Blog

  • Mostostal Warszawa pozywa GDDKiA o pół miliarda złotych. O co chodzi w gigantycznym sporze?

    Mostostal Warszawa pozywa GDDKiA o pół miliarda złotych. O co chodzi w gigantycznym sporze?

    Czy kontrakt podpisany w 2020 roku może być dziś niewykonalny finansowo? Mostostal Warszawa i jego partner, hiszpańska Acciona, uważają, że tak – i właśnie złożyli pozew o 487 milionów złotych brutto przeciwko Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. To nie jest zwykły spór, to potężne roszczenie, które może zaważyć na finansach jednej z największych polskich firm budowlanych.

    Sprawa dotyczy kluczowego odcinka S19

    Pozew, złożony 30 marca 2026 roku, dotyczy umowy z 10 lipca 2020 roku. Chodzi o zaprojektowanie i budowę około 10,3 km drogi ekspresowej S19 między węzłami Rzeszów Południe i Babica na Podkarpaciu. Konsorcjum Mostostal Acciona S19 Tunel domaga się zmiany warunków tego kontraktu.

    Konkretnie? Wykonawca chce podwyższenia wynagrodzenia o pełne 487 mln zł. Ta kwota miałaby zostać odzwierciedlona zarówno w cenie kontraktowej, jak i w tzw. maksymalnej wartości zobowiązania. Ale to nie wszystko!

    Konsorcjum wnosi również o zasądzenie tej kwoty wraz z odsetkami ustawowymi za opóźnienie, liczonymi od dnia wydania wyroku do momentu zapłaty, a także o pokrycie kosztów całego postępowania sądowego.

    Dlaczego aż tyle? „Nadzwyczajna zmiana stosunków”

    Co jest podstawą tak ogromnego roszczenia? Mostostal Warszawa wskazuje na nadzwyczajną zmianę stosunków gospodarczych, która drastycznie wpłynęła na koszty realizacji inwestycji.

    Mówiąc wprost: chodzi o gwałtowny wzrost cen materiałów budowlanych, usług i kosztów pracy po podpisaniu umowy. W ocenie wykonawcy, umowny mechanizm waloryzacji wynagrodzenia nie zrekompensował tych skoków w wystarczającym stopniu.

    Właśnie ta sytuacja ma, zdaniem Mostostalu, uzasadniać zastosowanie przepisów kodeksu cywilnego – w tym słynnej klauzuli rebus sic stantibus – i pozwalać na sądowe dochodzenie podwyższenia wynagrodzenia.

    Kwota już ujęta w księgach. Co dalej?

    Tu sprawa robi się naprawdę ciekawa z punktu widzenia inwestora. Mostostal Warszawa poinformował, że część dochodzonej kwoty została już ujęta jako aktywa w sprawozdaniu finansowym za 2025 rok.

    To znaczący ruch księgowy, który pokazuje, jak poważnie spółka traktuje swoje roszczenie. Jednak finał tej historii jest jeszcze otwarty.

    Dokumenty za 2025 rok są nadal badane przez biegłego rewidenta i muszą jeszcze zostać zatwierdzone przez właściwe organy spółki. Droga sądowa też dopiero się zaczyna.

    Spór na kwotę blisko pół miliarda złotych między potentatem budowlanym a państwową agencją drogową to wydarzenie, które będzie się długo ciągnąć. Jego wynik może mieć wpływ nie tylko na budżet tej konkretnej inwestycji, ale także na zasady rozliczania przyszłych, wieloletnich kontraktów infrastrukturalnych w Polsce. Będziemy to bacznie obserwować.

  • Wawel może zniknąć z Biedronki? Sieć wypowiada kluczową umowę

    Wawel może zniknąć z Biedronki? Sieć wypowiada kluczową umowę

    Czy ulubione słodycze Polaków znikną z półek największego dyskontu w kraju? To nie jest scenariusz z filmu, a realna perspektywa po decyzji, która właśnie wstrząsnęła rynkiem FMCG.

    Bomba w godzinach popołudniowych

    Jak podała spółka w oficjalnym komunikacie, 31 marca 2026 roku Wawel S.A. otrzymał od Jeronimo Martins Polska S.A., właściciela sieci Biedronka, wypowiedzenie umowy sprzedaży. Wiadomość dotarła elektronicznie. Umowa została zawarta w grudniu 2022 roku.

    „Przedmiotowe wypowiedzenie zostało złożone z zachowaniem trzymiesięcznego okresu wypowiedzenia ze skutkiem na koniec miesiąca kalendarzowego” – czytamy w komunikacie.

    Oznacza to, że współpraca może definitywnie zakończyć się już w II kwartale 2026 roku. Jeśli strony nie dojdą do porozumienia, słodycze Wawelu nie będą dostępne w sklepach sieci po okresie wypowiedzenia.

    Nawet 20% przychodów pod znakiem zapytania

    Skala potencjalnego wstrząsu jest ogromna. Dla Wawelu Biedronka to klient o fundamentalnym znaczeniu.

    W 2025 roku sprzedaż do tej sieci odpowiadała za 19,9% przychodów spółki, które wyniosły około 739 mln zł. Jeszcze kilka lat temu ten udział sięgał nawet 25%. Ewentualne rozstanie oznaczałoby nie tylko drastyczny spadek sprzedaży, ale także utratę dostępu do milionów klientów największej sieci handlowej w Polsce.

    Rynek zareagował natychmiast i jednoznacznie. W dniu ogłoszenia informacji akcje Wawelu na warszawskiej giełdzie spadły o około 4-5%.

    Czy to już koniec? Nie wszystko stracone

    Na razie jednak nie jest to przesądzone. Wawel podkreśla, że pozostaje w kontakcie z kontrahentem i ma zamiar podjąć rozmowy.

    „Spółka podejmie rozmowy w celu określenia potencjalnych nowych ram relacji handlowych” – zapowiada firma.

