Blog

  • ASBIS pikuje z górki – 14% straty w dwa dni. To dopiero początek korekty?

    ASBIS pikuje z górki – 14% straty w dwa dni. To dopiero początek korekty?

    Akcje dystrybutora IT ASBIS ostro potaniały. W zaledwie dwie sesje kurs stracił około 14% od szczytu z połowy lipca, po czym zaczął się odbijać. Analitycy są jednak zgodni – to nie koniec hossy, tylko klasyczna realizacja zysków po spektakularnych wzrostach.

    260% w górę od początku roku

    Walory spółki od stycznia podrożały o ponad 260%. Przy takiej skali zwyżki korekta była wręcz nieunikniona. Kurs niedawno przebił psychologiczną barierę 100 zł, a potem wspiął się w okolice 120 zł, gdzie pojawiła się silniejsza podaż. Za technicznym charakterem przeceny przemawia też brak nowych raportów czy komunikatów, które mogłyby wywołać panikę.

    Z technicznego punktu widzenia cofnięcie poniżej 20% od szczytu wciąż uznawane jest za korektę, a nie zmianę trendu. W piątek notowania odbiły z okolic 102 zł do 108 zł, wracając do kanału wzrostowego. Utrzymanie się w tej strefie może zatrzymać dalszą wyprzedaż i uspokoić nastroje wśród akcjonariuszy. Kluczowym wsparciem pozostaje okrągłe 100 zł – dopiero trwałe zejście poniżej otworzyłoby drogę do głębszej przeceny. Na razie popyt broni wyższych poziomów, co sugeruje, że kapitał wciąż szuka okazji do zakupów na cofnięciach.

    Q2: Rekord za rekordem

    ASBIS nie zwalnia tempa w wynikach. W czerwcu spółka zanotowała 649 mln USD przychodów – to o 74% więcej niż rok wcześniej i o 7,5% więcej niż w maju, który sam był rekordowym miesiącem. Cały drugi kwartał zamknął się kwotą 1,7 mld USD, czyli 79% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku. Po pierwszym półroczu sprzedaż sięga już niemal 3 mld USD.

    Najszybciej rosła sprzedaż serwerów i komponentów serwerowych, co bezpośrednio wiąże się z inwestycjami w sztuczną inteligencję. Prezes Serhei Kostevitch tak skomentował wyniki:

    Największy wzrost sprzedaży zanotowaliśmy w segmencie serwerów i komponentów serwerowych, co świadczy o kontynuacji inwestycji napędzanych rewolucją AI. Bardzo dobrze sprzedawały się również smartfony i laptopy, które wypracowały bardzo wysoki wzrost względem ubiegłego roku.

    Do najlepszych rynków należały Kazachstan, Ukraina i Zjednoczone Emiraty Arabskie. ASBIS to jedna z nielicznych spółek na GPW, która daje ekspozycję na boom infrastruktury AI.

    Fundamenty wciąż mocne

    W pierwszym kwartale grupa wygenerowała 4,745 mld zł przychodów przy kapitalizacji blisko 6 mld zł. Zysk netto sięgnął 135 mln zł, co oznacza poprawę o 34,9% rok do roku. Marża brutto na sprzedaży wzrosła z 7% do 8,62%. Wiceprezes Costas Tziamalis wyjaśniał w maju, że znaczące braki rynkowe i wzrost cen pozwoliły spółce osiągnąć tak wysokie marże dzięki posiadanym zapasom.

    Analityk Ipopemy Łukasz Kosiarski prognozuje, że w drugim kwartale marża była niższa niż w pierwszym, ale wyniki nadal imponujące. Jego szacunki zakładają 1,66 mld USD przychodów, 69,9 mln USD EBITDA (+170% r/r) oraz 43,9 mln USD zysku netto (+262% r/r). Dla porównania, w pierwszym kwartale zysk netto wyniósł 36,5 mln USD.

    Cztery filary na 2026 rok

    Prezes Kostevitch przedstawił cztery główne obszary, na których opiera się tegoroczna strategia:

    • inwestycje w infrastrukturę centrów danych dla AI,
    • dystrybucja produktów Apple z wartością dodaną,
    • sprzedaż detaliczna w segmencie premium,
    • elektronika konsumencka.

    Celem na 2026 rok jest silny, dwucyfrowy wzrost sprzedaży. Szef grupy zapowiada mocny pipeline projektów i jeszcze lepszy 2027 rok. Zastrzega jednak, że dynamicznie zmieniające się trendy rynkowe utrudniają precyzyjne prognozy. Bieżący rok z pewnością nie zamknie okresu silnych inwestycji w AI – grupa liczy na intensywne drugie półrocze, a rok 2027 ma przynieść jeszcze lepsze rezultaty.

    Kalendarz inwestora

    Pełny obraz sytuacji finansowej przyniesie raport za I półrocze, który spółka opublikuje 6 sierpnia.

  • Tajne rozmowy w Zatoce Perskiej. Czy szef Zondacrypto zostanie świadkiem koronnym?

    Tajne rozmowy w Zatoce Perskiej. Czy szef Zondacrypto zostanie świadkiem koronnym?

    W jednym z krajów Zatoki Perskiej doszło do poufnego spotkania, które może zmienić bieg jednego z najgłośniejszych śledztw gospodarczych w Polsce. Jak donosi poniedziałkowe wydanie „Rzeczpospolitej”, w rozmowach uczestniczyli prokurator Marek Wełna z Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej, funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego oraz Przemysław Kral – szef giełdy kryptowalut Zondacrypto, który od trzech miesięcy pozostaje poza zasięgiem zarówno klientów, jak i organów ścigania.

    Negocjacje w cieniu milczenia

    Celem wyjazdu miało być nakłonienie Krala do współpracy z prokuraturą – potencjalnie w zamian za status świadka koronnego. Jego wiedza na temat funkcjonowania giełdy, przepływów finansowych i roli zaginionego założyciela Sylwestra Suszka jest zdaniem śledczych kluczowa dla wyjaśnienia sprawy. Prokuratura Krajowa nie potwierdziła oficjalnie tych doniesień, ale też ich nie zdementowała.

    Co istotne, Przemysław Kral nie jest obecnie podejrzany o popełnienie przestępstwa ani nie figuruje na liście osób poszukiwanych. Do spółki (działającej wcześniej jako BitBay i Zonda) dołączył pod koniec 2019 roku jako pełnomocnik, a po zniknięciu Sylwestra Suszka przejął pełną kontrolę operacyjną.

