Blog

  • Przełom na GPW: pierwszy od dekady dodatni bilans debiutów. Giełda podsumowuje III kwartał

    Przełom na GPW: pierwszy od dekady dodatni bilans debiutów. Giełda podsumowuje III kwartał

    Warszawska giełda opublikowała dane za III kwartał 2026 r., a wśród nich kilka liczb, które wyróżniają się na tle ostatnich lat. Wartość transakcji kapitałowych na Głównym Rynku GPW wyniosła 1,9 mld zł, od początku roku przeprowadzono 10 debiutów, a bilans debiutów i wycofań z obrotu po trzech kwartałach pozostaje dodatni po raz pierwszy od 10 lat.

    Kapitałowe podsumowanie

    Jak przekazała warszawska giełda, w III kwartale wartość transakcji kapitałowych na Głównym Rynku sięgnęła 1,9 mld zł. Narastająco, od początku roku, łączny wynik to 19,5 mld zł.

    Na samych liczbach jednak nie koniec. W 2026 r. na GPW zadebiutowało 10 spółek, a pięć tegorocznych ofert publicznych przeprowadziły nowe firmy – to najlepszy wynik od 2021 r. Dodatni bilans debiutów i wycofań z obrotu oznacza, że w tym roku na parkiecie pojawiło się więcej spółek, niż ubyło. W ujęciu rocznym to pierwsza taka sytuacja od 2015 r., co potwierdza członek zarządu GPW Michał Kobza.

    „Oprócz utrzymującej się wysokiej aktywności transakcyjnej na rynku wtórnym obserwujemy napływ nowych emitentów na główny rynek. W efekcie po trzech kwartałach 2026 r. bilans debiutów i wycofań z obrotu na Głównym Rynku pozostaje dodatni, co na tle danych rocznych oznacza pierwszą taką sytuację od 2015 r.”

    Catalyst i emisja MOL

    Na rynku długu również widać wyraźną aktywność. Na Catalyst w III kwartale wprowadzono do obrotu 32 serie obligacji o łącznej wartości 12,8 mld zł. Od początku roku nowe emisje na tym rynku osiągnęły wartość 26,6 mld zł.

    Giełda przypomniała, że szczególną uwagę rynku zwróciła pierwsza w Polsce złotowa emisja obligacji zagranicznego emitenta z ratingiem inwestycyjnym. Węgierski koncern MOL pozyskał z niej 850 mln zł. Jak tłumaczy GPW, to przykład coraz szerszego wykorzystania instrumentów dostępnych na rynkach prowadzonych przez warszawską giełdę.

    Mocny kwartał na szerokim rynku

    Dane o transakcjach kapitałowych to nie jedyny powód do zadowolenia. Jak zauważają analitycy cytowani przez „Parkiet”, III kwartał na szerokim rynku był bardzo udany: WIG20 wzrósł o 16,57 proc. Zwyżki napędzały przede wszystkim banki, spółki paliwowe i odzieżowe.

    Na ostatniej sesji września WIG zyskał 0,56 proc., WIG20 0,59 proc., a mWIG40 0,60 proc. Jedynie sWIG80 minimalnie stracił – o 0,01 proc.

    Krzysztof Kamiński z Oanda TMS zwraca uwagę, że największe wrażenie robi odporność GPW na niesprzyjające otoczenie – presję na złotego, wysokie rentowności obligacji i obawy o ceny ropy. Z drugiej strony małe spółki radziły sobie gorzej, więc hossa nie obejmowała całego rynku równomiernie. Jego zdaniem powtórzenie tak wysokiej stopy zwrotu w IV kwartale byłoby scenariuszem wymagającym, a kluczowe będą waluta i rynek długu.

    Przemysław Smoliński z BM PKO BP ocenia z kolei, że WIG20 pozostaje w konsolidacji, a dopóki indeks znajduje się powyżej przełamanego wcześniej oporu, w średnim terminie scenariusz wzrostowy pozostaje aktualny. Analitycy przygotowujący portfele na październik częściej wybierają średnie i małe spółki; z WIG20 w zestawieniach znalazły się tylko LPP i PGE.

    Ryzyka na horyzoncie

    Te obawy mają realne podstawy. Wrzesień był czwartym z rzędu miesiącem osłabienia złotego względem euro. Kurs USD/PLN wzrósł we wrześniu o 3,3 proc. i zakończył miesiąc na poziomie 3,85 zł. Rentowności amerykańskich dziesięciolatek sięgnęły 5,31 proc., a polskie dziesięciolatki oferują o 1,03 pkt proc. więcej.

  • Bosch i BMW tną etaty. Niemiecka motoryzacja pod presją z Chin

    Bosch i BMW tną etaty. Niemiecka motoryzacja pod presją z Chin

    Bosch, dostawca dla branży motoryzacyjnej, zamierza zlikwidować 900 etatów w Norymberdze. Redukcja ma potrwać trzy lata i objąć mniej więcej połowę pracowników tego zakładu. DPA podaje, że niemiecki gigant to kolejna firma z sektora, która musi odpierać coraz silniejszą konkurencję chińskich producentów.

    Bosch: Norymberga w cieniu elektromobilności

    Fabryka w Norymberdze wytwarza przede wszystkim części do silników spalinowych oraz ogniwa paliwowe. W branży trwa przejście na elektromobilność, więc popyt na pierwsze z tych elementów maleje; ogniwa wodorowe do tej pory nie spełniły natomiast pokładanych w nich nadziei. Bosch przyznaje, że w zakładzie pojawiła się nadwyżka zatrudnienia, której utrzymanie w dłuższym terminie nie ma ekonomicznego uzasadnienia.

    „Ta decyzja jest dla nas niezwykle trudna, ponieważ ma głębokie konsekwencje dla naszego oddanego zespołu w Norymberdze. Musimy jednak dostosować nasze struktury do zmienionego otoczenia rynkowego i przywrócić naszą konkurencyjność” – przekazał Bosch w oświadczeniu cytowanym przez DPA.

    Firma zapowiedziała też, że proces zwolnień oprze na społecznie odpowiedzialnych rozwiązaniach.

    Bosch już wcześniej zapowiadał cięcia

    Redukcja w Norymberdze to kolejny etap oszczędności w koncernie. Wcześniej Bosch informował o zmniejszeniu zatrudnienia w całej grupie o 22 tys. osób, przy czym większość redukcji miała trafić w sektor mobilności.

