Blog

  • Fiskus, ZUS i PIP łączą siły. Eksperci ostrzegają przed chaosem dla firm

    Fiskus, ZUS i PIP łączą siły. Eksperci ostrzegają przed chaosem dla firm

    Od 8 lipca 2026 r. w życie weszły nowe, rewolucyjne zasady wymiany danych pomiędzy trzema kluczowymi instytucjami – Państwową Inspekcją Pracy (PIP), Zakładem Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) oraz Krajową Administracją Skarbową (KAS). Porozumienie podpisane 7 lipca przez szefów tych urzędów oznacza, że negatywna decyzja PIP dotycząca umowy zlecenia czy kontraktu B2B może być dopiero początkiem prawdziwych problemów.

    Głównym celem nowego systemu jest lepsze egzekwowanie składek i podatków. Instytucje będą wymieniać się danymi, co ma pozwolić na skuteczniejszą weryfikację, czy od wynagrodzeń odprowadzane są należne daniny publiczne. Jak poinformował sam prezes ZUS Liwiusz Laska, na starcie z PIP przekazano już ponad 16 tys. rekordów dotyczących nakazów zapłaty zaległych pensji czy nadgodzin.

    „Pozwala nam to zweryfikować, czy od tych należności zostały odprowadzone składki” – tłumaczy Laska w rozmowie z DGP. Dodał, że inspekcja pracy będzie także informować ZUS o wyrokach sądowych i decyzjach, co pozwoli lepiej identyfikować tak zwane firmy-widma oraz podmioty zatrudniające wyłącznie na umowach cywilnoprawnych.

    Jak to działa w praktyce?

    Eksperci zwracają uwagę, że sama decyzja PIP może być jedynie początkiem problemów zarówno dla pracowników, jak i firm. Decyzja o przekwalifikowaniu umowy działa tylko na przyszłość, ale informacje o ustaleniach z kontroli trafią również do ZUS i urzędu skarbowego. Każda z tych instytucji może wszcząć swoje odrębne postępowania.

    „Dlatego kluczowe jest to, jak te instytucje będą wymieniać się danymi. Reguluje to porozumienie podpisane 7 lipca 2026 r. między PIP, ZUS i KAS oraz ustawy” – mówi Izabela Leśniewska, doradca podatkowy z ALO-2.

    Oznacza to, że w praktyce po niepomyślnej dla przedsiębiorcy kontroli PIP, sprawą mogą zająć się równolegle ZUS i fiskus, żądając dopłat do podatków i składek na ubezpieczenia społeczne.

    Prezes ZUS: Pełne oskładkowanie to zachęta do etatu

    Prezes ZUS w swoich wypowiedziach nie ukrywa, że takie działania to element większej strategii. Jego zdaniem „prostą zachętą” do przechodzenia na etat jest pełne oskładkowanie umów cywilnoprawnych i likwidacja odrębności.

    „Pracodawcy optymalizują koszty, a potem pracownicy dziwią się, że dostają świadczenia o 1000 zł niższe. To szczególnie dotyka kobiety z powodu luki emerytalnej” – zwraca uwagę Laska.

    ZUS uspokaja: Wypłaty świadczeń bez zagrożenia

    Prezes ZUS zapewnia, że mimo nowych zadań, nie ma zagrożenia dla wypłat emerytur i innych świadczeń. „Wszystko działa. Mamy zagwarantowane środki i nie ma zagrożeń, jeśli chodzi o wypłaty” – podkreśla.

    W tle nowych przepisów toczy się natomiast spór zbiorowy wewnątrz samego ZUS. Prezes Laska ujawnił, że pierwsze rokowania z pracownikami odbyły się 15 i 16 lipca, a kolejne są zaplanowane na sierpień. Pracownikom zaproponowano 220 zł miesięcznej podwyżki na osobę, co wraz z pochodnymi daje realnie ponad 300 zł. Propozycja obejmuje także natychmiastową wypłatę 4 tys. zł oraz wyrównanie za siedem miesięcy, co może dać jednorazowy zastrzyk rzędu 5540 zł jeszcze w lipcu. Laska zwraca uwagę, że sam Zakładowy Układ Zbiorowy Pracy kosztuje Zakład 1,34 mld zł rocznie, ale generuje ogromne korzyści dla załogi.

    Dla polskich przedsiębiorców i pracowników nowe przepisy oznaczają jedno – era dzielenia pracy na etaty, zlecenia i B2B staje się coraz bardziej ryzykowna, a wymiana informacji między instytucjami będzie nieubłagana.

  • Kiedy Orlen i Synthos dogadają się w sprawie SMR? W grę wchodzi PFR

    Kiedy Orlen i Synthos dogadają się w sprawie SMR? W grę wchodzi PFR

    Spór pomiędzy Orlenem a Synthosem Michała Sołowowa o zasady współpracy przy budowie małych reaktorów jądrowych (SMR) wchodzi w decydującą fazę. Negocjacje w sprawie projektu we Włocławku utknęły w martwym punkcie, a czas ucieka. W tle pojawia się nowy, potencjalny gracz – Polski Fundusz Rozwoju (PFR), który może pomóc rozwiązać impas.

    Nierozstrzygnięty spór o „General Partnera”

    Choć strony doszły już do porozumienia w sprawie ogólnych zasad współpracy w spółce joint venture OSGE, gdzie obie mają po 50 proc. udziałów i wyrównane prawa, to diabeł tkwi w szczegółach dotyczących konkretnych inwestycji. Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, głównym punktem zapalnym jest projekt budowy SMR we Włocławku, gdzie zakłady chemiczne Anwil posiada właśnie Orlen.

    Problemem jest definicja roli „General Partnera”. To pojęcie, choć obecne w umowach, nie zostało doprecyzowane. Każda ze stron rozumie je inaczej, co blokuje dalsze prace. Orlen, który w tym projekcie ma 80 proc. udziałów (pośrednio poprzez OSGE nawet 90 proc.), chce mieć większą decyzyjność, adekwatną do swojego wkładu finansowego. – Nasza pozycja w spółce była nieadekwatna do wkładu finansowego, który wnieśliśmy, a nasz wkład finansowy był zdecydowanie wyższy niż naszego partnera – wskazuje koncern.