    Lawina zawiadomień i terabajty danych

    Śledztwo w sprawie Zondacrypto zostało oficjalnie wszczęte 17 kwietnia i od razu nabrało rozpędu. Do prokuratury wpłynęło już ponad 3,6 tys. zawiadomień o przestępstwie, a śledczy przesłuchali blisko tysiąc osób. Podczas masowych przeszukań w całym kraju zabezpieczono 162 sztuki sprzętu elektronicznego oraz ponad 250 terabajtów danych z serwerów giełdy.

    Sprawa ma wymiar międzynarodowy – prokuratura wystosowała wnioski o prawną kooperację do Włoch i Szwajcarii oraz uzgadnia działania z sądownictwem w Monako. To właśnie w Monako mieszkał Przemysław Kral, który według medialnych doniesień przebywa obecnie w Izraelu.

    Zniknięcie założyciela i mafijne powiązania

    Kryzys giełdy wybuchł na początku kwietnia, gdy media ujawniły, że jej rezerwy bitcoinów spadły o 99 proc., a użytkownicy stracili możliwość wypłaty środków. Portfel wart blisko 300 mln dolarów (4,5 tys. BTC) okazał się niedostępny – klucze do niego miały należeć do zaginionego od 2022 roku Sylwestra Suszka, założyciela giełdy.

    Suszek zaginął po wizycie w firmie paliwowej należącej do Mariana W. Mężczyzna ten usłyszał zarzut pozbawienia wolności „króla kryptowalut”. Prowadził on – według śledczych – międzynarodową grupę przestępczą wystawiającą fikcyjne faktury VAT opiewające na 1,3 mld zł. Choć wątek zaginięcia Suszka jest prowadzony odrębnie, obie sprawy splatają się w obrazie wielkich finansów i przestępczości gospodarczej.

    Dwa śledztwa i ponad 3 tys. poszkodowanych

    Obecnie toczą się dwa powiązane postępowania. Pierwsze, nadzorowane przez Prokuraturę Regionalną w Katowicach, koncentruje się na oszustwach na dużą skalę i praniu brudnych pieniędzy. Drugie, prowadzone przez śląski pion Prokuratury Krajowej, dotyczy zaginięcia Sylwestra Suszka.

    Sytuacja klientów giełdy jest dramatyczna. Pod koniec czerwca estoński regulator finansowy cofnął licencję spółce BB Trade Estonia OU, formalnemu operatorowi platformy. Do organów ścigania zgłosiło się już ponad 3 tys. poszkodowanych – skarżą się na blokadę rachunków, brak możliwości wypłaty kryptowalut i walut fiducjarnych oraz całkowity brak komunikacji ze strony obecnych przedstawicieli spółki.

    Czy świadek koronny rozwiąże zagadkę?

    Ewentualne przyznanie Kralowi statusu świadka koronnego wymagałoby pełnego ujawnienia wszystkich okoliczności przestępstwa, wskazania współsprawców oraz akceptacji wniosku przez niezawisły sąd. To ryzykowny, ale – jak oceniają byli funkcjonariusze – często niezbędny krok w sprawach, gdzie tradycyjne metody śledcze zawodzą.

    Na razie prokuratura milczy, a doniesienia o negocjacjach pozostają na poziomie dobrze poinformowanych przecieków. Jeśli jednak Kral zdecyduje się mówić, może to być przełom nie tylko dla tysięcy oszukanych klientów, ale także dla wyjaśnienia losów Sylwestra Suszka i mechanizmów przestępczego obrotu kryptowalutami.

  • Bułgaria traci turystów po wprowadzeniu euro? Spadek nawet o 40%

    Bułgaria traci turystów po wprowadzeniu euro? Spadek nawet o 40%

    Początek letniego sezonu w Bułgarii nie napawa optymizmem. Branża turystyczna szacuje, że liczba odwiedzających spadła o 30-40% w porównaniu z ubiegłym rokiem. Mimo że głównym powodem nie jest wyłącznie przyjęcie wspólnej waluty, turyści, zwłaszcza ci stali, zwracają uwagę na wyraźny wzrost cen.

    Trudny start sezonu po euro

    W tym roku Bułgaria mierzy się z poważnym wyzwaniem. Według Weselina Nalbantova, wiceprzewodniczącego Bułgarskiego Stowarzyszenia Hotelarzy i Restauratorów, spadek liczby turystów sięga od 30 do 40 procent. Nalbantov zaznacza, że ostateczna ocena sytuacji będzie możliwa dopiero po zakończeniu sezonu. Również minister turystyki Ilin Dimitrov nie kryje rozczarowania, podkreślając, że mimo przygotowanych kurortów, liczba gości jest znacznie niższa od oczekiwań.

    Najbardziej odczuwalny jest odpływ turystów z Niemiec i Rumunii, którzy do tej pory stanowili kluczową grupę dla bułgarskiej branży. Dla porównania, w 2025 roku kraj odwiedziła rekordowa liczba 9,5 mln turystów, z czego ponad 43% noclegów przypadło na lipiec i sierpień.

    Ceny w górę, turyści dzielą opinie

    Od 1 stycznia 2026 roku Bułgaria przyjęła euro, co dla wielu turystów jest bezpośrednim powodem wzrostu cen. Weronika Ziółkowska, przewodniczka i współwłaścicielka firmy organizującej wycieczki w Bułgarii, przyznaje, że w jej ulubionych restauracjach w Nesebyrze ceny poszły w górę o 15-20% w porównaniu z poprzednim rokiem. Od 1 lipca bilet autobusowy na trasie Słoneczny Brzeg – Nesebyr podrożał z 1 do 1,60 euro, a przejazd taksówką dla czterech osób na tej samej trasie kosztuje około 10 euro.

    Zauważa jednak, że opinie na ten temat są podzielone. Osoby odwiedzające Bułgarię po raz pierwszy często mówią, że nie jest tak drogo, jak się obawiały. Inaczej sytuację postrzegają stali bywalcy, którzy dostrzegają wyraźne podwyżki i mówią o zaskoczeniu, że za niektóre potrawy trzeba zapłacić nawet dwa razy więcej niż dwa lata temu.