    Pod koniec pierwszego półrocza 2026 r. w grupie pracowało około 6,5 tys. osób mniej niż na koniec 2025 r. Przychody mimo to urosły rok do roku o 3,6 proc.

    BMW: 8 tys. etatów mniej i AI w zarządzie

    Jeszcze kilka lat temu to BMW było postrzegane jako niemiecki producent samochodów odporny na kryzysy. Teraz koncern ogłasza dużą restrukturyzację: planuje redukcję około 8 tys. etatów, czyli zniknięcie około 5 proc. załogi na świecie. Dodatkowo do połowy 2027 r. ma zostać usunięta co piąta posada w wyższej kadrze menedżerskiej.

    Jak zapowiada firma, pierwszeństwo będą miały odejścia dobrowolne, a skala cięć ma być największa w Niemczech. Obecnie do zarządu BMW bezpośrednio podlega około 65 starszych wiceprezesów, a kolejne około 400 menedżerów wysokiego szczebla pracuje pod nimi. Zmniejszenie tej grupy o 20 proc. to utrata mniej więcej setki stanowisk.

    Rola AI w tych planach to nowość na tle całej branży. Walter Mertl, dyrektor finansowy BMW, mówi o przełomie, jakim ma być konsekwentne wdrożenie agentowych aplikacji AI we wszystkich obszarach koncernu. Część analiz, raportów i zadań koordynacyjnych – obowiązków, które uzasadniały utrzymanie całych szczebli kierowniczych – przejmą algorytmy. Prezes Milan Nedeljkovic z kolei tłumaczy, że celem jest poprawa struktur i bazy kosztowej, by koncern mógł wytrzymać ostrzejszą rywalizację. BMW jako pierwszy duży koncern otwarcie przyznaje, że AI zostanie wykorzystana do likwidacji etatów kierowniczych, a nie tylko produkcyjnych czy biurowych.

    Presja z Chin i nowe cele finansowe

    Dla BMW chińska konkurencja to jeden z kluczowych problemów. Niemieckie marki premium sprzedają w Chinach coraz mniej, a lokalni producenci z BYD na czele przejmują klientów w wyższych segmentach. Do tego dochodzą skutki konfliktu na Bliskim Wschodzie, który podbił ceny paliw i surowców, oraz koszty transformacji elektrycznej.

    BMW szacuje, że tegoroczna marża operacyjna w motoryzacji może wynieść około 1 proc. Poprawa ma być rozłożona w czasie: w 2028 r. cel to 3–5 proc., a na początku przyszłej dekady koncern chce wrócić do 8–10 proc. Rentowność mają wspierać nowe modele, w tym elektryczna generacja Neue Klasse, na którą koncern postawił miliardy euro.

    Polskie zakłady w cieniu niemieckich cięć

    Dla polskiej gospodarki sytuacja monachijskiego koncernu to nie abstrakcja. To niemieckie firmy motoryzacyjne w dużej mierze odbierają komponenty z setek polskich zakładów. Kolejne fale oszczędności u producentów z opóźnieniem zmniejszają natomiast zamówienia dla poddostawców. Zatrudnienie w polskiej branży motoryzacyjnej jest już najniższe od dziewięciu lat. Kolejny oszczędnościowy program niemieckiego giganta wskazuje, że napięcia w łańcuchu dostaw prędko nie znikną.

  • Rekordowa szóstka w Lotto. Gracz wygrał 44,8 mln zł, ale na koncie zobaczy mniej

    Rekordowa szóstka w Lotto. Gracz wygrał 44,8 mln zł, ale na koncie zobaczy mniej

    W sobotnim losowaniu Lotto 19 września padła historyczna szóstka. Zwycięzca trafił liczby 3, 6, 9, 22, 40, 48 i zgarnął 44 794 855 zł brutto. To rekord pojedynczej wygranej w Polsce i najwyższa wygrana w historii Lotto. Nowy wynik przebija poprzedni rekord z 2017 roku. Kumulacja narastała przez niemal miesiąc, zanim padła w końcu.

    Zwycięski kupon został zawarty online, więc szczęśliwiec nie musiał wychodzić z domu. Gracz sam wybrał liczby i zagrał systemem 9. Dzięki temu poza główną nagrodą na jego konto trafi jeszcze 169 463,50 zł za wygrane niższych stopni. W tym samym losowaniu padły także 107 „piątek”, które dały graczom po ok. 8,8 tys. zł. Nie podano, gdzie znajdowała się „szczęśliwa” kolektura Lotto.

    Rekordowa wygrana po odliczeniu podatku

    Fortuna ma jednak drugą stronę. Nie cała rekordowa kwota trafi na konto zwycięzcy. Zgodnie z przepisami wygrane przekraczające 2280 zł podlegają 10-procentowemu podatkowi od wysokich wygranych. W przypadku głównej szóstki daje to 4 479 485,50 zł podatku, więc zasadnicza wygrana do wypłaty to 40 315 369,50 zł. Mówiąc wprost, rekord maleje o 4 479 485,50 zł. Podstawą jest art. 30 ust. 1 pkt 2 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych.

    Co ważne, gracz nie musi samodzielnie odprowadzać podatku do urzędu skarbowego. Daninę od wygranej pobierze i przekaże podmiot wypłacający nagrodę. To samo 10-procentowe obciążenie dotyczy także wysokich wygranych w innych grach, w tym Eurojackpot.

    Poprzedni rekord i inne wielkie wygrane

    Dotychczasowy rekord pojedynczej wygranej należał do losowania z 16 marca 2017 roku, kiedy w Skrzyszowie w Małopolsce padło 36 726 210,20 zł. Wcześniejsze najwyższe wygrane w Lotto oscylowały wokół 30 mln zł. Wśród nich znalazły się: 35 234 116,20 zł z 2015 r. z Ziębic, 33 787 496,10 zł z 2012 r. z Gdyni oraz 33 357 545,90 zł z 2022 r. ze Sławna. Nowy rekord jest wyraźnie wyższy od poprzedniego.