    Jak nieoficjalnie dowiedziała się „Rzeczpospolita”, Synthos jest już otwarty na rozmowy o zmianach, ale wstrzymuje się przed podpisaniem ostatecznych, wiążących porozumień. Orlen nie chce czekać w nieskończoność – jeśli porozumienie nie zostanie osiągnięte do końca 2026 roku, może podjąć decyzję o zawieszeniu, a nawet wyjściu ze współpracy z Synthosem przy tym konkretnym projekcie. Nie oznaczałoby to jednak rezygnacji z atomu w ogóle.

    Warto dodać, że spór nie dotyczy drugiego z planowanych reaktorów – w Stawach Monowskich pod Oświęcimiem, gdzie priorytet ma Synthos ze swoją fabryką. Tam Orlen nie chce odgrywać wiodącej roli.

    PFR jako rozjemca?

    W sytuacji, gdy negocjacje znalazły się w impasie, pojawia się nowy pomysł na odblokowanie sytuacji. Według ustaleń Business Insider Polska, do spółki Orlen Synthos Green Energy (OSGE) ma szansę dołączyć nowy, znaczący akcjonariusz – Polski Fundusz Rozwoju. Negocjacje w tej sprawie już trwają.

    Za koncepcją poszerzenia akcjonariatu ma stać minister finansów i gospodarki Andrzej Domański wraz ze swoim otoczeniem. Co więcej, do grona udziałowców może dołączyć także nowy, prywatny podmiot. Celem tych zmian jest wyprowadzenie spółki z impasu, w jakim tkwi od miesięcy.

    – Negocjacje na ten temat się toczą. Nie zapadły jednak jeszcze decyzje, kiedy mogłoby dojść do poszerzenia liczby udziałowców oraz jaką część udziałów nowy inwestor miałby objąć – mówi Business Insider Polska osoba znająca szczegóły rozmów.

    Decyzje jeszcze w sierpniu?

    Jak słyszą dziennikarze Business Insider Polska, rozstrzygnięcia w sprawie wejścia nowych inwestorów mogą zapaść jeszcze w sierpniu tego roku. Na razie oficjalnego potwierdzenia nie ma.

    – PFR nie odnosi się do projektów przed ich publiczną komunikacją. Z tego względu nie możemy potwierdzić ani zaprzeczyć przedstawionym informacjom – odpowiada wiceprezes PFR Mikołaj Raczyński.

    Dla Orlenu i Synthosa współpraca przy SMR-ach ma strategiczne znaczenie. Synthosowi zależy na dalszej współpracy z państwowym gigantem, między innymi ze względu na starania o publiczne wsparcie dla projektu. Z kolei Orlen w swojej strategii zakłada posiadanie co najmniej dwóch SMR-ów o łącznej mocy 0,6 GW do 2035 roku. Bez porozumienia z Synthosem, przy zaawansowanym już projekcie we Włocławku, osiągnięcie tego celu może być znacznie trudniejsze. Sierpień zapowiada się więc jako kluczowy miesiąc dla przyszłości małego atomu w Polsce.

  • Tesla i Alphabet po wynikach: rekordy sprzedaży, ale gigantyczne wydatki na AI ciążą na przepływach

    Tesla i Alphabet po wynikach: rekordy sprzedaży, ale gigantyczne wydatki na AI ciążą na przepływach

    Giełdowi giganci technologiczni – Tesla i Alphabet – opublikowali w środę raporty za II kwartał 2026 roku. Obie spółki pokazały silny wzrost przychodów, ale jednocześnie poniosły ogromne koszty związane z ekspansją w sztucznej inteligencji. Rezultat? Ujemne wolne przepływy pieniężne i – w przypadku Tesli – gwałtowny spadek rentowności operacyjnej. Rynek opcji już wcześniej sygnalizował, że po publikacji wyników należy spodziewać się większych niż zwykle wahań kursów.

    Opcje wyceniły ponadprzeciętną zmienność

    Jeszcze przed ogłoszeniem danych analitycy zwracali uwagę na wyjątkowo wysoką implikowaną zmienność. Opcje wygasające 24 lipca wyceniały dla Alphabetu ruch o około 5,18% w każdą stronę względem kursu 347,15 USD (przedział od 329,17 do 365,13 USD). Dla Tesli oczekiwany ruch wynosił około 5,04% wokół ceny 378,93 USD (przedział 359,85–398,01 USD). To więcej niż średni bezwzględny ruch po czterech poprzednich publikacjach wyników, który dla Alphabetu wyniósł 3,90%, a dla Tesli 4,37%.

    — Rynek opcji nie prognozuje kierunku, a jedynie skalę wahania, którą uczestnicy uznają za prawdopodobną — przypominał przed publikacją Daniel Kostecki, analityk CMC Markets.

    Tesla: rekord dostaw, ale marża operacyjna runęła

    Przychody Tesli wzrosły o 26% rok do roku, do 28,24 mld USD. Firma dostarczyła 480 126 samochodów, co oznacza 25% wzrost względem II kwartału 2025 roku i nowy rekord dla tego okresu. Produkcja wyniosła 451 758 pojazdów. Sprzedaż magazynów energii sięgnęła 13,5 GWh (wzrost o 41%).

    Jednak wzrost wolumenu nie przełożył się na wyższą rentowność. Zysk operacyjny spadł aż o 57%, do zaledwie 398 mln USD, a marża operacyjna skurczyła się z 4,1% do 1,4%. Przyczyny? Niższe średnie ceny samochodów, spadek przychodów z kredytów regulacyjnych (z 439 mln do 146 mln USD) oraz rosnące wydatki na AI, badania i rozwój. Zysk netto GAAP wyniósł 1,11 mld USD (spadek o 5%), ale został wsparty niezrealizowanymi zyskami z inwestycji w SpaceX. Jak wskazują analitycy, zysk operacyjny lepiej niż zysk netto oddaje bieżącą kondycję ekonomiczną spółki.

    Tesla po raz pierwszy od początku 2024 roku odnotowała ujemne wolne przepływy pieniężne: –1,09 mld USD. Nakłady inwestycyjne wzrosły o 142%, do 5,79 mld USD, głównie na rozwój autonomicznej jazdy i moce obliczeniowe dla AI. Gotówka i krótkoterminowe inwestycje spadły o około 1,2 mld USD, do 43,52 mld USD.