    Ekspert: euro to nie wszystko

    Adam Karpiński z WSB Merito we Wrocławiu jest zdania, że samej zmiany waluty nie można uznać za główny czynnik spadku liczby turystów. Zwraca uwagę, że Bułgarię odwiedzają nie tylko Polacy czy Czesi, ale także turyści z krajów strefy euro, dla których zmiana waluty nie stanowi problemu. Podkreśla, że euro wprowadzono bardzo ostrożnie, ponieważ od lat obowiązywał sztywny kurs lewa do euro.

    Jego zdaniem przyczyną mogą być inne czynniki, takie jak wojna w rejonie Morza Czarnego, która może zniechęcać część turystów. Karpiński zauważa również, że Bułgaria, która na początku XXI wieku przyciągała gości niskimi cenami, obecnie oferuje wyższy standard usług, co przełożyło się na wzrost cen.

    Polacy nie rezygnują z Bułgarii

    Chociaż lokalni przewodnicy odczuwają spadek liczby klientów, to dane z portali rezerwacyjnych pokazują, że Polacy wciąż chętnie wybierają Bułgarię. Joanna Kwiatkowska, Product Manager w eSky.pl, informuje, że udział Bułgarii w sprzedaży pakietów lot+hotel na lipiec i sierpień wzrósł z 2,3% do 8,2% w porównaniu z rokiem ubiegłym. Portal wakacje.pl potwierdza, że Bułgaria pozostaje jednym z najpopularniejszych kierunków na wyjazdy zorganizowane w sezonie letnim.

    Podobne problemy w regionie

    Bułgaria nie jest jedynym krajem, który w tym roku zmaga się ze spadkiem liczby turystów. W czerwcu Chorwację odwiedziło o 7% mniej turystów niż rok temu, a liczba noclegów spadła o 6%. Znaczny odpływ odnotowano szczególnie wśród gości z Niemiec, gdzie liczba przyjazdów spadła o około 36%, a noclegów o 28%. Minister sportu i turystyki Tonči Glavina uspokaja jednak, że wyniki z czerwca nie dają pełnego obrazu, bo w maju ruch wzrósł o 11%, a pierwsze sześć miesięcy łącznie dają powody do zadowolenia. Mniejszym zainteresowaniem cieszy się również Grecja, gdzie przyjezdnych jest o 8-10% mniej niż w roku ubiegłym.

  • Czarnek kontra Morawiecki. W PiS ścierają się dwie skrajne wizje gospodarki

    Czarnek kontra Morawiecki. W PiS ścierają się dwie skrajne wizje gospodarki

    W Prawie i Sprawiedliwości narasta spór o to, w jaką stronę partia powinna pójść gospodarczo. Dwie frakcje – jedna skupiona wokół Przemysława Czarnka, druga wokół Mateusza Morawieckiego – proponują diametralnie różne modele rozwoju Polski. Choć obaj politycy deklarują wsparcie dla krajowych firm i krytykują unijne regulacje, ich konkretne pomysły stoją ze sobą w sprzeczności. Do głosu dochodzi też trzeci nurt – Daniel Obajtek w wywiadzie dla Business Insidera studzi emocje i stawia na centroprawicowy realizm.

    Czarnek: państwo-tarcza i konfrontacja z Brukselą

    Kandydat PiS na premiera stawia na ostry kurs wobec Unii Europejskiej. „Nie będziemy płacić za bzdury z Brukseli” – mówił podczas marcowego spotkania w Lubartowie. Jego flagową obietnicą jest jednostronne wypowiedzenie unijnego systemu ETS. „Nie wychodząc z ETS-u, doprowadzimy do deindustrializacji Polski” – argumentował na konwencji PiS.

    W energetyce Czarnek odrzuca rozwój odnawialnych źródeł, nazywając je „OZE-sroze”. „Mamy nasz węgiel” – podkreślał w Radiu Zet. Postuluje też całkowite odrzucenie unijnego Zielonego Ładu i miksu energetycznego narzuconego z Brukseli.

    W podatkach proponuje podwyższenie pierwszego progu PIT z 120 tys. do 180 tys. zł, a dla małżeństw rozliczających się wspólnie – do 360 tys. zł. Jego zdaniem skorzysta ok. 2,5 mln podatników, a małżeństwom w portfelach może zostać nawet 24 tys. zł rocznie. Uzupełnieniem ma być „Srebrna Praca” – zwolnienie części dochodów pracujących emerytów z PIT i składek.

    Morawiecki: państwo-inwestor i reforma od środka

    Były premier również krytykuje UE, ale wybiera inną ścieżkę. „Radykałowie, z jednej czy drugiej strony, albo świadomie, albo nieświadomie chcą nas wepchnąć w narracje polexitu” – mówił w 2023 r. w podcaście „Elektryfikacja”. Morawiecki opowiada się za głęboką przebudową Unii, a nie za jej opuszczeniem.

    W swoim raporcie „Powered by Poland” proponuje 4-proc. CIT lub PIT przez pięć lat dla nowych technologii, AI i patentów rejestrowanych w kraju. Stawia też na gwarancje państwowe dla ryzykownych projektów strategicznych i zachęty dla specjalistów technologicznych.

    W energetyce jest bardziej elastyczny: nie wyklucza OZE, ale pod warunkiem magazynów energii. „OZE – tylko w hybrydach z magazynami energii: stabilność, bez ryzyka blackoutów” – pisał na X. Elektrownie węglowe powinny być modernizowane do czasu pełnego uruchomienia atomu. W zamówieniach publicznych zapowiada „prawdziwą nacjonalizację” – wzorem Francji, Włoch i Niemiec.

    Obajtek: umiar i centroprawicowy kurs

    Daniel Obajtek, europoseł PiS i były prezes Orlenu, w rozmowie z Business Insiderem wyraźnie dystansuje się od skrajnych pomysłów. „PiS nigdy nie był partią antyunijną. Jesteśmy członkami Unii Europejskiej i nie wyobrażam sobie Polski poza nią” – mówi. Opowiada się za Unią, ale sprzeciwia się modelowi, w którym silniejsze gospodarki tworzą regulacje uderzające w słabsze.

    Obajtek proponuje deregulację – usunięcie co najmniej 30 proc. obciążeń hamujących przedsiębiorczość. Chce też zmniejszyć udziały Skarbu Państwa w spółkach giełdowych do 49,9 proc., zachowując kontrolę, ale uwalniając firmy od sztywnych reguł zamówień publicznych.