    Wrzesień pełen milionerów

    Dla części graczy wrzesień oznaczał finansową rewolucję, a lista nowych milionerów okazała się wyjątkowo długa. Rekordzista Lotto nie był jedyną osobą, która wzbogaciła się na loteriach. W Eurojackpot wartości wygranych sięgały od 1,1 mln zł do 3,8 mln zł. Milionowe wygrane padły m.in. w:

    • Zabrzu – trafienie 5+1 warte 3 801 653,10 zł, podatek: 380 165,31 zł,
    • Przemyślu – 3 230 697,30 zł, co po odliczeniu 10 proc. daje 2 907 627,57 zł,
    • Rędzinach – 1 448 562,90 zł,
    • Zawadzkiem – 1 235 813,60 zł,
    • Bydgoszczy – 1 118 872,40 zł.

    Najniższa z tych wygranych padła w Bydgoszczy, najwyższa w Zabrzu. Wszystkie te kwoty są daleko powyżej progu 2280 zł, więc każda z nich jest objęta 10-procentową daniną. Od pięciu wygranych w Eurojackpot łącznie przypada 1 083 559,93 zł podatku. W zestawieniu wrześniowych wygranych podano, że łączna kwota podatku odprowadzona do budżetu z tytułu wrześniowych wygranych wyniosła co najmniej 5,68 mln zł. To efekt 10-proc. daniny od wszystkich wysokich wygranych. Zestawienie obejmuje wygrane z Lotto, Eurojackpot i Ekstra Pensji.

    Nie wszystkie fortuny trafiają na konto jednorazowym przelewem. W Kielcach padła wygrana na loterii Ekstra Pensja. Szczęśliwiec dostanie 5 tys. zł miesięcznie przez 20 lat, czyli łącznie 1,2 mln zł. Wypłata będzie więc rozłożona w czasie, a nie jednorazowa. Ta forma wygranej różni się od losowań Lotto i Eurojackpot. Co ciekawe, skorzystał z opcji „Zagraj ponownie” i postawił te same liczby, które miał na wcześniejszym kuponie.

  • Rosja uderza w paliwowy szlak Ukrainy. Każda godzina alarmu kosztuje 45 mln dolarów

    Rosja uderza w paliwowy szlak Ukrainy. Każda godzina alarmu kosztuje 45 mln dolarów

    Rosyjskie Ministerstwo Obrony poinformowało, że w nocy ze środy na czwartek jego siły zaatakowały załadowany paliwem tankowiec. Statek – według komunikatu – płynął do ukraińskiego portu Czarnomorsk i miał dostarczać paliwo siłom ukraińskim. Czarnomorsk to port nad Morzem Czarnym. Atak na tankowiec to najnowszy przykład uderzeń w ukraińską logistykę paliwową. Informację o ataku przekazał Bloomberg, powołując się na rosyjskie ministerstwo.

    Rosja przeprowadziła w nocy również ataki na szereg celów na terenie Ukrainy. W Kijowie, według doniesień, wśród trafionych obiektów znalazły się zakłady produkcji dronów, centrum transportowo-logistyczne oraz infrastruktura telekomunikacyjna. Rosyjskie uderzenia miały być wymierzone także w węzły logistyczne w obwodzie odeskim.

    Władze w Kijowie podały, że w ciągu nocy obrona powietrzna przechwyciła lub zestrzeliła 227 celów powietrznych. Uderzenia odnotowano w 13 lokalizacjach. Prezydent Wołodymyr Zełenski napisał na Telegramie, że głównymi celami były infrastruktura cywilna, domy, szpital położniczy oraz obiekty energetyczne. Informację tę przekazała agencja NTB. Wśród nich znalazły się zarówno instalacje związane z wojskiem, jak i obiekty cywilne.

    Gospodarka na celowniku

    Brytyjski dziennik zwrócił uwagę, że Rosja od miesięcy atakuje obiekty przemysłowe, magazyny, centra logistyczne i centra danych. To infrastruktura, na której opiera się ukraińska gospodarka. Atak na tankowiec wpisuje się w ten schemat.

    Minister gospodarki i środowiska Ołeksandr Krawczenko ocenia, że nasilające się rosyjskie ataki powietrzne mają zniszczyć „praktycznie całą gospodarkę”. Przyznał też, że Kijów nie spodziewał się, iż Moskwa tak szybko opracuje nowe drony odrzutowe i będzie ich używać „do atakowania wszystkiego”. Nowe drony odrzutowe to jedno z narzędzi, których Moskwa używa przeciwko celom na Ukrainie.

    45 mln dolarów za godzinę alarmu

    Skutki ekonomiczne widać w codziennym funkcjonowaniu firm. Syreny potrafią wyć nawet przez 10 godzin dziennie. Pracownicy muszą wtedy przerywać zajęcia i schodzić do schronów, a przedsiębiorstwa wstrzymują działalność. Nawet po zakończeniu alarmu powrót do pracy zajmuje sporo czasu, co dodatkowo dezorganizuje firmy.

    Według wyliczeń Krawczenki każda godzina alarmu kosztuje Ukrainę 45 mln dolarów. Dlatego rząd w Kijowie wprowadził dwustopniowy system ostrzegania, który ma umożliwić przedsiębiorstwom kontynuowanie działalności w przypadku przedłużających się ostrzeżeń o nalotach. W praktyce chodzi o to, by długie ostrzeżenia nie oznaczały automatycznego przestoju.

    Czerwony alert oznacza zagrożenie rakietowe i nakazuje ludziom szukanie schronienia. Żółty alert dotyczy zagrożenia ze strony dronów i pozwala wielu firmom pracować bez zmian. Zdaniem Krawczenki ponad połowa przedsiębiorstw działała mimo żółtych alertów. Ministerstwo podaje z kolei, że w czasie żółtych alertów działalność kontynuuje ponad połowa firm. Minister zastrzegł jednak, że żółty alarm nie eliminuje zagrożenia dla ludności.

    10 mld dolarów strat i zablokowane porty

    Tylko w tym roku rosyjskie ataki wyrządziły szkody o wartości około 10 mld dolarów – wynika z wyliczeń ministra. Do tego Rosja skutecznie zablokowała ukraińskie porty nad Morzem Czarnym. Przed blokadą obsługiwały one większość ukraińskiego eksportu.

    Ławrow: przerwy nie będzie

    Rosja nie zapowiada spowolnienia operacji. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow oświadczył w środę podczas debaty w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, że Rosjanie „nie zrobią żadnej przerwy” w wojnie przeciwko Ukrainie. Jak tłumaczył, Rosja nie chce przerwy w swojej „specjalnej operacji wojskowej”, bo Europa chciałaby wykorzystać ją na dozbrojenie Ukrainy. Wypowiedź padła tego samego dnia, w którym rozpoczęły się nocne ataki.