    Alphabet: chmura napędza wzrost, ale koszty też rosną

    Alphabet, właściciel Google, pochwalił się znacznie lepszym obrazem operacyjnym. Przychody wzrosły o 24%, do 119,8 mld USD, a zysk operacyjny zwiększył się o 30%, do 40,8 mld USD (marża 34% wobec 32% rok wcześniej). Głównym motorem był Google Cloud: przychody segmentu skoczyły do 24,8 mld USD, a zysk operacyjny wzrósł ponad trzykrotnie, z 2,8 mld do 8,8 mld USD. Reklama w wyszukiwarce pozostaje stabilna – przychody z tego źródła wzrosły o 17%. YouTube dodał 13%, a subskrypcje, platformy i urządzenia 15%.

    Mimo ogromnych zasobów gotówki (55,9 mld USD w gotówce i 186,6 mld USD w zbywalnych papierach wartościowych, łącznie 242,5 mld USD), Alphabet również zanotował ujemne wolne przepływy pieniężne: –5,9 mld USD. Nakłady inwestycyjne podwoiły się, sięgając 44,9 mld USD – głównie na centra danych i infrastrukturę AI. Aby sfinansować ekspansję, spółka pozyskała w czerwcu 49,6 mld USD z emisji akcji i akcji uprzywilejowanych oraz około 20,3 mld USD netto z emisji obligacji. Długoterminowe zadłużenie wzrosło z 46,5 mld USD na koniec 2025 roku do 98,2 mld USD na koniec czerwca 2026.

    Zysk netto Alphabetu wyniósł aż 112,1 mld USD (czterokrotny wzrost r/r), ale zawierał 99 mld USD zysku z papierów udziałowych – niezrealizowanego wzrostu wartości inwestycji. Podobnie jak w przypadku Tesli, to zysk operacyjny, a nie netto, najlepiej oddaje obecną kondycję biznesu.

    Różnice w rentowności i finansowaniu

    Obie firmy są w fazie intensywnej ekspansji, ale skutki dla przepływów pieniężnych są odmienne. Tesla odnotowała spadek marży operacyjnej do 1,4%, podczas gdy Alphabet poprawił marżę do 34%. Obie spółki wykazały ujemne kwartalne wolne przepływy pieniężne – Tesla na poziomie –1,09 mld USD, Alphabet na poziomie –5,9 mld USD. Alphabet, aby sfinansować dalszy rozwój, sięgnął po emisję akcji i obligacji, zwiększając zadłużenie długoterminowe. Tesla natomiast sfinansowała wydatki ze zgromadzonej gotówki, która mimo spadku nadal jest wysoka i wynosi 43,52 mld USD.

  • Koniec ery wygórowanych buybacków. Alphabet stawia miliardy na sztuczną inteligencję

    Koniec ery wygórowanych buybacków. Alphabet stawia miliardy na sztuczną inteligencję

    Alphabet, właściciel Google’a, zasadniczo przebudowuje swoje priorytety kapitałowe. Po latach rekordowych wykupów własnych akcji gigant z Mountain View kieruje miliardy dolarów w stronę infrastruktury sztucznej inteligencji. Dla inwestorów oznacza to koniec pewnej ery i początek nowej, znacznie bardziej kapitałochłonnej fazy rozwoju.

    Milionowe przesunięcie kapitału

    Przez ostatnią dekadę Alphabet należał do ścisłej światowej czołówki pod względem wydatków na buyback. Od 2016 do 2025 roku koncern przeznaczył na ten cel blisko 346 mld dolarów. Dynamika programu stale rosła, a szczyt przypadł na 2024 rok z kwotą 62,2 mld dolarów. Rok później wydatki spadły do 45,7 mld, co dla wielu rynkowych obserwatorów było sygnałem zmiany strategii.

    Eksperci z The Motley Fool wiążą gwałtowny wzrost skupu akcji po 2018 roku z amerykańską reformą podatkową. Obniżka podatku CIT z 35 do 21 proc. istotnie zwiększyła możliwości finansowe największych korporacji w USA.

    Teraz kierunek wydatków ulega diametralnej zmianie. W czerwcu 2026 roku Alphabet zwiększył wartość programu pozyskiwania kapitału z początkowych 80 mld do 84,75 mld dolarów. W skład pakietu weszła emisja akcji zwykłych klas A i C (18 mld USD), papiery depozytowe zabezpieczone nowymi akcjami uprzywilejowanymi z dywidendą 6,25% (16,75 mld USD) oraz program ATM o wartości 40 mld USD. Osobno, Berkshire Hathaway objął prywatną ofertę o wartości 10 mld dolarów. Rolę głównych koordynatorów transakcji pełniły Goldman Sachs, JPMorgan i Morgan Stanley.

    Pieniądze te firma przeznaczy w pierwszej kolejności na rozbudowę centrów danych, mocy obliczeniowej i usług w chmurze pod potrzeby AI.

    Google Cloud jako motor wzrostu

    Alphabet przekonuje, że inwestycje w sztuczną inteligencję już przynoszą konkretne efekty. W kwartale kończącym się w marcu 2026 roku przychody Google Cloud urosły o 63% rok do roku, a roczna sprzedaż przekroczyła pułap 80 mld dolarów. Z danych za drugi kwartał 2026 roku wynika, że dział ten wygenerował już 24,77 mld dolarów przychodów, co oznacza skok o 82% w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego – i wyraźne przebicie prognoz analityków.

    Według dyrektora generalnego Sundara Pichaia, popyt na usługi chmurowe napędzany jest znacznym zapotrzebowaniem na rozwiązania infrastrukturalne i AI. Wartość zamówień już podpisanych, ale jeszcze nieuwzględnionych w rachunku zysków i strat, sięgnęła 514 mld USD – kwartał wcześniej było to około 460 mld USD. Ponad połowa tej kwoty ma być zrealizowana w ciągu najbliższych dwóch lat.

    Koszty budzą obawy

    Inwestorzy nie przyjęli nowej polityki z entuzjazmem. Alphabet podniósł prognozę tegorocznych nakładów inwestycyjnych do przedziału 195–205 mld dolarów, podczas gdy wcześniej zakładano maksymalnie 190 mld. Wiadomość ta odbiła się na notowaniach – w handlu posesyjnym akcje spółki traciły nawet 5%.

