość sprawdzenia, czy druga strona nie oszukuje, musi być absolutnie niepodważalna” – mówił. Jak dodał, to „praca na lata”, a nawet nie wiadomo, czy w ogóle możliwa.

    Na potrzebę międzynarodowej koordynacji wskazuje też Jacob Coxon, badacz, który odszedł z Anthropic i ostrzegał przed „AI Armagedonem”. „Uważam, że potrzebujemy międzynarodowej koordynacji. W przeciwnym razie ryzykujemy, że będziemy prowadzić ten sam wyścig z Chinami, co również może być niebezpieczne” – powiedział w NBC „Meet the Press”.

    Polityka, biznes i bezpieczeństwo

    Administracja Trumpa w drugiej kadencji w dużej mierze sprzyja firmom rozwijającym AI. Przed wyborami do Kongresu zaplanowanymi na 3 listopada szefowie firm z sektora przekazali duże kwoty na kampanie. Super PAC America PAC, należący do Elona Muska, wydał już miliony dolarów na wsparcie republikańskich kandydatów.

    Apel Amodeia wywołał jednak różne reakcje. David Sacks, doradca prezydenta ds. nauki i technologii, napisał, że jeśli szefowie Anthropic i OpenAI chcą spowolnić rozwój – „śmiało”, ale zasugerował, że niekoniecznie kierują się wyłącznie bezpieczeństwem. „Jeśli to zrobicie, zyskacie trochę dobrej woli przed następną rozmową. Jeśli nie, uznamy, że to tylko kolejna próba przejęcia regulacji na własną korzyść albo polityczna operacja pod wybory” – skomentował.

    Senator Bernie Sanders, który 3 września przedstawił projekt ustawy zakazującej rozwoju i wdrażania sztucznej superinteligencji oraz przewidującej czasowe wstrzymanie prac nad najbardziej zaawansowanymi systemami AI, po rezygnacji Coxona z Anthropic uznał jego ostrzeżenia za słuszne. Po eseju Amodeia wezwał Trumpa do wynegocjowania z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem „umowy stulecia”, która zakładałaby wstrzymanie rozwoju zaawansowanej AI i zakaz tworzenia superinteligencji.

    Wśród komentujących są też głosy sceptyczne wobec wielkich laboratoriów. Clément Delangue z Hugging Face ogłosił inicjatywę „Open Alignment Initiative” i zaapelował o większą przejrzystość. Inwestor Jason Calacanis uważa, że Anthropic i OpenAI mogą chcieć wykorzystać regulacje do osłabienia konkurencji ze strony otwartych modeli – jego zdaniem open source to najlepsza forma ujawniania informacji. Badacz Gary Marcus przekonuje, że obecna AI nie stanowi jeszcze egzystencjalnego zagrożenia, a większym problemem są zawodne agenty podłączone do internetu. Satya Nadella z Microsoftu poparł ideę niezależnych ewaluatorów bezpieczeństwa, ale zastrzegł, że nie może być ona kontrolowana przez kilka firm. Eliezer Yudkowsky apeluje z kolei, by kwestia przetrwania ludzkości nie stała się elementem politycznej walki.