    „Specjalna operacja wojskowa” to określenie, którego rosyjska propaganda używa wobec pełnoskalowej wojny Rosji przeciwko Ukrainie. Konflikt trwa od lutego 2022 r., gdy rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja. Od tego czasu obie strony przeprowadzają ataki na cele wojskowe i infrastrukturę w rejonie Morza Czarnego. W ostatnim czasie – jak wynika z doniesień – działania te uległy eskalacji. Najnowszym przykładem jest właśnie nocne uderzenie na tankowiec zmierzający do Czarnomorska.

  • Bill Gates: AI to obca inteligencja, która już tu jest. I powinna płacić podatki

    Bill Gates: AI to obca inteligencja, która już tu jest. I powinna płacić podatki

    Bill Gates przez lata uchodził za optymistę w sprawie sztucznej inteligencji. Dziś człowiek, który w 1975 r. współtworzył Microsoft, mówi o AI jak o „obcej inteligencji”, która już jest wśród nas. Jednocześnie wraca do pomysłu, by roboty płaciły takie same podatki jak ludzie.

    Obca inteligencja jest już wśród nas

    W opublikowanej we wtorek rozmowie z agencją Reuters Gates porównał sztuczną inteligencję do „obcej inteligencji”. „Sztuczna inteligencja jest czymś w rodzaju tej obcej inteligencji. Jest już wśród nas” – powiedział założyciel Microsoftu. Według niego tempo rozwoju AI wyprzedza możliwości jej opanowania, a przybywa obszarów budzących niepokój. Wśród potencjalnych problemów wskazuje etaty, cyberataki przy pomocy AI oraz to, że ludzie mogą zbytnio przywiązać się do wirtualnych towarzyszy.

    Politycy też słyszą od Gatesa ostre słowa. „Nie sądzę, by jakikolwiek rząd podchodził do tej kwestii z taką powagą, jaka jest konieczna” – mówił w rozmowie z Reutersem. „Rządy są w tej kwestii daleko w tyle” – dodał.

    Do niedawna Gates przekonywał, że największą zaletą AI będzie wzrost produktywności i jakość życia; teraz jego ton jest wyraźnie ostrzejszy. Już wcześniej przestrzegał, że AI i robotyka mogą mocno uderzyć w pracowników umysłowych.

    Miliard dla najbiedniejszych

    Mimo ostrzeżeń Gates nie chce, by technologia omijała najbiedniejsze regiony. Jego fundacja przeznaczy 1 mld dolarów w ciągu dwóch lat na upowszechnienie dostępu do AI w najuboższych częściach świata. Środki mają trafić m.in. do edukacji, ochrony zdrowia i rolnictwa; wsparcie obejmie też pracowników medycznych oraz badania nad nowymi lekami i szczepionkami. Zapowiedział również rozmowy o technologii na najwyższym szczeblu, w tym spotkanie z przywódcą Chin Xi Jinpingiem.

    Podatek od robotów i AI

    Do tematu podatków Gates wraca w wywiadzie dla „The New York Times”. Jego zdaniem społeczeństwo samo decyduje, jak wspierać ludzi, których AI wypycha z rynku pracy. Proponuje, by każdą jednostkę pracy obciążyć tak samo, niezależnie od tego, czy wykonuje ją człowiek, czy robot.

    „Definiuje się jednostkę pracy i mówi, że niezależnie od tego, czy wykonuje ją człowiek, czy robot, płaci się taki sam podatek FICA, jaki zapłaciłby ludzki pracownik” – wyjaśnił w rozmowie z Ezrą Kleinem.

    Mechanizm FICA polega na tym, że część pensji pracownika trafia na świadczenia społeczne i zdrowotne, a pracodawca dopłaca taką samą kwotę. Gates uważa, że opodatkowanie zastępujących ludzi robotów zapewniłoby obywatelom bezpieczeństwo finansowe i jednocześnie utrzymało wpływy podatkowe. „Tylko dlatego, że sygnały ekonomiczne wskazują, iż korzystanie z AI byłoby tańsze, nie oznacza to, że społeczeństwo musi tak postąpić” – mówi miliarder.

    Pomysł z 2017 r. i szerszy front

    Gates po raz pierwszy zaproponował podatek od robotów w 2017 r., w wywiadzie z Kevinem Delaneyem, który był wówczas dyrektorem generalnym Quartz. Prawie dekadę później wciąż jest jego zwolennikiem. „Nadal jestem jego zdecydowanym zwolennikiem” – pisze Gates w swoim eseju.

    W sierpniowym eseju, liczącym niemal 6 tys. słów, napisał, że praca biurowa jest już „umiarkowanie” dotknięta przez AI, a praca fizyczna może wkrótce doznać podobnych zmian. Choć fizyczne roboty wciąż ustępują systemom AI, ludzie – według Gatesa – nie doceniają, jak szybko maszyny o ludzkiej budowie nadrobią ten dystans. W tym samym eseju ocenił, że opodatkowanie tokenów AI „nieco spowolniłoby odchodzenie od ludzkiej pracy i przyniosło środki na przekwalifikowanie”.

    Gates nie jest osamotniony w tych postulatach. Dario Amodei, dyrektor generalny Anthropic, apelował o bardziej zdecydowaną politykę podatkową, potencjalnie wymierzoną w firmy AI, aby korzyści z technologii były szerzej dzielone. OpenAI z kolei zaproponowało podatki powiązane z pracą zautomatyzowaną jako element szerszego planu odpowiedzi na zakłócenia wywołane przez AI.

    „Choć nie jest to pełne rozwiązanie zagrożenia ze strony AI, stanowi część rozsądnej odpowiedzi” – pisze Gates o swoim pomyśle w eseju.

  • Chiny w rekordowym tempie importują złoto. PBoC dokupuje kolejne tony

    Chiny w rekordowym tempie importują złoto. PBoC dokupuje kolejne tony

    Rekordowy import w sierpniu

    Chiński import złota w sierpniu okazał się najwyższy w tym roku. Generalna Administracja Celna podała we wtorek, że łączny wolumen przywozu od stycznia do sierpnia przekroczył 1 100 ton. To więcej niż Chiny sprowadziły przez cały 2025 r. i najszybsze tempo od co najmniej 2017 r., czyli od początku dostępnych porównywalnych statystyk. Jeśli dynamika się utrzyma, cały rok może zamknąć się w pobliżu 1 200 ton.