    Thomas Monteiro z Investing.com powiedział, że większy plan inwestycyjny „nie leży dobrze” inwestorom. Jego zdaniem wysokie koszty budowy infrastruktury AI oraz założenie, że wydatki te będą stale pokrywane z bieżących przepływów pieniężnych, rodzą coraz więcej pytań.

    Analitycy The Motley Fool przypominają z kolei, że każda rewolucyjna technologia przechodziła w przeszłości przez fazę entuzjazmu, po której często następowała korekta lub pęknięcie bańki. Gdyby podobny scenariusz dotknął sektor AI, Alphabet mógłby znaleźć się pod większą presją. Jednocześnie eksperci wskazują, że spółka – dzięki silnej pozycji rynkowej, ogromnym zasobom gotówki i zdywersyfikowanym przychodom – jest znacznie lepiej przygotowana na taki przebieg wydarzeń niż firmy czysto AI.

    Dywersyfikacja i nowe produkty

    Łączne przychody Alphabetu, po wyłączeniu wpłat dla partnerów, osiągnęły 103,6 mld dolarów, przewyższając rynkowe prognozy (101,07 mld USD). Głównym źródłem pozostaje reklama w wyszukiwarce – 63,27 mld USD, choć była to wartość nieco niższa od oczekiwań.

    Firma rozwija także rodzinę dużych modeli językowych Gemini. Miesięczna baza aktywnych użytkowników platformy wynosi już 950 mln. Pichai zapowiedział, że po premierze Gemini 4 nowe wersje modeli będą ukazywać się niemal co miesiąc, co ma przyspieszyć cały cykl produktów AI.

    Segment YouTube odnotował wzrost przychodów do 11,1 mld USD. Wartość portfela inwestycyjnego Alphabetu, obejmującego udziały w Anthropic i SpaceX, również istotnie wzrosła. Nakłady inwestycyjne w samym drugim kwartale 2026 roku sięgnęły 44,92 mld dolarów, przekraczając prognozy rynku.

  • Fałszywy portfel w App Store. Apple pozwane po kradzieży Bitcoinów za 1,8 mln dolarów

    Fałszywy portfel w App Store. Apple pozwane po kradzieży Bitcoinów za 1,8 mln dolarów

    App Store, reklamowany przez Apple jako bastion bezpieczeństwa, po raz kolejny okazał się polem do popisu dla cyberprzestępców. Trzech poszkodowanych użytkowników pozwało giganta z Cupertino, twierdząc, że fałszywa aplikacja portfela kryptowalutowego, którą pobrali z oficjalnego sklepu, doprowadziła do utraty Bitcoinów o łącznej wartości około 1,8 miliona dolarów.

    Podróbka Sparrow Wallet

    Pozew, złożony 24 lipca w Kalifornii, dotyczy fałszywej aplikacji podszywającej się pod legalny portfel Bitcoin Sparrow Wallet. Oszukańcze oprogramowanie nakłaniało ofiary do wprowadzenia tzw. fraz odzyskiwania (seed phrases), co dało przestępcom pełną kontrolę nad ich aktywami.

    Co kluczowe, oryginalny Sparrow Wallet to aplikacja stacjonarna na systemy Windows, macOS i Linux – nie istnieje jej oficjalna wersja na iOS. Mimo to, jak wynika z pozwu, w App Store przez długi czas funkcjonowała aplikacja podszywająca się pod ten produkt, a Apple nie tylko nie zareagowało, ale wręcz ją promowało.

    Trzy ofiary, trzy historie

    Poszkodowani to James Ramirez, Christopher Ellis i Jalen Delgado. Każdy z nich pobrał fałszywkę w innym terminie i każdy stracił w ten sposób znaczną część swojego majątku:

    • Delgado pobrał aplikację około 1 maja 2025 roku. Po wprowadzeniu frazy odzyskiwania stracił 1,05033242 Bitcoina o wartości około 120 tysięcy dolarów.
    • Ramirez zainstalował program 25 lipca 2025 roku i stracił 7,4 Bitcoina o wartości około 875 tysięcy dolarów. Tego samego dnia zgłosił sprawę Apple, ale – jak twierdzi – firma nigdy się z nim nie skontaktowała, mimo kolejnych prób.
    • Ellis padł ofiarą zaledwie kilka dni później, około 3 sierpnia. Po wprowadzeniu seed phrase z jego konta zniknęły kryptowaluty o wartości około 840 tysięcy dolarów. Również natychmiast zgłosił kradzież Apple.

    Apple wiedziało i… promowało?

    Pozew zarzuca Apple rażące zaniedbania. Firma nie tylko nie weryfikowała aplikacji, ale według powodów pozycjonowała fałszywego Sparrow Wallet wysoko w rankingach i umieszczała go w wyselekcjonowanych kolekcjach aplikacji kryptowalutowych, skutecznie polecając go obok legalnych programów.

    Co więcej, twórca prawdziwego Sparrow Wallet, Craig Raw, ostrzegał przed oszustwem już 6 stycznia 2024 roku, czyli ponad rok przed tym, jak powodowie ponieśli straty. W poście w mediach społecznościowych pisał wtedy, że fałszywa aplikacja nadal jest dostępna w App Store, mimo zgłoszeń jego i innych użytkowników.

    Raw podjął też nietypową próbę ochrony użytkowników – przesłał do App Store nieopublikowaną aplikację zastępczą, która miała wyjaśniać, że mobilne wersje Sparrow Wallet są fałszywe. Jak opisał serwis MacRumors, Apple początkowo oznaczyło jego konto deweloperskie do usunięcia, zarzucając mu rzekome „nieuczciwe działania”. Decyzję tę później cofnięto.

    Stanowisko Apple

    Przedstawiciele Apple twierdzą, że firma zareagowała szybko, usuwając aplikacje podszywające się pod Sparrow Wallet i zamykając powiązane z nimi konta deweloperskie. Apple podkreśla, że deweloperzy, których własność intelektualna została naruszona, mogą zgłosić spór do działu prawnego, a klienci mogą korzystać z usługi “Zgłoś problem”. Firma zapewnia, że podejmuje natychmiastowe działania, gdy aplikacja narusza jej wytyczne.