    W sprawie ETS nie idzie drogą Czarnka. Uważa, że system wymaga głębokiej reformy, a nie jednostronnego zerwania. Postuluje wprowadzenie dolnej i górnej granicy ceny uprawnień, wyłączenie z obrotu instytucji finansowych oraz powiązanie ETS z inwestycjami modernizacyjnymi. „Jeżeli istniałaby prawna możliwość jednostronnego wyjścia bez konsekwencji dla eksportu, byłoby to korzystne. Ale trzeba pamiętać, że uprawnienia są instrumentem finansowym” – tłumaczy.

    Stanowczo odrzuca zbliżanie PiS do Konfederacji. „Po co mielibyśmy skręcać ku partii, która nie pokazała kompletnego programu gospodarczego?” – pyta. Jego zdaniem hasła Konfederacji o niskich podatkach, silnej armii i rozbudowanej opiece społecznej wykluczają się wzajemnie.

    Trzy drogi, jedna partia

    Różnice między frakcjami są wyraźne. Czarnek stawia na państwo-tarczę, które broni przed zewnętrznymi zagrożeniami, nawet kosztem unilateralnych decyzji. Morawiecki widzi państwo jako aktywnego inwestora, który stymuluje wzrost i reformuje UE od środka. Obajtek proponuje trzecią drogę – deregulację, ograniczenie roli państwa w spółkach i pragmatyczną reformę unijnych mechanizmów.

    W partii właśnie ważą się losy jedności. Dziś mają odbyć się rozmowy ostatniej szansy. Nawet jeśli do rozłamu nie dojdzie, rozłożenie akcentów gospodarczych pokazuje, że liderzy coraz wyraźniej wybierają odmienne kierunki. A to może przesądzić o przyszłości PiS – i o tym, jaką Polskę proponuje wyborcom.

  • 753 mln zł na przełomowe projekty. Tusk stawia na polski przemysł obronny

    753 mln zł na przełomowe projekty. Tusk stawia na polski przemysł obronny

    Premier Donald Tusk ogłosił właśnie znaczący krok w programie PERUN – 753 mln zł trafi na 29 innowacyjnych projektów dla polskiej armii. To element budowy „najsilniejszej armii w tej części świata” i sygnał zmiany w podejściu do modernizacji sił zbrojnych.

    „My to wszystko mamy w naszym potencjale”

    W czwartek podczas wydarzenia związanego z programem PERUN premier Donald Tusk wyraźnie zaznaczył nowy kierunek:

    Jako premier już nie chcę słuchać, jak bardzo potrzebujemy broni od naszych zachodnich sojuszników, bo ona jest nowoczesna. Albo – cieszę się z tego, ale nie chcę już dłużej o tym słuchać – że Ukraińcy potrafią, a inni na świecie nie potrafią skutecznie operować dronami. Że Chińcycy wszystkich wyprzedzili, jeśli chodzi o stosowanie sztucznej inteligencji na potencjalnym polu walki. My to wszystko mamy w naszym potencjale.

    Tusk podkreślił, że program PERUN ma uwolnić ten potencjał. Na 29 projektów przeznaczono z jego budżetu 753 mln zł. Premier określił je jako „przełomowe” dla polskiej nauki i przemysłu obronnego.

    PERUN – finansowanie polskich technologii obronnych

    Program PERUN został uruchomiony przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR). Jego celem jest finansowanie badań naukowych i prac rozwojowych na potrzeby systemu obronności państwa. Inicjatywa powstała w odpowiedzi na zapotrzebowanie zgłaszane głównie przez Ministerstwo Obrony Narodowej i inne instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo. PERUN obejmuje 15 obszarów tematycznych – od nowych systemów uzbrojenia, przez technologie bezzałogowe i cyberbezpieczeństwo, po systemy obserwacji, rozpoznania i ochronę żołnierzy. Wsparcie mogą otrzymać zarówno jednostki naukowe, jak i przedsiębiorstwa oraz konsorcja naukowo-przemysłowe.

    NCBR planuje przeznaczyć na program ok. 3 mld zł w perspektywie kilku lat. Pierwszy konkurs ogłoszono pod koniec 2023 r., a w 2025 i 2026 r. rozpoczęto podpisywanie umów z wybranymi wykonawcami. Według stanu na koniec marca 2026 r. rozstrzygnięto osiem z piętnastu obszarów tematycznych. Łączna wartość podpisanych wówczas umów wynosiła blisko 373 mln zł. Kolejne rozstrzygnięcia są ogłaszane sukcesywnie.

    Rekordowe wydatki na obronność

    Premier przypomniał, że Polska przeznacza na obronność 5%, a faktycznie nawet 7% budżetu państwa. – Mamy też gigantyczne wsparcie ze środków europejskich, np. SAFE – dodał. Tusk zaznaczył, że pozycja Polski w NATO i Unii Europejskiej skłania sojuszników do aktywnego wsparcia na wschodniej flance.

    Strategiczna pozycja a polityczne wpływy

    Polska stała się militarnym i logistycznym centrum wschodniej flanki NATO. Jak wynika z analizy Pulsu Biznesu, wciąż jednak nie przekłada to się w pełni na proporcjonalne wpływy polityczne i gospodarcze. Prof. Andrew Michta, gość podcastu Pulsu Biznesu, wskazuje, że Polska pełni kluczową rolę jako brama do państw bałtyckich, zaplecze logistyczne Ukrainy oraz korytarz, przez który w razie kryzysu musiałoby nadejść wsparcie z Zachodu. Porównuje dzisiejszą pozycję Polski do znaczenia Republiki Federalnej Niemiec w okresie zimnej wojny. Aby utrzymać tę pozycję, potrzebna jest polityka wykraczająca poza kadencję jednego rządu.

    PERUN odpowiedzią na potrzebę własnych zdolności

    Program ma przyspieszyć opracowanie i wdrażanie innowacyjnych technologii dla Sił Zbrojnych RP i innych służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. 753 mln zł na 29 projektów to jedna z największych transz w historii programu. Premier zakończył apelem: „Niech to będzie lekcja dla wszystkich tych w Polsce i poza Polską, którzy uważają, że konflikt, chaos i przemoc to sposób na życie. Niech zrozumieją, że tylko wspólna, cierpliwa i konsekwentna praca może przynieść dobre efekty.”

    Kolejne rozstrzygnięcia konkursów w pozostałych obszarach tematycznych PERUN są ogłaszane sukcesywnie przez NCBR, który kontynuuje podpisywanie umów z wybranymi wykonawcami.