    Trzymiesięczny okres wypowiedzenia daje więc stronom czas na renegocjacje. Ich wynik pozostaje jednak wielką niewiadomą.

    Spór o ceny w tle od lat

    Choć oficjalne powody wypowiedzenia nie zostały podane, kontekst rynkowy jasno wskazuje na źródło napięć. Relacje między producentami a dyskontami są od lat coraz trudniejsze.

    Rosnące koszty surowców, zwłaszcza kakao i cukru, zderzają się z presją sieci handlowych na utrzymanie niskich cen. W poprzednich latach Wawel informował o twardych negocjacjach z Biedronką, która nie zgadzała się na podwyżki cen produktów.

    Jak tłumaczył już ponad dekadę temu prezes Wawelu, Dariusz Orłowski, na łamach „Rzeczpospolitej”: „Doszliśmy więc do momentu, gdy nie da się już uniknąć podwyżki cen (…). Tymczasem z powodu coraz ostrzejszej konkurencji sieci nie chcą zaakceptować podwyżek”.

    Dodatkowym czynnikiem jest rosnące znaczenie marek własnych sieci, które pozwalają im zwiększać marże i kontrolować ofertę. Biedronka, ze względu na swoją silną pozycję rynkową, zawsze była uważana za szczególnie trudnego partnera do negocjacji.

    Czy tym razem uda się znaleźć wspólny język? Nad odpowiedzią na to pytanie głowią się teraz nie tylko zarządy obu firm, ale także inwestorzy i miliony polskich konsumentów.

  • Werth-Holz S.A.: Kto naprawdę rządzi na walnym zgromadzeniu?

    Werth-Holz S.A.: Kto naprawdę rządzi na walnym zgromadzeniu?

    Czy wiedzieliście, że na ostatnim walnym zgromadzeniu tylko jeden podmiot miał prawo głosu? Tak, to nie żart. Werth-Holz S.A. właśnie ujawnił listę akcjonariuszy dysponujących co najmniej 5% głosów na Zwyczajnym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, które odbyło się 31 marca 2026 roku.

    Pełna kontrola na sali

    I tu zaczyna się ciekawa historia. Zgodnie z raportem bieżącym nr 3/2026, złożonym do Komisji Nadzoru Finansowego, na walnym zgromadzeniu obecny był tylko jeden znaczący gracz. A właściwie duet.

    Grassalen Investments Limited wraz z Panem Jarosławem Gniadkiem – 31.382.613 akcji zwykłych na okaziciela, stanowiących 100% w liczbie głosów na Zwyczajnym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy i 36,84% w ogólnej liczbie głosów w Spółce.

    To oznacza, że podczas całego zgromadzenia głosować mogła praktycznie tylko ta jedna grupa. Ale to nie koniec układanki.

    Gniadek: podwójna rola

    W ramach tego pakietu ukrywa się osobista pozycja prezesa zarządu. Pan Jarosław Gniadek indywidualnie posiada 3.658.849 akcji zwykłych na okaziciela.

    Co to oznacza w liczbach? Te akcje dają mu 11,66% głosów na Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy i 4,30% w ogólnej liczbie głosów w całej spółce. To ciekawe zestawienie – jako prezes zarządu podpisywał raport, a jako akcjonariusz miał decydujący głos.

    Wszystkie uchwały przyjęte jednogłośnie

    Ale co właściwie postanowiono na tym wyjątkowym zgromadzeniu? Kolejny raport, opublikowany przez portal Parkiet, przynosi odpowiedź.

    Zarząd Spółki Werth-Holz S.A. przekazał treść uchwał podjętych właśnie 31 marca 2026 roku. I tu mamy kolejną ciekawostkę.

    Wszystkie planowane uchwały zostały podjęte, a nie zgłoszono sprzeciwu do żadnej z nich.

    Czy to zaskoczenie? Raczej nie, biorąc pod uwagę strukturę udziałowców obecnych na sali. Dokumenty podpisali ci sami ludzie: Jarosław Gniadek jako Prezes Zarządu i Piotr Podgórniak jako Członek Zarządu.

    Oficjalne dokumenty kluczem

    Warto pamiętać, że szczegóły uchwał znajdziemy w załącznikach do raportu – plikach uchwały.pdf i main.xhtml. Jak zaznacza się w komunikacie, podane streszczenie ma charakter wyłącznie informacyjny i zostało przygotowane przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

    Oficjalną wersją komunikatu jest pełna treść zawarta w załącznikach do raportu. Przed podjęciem decyzji inwestycyjnych należy zapoznać się z pełną treścią raportu i wszystkich załączników.

    Co to oznacza dla spółki?

    Struktura własności Werth-Holz S.A. po walnym zgromadzeniu jest teraz przejrzystsza. Grupa Grassalen Investments Limited wraz z Jarosławem Gniadkiem kontroluje nie tylko 100% głosów na ostatnim zgromadzeniu, ale także ponad jedną trzecią ogólnej liczby głosów w spółce.

    To pokazuje silną, skonsolidowaną pozycję głównego akcjonariusza. W połączeniu z jednogłośnym przyjęciem wszystkich planowanych uchwał, mamy obraz sprawnego przebiegu corporate governance – przynajmniej na papierze.

    Inwestorzy śledzący spółkę z branży drzewnej z pewnością będą analizować szczegóły uchwał, aby zrozumieć strategiczny kierunek, jaki obrało kierownictwo Werth-Holz S.A. na nadchodzący okres.

  • Warszawskie kamery już skanują tablice. Co to oznacza dla Twojego auta?

    Warszawskie kamery już skanują tablice. Co to oznacza dla Twojego auta?

    Od 1 kwietnia w centrum Warszawy ruszył rozbudowany system automatycznych kamer. Czy to już czas na panikę? Spokojnie, sprawdzamy, co naprawdę zmienia się w Strefie Czystego Transportu.