    Nowe zagrożenie: SparkKitty

    To nie jedyne niebezpieczeństwo czyhające na użytkowników kryptowalut w oficjalnych sklepach z aplikacjami. Firma Check Point wykryła nowe złośliwe oprogramowanie o nazwie SparkKitty, które było dystrybuowane przez App Store, Google Play oraz zewnętrzne sklepy. Wykorzystuje ono technologię OCR do skanowania galerii zdjęć w smartfonach w poszukiwaniu zapisanych jako zdjęcia lub zrzuty ekranu fraz odzyskiwania portfeli.

    Jedna z podszywających się aplikacji – SOEX na Androida – zdążyła zostać pobrana ponad 10 000 razy, zanim usunięto ją z Google Play.

    Czego domagają się powodowie?

    Poszkodowani wnoszą do sądu o zobowiązanie Apple do zwrotu skradzionych kryptowalut, odszkodowania i zadośćuczynienia o charakterze kary umownej (punitive damages), a także pokrycia kosztów zastępstwa procesowego. Domagają się również, aby firma udoskonaliła i publicznie ujawniła procedury wykrywania oraz usuwania oszukańczych aplikacji, a także wprowadziła ostrzeżenia o ryzyku związanym z aplikacjami kryptowalutowymi.

  • Trump przed spotkaniem z Netanjahu: „Izrael by bez nas nie przetrwał”

    Trump przed spotkaniem z Netanjahu: „Izrael by bez nas nie przetrwał”

    Napięcie wisi w powietrzu, zanim jeszcze obaj panowie usiedli przy stole. Prezydent USA Donald Trump w poniedziałek, w przeddzień swojego pierwszego od wybuchu wojny z Iranem spotkania z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, otwarcie przyznał, że ich cele militarne w regionie się różnią. Co więcej, w ostrych słowach zwrócił się do izraelskiego lidera, podważając fundamenty sojuszu.

    „Bardzo mili dla wielu państw”

    Podczas lotu do Michigan Trump dał wyraz swojej irytacji, mówiąc dziennikarzom, że USA były zbyt hojne wobec wielu krajów, które bez amerykańskiego wsparcia by nie przetrwały. Na pytanie, kogo ma na myśli, odpowiedział bez ogródek: „A wiecie, kto by bez nas nie przetrwał? Izrael. Bibi przyjeżdża, sam wam powie” – zaznaczył, używając zdrobnienia imienia Netanjahu. Te słowa padły w poniedziałek, tuż przed wtorkowym spotkaniem w Waszyngtonie – ósmym z kolei od czasu powrotu Trumpa do władzy w zeszłym roku.

    Rozbieżne cele w Iranie

    Spotkanie odbywa się w newralgicznym momencie. W kwietniu Trump ogłosił zawieszenie broni między USA a Iranem, zanim Izrael zdążył zrealizować swoje cele wojenne. W miniony piątek amerykański prezydent wstrzymał ataki na Iran po 13 kolejnych nocach bombardowań. Ambasador USA przy ONZ Mike Waltz tłumaczył w niedzielę, że Chce dać „przestrzeń na powodzenie” trwającym rozmowom.

    Tymczasem Netanjahu, wyruszając w poniedziałek do USA, zapowiedział, że rozmowy będą dotyczyć „przede wszystkim” Iranu. Osoba zaznajomiona ze sprawą przekazała Financial Times, że premier leci do Waszyngtonu z nastawieniem na słuchanie, ale oczekuje rozszerzenia amerykańskich działań poza rejon cieśniny Ormuz. „Netanjahu chce, aby sprawa dotyczyła czegoś więcej niż tylko cieśniny Ormuz” – brzmi przekaz źródła. W lutym, gdy wybuchła wojna, Netanjahu deklarował, że jej celem jest zniszczenie irańskiego potencjału nuklearnego i rakietowego oraz obalenie tamtejszego reżimu.

    Myśliwce F-35 dla Turcji i inne sporne tematy

    Kolejnym punktem zapalnym w relacjach jest kwestia sprzedaży przez USA Turcji zaawansowanych myśliwców stealth F-35. Izrael jest jedynym państwem na Bliskim Wschodzie posiadającym te maszyny. Jednak podczas niedawnego spotkania w Ankarze z prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem, Trump zapowiedział, że „z pewnością rozważy” taką transakcję. Dla Netanjahu byłoby to naruszenie regionalnej równowagi – ostrzegł, że dostarczenie F-35 Ankarze będzie miało daleko idące konsekwencje. Odpowiedź Trumpa była równie kategoryczna: „Nikt mi nie mówi, co powinniśmy sprzedawać”– miał powiedzieć reporterom na pokładzie Air Force One, według doniesień tureckiej agencji Anadolu.

    W tle pojawia się również kwestia cywilnej umowy nuklearnej USA z Arabią Saudyjską. W minionym tygodniu Stany Zjednoczone i Rijad podpisały 30-letnie porozumienie, umożliwiające rozwój cywilnego programu jądrowego. Według doniesień może ono pozwolić Saudyjczykom na budowę instalacji do wzbogacania uranu i rzekomo nie obejmuje pełnego protokołu inspekcji MAEA. Izraelscy urzędnicy obawiają się, że może to wywołać regionalny wyścig zbrojeń.

    Inny gość w Białym Domu

    Wtorkowe rozmowy to jednak nie tylko Netanjahu. Tego samego dnia Trump spotka się również z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Tematem tych rozmów będą dostawy ukraińskich dronów na rynek amerykański w ramach dwuletniego programu Pentagonu „Drone Dominance” o wartości miliarda dolarów, a także plan budowy wspólnej fabryki dronów w USA. Zełenski poinformował, że oba kraje planują taką inwestycję w ramach nowego partnerstwa obronnego, łączącego amerykańską produkcję z ukraińską technologią. Stany Zjednoczone chcą również doprecyzować ramowe porozumienie surowcowe z Kijowem, dotyczące eksportu metali ziem rzadkich.

    Spotkania odbędą się na kilka godzin przed wspólnym udziałem Trumpa, Netanjahu i Zełenskiego w pogrzebie senatora Lindseya Grahama – wpływowego zwolennika wojny z Iranem i kluczowego sojusznika Netanjahu w Waszyngtonie.