  • Koniec z łatwymi zyskami? Oprocentowanie lokat ucieka od 3%, a złoto zalicza ostry zjazd

    Koniec z łatwymi zyskami? Oprocentowanie lokat ucieka od 3%, a złoto zalicza ostry zjazd

    Sytuacja na rynku oszczędności w Polsce robi się coraz mniej komfortowa dla tych, którzy szukają bezpiecznego miejsca dla swoich pieniędzy. Średnie oprocentowanie depozytów bankowych systematycznie spada i coraz bardziej oddala się od psychologicznej granicy 3 proc.. To niejedyna zła wiadomość – mocno traci na wartości również złoto.

    Depozyty tracą blask

    Z danych zebranych przez Business Insider Polska w ramach comiesięcznego cyklu „Niezbędnik oszczędzających” wynika, że stawki na lokatach bankowych konsekwentnie idą w dół.

    Jak zauważa Paweł Majtkowski, analityk eToro, jeszcze niedawno posiadacze lokat mogli liczyć na realny zysk. Czerwcowy spadek inflacji do 2,5 proc. sprawił, że kończące się roczne depozyty ponownie zaczęły realnie zarabiać nawet po uwzględnieniu podatku Belki. Ta poprawa może być jednak krótkotrwała.

    – Ta poprawa może jednak okazać się równie krótka, jak wcześniejsze okresy oddechu. Wszystko wskazuje na to, że zyskowność kończących się lokat znalazła się dziś na rozdrożu, a o tym, czy pozostaną zyskowne, zdecydują wydarzenia rozgrywające się tysiące kilometrów od Polski – sytuacja na Bliskim Wschodzie i ceny ropy naftowej – ostrzega Majtkowski.

    Złoto z olbrzymią przeceną

    Kolejny niepokojący sygnał dla oszczędzających to mocne tąpnięcie na rynku złota. Jego wycena w polskiej walucie jest już blisko 30 proc. niższa niż w szczycie hossy na początku tego roku. To oznacza, że ci, którzy ulokowali oszczędności w kruszcu w momencie największej hossy, mogą dziś liczyć się ze znaczną stratą.

    Fundusze i giełda – mieszane sygnały

    Również fundusze inwestycyjne nie rozpieszczały ostatnio klientów wysokimi stopami zwrotu. Na tle słabnących depozytów i taniejącego złota pozytywnie wyróżnia się za to polska giełda – jak podaje Business Insider, na warszawskim parkiecie dało się w ciągu miesiąca zarobić ponad 100 proc. na poszczególnych walorach.

    Polacy stawiają na bezpieczeństwo, ale cena ma znaczenie

    Z badania UCE RESEARCH dla platformy Raisin wynika, że dla 55 proc. Polaków głównym powodem oszczędzania jest budowanie finansowego zabezpieczenia na nieoczekiwane sytuacje. Znacznie mniej, bo tylko 20,7 proc. respondentów, wskazuje na pomnażanie kapitału jako priorytet.

    Dane Narodowego Banku Polskiego potwierdzają ten konserwatywny trend. Pod koniec IV kwartału 2025 r. gotówka i depozyty bankowe stanowiły 48,6 proc. aktywów finansowych gospodarstw domowych, podczas gdy udział instrumentów kapitałowych i funduszy inwestycyjnych wyniósł 25,5 proc.

    – Wyniki naszego badania pokazują, że dla większości Polaków oszczędności są przede wszystkim sposobem na budowanie poczucia bezpieczeństwa i finansowego spokoju. Nie oznacza to jednak, że nie zwracają uwagi na oprocentowanie – komentuje Michał Piątek, dyrektor generalny Raisin w Polsce.

    Niskie odsetki główną barierą

    Mimo że bezpieczeństwo jest kluczowe, nie oznacza to akceptacji niskich zysków. Najczęściej wskazywaną barierą przy zakładaniu lokat jest właśnie zbyt niskie oprocentowanie – na ten problem zwróciło uwagę 56 proc. ankietowanych. W dalszej kolejności wymieniano utratę odsetek przy wcześniejszym zakończeniu lokaty (21 proc.), podatek od zysków kapitałowych (20,6 proc.) oraz skomplikowane regulaminy (17,4 proc.).

    – Wyniki badania pokazują, że bezpieczeństwo i atrakcyjne oprocentowanie nie są dla Polaków wartościami, które się wykluczają – dodaje Michał Piątek.

    Różne priorytety w różnych grupach

    Co ciekawe, chęć budowania finansowej poduszki bezpieczeństwa jako najważniejszy cel deklarują przedstawiciele wszystkich grup wiekowych – od 50 proc. wśród osób w wieku 18–24 lat po 64,1 proc. w grupie 65–74 lata. Nawet wśród najlepiej zarabiających (ponad 9 tys. zł netto miesięcznie) bezpieczeństwo wskazuje 54,7 proc. badanych. Jednocześnie w tej grupie znacząco rośnie zainteresowanie pomnażaniem kapitału – sięga już 34,9 proc.

    Nowa edycja „Niezbędnika oszczędzających” ma na celu zebranie w jednym miejscu wszystkich bieżących opcji lokowania pieniędzy, tak aby ułatwić świadomy wybór w obecnych realiach rynkowych.

  • Kolejowa rewolucja 2030: PKP ostrzega przed błędami jak w Wielkiej Brytanii

    Kolejowa rewolucja 2030: PKP ostrzega przed błędami jak w Wielkiej Brytanii

    Za nieco ponad trzy lata polskie tory staną się areną otwartej konkurencji. Unijny czwarty pakiet kolejowy z 2016 r. wymusi liberalizację rynku pasażerskiego, a do walki o klientów staną nie tylko krajowi przewoźnicy, ale też europejscy giganci. Prezes grupy PKP Alan Beroud w obszernym wywiadzie zdradza, jak jego spółka przygotowuje się na to wyzwanie i czego obawia się najbardziej.

    Brytyjskie ostrzeżenie

    Beroud, który stoi jednocześnie na czele Wspólnoty Kolei Europejskich oraz Zarządców Infrastruktury Kolejowej, wskazuje na ryzyko, które może zniweczyć korzyści z konkurencji. Jego zdaniem, jeśli regulatorzy popełnią błędy, skutki mogą być podobne jak w Wielkiej Brytanii:

    „Przewoźnicy pasażerscy przestali jeździć zimą, ponieważ uznali, że im się to nie opłaca. Serwis infrastruktury kolejowej wymagany przez zimowe warunki jest znacznie droższy, a w tym przypadku operator infrastruktury przerzucał koszty na przewoźników.”