    Kamery Zintegrowanego Systemu Zarządzania Ruchem na bieżąco skanują tablice rejestracyjne wszystkich pojazdów. Na podstawie danych z państwowych systemów weryfikują, czy spełniają one normy emisji spalin i czy mają prawo poruszać się w strefie.

    7% stolicy pod lupą

    Nowe kontrole obejmują centralną część Warszawy. Jak informuje ratusz, kamery monitorować będą łącznie 7 proc. powierzchni stolicy. To teren około 37 km kwadratowych.

    Uruchomienie dodatkowego monitoringu to kolejny etap wdrażania systemu, którego celem jest poprawa jakości powietrza. Ale tu pojawia się kluczowe pytanie…

    Czy kamery wystawiają mandaty?

    Odpowiedź brzmi: nie. Przynajmniej na razie.

    Według deklaracji Zarządu Dróg Miejskich, kamery nie będą wystawiały mandatów. To wyłączne uprawnienia policji oraz straży miejskiej.

    System kamer ma służyć jedynie do zbierania informacji oraz analizy ruchu. Jak podkreśla ZDM, w przyszłości dane z kamer mogą być jednak przez służby wykorzystane.

    Samo uchwycenie przez kamerę, bez kontroli funkcjonariuszy, nie ma na razie żadnych konsekwencji. Ale uwaga! Gdy etap przejściowy się skończy, zasady się zmienią.

    Cztery wjazdy i… mandat

    Wjazd do SCT pojazdem niespełniającym wymogów nadal będzie możliwy. Cztery wjazdy na rok, traktowane jako przejazdy okazjonalne, są dopuszczalne. Dopiero za piątym razem może pojawić się mandat – maksymalnie w wysokości 500 złotych.

    Mieszkańcy mają fory

    Tutaj pojawia się istotne rozróżnienie. Mieszkańcy Warszawy, rozliczający w mieście podatki, z ograniczeń związanych z SCT są wyłączeni do końca roku 2027. Bez względu na to, jaki pojazd posiadają.

    Jeżeli auto spełnia normy – niczego nie muszą robić. W przeciwnym razie trzeba jednak zgłosić swój pojazd i wygenerować tzw. urbanpass oraz zdobyć specjalną naklejkę zawierającą podstawowe informacje o samochodzie.

    Jak czytamy w dokumentacji ZDM, „za wydanie nalepki pobierana jest opłata w kwocie 5 zł”. Ale jest doprecyzowanie: „bez nalepki, ale z ważnym wyłączeniem, można wjeżdżać do Strefy Czystego Transportu w Warszawie”.

    Ile aut zniknie z centrum?

    Według aktualnych danych Ministerstwa Cyfryzacji, Strefa Czystego Transportu oznacza wykluczenie z ruchu w centrum Warszawy około 130 tys. samochodów do 2028 r. i kolejne 260 tys. do 2030 r. Razem to blisko 400 tys. aut.

    Władze w stolicy przekonują jednak, że realna liczba pojazdów dotkniętych regulacjami jest znacznie mniejsza. W perspektywie kilkuletniej będzie się dodatkowo pomniejszać z uwagi na wymianę starszych samochodów na nowsze modele.

    Finalne etapy – co dalej?

    Finalny, piąty etap wdrożenia planowany na 2032 r. ma w praktyce oznaczać zakaz wjazdu dla pojazdów niespełniających norm Euro 6 oraz Euro 6d.

    W przypadku samochodów spalinowych – to auta wyprodukowane przed 2014 r., a w przypadku pojazdów z silnikiem Diesla – auta wyprodukowane przed 2020 r.

    A co z osobami spoza Warszawy?

    Od 2026 r., wraz z wejściem w drugi etap wdrażania przepisów, poprzeczka idzie w górę. Z mapy centrum Warszawy znikną przede wszystkim:

    • Pojazdy benzynowe (oraz z instalacją LPG), które nie spełniają normy Euro 3 lub wyższej – w praktyce większość aut wyprodukowanych przed 2000 r.
    • Samochody z silnikiem Diesla, które nie spełniają normy Euro 5 – pojazdy starsze niż z rocznika 2009.

    Jeśli auto mieści się w tych „zakazanych” widełkach, a nie jesteśmy zameldowani w stolicy, wjazd do strefy będzie niemożliwy (poza limitem czterech dni w roku).

    Kluczowa weryfikacja

    Warto o tym pamiętać, bo choć idea strefy to czystsze powietrze i wyższy komfort życia, to dla nieprzygotowanych kierowców wjazd może skończyć się mandatem. Kluczem jest weryfikacja.

    Warszawski Zarząd Dróg Miejskich uruchomił specjalną stronę „Sprawdź, czy wjedziesz”. Po wpisaniu kilku informacji o aucie od razu weryfikuje, do jakiej kategorii w ramach SCT się kwalifikujemy. Umożliwia też wygenerowanie urbanpassa.

    Jeżeli nie wiemy, jaką normę Euro spełnia nasz pojazd, możemy skorzystać z państwowego modułu na stronie historiapojazdu.gov.pl lub w aplikacji mObywatel. Można też użyć prostszego modułu pobierającego dane z Centralnej Ewidencji Pojazdów.

    W ten sposób zweryfikujemy dowolny pojazd – wystarczy znać numer rejestracyjny. W zależności od statusu auta zobaczymy komunikaty o spełnianiu lub niespełnianiu norm pozwalających na swobodny wjazd.

    Pamiętajcie – powyższe terminy dotyczą tylko Strefy Czystego Transportu w Warszawie. Pozostałe miasta, takie jak Kraków, Szczecin czy Wrocław, mają odrębne regulacje. Lepiej sprawdzić zanim wjedziecie!