    Siódma wizyta, ale stosunki lodowate?

    Amerykańskie media zwracają uwagę, że to siódma wizyta Netanjahu w USA od czasu powrotu Trumpa – żaden inny przywódca nie może pochwalić się takim wynikiem. Jednocześnie obserwatorzy podkreślają, że relacje między nimi są coraz bardziej oziębłe, podczas gdy kontakty Waszyngtonu z Kijowem się ocieplają. Dzisiejsze spotkanie może być przełomem – ale pytanie, ku któremu kierunkowi.

  • PPK wyprzedzają tradycyjne fundusze. Ponad 100% zysku w pięć lat i dodatkowe dopłaty

    PPK wyprzedzają tradycyjne fundusze. Ponad 100% zysku w pięć lat i dodatkowe dopłaty

    Oszczędzanie w Pracowniczych Planach Kapitałowych (PPK) okazuje się jedną z najkorzystniejszych opcji na polskim rynku. Najlepsze fundusze PPK osiągnęły już ponad 100% stopy zwrotu w ciągu pięciu lat, wyprzedzając tym samym wiele tradycyjnych funduszy inwestycyjnych skierowanych do detalicznych klientów.

    Jak działa PPK?

    Mechanizm PPK opiera się na regularnych wpłatach: pracownik odprowadza 2% swojego wynagrodzenia brutto, pracodawca dorzuca 1,5%, a raz w roku na konto trafia dopłata od państwa (240 zł) oraz jednorazowa wpłata powitalna w wysokości 250 zł. Środki są inwestowane w fundusze, których ryzyko dostosowuje się do wieku uczestnika – im młodszy oszczędzający, tym bardziej agresywny portfel.

    Regularność wpłat to kluczowa zaleta. Dzięki systematycznemu odkładaniu pieniędzy fundusze PPK są mniej podatne na rynkowe zawirowania. W momentach spadków po prostu kupują taniej, uśredniając cenę nabycia akcji i obligacji. To zupełnie inna dynamika niż w przypadku tradycyjnych funduszy, gdzie inwestorzy często ulegają emocjom i wycofują kapitał w panice.

    Rekordowe wyniki

    Efekty tej strategii mówią same za siebie. Fundusz Esaliens 2065 (przeznaczony dla osób urodzonych w latach 2003-2007) w ciągu pięciu lat wypracował 100,3% zysku. Dla porównania, detaliczny fundusz Esaliens Akcji z tego samego TFI osiągnął w tym samym okresie 67,3% – to aż o 33 pkt proc. mniej. Co więcej, wśród produktów tego towarzystwa lepszy od PPK okazał się tylko fundusz inwestujący w metale szlachetne, który skorzystał na ostatnich wzrostach cen surowców.

    Równie imponujące wyniki odnotował fundusz Pekao 2065, który w pięcioletnim okresie również przekroczył próg 100% zysku, a w ciągu ostatnich trzech lat zarobił blisko 73%. Tymczasem tradycyjne fundusze akcji Pekao (Dynamicznych Spółek oraz Aktywna Selekcja) zarobiły w tym samym pięcioletnim horyzoncie od 80 do 81%, a w trzyletnim odpowiednio 62% i 73,6%.

    Jak wyjaśnia Andrzej Bieniek, dyrektor inwestycyjny Esaliens TFI, struktura portfeli PPK jest dość mocno ograniczona ustawowo – w ramach części akcyjnej fundusze muszą lokować minimum 40% aktywów w akcje z WIG20, do 20% w mWIG40, a także co najmniej 20% za granicą. To odróżnia je od elastyczniejszych funduszy detalicznych, ale paradoksalnie nie przeszkadza w osiąganiu lepszych wyników.

    Inny przykład to Erste PPK 2065, który w ciągu pięciu lat osiągnął 79,2% zysku, a w ostatnich 36 miesiącach 66%.

    Rośnie liczba oszczędzających

    Popularność PPK systematycznie rośnie. Tylko w czerwcu do PPK zarządzanych przez TFI wpłynęło netto 618 mln zł, a cały rynek mógł zanotować nawet 710 mln zł. Około 40% tych składek trafia na rynek akcji, co czyni PPK poważnym źródłem popytu na GPW.

    Nie tylko stopy zwrotu – dopłaty od państwa i pracodawcy

    Wyniki inwestycyjne to jednak nie wszystko. Business Insider wyliczył, że osoba zarabiająca minimalną krajową przez sześć lat (2020-2025) wpłaciłaby z własnej kieszeni około 5000 zł, ale na koncie miałaby 10600 zł – dzięki dopłatom od pracodawcy i państwa w wysokości około 5600 zł. To bezpośredni zysk, który bez PPK przepadłby.

    Dla kogoś zarabiającego przeciętne wynagrodzenie własne wpłaty wyniosłyby 9940 zł, a dodatkowe środki od pracodawcy i państwa – 8900 zł. Przy zarobkach 10 000 zł miesięcznie różnica jest jeszcze większa: własne składki to 14400 zł, a dopłaty to 12500 zł.

    Do tego dochodzą zyski z inwestycji. Wszystkie fundusze PPK działające od co najmniej trzech lat mają dodatnie stopy zwrotu – od 20% do 90% w ostatnich 36 miesiącach. Najgorszy z nich zarobił dla klientów około 40% w ponad sześcioletnim okresie.

    Wyzwanie: 38% uprawnionych wciąż poza grą

    Mimo oczywistych korzyści, wciąż około 38% uprawnionych pracowników nie uczestniczy w PPK. To blisko 2,8 mln osób, które tracą szansę na wymierne finansowe wsparcie. Najwyższa partycypacja (90%) jest w firmach zatrudniających ponad 1000 osób, a najniższa w małych przedsiębiorstwach (10-49 pracowników). Przeciętny uczestnik programu ma 40 lat.

    Według danych PFR Portal PPK, na konta uczestników wpłynęło do tej pory około 1 mld zł tytułem wpłat powitalnych oraz 2,66 mld zł dopłat rocznych – to konkretne pieniądze, które bez PPK nie trafiłyby do oszczędzających.

  • Lato pełne wykupów obligacji. Rząd kusi Polaków zamianą – czy to się opłaca?