    Co napędza popyt?

    Chiny pozostają największym rynkiem złota na świecie. Popyt wspierają niepewność gospodarcza i mniejszy wybór alternatyw inwestycyjnych w porównaniu z innymi krajami. Zdaniem Zijie Wu z Jinrui Futures Co istotne są też dwa mechanizmy rynkowe. Po pierwsze, krajowe ceny złota stoją powyżej globalnego benchmarku, co daje hurtownikom dysponującym kwotami importowymi okazję arbitrażową. Po drugie, juan pozostaje mocny od początku roku, a to poprawia warunki zakupów i pozwala regulatorom przyznawać bardziej hojne limity.

    Rezerwy rosną w rytmie PBoC

    Ludowy Bank Chin dokupił w sierpniu 20,2 tony złota. To największy miesięczny zakup banku od października 2023 r. Instytucja zwiększa swoje zasoby już 22 miesiące z rzędu. W pierwszych ośmiu miesiącach 2026 r. dołożyła blisko 80 ton, a oficjalne rezerwy sięgają około 2 387 ton. Zijie Wu z Jinrui Futures dodaje, że szybsze tempo zakupów PBoC w ostatnich miesiącach podgrzało też popyt detaliczny.

    Miliardy w rezerwach

    Na koniec sierpnia chińskie rezerwy złota były warte 350,08 mld USD wobec 306,35 mld USD miesiąc wcześniej. Sam wzrost to około 43,7 mld USD. Skala przeszacowania pokazuje, że to zmiany cen, a nie wolumen zakupów, miały w tym miesiącu większy wpływ na wycenę rezerw.

    ETF-y też kupują

    Chiński popyt widać także na rynku funduszy ETF. Na świecie przepływy do złotych ETF-ów nie wykazywały do sierpnia większego ruchu, a chińskie fundusze powiększyły portfele o około 44 tony. Dane Shanghai Gold Exchange pokazują, że to przyrost o 18 proc. w 2026 r.

    Nie tylko bank centralny

    Skala chińskiego popytu jest szersza, niż sugerują oficjalne statystyki. Michał Tekliński, ekspert rynku złota Goldsaver i Grupy Goldenmark, tak opisuje strukturę popytu:

    Tak naprawdę wszyscy. Złoto niezmiennie od wielu miesięcy kupuje Ludowy Bank Chin. Kupują fundusze ETF i inne instytucje finansowe. W końcu kupują też zwykli Chińczycy, którzy stracili zainteresowanie przegrzanym rynkiem nieruchomości i przeciętnie prosperującą chińską giełdą.

    Ukryty popyt banków centralnych

    Zakupy po stronie oficjalnej mogą być niedoszacowane. Zdaniem Goldman Sachs światowe banki centralne kupiły w lipcu 44 tony złota, czyli o 158 proc. więcej niż średnia 17 ton notowana przed 2022 r. Trzymiesięczna średnia wynosi 91 ton i zbliża się do najwyższego poziomu od połowy 2025 r. Tymczasem oficjalnie odnotowane zakupy w lipcu to 23 tony, czyli o 21 ton mniej niż rzeczywiste przepływy. Analityk Saleh Almenawer zwraca uwagę, że luka nie jest jednorazowa: jego wyliczenia wskazują, że do MFW zgłoszono 2 223 tony, faktycznie zakupiono 5 116 ton, a 2 893 ton nigdy nie zadeklarowano.

    Rynkowa zmienność

    Rekordowemu popytowi fizycznemu towarzyszą wyjątkowo nerwowe notowania. Kontrakty terminowe na złoto siedem razy w tym roku zanotowały dzienny spadek o co najmniej 3,5 proc. — to najwięcej od 2008 r. Dla porównania w 2025 r. takich sesji były trzy, a w rekordowym 1980 r. aż 33. Przy trzech miesiącach handlu do końca roku 2026 może okazać się najbardziej zmiennym rokiem od 1982 r.

    Ceny w dół, obligacje w górę

    Kontrakty terminowe tracą od początku roku 5,4 proc. i kierują się w stronę pierwszego rocznego spadku od 2022 r., po najlepszym roku od 1979 r. We wtorek złoto zniżkowało o 3,4 proc. Tak ekstremalne jednodniowe przeceny zdarzają się statystycznie w około 0,2 proc. przypadków, czyli mniej więcej raz na dwa lata, przy założeniu rozkładu normalnego. Za zamieszanie odpowiada gwałtowny wzrost rentowności obligacji.

  • Złoto traci ponad 5 proc. we wrześniu. Dziś dane, które mogą zdecydować o kierunku

    Złoto traci ponad 5 proc. we wrześniu. Dziś dane, które mogą zdecydować o kierunku

    Środowe notowania złota lekko odbiły, ale to nie zmienia mocno ujemnego bilansu całego września. Kruszec pozostaje pod presją oczekiwań na dalsze podwyżki stóp w USA, a dziś najważniejszym testem będzie publikacja inflacji PCE. To ona może zdecydować o dalszym kierunku notowań.

    Cena złota po przecenie

    W środę cena złota wzrosła o 0,2 proc., do 4 188,17 USD za uncję, kontynuując odbicie z poprzedniej sesji. W przeliczeniu na złotego uncja kosztuje 16 109,60 zł. Od początku września metal traci jednak ponad 5 proc., więc poprawa ma charakter ograniczony.

    Konrad Ryczko z DM BOŚ zwraca uwagę, że kurs wciąż pozostaje poniżej przełamanego wsparcia przy 4 256,59 USD. Jeśli notowaniom nie uda się wrócić ponad tę strefę, uwaga przesunie się w kierunku 3 975,09 USD, czyli okolic minimów z czerwca i lipca. Na wykresie dziennym złoto znajduje się w wyraźnym trendzie spadkowym po sierpniowym szczycie w okolicy 4 664,51 USD. Po tym, jak w poprzedniej sesji kurs przełamał wsparcie przy 4 256,59 USD, strefa ta stała się najbliższym oporem.

    Skąd wzięła się przecena?

    Poniedziałkowa sesja przyniosła mocną przecenę. Złoto potaniało wtedy o blisko 4 proc., a w dołku zeszło do 4 110,55 USD za uncję. Impulsem był skok cen ropy, który wzmocnił oczekiwania na kolejne podwyżki stóp przez Fed. Wyższe stopy procentowe zwykle obniżają atrakcyjność złota, ponieważ metal nie wypłaca odsetek.