  • SpaceX szykuje gigantyczne IPO. Elon Musk i 21 banków w tajnej operacji „Project Apex”

    SpaceX szykuje gigantyczne IPO. Elon Musk i 21 banków w tajnej operacji „Project Apex”

    Czy to będzie największy debiut giełdowy w historii? Świat finansów wstrzymał oddech, gdy wyszło na jaw, że Elon Musk przygotowuje swoją kosmiczną spółkę do wejścia na Wall Street. I robi to z armią najpotężniejszych banków świata.

    Finansowa armada na usługach Muska

    Z informacji ujawnionych przez agencję Reutera wynika, że SpaceX współpracuje z co najmniej 21 bankami przy przygotowaniu pierwszej oferty publicznej. Wewnętrznie operacja otrzymała kryptonim „Project Apex”, co doskonale oddaje ambicje całego przedsięwzięcia.

    Około połowa nazw instytucji uczestniczących w tym gigantycznym przedsięwzięciu nie była wcześniej podawana do wiadomości publicznej – relacjonują informatorzy agencji Reutera.

    Na czele tej finansowej armady stoją największe amerykańskie instytucje. Rolę głównych koordynatorów (tzw. bookrunnerów) pełnią: Morgan Stanley, Goldman Sachs, JPMorgan Chase, Bank of America oraz Citigroup. To one odpowiadają za zarządzanie procesem sprzedaży akcji i kontakt z inwestorami.

    Globalny syndykat bez precedensu

    Ale to nie wszystko! Do projektu dołączyło jeszcze 16 innych banków w mniejszych, wspierających rolach. Na tej ekskluzywnej liście znalazły się m.in. Barclays, Deutsche Bank, ING Groep, UBS, Santander, Societe Generale i Wells Fargo.

    I tu pojawia się kluczowy szczegół: skład syndykatu może się jeszcze zmienić, a do projektu mogą dołączyć kolejne instytucje finansowe. To żywy organizm, który wciąż ewoluuje.

    Historyczna skala i wycena

    Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, akcje SpaceX zadebiutują w publicznym obrocie już w czerwcu bieżącego roku. Skala tego przedsięwzięcia wymyka się standardowym wyliczeniom.

    Wstępne szacunki wskazują, że kapitalizacja spółki kontrolowanej przez Elona Muska może sięgnąć nawet 1,75 bln dolarów. Taka wycena z miejsca uplasowałaby debiut SpaceX w ścisłej czołówce największych ofert publicznych w historii Wall Street.

    Co więcej, w ramach IPO SpaceX może zebrać ponad 75 mld dolarów. A to dopiero początek tej kosmicznej historii.

    Powrót ery wielkich konsorcjów

    Decyzja o zaangażowaniu tak ogromnej liczby podmiotów nie jest przypadkowa. Tak duże grupy banków zaangażowanych w IPO stają się coraz bardziej powszechne przy największych ofertach publicznych.

    Przypomnijmy: w 2023 roku projektant chipów Arm Holdings współpracował z blisko 30 bankami przy swoim debiucie, a Alibaba w 2014 roku również stworzył rozbudowany syndykat przy rekordowej ofercie.

    Milczenie złotem

    Zarówno główny bohater tego zamieszania, jak i jego doradcy, nabrali wody w usta. Firma SpaceX nie skomentowała dotychczasowych doniesień. Również większość banków uczestniczących w projekcie odmówiła komentarza lub nie odpowiedziała na zapytania mediów.

    To jednak standardowa procedura przed złożeniem oficjalnego prospektu emisyjnego w amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC).

    Co to oznacza dla Muska?

    Tu pojawia się najbardziej spektakularny wątek. Jak pisze duński dziennik gospodarczy Borsen, giełdowy debiut spółki może sprawić, że Elon Musk stanie się pierwszą osobą na świecie, której majątek osobisty będzie wyceniany na 1 bln dolarów.

    Obecnie, według najnowszego rankingu „Forbesa”, jest on szacowany na 827 mld dolarów. Najbogatszy człowiek świata kontroluje około 43% akcji SpaceX.

    Kosmiczna gra o wszystko

    Wprowadzenie SpaceX na giełdę to nie tylko szansa na zysk, ale też potencjalne źródło turbulencji na szerokim rynku. Taka oferta może wyssać z rynku ogromne ilości płynności, zmuszając fundusze do redukcji pozycji na innych spółkach technologicznych.

    Inwestorzy z uwagą będą śledzić każdy kolejny przeciek z obozu Muska, przygotowując się na czerwcowe starcie o akcje firmy, która na nowo definiuje granice ludzkich możliwości. I robi to z finansową armią, jakiej świat nie widział.

  • Stopy procentowe w 2026 bez zmian? Eksperci ostrzegają przed wpływem Bliskiego Wschodu

    Stopy procentowe w 2026 bez zmian? Eksperci ostrzegają przed wpływem Bliskiego Wschodu

    Czekasz na niższe raty kredytu? Najnowsze prognozy ekspertów mogą być dla Ciebie zimnym prysznicem. Okazuje się, że przedłużający się konflikt na Bliskim Wschodzie skutecznie blokuje drogę do szybkich obniżek stóp procentowych w Polsce.

    Co mówi najnowsza ankieta NBP?

    Według najnowszej Ankiety Makroekonomicznej NBP, w której udział wzięło 21 ekspertów, stopy procentowe w 2026 roku najprawdopodobniej pozostaną bez zmian. To kluczowa informacja dla wszystkich kredytobiorców. Ankietowani widzą brak zmian w 2026 roku i dopiero po około jednej obniżce w 2027 i 2028 roku.

    „Zmiany rozkładu prognoz zagregowanych sugerują zatem wzrost niepewności i ryzyka wyższej dynamiki cen, który można przypisać głównie niepewności co do perspektyw konfliktu na Bliskim Wschodzie” – podaje NBP.

    Inflacja pod kontrolą, ale niepewność rośnie

    Centralna prognoza inflacji CPI na 2026 rok to 2,9%, a na 2027 rok 2,7%. Typowe scenariusze wahają się jednak w szerokich przedziałach: 2,3-3,5% dla 2026 i 2,1-3,6% dla 2027. To pokazuje, jak bardzo niepewność geopolityczna wpływa na prognozy.