    Lato pełne wykupów obligacji. Rząd kusi Polaków zamianą – czy to się opłaca?

    Miliardy złotych do przetasowania

    Lato to dla polskiego rządu gorący okres nie tylko pod względem pogody. Właśnie teraz zapadają detaliczne obligacje skarbowe warte miliardy złotych, a Ministerstwo Finansów robi wszystko, by ich posiadacze nie wycofali pieniędzy. Zachęca do tzw. zamiany – czyli reinwestycji w nowe serie. Pytanie, czy to się opłaca?

    Ogromne potrzeby pożyczkowe

    Skala wyzwania jest imponująca. W tym roku łączne potrzeby pożyczkowe rządu zaplanowano na około 690 mld zł. Po odjęciu spłat zapadającego długu potrzeby netto wynoszą ponad 422 mld zł. Deficyt budżetowy na 2026 rok jest jednym z największych w historii, co wymusza na rządzie maksymalne wykorzystanie wszystkich dostępnych źródeł finansowania, w tym detalicznych obligacji skarbowych.

    Gospodarstwa domowe – kluczowy gracz

    Polskie rodziny posiadają obecnie obligacje warte 190 mld zł, co stanowi blisko 12 proc. całego złotowego długu Skarbu Państwa z tytułu emisji skarbowych papierów wartościowych. Dla porównania, zagraniczni inwestorzy mają tylko nieco więcej – różnica wynosi 16 mld zł i 1 punkt procentowy. To oznacza, że Kowalski jest niemal równie ważny dla finansowania długu jak zagraniczne fundusze.

    Mniejsze wpływy netto w 2026 roku

    W projekcie budżetu na 2026 rok założono sprzedaż detalicznych obligacji na poziomie 81,2 mld zł. Jednak wpływy netto – czyli po odliczeniu wykupów – będą znacznie niższe niż w 2025 r. i wyniosą 18,2 mld zł. Dla porównania, w 2025 r. było to aż 35 mld zł – spadek o prawie połowę. To pokazuje, jak duże znaczenie dla rządu ma zatrzymanie obecnych posiadaczy obligacji.

    Zamiana obligacji – na czym polega?

    Mechanizm zamiany (rollover) jest prosty: gdy obligacje detaliczne dobiegają końca, posiadacz może je wymienić na nowe, nie wypłacając gotówki. Ministerstwo Finansów zachęca do tej opcji, bo każdy złoty, który pozostanie w obligacjach, zmniejsza presję na rynkowe finansowanie długu. Warto pamiętać, że zamiana nie jest automatyczna – wymaga aktywnej decyzji inwestora. Resort nie udziela jednak rekomendacji – decyzję każdy musi podjąć samodzielnie, analizując ryzyko i własne cele finansowe.

    Banki też zacierają ręce

    W tle tych wydarzeń rośnie akcja kredytowa w Polsce – w najszybszym tempie od 17 lat – a duże emisje obligacji skarbowych nie ustają. Dla banków to podwójna okazja do zarobku: zarówno na obsłudze długu publicznego, jak i na rosnącym portfelu kredytów. Według doniesień Pulsu Biznesu, banki mogą liczyć na wzrost zysków nawet o połowę do 2030 r., napędzany zarówno emisjami obligacji, jak i najszybszą od 17 lat akcją kredytową. Jednocześnie sektor bankowy mierzy się z wieloma czynnikami ryzyka, które mogą wpłynąć na te prognozy.

    Co dalej?

    Resort finansów liczy, że letnia fala wykupów nie przełoży się na odpływ kapitału z obligacji. Ostateczny wynik poznamy po zakończeniu okresu zamian. Na razie wiadomo, że w 2026 r. planowane wpływy netto z papierów oszczędnościowych są o 16,8 mld zł niższe niż rok wcześniej. To wyzwanie, które rząd będzie musiał pokonać, by zamknąć budżetową lukę. W międzyczasie inwestorzy indywidualni muszą sami ocenić, czy zamiana jest dla nich opłacalna, biorąc pod uwagę obecne stopy procentowe i własne potrzeby.

  • Najniższa waloryzacja od lat. Rząd ujawnia prognozę na 2027 r.

    Najniższa waloryzacja od lat. Rząd ujawnia prognozę na 2027 r.

    Polscy seniorzy w 2027 roku mogą spodziewać się najmniejszej podwyżki świadczeń od niemal dekady. Z rządowych prognoz wynika, że wskaźnik waloryzacji rent i emerytur wyniesie zaledwie 3,48%. To najniższy poziom od 2019 roku, gdy świadczenia wzrosły o 3,24%.

    Minimalna emerytura przebije 2 tys. zł brutto

    Choć procentowa podwyżka jest skromna, przełoży się na konkretną kwotę. Minimalna emerytura dla osób z pełnym stażem pracy (20 lat dla kobiet, 25 lat dla mężczyzn) po raz pierwszy przekroczy psychologiczną barierę 2 tys. zł brutto i wyniesie około 2047 zł. W ujęciu netto, na rękę, będzie to około 1863 zł.

    Wzrost minimalnego świadczenia brutto to niespełna 69 zł (dokładnie 68,85 zł). Na rękę seniorzy zobaczą podwyżkę w wysokości około 60 zł.

    Trzynastka i czternastka w górę

    Niższa waloryzacja oznacza, że w górę pójdą także dodatkowe roczne świadczenia – popularna „13” i „14”. Są one wypłacane w wysokości minimalnej emerytury, więc po marcowej waloryzacji również one wzrosną do około 2047 zł brutto.

    Ze względu na opodatkowanie, netto seniorzy otrzymają na rękę około 1672 zł z tytułu każdego z tych dodatków. W przypadku czternastej emerytury obowiązuje jednak zasada „złotówka za złotówkę”. Oznacza to, że osoby pobierające miesięczną emeryturę wyższą niż 2900 zł otrzymają proporcjonalnie pomniejszone świadczenie. Najniższa możliwa wypłata czternastki to 50 zł.

    Terminy wypłat dodatków

    Jeśli harmonogram się nie zmieni, trzynasta emerytura trafi do seniorów wraz z kwietniowym przelewem świadczenia. Czternastka zostanie wypłacona we wrześniu. Wpłaty realizowane są w stałych terminach: 1., 6., 10., 15., 20. i 25. dnia miesiąca. Łącznie z dodatków skorzysta blisko 10 mln emerytów i rencistów obsługiwanych przez ZUS oraz KRUS.