    Jamie Dutta, analityk rynku w platformie Nemo.money, ocenia, że złoto „jest w dużej mierze zdane na oczekiwania dotyczące podwyżek stóp przez Fed oraz na wypowiedzi decydentów”. Jak dodaje, opublikowane w zeszłym tygodniu mocne dane i jastrzębie komentarze przedstawicieli Fed wywołały z opóźnieniem poniedziałkową wyprzedaż, a bardziej gołębi ton Johna Williamsa pomógł cenom odbić.

    John Williams studzi oczekiwania

    Prezes Rezerwy Federalnej Nowego Jorku John Williams ma stałe prawo głosu w komitecie ustalającym stopy, więc jego wtorkowe słowa miały znaczenie. Williams uznał, że do sprowadzenia inflacji do celu 2 proc. prawdopodobnie wystarczy jeszcze jedna podwyżka stóp w tym roku. Zaznaczył również, że bank centralny ma czas na analizę danych przed kolejnym ruchem.

    Przed tym wystąpieniem rynek wyceniał duże szanse na podwyżkę na posiedzeniu 27–28 października. Po wypowiedzi Williamsa prawdopodobieństwo takiego scenariusza spadło mniej więcej do połowy. Narzędzie CME FedWatch wskazuje obecnie 45 proc. szans na ruch w październiku i 89 proc. na zacieśnienie w grudniu. To sugeruje, że zdecydowana większość inwestorów zakłada jeszcze jedną podwyżkę przed końcem roku, a otwarta pozostaje głównie kwestia terminu.

    Dziś PCE

    Najbliższym, kluczowym punktem dla złota jest dzisiejszy odczyt indeksu PCE, publikowany o 12.30 GMT, czyli 14.30 czasu polskiego. To wskaźnik inflacji, któremu członkowie Fed przyglądają się szczególnie uważnie. Wyższy od oczekiwań wynik mógłby wzmocnić zakłady na październikową podwyżkę i ponownie obciążyć notowania kruszcu. Słabsze dane mogłyby natomiast dać złotu argument do kontynuacji odbicia.

    Gold Flow: opcje, poziom 4176 i amerykański PKB

    W najnowszej analizie Gold Flow zwrócono uwagę, że na rynku złota zrealizował się wcześniej zakładany poziom 4 253 USD, a kurs wrócił poniżej 4 211 USD. Rynek stracił przy tym istotne wsparcie ze strony mechaniki opcyjnej. Ekspozycja animatorów praktycznie zniknęła, a nowe pozycje pojawiają się coraz bliżej bieżącej ceny. Pytaniem otwartym jest, czy poziom 4 176 USD stanie się kluczową granicą dla kolejnego impulsu.

    W tle pojawiły się również zrewidowane dane makro z USA. Finalny odczyt PKB za II kwartał 2026 r. wzrósł do 2,2 proc. w ujęciu annualizowanym, wobec wcześniejszych 1,5 proc. Inflacja wciąż jednak dostarcza Fedowi argumentów.

    Uwaga rynku pozostaje więc zwrócona na publikację PCE o 14.30 czasu polskiego. To ona może przesądzić, czy złoto znajdzie argumenty do dalszego odbicia, czy też ruszy w stronę 3 975,09 USD.

  • Orlen tnie hurtowe ceny paliw. Na stacjach wciąż historyczne rekordy

    Orlen tnie hurtowe ceny paliw. Na stacjach wciąż historyczne rekordy

    Kierowcy dostali pierwszy wyraźny sygnał, że wrześniowa seria podwyżek nie musi trwać w nieskończoność. Orlen obniżył hurtowe ceny paliw – benzyna Pb95 potaniała o 12 groszy na litrze, a olej napędowy o 11 groszy na litrze. To kolejna korekta w cenniku koncernu po okresie wyraźnych zwyżek. Cennik hurtowy to jeden z kluczowych elementów, które później przekładają się na stawki widoczne na pylonach stacji.

    Obniżki pojawiają się w czasie, gdy paliwo w Polsce wciąż jest drogie. W połowie września benzyna Pb95 w cenniku Orlenu kosztowała 6395 zł za 1000 litrów, a olej napędowy 7388 zł za 1000 litrów. Były to najwyższe poziomy w tym roku. Głównym powodem była drożejąca ropa naftowa, której cena przekroczyła 100 dolarów za baryłkę, co bezpośrednio zwiększa koszty produkcji paliw. Szczególnie mocno odczuli to kierowcy samochodów z silnikami Diesla – średnia cena oleju napędowego w Polsce zbliżała się we wrześniu do 9 zł za litr.

    Stacje wciąż biją rekordy

    Wpływ drożejącej ropy widać w danych e-petrol.pl. Konflikt na Bliskim Wschodzie trwa już blisko siedem miesięcy i wciąż ciąży na notowaniach. Ostatnie wrześniowe badanie stacji paliw wykonane przez e-petrol.pl pokazuje, że średnia cena Pb95 wzrosła w ciągu tygodnia o 20 groszy, do rekordowego 8,19 zł za litr. Olej napędowy zdrożał o 16 groszy, do 9,14 zł za litr – to poziom, który autorzy pomiaru określają jako niespotykany dotąd. Autogaz poszedł w górę o 8 groszy, osiągając średnio 3,22 zł za litr. Eksperci e-petrol.pl zwracają uwagę, że notowania podstawowych paliw wyraźnie przekroczyły poziomy ośmiu i dziewięciu złotych.

    „Tak wysokich cen paliw na stacyjnych pylonach jeszcze nie było” – komentują specjaliści e-petrol.pl.

    Gdzie jest najdrożej, a gdzie najtaniej?

    Rekordowe średnie nie oznaczają, że w całym kraju kierowcy płacą tyle samo. Benzyna Pb95 w cenie 8,19 zł za litr jest najdroższa na Dolnym Śląsku, Kujawach i Pomorzu, Lubelszczyźnie, Mazowszu oraz w województwach łódzkim i śląskim. Diesel za 9,14 zł za litr dominuje w dwunastu województwach: dolnośląskim, kujawsko-pomorskim, lubelskim, lubuskim, łódzkim, małopolskim, mazowieckim, podkarpackim, pomorskim, śląskim, warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim.