    Prawdopodobieństwo, że inflacja w tym roku znajdzie się w przedziale 1,5%-3,5%, wynosi aż 67%. Co ciekawe, szansa na inflację powyżej 2,5% jest dwukrotnie wyższa niż poniżej tej wartości.

    Gospodarka zwalnia, ale wciąż rośnie

    Eksperci spodziewają się solidnego wzrostu PKB w tym roku na poziomie 3,6%. Jednak w kolejnych latach tempo ma nieco zwolnić: do 3,2% w 2027 i 2,9% w 2028 roku. Dla porównania, strefa euro ma rosnąć znacznie wolniej: 1,1% w 2026, 1,3% w 2027 i 1,4% w 2028.

    Konkretne liczby: gdzie będą stopy?

    Eksperci ankietowani przez NBP oczekują, że średnioroczna stopa referencyjna w 2026 roku wyniesie 3,74% (obecnie 3,75%). W kolejnych latach ma się obniżać: do 3,6% w 2027 i 3,38% w 2028.

    Ale uwaga! Nie wszyscy są tak optymistyczni. Przedziały typowych scenariuszy zawierają się między 3,57-3,94% dla 2026, a nawet 3,18-4,04% dla 2027. Część analityków dopuszcza więc możliwość podwyżek.

    Perspektywa PKO BP: cierpliwości do 2027 roku

    Ekonomiści PKO BP w raporcie przytaczanym przez serwis Bankier.pl są jeszcze bardziej ostrożni.

    „Przed wybuchem wojny w Zatoce Perskiej zakładaliśmy, że stopa referencyjna NBP na koniec roku wyniesie 3,50 proc., ale przedłużający się konflikt na Bliskim Wschodzie zamyka drogę do obniżek stóp” – napisali eksperci.

    Ich zdaniem na obniżki przyjdzie poczekać do 2027 roku, kiedy to stopa referencyjna może spaść do 3%. Podkreślają, że podwyżki stóp są mało prawdopodobne, ale Rada Polityki Pieniężnej najprawdopodobniej wybierze tryb „wait-and-see” do zakończenia wojny w Iranie.

    Co z płacami i bezrobociem?

    Rynek pracy ma być najmniej wrażliwy na geopolityczne zawirowania. Stopa bezrobocia ma utrzymywać się na stabilnym poziomie 5,5-5,6% w latach 2026-2028.

    Tempo wzrostu przeciętnego nominalnego wynagrodzenia brutto ma stopniowo spadać: z 6,4% w 2026, przez 5,6% w 2027, do 5,3% w 2028. Ekonomiści PKO BP szacują roczny wzrost płac na około 6%, ale nie spodziewają się presji płacowej ze względu na „niemrawy popyt na pracę”.

    Surowce i kurs złotego

    Ankieta NBP przewiduje, że średnioroczna cena ropy Brent w 2026 roku wyniesie 85 USD/b, by w kolejnych latach spaść do 76 USD i 70 USD.

    Eksperci spodziewają się również względnej stabilizacji kursu walutowego. EUR/PLN w latach 2026-2028 ma wynosić 4,25-4,26.

    Podsumowując: Jeśli liczyłeś na szybkie obniżki stóp procentowych, musisz uzbroić się w cierpliwość. Geopolityka dyktuje warunki, a eksperci są zgodni – najwcześniej na znaczące zmiany możemy liczyć w 2027 roku. Do tego czasu RPP najprawdopodobniej będzie trzymała rękę na pulsie i unikała gwałtownych ruchów.

  • Bruksela naciska na zmiany w ETS. Czy to oznacza niższe ceny energii dla przemysłu?

    Bruksela naciska na zmiany w ETS. Czy to oznacza niższe ceny energii dla przemysłu?

    Czy europejski przemysł wreszcie odetchnie? Komisja Europejska właśnie przedstawiła konkretne propozycje zmian w systemie handlu emisjami (ETS), które mają na celu obniżenie cen energii. To odpowiedź na pilne wezwanie przywódców ponad 10 państw członkowskich, w tym Polski.

    Presja ze szczytu przekuta w działanie

    Wszystko zaczęło się na szczycie UE 19 marca. Liderzy Polski, Włoch, Austrii, Belgii, Czech, Węgier i Grecji zaapelowali o pilne działania. W efekcie, w oficjalnych wnioskach znalazło się wezwanie do „konkretnych działań na rzecz obniżenia cen energii elektrycznej i zaradzenia nadmiernej zmienności”. Komisja nie kazała długo czekać.

    Komisarz ds. klimatu Wopke Hoekstra przedstawił już propozycje. Przewodnicząca KE Ursula von der Leyen zapowiedziała dwa kluczowe, krótkoterminowe rozwiązania.

    „Chodzi o aktualizację wskaźników emisyjności dla bezpłatnych przydziałów uprawnień w ETS oraz wzmocnienie rezerwy stabilności rynkowej” – wskazała von der Leyen.

    Jak dokładnie ma działać nowy mechanizm?

    Oto sedno sprawy. Propozycja dotyczy Rezerwy Stabilności Rynkowej (MSR), która reguluje podaż uprawnień w systemie. Do tej pory, jeśli łączna liczba uprawnień w obiegu przekraczała 400 milionów, te trzymane w rezerwie były automatycznie unieważniane. To miało utrzymywać ich cenę na wysokim poziomie.

    Nowy pomysł? Wstrzymać ten proces. Jeśli pula przekroczy magiczną barierę 400 mln, uprawnienia nie zostaną skasowane. Większa podaż na rynku ma przełożyć się na niższą cenę każdego pozwolenia na emisję CO2.

    A to nie wszystko. Po Wielkanocy KE ma przedstawić kolejną propozycję, która ma zwiększyć liczbę darmowych uprawnień w systemie. W praktyce oznacza to zamrożenie zmniejszania ich przydziału.