    Dlaczego tak niska podwyżka?

    Wskaźnik waloryzacji jest uzależniony od dwóch czynników: średniorocznej inflacji (zwykłej lub emeryckiej – liczy się ta wyższa) oraz realnego wzrostu wynagrodzeń w gospodarce. Obecna prognoza 3,48% to dopiero pierwszy oficjalny szacunek rządu, który został przedstawiony Radzie Dialogu Społecznego.

    Ostateczna wysokość wskaźnika będzie znana dopiero w połowie lutego 2027 roku, po opublikowaniu pełnych danych makroekonomicznych za 2026 rok. Oznacza to, że obecne założenia mogą jeszcze ulec zmianie. Jak podkreślają eksperci, wystarczy, że inflacja będzie o 1 punkt procentowy wyższa, a wskaźnik waloryzacji automatycznie wzrośnie o tyle samo.

    Ryzyko wyższej inflacji

    W świetle aktualnej sytuacji geopolitycznej – w tym przedłużającego się konfliktu w Iranie oraz rosnących cen paliw – scenariusz wyższej inflacji jest realny. To sprawia, że ostateczny wskaźnik waloryzacji w 2027 roku może być wyższy niż obecnie prognozowane 3,48%.

    Jeszcze w lipcu założeniami budżetowymi ma zająć się rząd. Dla polskich seniorów kluczowe będą miesiące zimowe, gdy poznamy komplet danych za 2026 rok. Dopiero wtedy okaże się, czy w 2027 roku czeka ich historycznie niska podwyżka, czy też inflacja „dogoni” wskaźnik waloryzacji.

  • 1013 mieszkań, potrojenie zysku i nowe rekomendacje. Atal, LPP i Vercom z potencjałem wzrostu

    1013 mieszkań, potrojenie zysku i nowe rekomendacje. Atal, LPP i Vercom z potencjałem wzrostu

    Atal zakończył pierwsze półrocze 2026 roku w iście imponującym stylu – deweloper przekazał klientom 1013 lokali mieszkalnych i usługowych, a skonsolidowany zysk netto za pierwszy kwartał wzrósł do 55,33 mln zł z 17,07 mln zł rok wcześniej. To ponad trzykrotny skok, który przyciągnął uwagę analityków. Erste Group właśnie podniósł cenę docelową akcji spółki do 72,2 zł (z 70,1 zł), utrzymując rekomendację „akumuluj”.

    Rekordowa sprzedaż i plan na 3000 mieszkań

    W samym drugim kwartale Atal zakontraktował 908 mieszkań – to wzrost o 41% w porównaniu z pierwszym kwartałem i aż o 135% rok do roku. Łącznie w pierwszym półroczu podpisano 1547 umów deweloperskich i przedwstępnych. Na koniec czerwca spółka miała także 287 aktywnych umów rezerwacyjnych.

    Harmonogram budów wskazuje, że większość projektów zostanie zakończona w drugiej połowie roku. Deweloper spodziewa się, że łączna liczba przekazanych mieszkań w całym 2026 roku „zdecydowanie przekroczy poziom 3000 lokali”. Najwięcej wydań w pierwszym półroczu odnotowano w Aglomeracji Śląskiej (155), Poznaniu (94), Krakowie (78) i Łodzi (62).

    Analitycy podnoszą prognozy sprzedaży

    Po bardzo dobrych wynikach za drugi kwartał Erste Group zwiększył prognozę sprzedaży mieszkań Atalu na 2026 rok o 3% – do około 2,94 tys. lokali. Podniesiono także oczekiwania na lata 2027–2028 odpowiednio o 3% i 4%, do około 3,26 tys. i 3,38 tys. mieszkań.

    Raport został przygotowany przy kursie 62,3 zł, co oznacza około 15% potencjału wzrostu do wyznaczonej ceny docelowej. Zdaniem analityków Atal dobrze poradził sobie w trudniejszym otoczeniu gospodarczym – pomimo pogorszenia nastrojów konsumentów po wybuchu konfliktu z Iranem oraz wzrostu kosztów kredytów hipotecznych.

    Dywidendowa potęga wciąż przyciąga

    Historyczna średnia stopa dywidendy Atalu przekraczała 10,5%, co stawia spółkę wśród liderów warszawskiej giełdy. W bieżącym roku inwestorzy mogą liczyć na stopę powyżej 7% – to wciąż atrakcyjny poziom, zwłaszcza że kurs od początku czerwca skorygował się o około 12% głównie po odcięciu dywidendy.

    Nie tylko Atal – LPP i Vercom z potencjałem

    Analitycy dostrzegają również okazje w innych spółkach. Dla LPP Trigon DM wyznaczył cenę docelową na 25 500 zł (rekomendacja „kupuj”), co daje około 25% przestrzeni do wzrostu względem bieżących notowań. Notowania spółki spadły o ponad 26%, ale eksperci wskazują, że podobne korekty zdarzały się w przeszłości. Kluczowym poziomem technicznym pozostaje 18 500 zł.

    Vercom otrzymał od Erste Group cenę docelową 155 zł (z 153 zł), przy utrzymaniu rekomendacji „kupuj”. Analitycy podkreślają, że spółka skutecznie wykorzystuje sztuczną inteligencję jako przewagę konkurencyjną. Ważnym impulsem ma być planowana podwyżka cen usług MailerLite – pierwsza od około trzech lat, szacowana na 10–20%. Pełny wpływ na wyniki może wynieść około 15 mln zł dodatkowych przychodów, z czego około 7,5 mln zł może trafić do wyników już w drugiej połowie 2026 roku.

    Co dalej?

    Wszystkie trzy spółki mają za sobą solidne fundamenty i wsparcie analityków. Dla Atalu kluczowe będą przekazania w drugim półroczu, które zadecydują o realizacji celu ponad 3000 mieszkań. LPP czeka na odbicie po korekcie, a Vercom na efekty podwyżki cen i rozwój AI. Inwestorzy śledzący GPW mają zatem kilka ciekawych opcji na najbliższe miesiące.