    Kto chce wejść na polski rynek?

    Konkurencja nie będzie czekać. Beroud wymienia konkretnych graczy: Leo Express, należący w większości do hiszpańskiego państwowego koncernu Renfe, już operuje nad Wisłą. Zainteresowani są też Czesi, a z kierunku niemieckiego – co wynika z ich strategii – należy spodziewać się wejścia kolejnych podmiotów. Prawdopodobnie pojawią się także Francuzi i Włosi – ci drudzy chcą generować co najmniej 20% zysków poza granicami kraju. Alan Beroud podsumowuje:

    „Wszyscy będą chcieli spróbować tu swoich sił, ponieważ Polska jest dużym europejskim rynkiem, jednym z większych.”

    PKP Intercity – inwestycje, które mają dać przewagę

    PKP Intercity nie może konkurować kosztami pracy – silne związki zawodowe i układ zbiorowy pracy to ograniczenie. Stawia więc na nowoczesny tabor. Spółka czeka na dostawę ponad 70 dwupoziomowych pociągów rozwijających prędkość 200 km/h, wyprodukowanych przez Alstom (zwycięzca przetargu z ubiegłego roku). Nowe składy będą w stanie przewieźć od 100 do 160 tys. pasażerów dziennie – obecnie PKP Intercity obsługuje ponad 240 tys. pasażerów na dobę.

    Local content – miliardy dla polskich firm

    Choć Alstom ma w Polsce trzy największe zakłady kolejowe i zatrudnia 6 tys. osób, krajowi producenci też dostają zamówienia. Pesa i Newag oferują pojazdy osiągające prędkość do 160 km/h, więc nie startowały w przetargu na piętrowe składy 200 km/h. Jednak grupa PKP zleciła modernizację floty u polskich wykonawców – w Cegielskim i Newagu – o łącznej wartości blisko 15 mld zł.

    Lekcja z porażki RegioJet

    Czeski przewoźnik RegioJet próbował wejść do Polski na dużą skalę, ale szybko się wycofał. Beroud wskazuje na nieodpowiednią skalę i przygotowanie:

    „Przerosła ich skala realizacji połączeń. Od razu chcieli wejść do Polski na bardzo dużą skalę. Zaplanowali bardzo dużo połączeń w dogodnych godzinach. Nie podołali jednak pod względem taboru, obsługi pasażerów i wykonywania operacji.”

    RegioJet oczekiwał masowego przejścia pracowników innych przewoźników, ale oferowane wynagrodzenia i warunki pracy nie były wystarczająco atrakcyjne. Beroud odpiera zarzuty o nieuczciwą konkurencję – jego zdaniem czeski przewoźnik otrzymał najlepsze trasy w atrakcyjnych godzinach, czasem nawet kilka minut przed Pendolino.

    PKP Cargo – transformacja i nowe nadzieje

    Drugim priorytetem grupy jest PKP Cargo. Spółka przeszła restrukturyzację: dostosowała liczbę punktów utrzymania i pracowników, a w czerwcu 2026 r. zastąpiła stary układ zbiorowy nowym, premiującym efektywność. Wciąż trwają rozmowy z wierzycielami – pod koniec czerwca złożono w sądzie zaktualizowane propozycje układowe.

    Wyniki już widać. Po maju 2026 r. udział PKP Cargo w rynku przewozów towarowych według pracy przewozowej wyniósł 27,59% wobec 25,43% rok wcześniej. Spółka zdobywa licencje na kolejne kraje – ma 4% rynku węgierskiego i celuje w 10%. W 2025 r. PKP Cargo International zajęło pierwsze miejsce w UE w przewozie samochodów. Wiosną podpisano też porozumienie z Ministerstwem Obrony Narodowej, które umożliwi finansowanie inwestycji dual use, np. w lokomotywy czy bocznice.

    Finansowanie kolei – walka o unijne pieniądze

    Beroud, jako szef europejskiej organizacji kolejowej, krytykuje politykę klimatyczną UE. Jego zdaniem Bruksela zamiast dofinansowywać zeroemisyjny transport kolejowy, skupiła się na chińskich samochodach elektrycznych. W ramach rewizji systemu EU ETS jego organizacja zabiega, by część opłat trafiała bezpośrednio na kolej. W Polsce postuluje też zasilenie Funduszu Kolejowego większymi środkami – obecnie przewoźnicy kolejowi ponoszą znacznie wyższe koszty użytkowania infrastruktury niż drogowi, co zniechęca do przewozów towarów koleją.

    Mimo wyzwań prezes PKP patrzy w przyszłość z optymizmem. Ludzie chcą podróżować pociągami, a decydenci w Polsce i w UE dostrzegają znaczenie kolei. Zeszłoroczne przyjęcie planu generalnego dla kolei dużych prędkości w Komisji Europejskiej oraz konsekwentne prace nad linią „Igrek” (CPK) dają nadzieję na rozwój.

  • Bitcoinowy grobowiec się otwiera. Spór o miliardy w sądzie

    Bitcoinowy grobowiec się otwiera. Spór o miliardy w sądzie

    Kryptowalutowy świat żyje doniesieniami o budzących się po latach uśpionych portfelach Bitcoin. W ciągu kilkunastu dni odnotowano aż dwa spektakularne transfery, które łączy jedna wspólna, tajemnicza nić – postać „Noah Doe”. Za tym anonimowym pseudonimem kryje się spór sądowy o miliardy dolarów, który może mieć precedensowy wpływ na rynek.

    15 lat ciszy i zwrot rzędu 700 000%

    O pierwszym z wydarzeń poinformowało Galaxy Research na platformie X. Jak podała firma, 4 lipca 2026 roku w bloku o numerze 956627 doszło do ruchu środków z adresu, który pozostawał nietknięty od 7 sierpnia 2011 roku. Było to 30 BTC, które przy obecnej cenie Bitcoina wynoszącej około 62 719 dolarów są warte blisko 1,88 miliona dolarów.

    Okres uśpienia tych monet wyniósł dokładnie 14 lat i 9 miesięcy. Zrealizowany zysk sięgnął astronomicznej kwoty 1,84 miliona dolarów, co przekłada się na wzrost o 719 353%. Środki zostały bowiem zakupione po średniej cenie zaledwie 9 dolarów za sztukę.