    Dlaczego teraz i co dalej?

    Pilność jest ogromna. Przemysł europejski od dawna narzeka na wysokie koszty energii, a sytuacja geopolityczna, w tym wojna na Bliskim Wschodzie, tylko ją pogorszyła. Bruksela chce szybko dać branżom energochłonnym oddech.

    Ale to nie koniec prac. Komisja jest zobowiązana, by do lipca zaproponować długoterminowe reformy dyrektywy ETS. Chodzi o wyznaczenie nowej, „bardziej realistycznej” ścieżki wycofywania darmowych uprawnień, które zgodnie z obecnym prawem mają zniknąć w 2034 roku.

    Darmowe pozwolenia to mechanizm przejściowy, który ma chronić konkurencyjność unijnego przemysłu na globalnym rynku. Pozwalają one wybranym firmom emitować CO2 bez kupowania drogich certyfikatów na aukcjach.

    Nowy fundusz na dekarbonizację

    Ciekawym dodatkiem do całego pakietu jest zapowiedź nowego instrumentu finansowego. Von der Leyen ogłosiła po szczycie propozycję utworzenia funduszu ETS Investment Booster o wartości 30 miliardów euro.

    Pieniądze – pochodzące właśnie z 400 milionów uprawnień ETS – mają finansować projekty dekarbonizacyjne w krajach UE o niższych dochodach. To sygnał, że nawet łagodząc system, Bruksela nie rezygnuje z długoterminowego celu, jakim jest transformacja klimatyczna.

    Czy propozycje uzyskają finalną zgodę wszystkich komisarzy? Tego dowiemy się niebawem. Jedno jest pewne: presja ze strony państw członkowskich przyniosła efekt, a gra o przyszłość europejskiego przemysłu i cen energii wchodzi w decydującą fazę.

  • Koniec z „kopciuchami”! Kontrole w domach nabierają tempa. Sprawdź, czy grozi Ci mandat

    Koniec z „kopciuchami”! Kontrole w domach nabierają tempa. Sprawdź, czy grozi Ci mandat

    Czy wiesz, że od 1 stycznia 2026 roku straż miejska może bez zapowiedzi wejść na Twoją posesję i sprawdzić, czym palisz w piecu? To nie żart, a nowa rzeczywistość polskich przepisów antysmogowych.

    Ostateczny termin minął

    Dla tysięcy polskich gospodarstw domowych 1 stycznia 2026 roku był ostatecznym dniem na wymianę kotłów niespełniających wymogów uchwał antysmogowych. Teraz kontrole nie są już tylko teoretycznym zagrożeniem. Samorządy, wspierane przez dane z Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków (CEEB), intensyfikują działania terenowe.

    Kto i jak kontroluje?

    Kontrole prowadzą uprawnieni strażnicy gminni/miejscy lub wyznaczeni urzędnicy. Ich celem jest sprawdzenie trzech kluczowych rzeczy:

    • Klasy kotła – czy urządzenie spełnia wymagania (zazwyczaj 5. klasy lub wymogi ekoprojektu).
    • Rodzaju paliwa – czy w piecu nie są spalane śmieci, muł węglowy lub inne niedozwolone substancje.
    • Zgodności z CEEB – czy dane w systemie odpowiadają rzeczywistemu stanowi instalacji.

    Funkcjonariusz ma prawo wejść na teren posesji w celu przeprowadzenia kontroli. Utrudnianie tych czynności jest traktowane jako przestępstwo (art. 225 Kodeksu karnego).

    I tu jest haczyk – w przypadku kontroli spalania odpadów lub przestrzegania uchwały antysmogowej, urzędnicy mają prawo do przeprowadzenia kontroli bez uprzedzenia. Kontrola może odbyć się w godzinach od 6:00 do 22:00.

    Nowoczesne metody wykrywania

    Urzędnicy nie opierają się już tylko na zgłoszeniach sąsiedzkich. W 2026 roku korzystają z dronów wyposażonych w czujniki analizujące skład dymu wydobywającego się z kominów. To pozwala na precyzyjne wytypowanie domów do kontroli fizycznej. Kontroler może również pobrać próbkę popiołu do badania laboratoryjnego.

    Bezlitosny taryfikator mandatów

    Wykrycie naruszeń skutkuje natychmiastowymi konsekwencjami. Taryfikator mandatów w 2026 roku jest bezlitosny:

    1. Mandat karny: do 500 zł nakładany bezpośrednio na miejscu przez kontrolera.
    2. Grzywna sądowa: w przypadku odmowy przyjęcia mandatu lub powtarzających się naruszeń, sprawa trafia do sądu, gdzie grzywna może wynieść nawet 5000 zł.

    Lista kontrolna dla właściciela domu

    Nie czekaj na wizytę kontrolerów. Aby spać spokojnie, upewnij się, że:

    • Masz dokumentację: zachowaj instrukcję obsługi, certyfikat kotła lub tabliczkę znamionową potwierdzającą, że Twój piec spełnia normy.
    • Masz aktualny e-protokół: sprawdź w systemie CEEB, czy Twój kominiarz wprowadził protokół z ostatniego przeglądu. Brak przeglądu to nie tylko ryzyko kary, ale także potencjalny problem z wypłatą odszkodowania od ubezpieczyciela w razie pożaru.
    • Palisz legalnie: używaj wyłącznie paliwa certyfikowanego i suchego drewna. Kontrolerzy mają dostęp do szybkich testów wilgotności drewna.

    To nie koniec kontroli

    Walka o czyste powietrze to tylko jeden front. W 2026 roku nasiliły się także kontrole innych obszarów życia domowego:

    • Świadectwa energetyczne są wymagane nie tylko przy sprzedaży, ale i wynajmie. Ich brak może zablokować transakcję u notariusza.
    • Gospodarka ściekowa – właściciele szamb muszą okazać rachunki za wywóz nieczystości z ostatnich co najmniej dwóch lat.
    • Kontrole „zamożności” z Urzędu Skarbowego, który dzięki algorytmom AI analizuje styl życia i porównuje go z deklaracjami PIT.