    Od tych szczytów odbiegają jedynie dwa regiony: w świętokrzyskim diesel kosztuje średnio 9,13 zł za litr, a w opolskim 9,12 zł za litr. Wyraźnie najlepiej wypada za to Wielkopolska, którą e-petrol.pl wskazuje jako najbardziej korzystny region dla kierowców pojazdów benzynowych i wysokoprężnych – z najniższymi średnimi cenami we wszystkich trzech głównych kategoriach płynnych paliw. Najtańszy LPG notowany jest z kolei na Śląsku, przy czym różnice w stosunku do innych województw są symboliczne – rzędu 1 grosza.

    Co oprócz ropy kształtuje ceny?

    Spadek hurtowego cennika nie musi oznaczać natychmiastowej, identycznej obniżki na stacjach, bo na finalną cenę paliwa składa się więcej czynników. Wpływ mają również notowania gotowych paliw na światowych rynkach, relacja złotego do dolara, wydatki na transport i magazynowanie, a także marże, podatki i opłaty. Dlatego zmiany na rynku surowca bywają przez kierowców odczuwane z opóźnieniem i nie zawsze w pełnej skali. Tym razem jednak kierunek zmian w hurcie jest dla kierowców korzystny.

    Mimo to ruch Orlenu jest istotny, bo jeszcze we wrześniu ceny hurtowe gwałtownie rosły, a koncern teraz częściowo odwraca te podwyżki. Business Insider ocenia, że w kolejnych dniach presja na ceny detaliczne może być mniejsza. Najnowszy pomiar rynku wciąż pokazuje jednak historyczne poziomy: 8,19 zł za litr Pb95, 9,14 zł za litr diesla i 3,22 zł za litr LPG, a najniższe średnie ceny we wszystkich głównych kategoriach paliw pozostają domeną Wielkopolski.

  • Co drugi student mieszka u rodziny. Za resztę często płacą rodzice

    Co drugi student mieszka u rodziny. Za resztę często płacą rodzice

    Niemal co drugi polski student nie płaci dziś za dach nad głową. Zamiast wynajmować, mieszka bezpłatnie u rodziny lub znajomych. To wniosek z raportu Centrum AMRON „Studenci na rynku nieruchomości 2026”, przygotowanego z Fundacją Warszawski Instytut Bankowości.

    Coraz więcej osób zostaje w domu

    Centrum AMRON zbierało odpowiedzi między marcem a czerwcem; ankietą objęto ponad 2 tys. studentów z 44 uczelni, które działają w 19 miastach akademickich. Bezpłatne mieszkanie u bliskich zadeklarowało 49 proc. ankietowanych. Przed rokiem takich osób było 41 proc. Obecnie 33 proc. studentów wynajmuje lokal na prywatnym rynku, a akademiki, w tym prywatne, wybiera mniej niż co dziesiąty.

    Najem wpływa na wybór uczelni

    Dla wielu młodych ludzi koszt mieszkania przestaje być tylko kwestią adresu. Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse, mówi wprost:

    Ceny najmu nie tylko powstrzymują przed wyprowadzką z domu, ale stają się dla wielu ludzi z mniejszych ośrodków, którzy nie mogą liczyć na wsparcie rodziny, podstawową przeszkodą w rozpoczęciu studiów w dużym mieście.

    Jak dodaje, cena mieszkania wpływa na wybór miasta, trybu studiów i uczelni. Część kandydatów wybiera studia niestacjonarne, aby łączyć naukę z pracą, albo decyduje się na uczelnię położoną bliżej rodzinnego domu.

    Rachunek: ponad 1250 złotych

    Studenci, którzy mimo wszystko wchodzą na rynek najmu, mierzą się z wysokimi kwotami. Ponad połowa ponoszących koszty zakwaterowania wydaje miesięcznie powyżej 1250 zł. Największa grupa, 21 proc., płaci od 1250 do 1500 zł. Kolejne 34 proc. wydaje ponad 1500 zł, w tym 12 proc. deklaruje koszty przekraczające 2000 zł.

    Rok wcześniej rachunek powyżej 1500 zł miało 22 proc. płacących za zakwaterowanie. Teraz to już co trzeci z nich. Odwrotny trend widać na dole zestawienia: wydatki do 500 zł deklaruje tylko 5 proc., podczas gdy w 2020 r. było to 28 proc. Wtedy najczęściej padała kwota 500–750 zł; w latach 2022–2025 studenci najczęściej wskazywali przedział 750–1000 zł.

    Wspólne mieszkania i portfele rodziców

    Oszczędności studenci szukają przede wszystkim we współdzieleniu. Około 70 proc. płacących za najem mieszka z innymi, a 60 proc. ma własny pokój. Zdaniem eksperta Metrohouse samodzielny wynajem całego mieszkania pozostaje produktem premium, na który stać nielicznych.

    Za większość studenckich rachunków odpowiadają rodziny. Wsparcie rodziców deklaruje 80 proc. studentów studiów stacjonarnych. Pracę zarobkową łączy z nauką 44 proc., a stypendium ma co piąty. Kredyt studencki wybiera zaledwie 0,5 proc. Do tego dochodzą dane o samych umowach: 39 proc. wynajęło lokal we wrześniu, 46 proc. znalazło go w ciągu dwóch tygodni, a 84 proc. zaakceptowało cenę bez negocjacji.

    Studencki segment drożeje

    Ogólne stawki najmu w niektórych miastach lekko spadają. W ujęciu rok do roku średnie ceny ofertowe obniżyły się o 3,6 proc. w Krakowie i we Wrocławiu oraz o 1,3 proc. w Łodzi. Jednak segmenty typowo studenckie idą w górę: prywatne akademiki podrożały o 14,2 proc., a stancje o 10,7 proc.

    Średnie miesięczne koszty wahają się od 674 zł za miejsce we wspólnym pokoju w akademiku uczelnianym do 2379 zł za całe mieszkanie. Pokój pojedynczy na stancji to średnio 1400 zł, a w prywatnym akademiku 2121 zł. Dla porównania średnia ofertowa stawka najmu mieszkania w Warszawie sięga 4918 zł, a w Białymstoku 2084 zł. Samodzielny wynajem w stolicy pozostaje więc poza zasięgiem typowego studenckiego budżetu.

    Właściciele zmieniają podejście

    Ekspert Metrohouse zauważa, że wynajmujący patrzą na studentów łagodniej niż kiedyś. W przeszłości w ogłoszeniach pojawiały się zastrzeżenia, że lokal nie będzie wynajęty studentom; dziś takie podejście jest znacznie rzadsze.