    Kolejny wieloryb w ruchu. 383 miliony dolarów

    Zaledwie kilkanaście dni później, bo 16 lipca 2026 roku, na blockchainie doszło do kolejnego gigantycznego transferu. Około godziny 00:15 UTC w bloku o numerze 958217 przeniesiono 5 907,56 BTC, których wartość szacowana jest na 383,6 miliona dolarów.

    Środki te trafiły na adres pierwotnie 14 grudnia 2017 roku. Galaxy Research szacuje, że ich właściciel kupował Bitcoiny po średniej cenie około 17 tysięcy dolarów za sztukę, co oznacza wzrost wartości o około 285,5 miliona dolarów i stopę zwrotu na poziomie około 291%.

    W przeciwieństwie do wielu spektakularnych transferów, te monety nie trafiły na żaden znany adres depozytowy giełdy. Zostały przesłane do wcześniej nieoznaczonego portfela, co – jak podkreśla Galaxy Research – nie stanowi dowodu na przygotowania do sprzedaży.

    Tajemniczy Noah Doe i pozew o 3,8 miliona BTC

    Oba transfery łączy atrybucja nadawcy. Galaxy Research zidentyfikowało pierwszy adres jako Noah Doe #38530, a drugi jako Noah Doe #27. To bezpośrednio wiąże je z głośną sprawą sądową toczącą się w Nowym Jorku.

    „Noah Doe” to jeden z anonimowych powodów, który domaga się uznania go za właściciela 3,8 miliona dawno uśpionych Bitcoinów znajdujących się na 39 069 adresach. Wśród nich mogą znajdować się portfele powiązane z tajemniczym twórcą kryptowaluty, Satoshiem Nakamoto. Powodami w sprawie są także dwie nienazwane spółki LLC z Wyoming, występujące jako ABC Company i XYZ Company.

    Instrumentem prawnym w tej batalii jest powództwo o ustalenie prawa własności, oparte na nowojorskiej ustawie dotyczącej rzeczy znalezionych. Sprawa ma charakter precedensowy, łącząc tradycyjne prawo z nowoczesnymi aktywami cyfrowymi.

    Przeciwnik staje do walki

    W ostatnim czasie w sprawie pojawił się realny przeciwnik. Pozwany, występujący jako „John Doe 33”, złożył wniosek o oddalenie powództwa, argumentując, że całe roszczenie jest bezpodstawne.

    Co więcej, w najnowszym transferze zaobserwowano migrację środków ze starszego adresu na nowoczesny adres w standardzie bc1q (SegWit). Taka zmiana pozwala obniżyć koszty transakcyjne i jest standardową praktyką przy modernizacji starszych portfeli.

    Nowa era wielorybów?

    Rynek obserwuje wzrost aktywności długoterminowych posiadaczy. Analityk z CryptoQuant, J.A. Maartun, określił to zjawisko mianem „wielkiej redystrybucji”. Dane wskazują, że tzw. „nowe wieloryby”, głównie podmioty instytucjonalne, kontrolują obecnie Bitcoiny o wartości około 130 miliardów dolarów, przewyższając już zasoby tradycyjnych długoterminowych wielorybów, których portfele wyceniane są na około 126 miliardów dolarów.

  • PPK nie przeciekają jak durszlak. Nowe dane PFR rozwiewają wątpliwości

    PPK nie przeciekają jak durszlak. Nowe dane PFR rozwiewają wątpliwości

    Wokół Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK) od czasu do czasu pojawia się narracja o masowym wycofywaniu środków, jakby program był dziurawą skarbonką. Najnowsze dane Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) za pierwszy kwartał 2026 roku wyraźnie pokazują jednak, że to tylko mit. Owszem, kwota zwrotów wzrosła, ale w relacji do rosnącej skali całego programu jej znaczenie systematycznie maleje.

    Więcej zwrotów, ale relatywnie mniejsze znaczenie

    Z danych przytoczonych przez PFR wynika, że w I kwartale 2026 roku wartość zwrotów z PPK wyniosła 833,9 mln zł. To wzrost o około 10% w porównaniu do 752,8 mln zł z IV kwartału 2025 roku. Na pierwszy rzut oka może to niepokoić, ale kluczowe wskaźniki mówią co innego.

    Udział zwrotów w ogólnej liczbie uczestników PPK spadł bowiem z 4,68% do 4,61%. Co więcej, wartość wycofanych pieniędzy w stosunku do nowych wpłat również się zmniejszyła – z 23,5% do 22,6%. Oznacza to, że choć nominalnie wypłacamy więcej, to w porównaniu z lawinowo rosnącą pulą oszczędności, zjawisko to traci na sile.

    Jeden raz, a nie systematyczne wypłaty

    Eksperci PFR podważają popularny stereotyp, że uczestnicy regularnie sięgają po pieniądze z PPK jak po portfel. Z danych wynika, że 56% osób, które kiedykolwiek zdecydowały się na zwrot, zrobiło to tylko jeden raz.

    „Dane te podważają popularny pogląd, że uczestnicy regularnie wypłacają środki z programu. W większości przypadków zwrot jest jednorazową decyzją, związaną z konkretną potrzebą, sytuacją życiową lub po prostu chęcią przetestowania zasad programu” – czytamy w komentarzu PFR.

    Portal PPK dodaje, że wzrost wartości zwrotów nie jest zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że w programie gromadzi się coraz więcej pieniędzy, a uczestnicy nie mogą dokonać częściowego zwrotu. „Wraz z rozwojem PPK i wzrostem skali programu znaczenie zwrotów jednak relatywnie maleje, a nie rośnie. To przeciwieństwo narracji o narastającej tendencji do wycofywania środków z systemu” – podkreślono.

    Rekordowe aktywa i nowi uczestnicy

    Podczas gdy niektórzy wycofują środki, cały system rośnie w siłę. Łączna wartość aktywów netto PPK na 9 lipca 2026 roku sięgnęła niemal 55 mld zł. Dla porównania, na koniec maja było to 52,78 mld zł, co oznacza wzrost o 2,45 mld zł w ciągu miesiąca.

    Do programu w pierwszym półroczu 2026 roku przystąpiło aż 280 tysięcy nowych osób. Na wzrost aktywów wpływają nie tylko nowe wpłaty, ale także dobra koniunktura na GPW, gdzie ulokowana jest większość środków funduszy zdefiniowanej daty.