    Przepisy antysmogowe nie są martwym prawem. W 2026 roku kontrola jakości powietrza stała się priorytetem. Jeśli nadal korzystasz z bardzo starego kotła, nie zwlekaj – w Twoim regionie mogą być dostępne lokalne programy wsparcia finansowego na wymianę urządzenia.

  • Irański cios w serce amerykańskiej siły powietrznej. AWACS za pół miliarda dolarów w płomieniach

    Irański cios w serce amerykańskiej siły powietrznej. AWACS za pół miliarda dolarów w płomieniach

    Czy pojedynczy atak może pozbawić amerykańskie lotnictwo jego „oczu i uszu”? Okazuje się, że tak. Irański atak na kluczową bazę w Arabii Saudyjskiej przyniósł straty, które mogą zmienić układ sił w regionie.

    Atak, który wstrząsnął Pentagonem

    W piątek, 27 marca 2026 roku, irańskie rakiety balistyczne i drony uderzyły na bazę lotniczą Prince Sultan Air Base we wschodniej Arabii Saudyjskiej. Cel był oddalony od granic Iranu o niespełna 600 km. Portal Air & Space Forces Magazine jako jeden z pierwszych poinformował o skutkach tego nalotu, powołując się na swoje źródła.

    Here’s the kicker: na zdjęciach satelitarnych widać kompletnie zniszczony samolot Boeing E-3 Sentry – kluczowy element systemu wczesnego ostrzegania i dowodzenia AWACS. Jego charakterystyczna antena radaru AN/APY-2 w kształcie dysku została całkowicie zniszczona. Uszkodzona została też znaczna część kadłuba.

    Dowództwo Centralne Stanów Zjednoczonych (CENTCOM) odmówiło komentarza w sprawie incydentu. Zatem zniszczenia pozostają niepotwierdzone.

    Analiza oznaczeń pasa startowego i oznakowania samolotu wskazuje, że zniszczona maszyna to Boeing E-3 z 552. Skrzydła Kontroli Powietrznej z bazy sił powietrznych Tinker w Oklahomie, o numerze seryjnym 81-0005.

    Straty sięgają miliardów dolarów

    Ale to nie koniec złych wiadomości dla Pentagonu. Atak uszkodził także dwa samoloty walki elektronicznej Lockheed EC-130H Compass Call oraz od dwóch do trzech samolotów tankowania powietrznego Boeing KC-135 Stratotanker. Co najmniej cztery kolejne KC-135 zostały uszkodzone.

    Przeliczmy to na twardą gotówkę, uwzględniając inflację:

    • Boeing E-3 Sentry550 mln dolarów (zniszczony)
    • Lockheed EC-130H Compass Call2 × 225 mln dolarów (uszkodzone)
    • Boeing KC-135 Stratotanker(2-3 + 4) × 80 mln dolarów (zniszczone + uszkodzone)

    Łącznie ten jeden atak mógł spowodować straty w wysokości około 1,56 mld dolarów! Inne źródła szacują, że przekraczają one miliard dolarów. To potencjalnie największe i najbardziej dotkliwe straty w arsenale lotniczym USA od lat.

    Dlaczego utrata AWACS to taki cios?

    Boeing E-3 Sentry to nie byle jaki samolot. To zmodyfikowany Boeing 707-320B, który służy jako powietrzne centrum dowodzenia. Jego radar ma zasięg ponad 400 km dla celów lecących nisko i około 650 km dla obiektów na średnich i wyższych wysokościach.

    But wait, there’s more. Antena w charakterystycznej rotokopule o średnicy 9,1 m obraca się 6 razy na minutę, dając pełne pokrycie 360° wokół samolotu. Dzięki temu E-3 tworzy aktualną mapę pola bitwy, koordynując działania myśliwców, bombowców, a nawet pojazdów naziemnych.

    Problem w tym, że amerykańska flota tych samolotów jest już stara i mocno uszczuplona. To 50-letnia konstrukcja, a USA dysponuje obecnie zaledwie 16 sprawnymi egzemplarzami. W roku fiskalnym 2024 ich wskaźnik gotowości do misji wynosił tylko około 56 procent.

    „Wartość E-3 i menedżerów pola walki polega na tym, że widzą pełny obraz. Są mistrzem szachowym, podczas gdy piloci myśliwców są gońcami” – podsumowała pułkownik Heather Penney, była pilot F-16.

    Utrata aktywnie używanego w konflikcie AWACS-a może stworzyć poważne luki w zdolności USA do zarządzania przestrzenią powietrzną i wspierania własnych sił.

    Ostrzeżenia, które zostały zignorowane

    Najgorsze w tej sytuacji jest to, że amerykańscy dowódcy od lat przewidywali takie zagrożenie. „The Wall Street Journal” ujawnił, że generałowie stojący na czele CENTCOM – Frank McKenzie oraz Eric Kurilla – od lat apelowali o budowę nowych baz wojskowych na Bliskim Wschodzie, położonych dalej od Iranu.

    Chodziło o rozproszenie sił i uniknięcie skupienia cennego sprzętu w jednym, wrażliwym miejscu. Pomysł stworzenia baz w zachodniej Arabii Saudyjskiej pojawił się już za czasów Donalda Trumpa. Miał on także ułatwić przerzut sprzętu bez konieczności transportu przez newralgiczną Cieśninę Ormuz.

    Jednak ani administracja Joe Bidena, ani Donalda Trumpa nie wdrożyły tych rekomendacji. Zamiast tego skupiono się na wzmacnianiu obecności wojskowej w regionie Indo-Pacyfiku.

    Co dalej z „oczami” amerykańskiego lotnictwa?