    Z kolei w minionym roku akademickim 2025/2026 w Polsce studiowało 1,323 mln osób, czyli o 3,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Pełny miesięczny koszt studenckiego życia, wyliczony w „Portfelu Studenta” Związku Banków Polskich, przekroczył już 4045 zł.

  • AI przyciąga polskich inwestorów, ale portfele powoli się zmieniają

    AI przyciąga polskich inwestorów, ale portfele powoli się zmieniają

    Sztuczna inteligencja pozostaje jednym z najważniejszych tematów na rynkach, ale inwestorzy – i ci indywidualni, i ci instytucjonalni – coraz częściej patrzą na nią przez pryzmat konkretnych wyników, a nie tylko obietnic. Najnowsze dane i wypowiedzi zarządzających pokazują, że technologiczna gorączka nie minęła, za to mocno zmieniła kierunek.

    Polacy wierzą w Magnificent Seven

    W kwartalnym badaniu eToro „Puls Inwestora Indywidualnego”, przeprowadzonym wśród 600 polskich inwestorów indywidualnych, 38 proc. respondentów przyznało, że wysokie nakłady na AI ze strony Magnificent Seven – Apple, Microsoft, Alphabet, Amazon, Meta, Nvidia i Tesla – zwiększają ich skłonność do inwestowania w te spółki. Odwrotne zdanie ma tylko 18 proc. badanych.

    Największy entuzjazm widać wśród młodych. Niemal połowa pokolenia Z (48 proc.) i 41 proc. milenialsów deklaruje, że skala inwestycji w AI zwiększa atrakcyjność największych technologicznych gigantów. W pokoleniu X ten odsetek wynosi 36 proc., a wśród baby boomers – 20 proc.

    Mimo ochłodzenia oczekiwań wobec szerokiego rynku spółek AI zaufanie do czołówki pozostaje wysokie. 49 proc. ankietowanych spodziewa się, że w 2026 r. Magnificent Seven osiągną wyniki lepsze od rynku – to wzrost z 44 proc. w poprzednim kwartale i 43 proc. na początku roku. Tylko 10 proc. zakłada, że spółki poradzą sobie gorzej.

    Równocześnie sam rynek AI jest już oceniany ostrożniej. Wzrostu cen akcji spółek związanych ze sztuczną inteligencją w 2026 r. spodziewa się 28 proc. badanych, podczas gdy przed rokiem było to 30 proc. Odsetek przewidujących spadek wzrósł z 19 do 26 proc.

    „Po kilku latach entuzjazmu inwestorzy coraz wyraźniej oddzielają firmy, które mogą zarobić na AI, od tych, które korzystają głównie z popularności tej etykiety. To nie odwrót od technologii, lecz wyższe wymagania wobec spółek” – mówi Paweł Majtkowski, analityk eToro.

    Zarządzający przestawiają się z chipów na użytkowników

    Podobny trend widać po stronie profesjonalnych funduszy. W VIG/C-Quadrat Global Growth Trends przeprowadzono w połowie czerwca istotną zmianę: zmniejszono udział spółek półprzewodnikowych na rzecz firm, które zaczynają wprowadzać AI do własnych biznesów. Alan Witczak z VIG/C-Quadrat TFI tłumaczy, że słabość producentów półprzewodników nie oznacza końca boomu AI. Jego zdaniem wartość generowana przez tę technologię przenosi się z infrastruktury do użytkowników, co jest naturalnym procesem w każdej rewolucji technologicznej.

    W podobnym duchu wypowiadają się inni zarządzający. Tomasz Kuciński z mTFI podkreśla, że strategia funduszu mBank Innowacji PL pozostaje niezmienna – chodzi o szukanie błędnie wycenianych ekspozycji na strukturalne megatrendy, przede wszystkim w obszarach AI, obronności i suwerenności technologicznej. Michał Cichosz ze Skarbca TFI zwraca uwagę na infrastrukturę: od półtora roku fundusz ma największą ekspozycję w łańcuchu AI, a konsumpcja tokenów od początku roku wzrosła ponad 20-krotnie. Z kolei Pekao Megatrendy koncentruje się na dostawcach infrastruktury dla centrów danych i firmach mających wkład w produkcję chipów.

    „Naszym celem jest identyfikowanie liderów w poszczególnych segmentach rynku” – mówi Maciej Chudzik z Investors TFI, który analizuje cały łańcuch wartości AI, od dostawców platform cyfrowych i producentów pamięci po firmy odpowiedzialne za przesył danych, chłodzenie i zasilanie.

    OFE wycofują się z GPW, TFI wchodzą

    W tle toczy się jednak druga, ważna dla polskiego rynku historia. W sierpniu otwarte fundusze emerytalne drugi miesiąc z rzędu sprzedawały akcje polskich spółek. Według wyliczeń Trigona DM OFE sprzedały krajowe walory za około 1,1 mld zł, podczas gdy w lipcu było to 0,9 mld zł. Równocześnie fundusze emerytalne kontynuowały dywersyfikację geograficzną i kupiły zagraniczne akcje za 1,8 mld zł, wobec 1,9 mld zł w lipcu. Większość OFE negatywnie patrzyła na polskie akcje – wyjątkiem był Generali OFE, a najwięcej sprzedawał PZU OFE.

    Lukę popytową na GPW uzupełniły fundusze inwestycyjne, które w sierpniu nabyły polskie akcje za około 866 mln zł. Za około 25 proc. tego popytu odpowiadały pracownicze plany kapitałowe. Łączne aktywa OFE na koniec sierpnia sięgnęły 363,65 mld zł; polskie akcje stanowiły 291,7 mld zł, a zagraniczne 43,3 mld zł. Średnia ważona jednostka funduszy emerytalnych wzrosła w sierpniu o 2,8 proc., a od początku roku o 27 proc.

    Całości obrazu dopełnia rosnąca pewność inwestorów indywidualnych. 60 proc. z nich deklaruje, że osiąga swój najważniejszy cel inwestycyjny lub jest na dobrej drodze, a 80 proc. ma zaufanie do swoich inwestycji. Analityk eToro przestrzega jednak, że po okresie dobrych wyników łatwo uznać wysokie stopy zwrotu za normę. „Rynek może szybko zweryfikować takie oczekiwania, zwłaszcza gdy zmienią się warunki” – dodaje Majtkowski.