    Eksperci: program nie wymaga „uszczelniania”

    Część mediów co jakiś czas podnosi alarm, że PPK „przeciekają jak durszlak”. Eksperci cytowani przez „Parkiet” studzą te obawy, wskazując, że nie ma mowy o masowym odpływie kapitału. Wcześniejsze wypłaty szkodzą przede wszystkim samym uczestnikom, którzy tracą część środków, a nie stabilności programu.

    Przypomnijmy, że uczestnik PPK może w każdej chwili wystąpić o zwrot. Otrzymuje wtedy 100% swoich wpłat oraz 70% środków od pracodawcy. Pozostałe 30% trafia do ZUS, powiększając kapitał emerytalny. Kwota zwrotu jest pomniejszona o podatek od zysków kapitałowych oraz o dopłaty państwa.

    Co dalej z PPK?

    Głos w sprawie przyszłości programu zabrała Marta Damm-Świerkocka z zarządu PFR Portal PPK. Zgodziła się ona z oceną Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, że warto rozważyć rozwiązania zwiększające atrakcyjność PPK.

    „Jednym z kierunków mogłaby być waloryzacja dopłaty rocznej lub powiązanie jej wysokości z długością okresu oszczędzania. Jednocześnie chcę podkreślić, że nie są prowadzone żadne działania, które miałyby ograniczać uczestnikom PPK możliwość dysponowania zgromadzonymi środkami czy dokonywania wypłat. PPK pozostają programem dobrowolnym, elastycznym i nastawionym na długoterminowe budowanie oszczędności” – oceniła Damm-Świerkocka.

  • Prezydent blokuje podatek od zysków paliwowych. Ustawa trafia do TK

    Prezydent blokuje podatek od zysków paliwowych. Ustawa trafia do TK

    Prezydent Karol Nawrocki zdecydował o skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o podatku od nadzwyczajnych zysków spółek paliwowych. Decyzja oznacza, że kontrowersyjna danina, która miała obowiązywać od 1 sierpnia 2026 roku, na razie nie wejdzie w życie.

    Wątpliwości konstytucyjne

    Kluczowym powodem decyzji prezydenta jest zasada niedziałania prawa wstecz. Choć ustawa miała wejść w życie w sierpniu, podatek obejmowałby dochody uzyskiwane już od początku marca 2026 roku.

    „Oznacza to próbę opodatkowania działalności z mocą wsteczną” – argumentował Karol Nawrocki, uzasadniając swoją decyzję.

    Prezydent podkreślił, że chodzi o złamanie fundamentalnej gwarancji państwa prawa, wyrażonej w łacińskiej formule Lex retro non agit, czyli prawo nie działa wstecz. Dodał, że podatek w wysokości 60% podstawy opodatkowania w efekcie zostałby przerzucony na klientów stacji benzynowych.

    „Rachunek zapłacą nie tylko kierowcy. Zapłacą rolnicy, transportowcy, małe przedsiębiorstwa i rodziny kupujące żywność, której cena zależy od kosztów przewozu” – wskazał prezydent.

    Nawrocki zwrócił uwagę, że po wygaśnięciu działań osłonowych programu CPN (Ceny Paliwa Niżej) kierowcy już odczuli wzrost cen paliw. Nowy podatek jego zdaniem nie obniży cen, a ma jedynie dostarczyć pieniędzy do budżetu.

    Reakcja rządu

    Decyzja prezydenta wywołała ostrą reakcję ze strony członków rządu. Premier Donald Tusk określił ją jako „szokującą”. Minister finansów Andrzej Domański napisał na platformie X, że prezydent zablokował kolejne 4 miliardy złotych dla budżetu.

    „To środki, które miały sfinansować pakiet CPN chroniący Polaków przed wysokimi cenami paliw. Zamiast po stronie Polaków stanął po stronie koncernów paliwowych odnoszących potężne zyski z obecnej sytuacji na rynku paliw” – skomentował Domański.

    W podobnym tonie wypowiedział się minister energii Miłosz Motyka, który uznał brak podpisu prezydenta za „anty państwowe działanie”. Z kolei minister Maciej Berek ocenił, że „ktoś w Kancelarii Prezydenta słabo doradził”, podkreślając, że konstytucyjność projektu była weryfikowana przez Rządowe Centrum Legislacji oraz legislatorów Kancelarii Sejmu i Senatu.

    Jak miał działać nowy podatek?

    Ustawa zakładała opodatkowanie nadzwyczajnych zysków spółek paliwowych ze zbycia paliw ciekłych, osiągniętych w okresie od marca do grudnia 2026 roku. Stawka wynosiła 60%, a podstawę opodatkowania stanowiła nadwyżka przychodów ponad kwotę uzyskaną przy zastosowaniu marży referencyjnej. Rokiem referencyjnym miał być rok obrotowy zakończony przed 1 marca 2026 r., a marża referencyjna to średnia marża sprzedaży paliw ciekłych w 2025 roku powiększona o 20%.

    Według szacunków, podatek miał objąć około 20–30 podmiotów. Największym płatnikiem miał być Orlen, który miał zapłacić około 3 miliardów złotych (lub nieco mniej). Łączne wpływy z daniny szacowano na 4 miliardy złotych, z czego 3,8 miliarda w tym roku, a resztę w 2027 roku.

    Cel podatku i krytyka branży

    Wpływy z nowego podatku miały zrekompensować stratę dochodów budżetowych powstałą w wyniku pakietu osłonowego CPN, który zakładał obniżenie stawki VAT na paliwa do 8% oraz redukcję akcyzy do minimalnych poziomów unijnych. Straty budżetu w ciągu pierwszych trzech miesięcy działania CPN oszacowano na około 4,8 miliarda złotych.

    Minister energii Miłosz Motyka argumentował, że nowa opłata to reakcja rządu na gwałtowny wzrost marż w sektorze paliwowym po wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie. Branża miała jednak poważne zastrzeżenia. Przedstawiciele Polskiej Grupy Paliwowej wskazywali, że podatek opiera się na nadwyżce marżowej, a nie na rzeczywistym zysku ekonomicznym. Jak mówił Robert Petruczuk, prezes PGP, problem polega na tym, że podatek obejmuje jedynie część roku, zanim wiadomo, jaki będzie wynik całej działalności w 2026 roku.

    Teraz sprawą zajmie się Trybunał Konstytucyjny w trybie kontroli prewencyjnej, który ma rozstrzygnąć, czy ustawa jest zgodna z konstytucją.