    Amerykanie mają plan na przyszłość. Starzejące się E-3 Sentry mają być stopniowo zastępowane przez nowocześniejsze Boeingi E-7A Wedgetail. Pierwsze z nich mają rozpocząć służbę dopiero w 2027 roku.

    Do tego czasu każda utrata istniejącego AWACS-a będzie boleśnie odczuwalna. Tymczasem baza Prince Sultan, gdzie przed atakiem stacjonowało 6 samolotów Boeing E-3, pozostaje na pierwszej linii frontu w konflikcie, który nie wykazuje oznak wygaszania.

  • Świadectwo energetyczne: obowiązkowy dokument, który może kosztować 5000 zł kary. Kontrole już trwają

    Świadectwo energetyczne: obowiązkowy dokument, który może kosztować 5000 zł kary. Kontrole już trwają

    Planujesz sprzedać lub wynająć mieszkanie? A może właśnie zakończyłeś remont? Uważaj, bo brak jednego dokumentu może wstrzymać całą transakcję i narazić Cię na dotkliwą karę.

    Nie ma już znaczenia, czy chodzi o mieszkanie w nowoczesnym apartamentowcu, lokal w bloku z wielkiej płyty czy dom wybudowany jeszcze przed wojną. Świadectwo charakterystyki energetycznej przestało być formalnością dla wybranych. Stało się wymogiem powszechnym, a jego brak może kosztować właściciela nawet 5000 złotych grzywny.

    Co to za dokument i dlaczego jest tak ważny?

    To nie jest zwykły papier. Świadectwo energetyczne to techniczny raport, który określa, ile energii potrzebuje nieruchomość do codziennego funkcjonowania. Chodzi o całościowy bilans: ogrzewanie, podgrzewanie wody, wentylacja, klimatyzacja oraz straty wynikające z konstrukcji budynku.

    Dla przyszłego właściciela lub najemcy stanowi kluczową wskazówkę dotyczącą przyszłych kosztów utrzymania. Dla obecnego właściciela bywa konfrontacją z rzeczywistością, szczególnie w starszych budynkach, gdzie energia ucieka przez nieocieplone ściany czy przestarzałe systemy grzewcze.

    Kogo dokładnie dotyczy ten obowiązek?

    Jeszcze kilka lat temu świadectwo wymagane było głównie dla nowych budynków, wzniesionych po 2009 roku. Dziś sytuacja wygląda inaczej.

    Obowiązek uzyskania świadectwa dotyczy właścicieli, którzy zamierzają sprzedać lub wynająć nieruchomość — niezależnie od jej wieku czy rodzaju. Dotyczy to mieszkań w blokach, domów jednorodzinnych oraz lokali w budynkach wielorodzinnych.

    Właściciele, którzy korzystają z nieruchomości wyłącznie na własne potrzeby, nie muszą posiadać świadectwa na co dzień. Jednak decyzja o sprzedaży lub wynajmie natychmiast generuje konieczność jego wyrobienia.

    Ile to kosztuje i kto może wystawić dokument?

    Uzyskanie świadectwa wiąże się z konkretnym wydatkiem. Cena zależy od wielu czynników: powierzchni, lokalizacji, rodzaju budynku.

    W praktyce właściciele najczęściej płacą od 500 do 800 zł. W przypadku większych domów lub nieruchomości w dużych miastach koszt może przekroczyć nawet 1000 zł. Jak podaje Forsal.pl, orientacyjny koszt audytu dla domu to około 349 zł, a dla lokalu usługowego nawet 499 zł.

    Dokument musi zostać sporządzony przez firmy lub osoby posiadające odpowiednie kwalifikacje budowlane lub przez wyspecjalizowane podmioty przeprowadzające audyty energetyczne. Nie można wystawić go samodzielnie.

    Uważaj na modernizacje! One unieważniają świadectwo

    Można by pomyśleć, że uzyskanie świadectwa zamyka sprawę na lata. Nic bardziej mylnego!

    Każda modernizacja wpływająca na zużycie energii wymaga nowego dokumentu. Wystarczy wymiana źródła ogrzewania, docieplenie ścian, montaż nowej wentylacji czy instalacja pompy ciepła. Inwestycja w poprawę efektywności, choć obniża koszty, wiąże się z dodatkowym kosztem administracyjnym.

    Kontrole nie tylko dokumentów, ale i pieców

    Ale to nie wszystko. Oprócz obowiązku posiadania świadectwa, ustawa nałożyła również wymóg cyklicznych kontroli systemów ogrzewania.

    Ich częstotliwość zależy od rodzaju paliwa i mocy urządzenia. Kontrole muszą być realizowane co dwa, trzy, cztery lub pięć lat, w zależności od konkretnych parametrów technicznych instalacji.

    Co nas czeka w przyszłości? Klasy energetyczne jak w lodówkach

    W 2025 roku w Polsce planowane jest zaostrzenie przepisów. Najważniejszą zmianą będzie wprowadzenie klas energetycznych dla budynków, analogicznie jak w przypadku urządzeń AGD.

    Budynki będą klasyfikowane na skali od A+ (najwyższa efektywność) do G. Celem jest zwiększenie przejrzystości, ułatwienie porównań i walka z nierzetelnymi świadectwami. Kluczowe wskaźniki energetyczne będą musiały być podawane w ogłoszeniach sprzedaży lub najmu.

    Kary są realne. Nie ryzykuj!

    Przepisy nie pozostawiają wątpliwości. Właściciel, który powinien posiadać dokument, a go nie ma, może zostać ukarany grzywną sięgającą 5000 złotych.

    Oznacza to, że świadectwo energetyczne stało się nieodłącznym elementem przygotowania nieruchomości do obrotu. Bez niego transakcja może zostać wstrzymana, a Ty narażasz się na opóźnienia i realne konsekwencje finansowe. To już nie techniczny szczegół, ale podstawowy obowiązek, którego nie można zignorować.