Blog

  • Widmo zwolnień wisi nad przemysłem. Kolejne setki osób stracą pracę w Polsce

    Widmo zwolnień wisi nad przemysłem. Kolejne setki osób stracą pracę w Polsce

    Azja wygrywa wyścig, a polskie fabryki tracą grunt pod nogami

    Czy polski przemysł AGD i motoryzacyjny jest skazany na porażkę w starciu z globalną konkurencją? Okazuje się, że problemy w sektorze produkcyjnym przybierają na sile, a ich ofiarami padają tysiące miejsc pracy. Jeden z rodzimych potentatów właśnie ogłasza drastyczne cięcia.

    Jak podaje „Nowa Trybuna Opolska”, zatrudnienie w zakładzie Diehl Controls w Namysłowie ma się zmniejszyć nawet o 20 proc. To oznacza, że bez pracy pozostanie blisko 200 osób. Firma, która w zeszłym roku świętowała ćwierćwiecze działalności, stoi w obliczu poważnego kryzysu.

    „Na razie zwolnień grupowych nie ma, ale firma zaproponowała pracownikom program dobrowolnych odejść. Negocjowaliśmy go i uważam, że warunki są bardzo korzystne” — mówi Grzegorz Adamczyk z „Solidarności”, cytowany przez „NTO”.

    Cięcia w Namysłowie to tylko wierzchołek góry lodowej

    Ale to nie jedyne złe wieści dla polskiego rynku pracy. Nowy raport pokazuje, że problem ma znacznie szerszą skalę. Według danych EuroMotoBarometr firmy Exact x Forestall, aż 37 proc. firm sektora automotive w Polsce przewiduje spadek zatrudnienia w najbliższych 12 miesiącach. To więcej niż w poprzednim badaniu!

    To sytuacja, która dotyka sektor odpowiedzialny za blisko 7 proc. polskiego PKB i dający pracę blisko 200 tys. osób. W efekcie Polska, obok Słowacji, należy dziś do najbardziej pesymistycznych rynków w Europie pod względem prognoz zatrudnienia.

    Program dobrowolnych odejść i miesiące niepewności

    W Namysłowie, aby uniknąć gwałtownych zwolnień grupowych, zarząd w porozumieniu ze związkami zawodowymi uruchomił alternatywne rozwiązanie. Program dobrowolnych odejść ma funkcjonować do końca roku i objąć docelowo do 25 proc. z blisko 900-osobowej załogi.

    Redukcja etatów odbywa się stopniowo, w miesięcznych transzach. Do tej pory z zakładu odeszło około 60 pracowników — głównie osób nabywających prawa emerytalne. Ostateczna skala redukcji ma się wyklarować we wrześniu, ale nad fabryką wciąż wisi widmo głębszych cięć, jeśli sytuacja rynkowa się nie poprawi.

    Tani import z Chin i upadek kluczowego partnera

    Co jest przyczyną tak dramatycznej sytuacji? Przedstawiciele strony społecznej nie mają wątpliwości. Według nich europejski przemysł AGD jest systematycznie niszczony przez nierówną walkę z producentami z Azji.

    „Produkcja tam jest tańsza nie tylko z powodu tańszej siły roboczej, ale przede wszystkim z powodu braku opłat środowiskowych. My, jako Europa, przegrywamy ten wyścig” — twierdzi Grzegorz Adamczyk.

    Zalew tańszych towarów z Chin doprowadził do prawdziwego trzęsienia ziemi u kluczowych partnerów handlowych namysłowskiej spółki. Zamknięte zostały dwie duże fabryki koncernu Bosch, do których Diehl Controls dostarczał aż jedną piątą swojej całkowitej produkcji. Utrata tak potężnego rynku zbytu postawiła polski zakład pod ścianą.

    Pesymistyczne perspektywy w całej Europie

    Choć polskie wskaźniki są alarmujące, to nie jesteśmy sami w tych problemach. Raport parkiet.com pokazuje, że inne kraje regionu również zmagają się z wyzwaniami. Na Słowacji spadku zatrudnienia spodziewa się aż 48 proc. respondentów.

    Dla porównania, w Hiszpanii spadek przewiduje 24 proc. przedsiębiorstw, na Węgrzech 21 proc., a w Niemczech 17 proc. Najbardziej optymistycznie wygląda sytuacja w Portugalii, gdzie redukcji zatrudnienia spodziewa się jedynie 6 proc. firm.

    Spadek zamówień z fabryk samochodów systematycznie pogarsza kondycję nastawionej na eksport polskiej branży motoryzacyjnej. A skala problemu w Namysłowie pokazuje, że kryzys dotyka także dostawców dla przemysłu AGD. Ostatnie miesiące pokażą, czy to tylko chwilowe załamanie, czy początek głębszych zmian w krajobrazie polskiego przemysłu.

  • Personalny spór, który może sparaliżować gospodarkę. Co dalej z zarządem NBP?

    Personalny spór, który może sparaliżować gospodarkę. Co dalej z zarządem NBP?

    Kiedy Donald Tusk i Adam Glapiński grają w polityczną sztafetę, główną nagrodą może okazać się stabilność polskiego pieniądza. Decyzja premiera, by nie podpisać czterech kluczowych nominacji do zarządu Narodowego Banku Polskiego, postawiła całą instytucję w niebezpiecznej sytuacji. Czy to tylko kłótnia o stanowiska, czy początek kryzysu na miarę Trybunału Konstytucyjnego?

    Co dokładnie się stało?

    Premier Donald Tusk zwrócił bez kontrasygnaty postanowienia prezydenta dotyczące powołania czterech osób do zarządu NBP. Chodzi o profesor Martę Kightley, Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego. Wszystkie nominacje wróciły do Kancelarii Prezydenta.

    „Prezes Rady Ministrów zwrócił bez kontrasygnaty postanowienia Prezydenta RP dotyczące powołania członków Zarządu Narodowego Banku Polskiego” – poinformował w komunikacie NBP, co potwierdza portal Parkiet.

    Tym samym potwierdziły się doniesienia, że Kightley – do marca pierwsza wiceprezes NBP – nie wróci do banku centralnego. Co ciekawe, Kotecki i Litwiniuk zasiadają obecnie w Radzie Polityki Pieniężnej, a Zarzecki również jest jej członkiem z „nadania” prezydenta.

    Zarząd na skraju minimum

    To nie jest abstrakcyjny problem kadrowy. W zarządzie NBP zasiada obecnie sześcioro członków, obok prezesa. Zgodnie z ustawą o NBP, to absolutne minimum. Ustawa mówi o 6-8 członkach, nie licząc prezesa.

    A tu czeka nas kolejna rotacja. Na początku listopada wygasa kadencja obecnego wiceprezesa Adama Lipińskiego, a z końcem roku – Marty Gajęckiej. Kotecki miał wejść do zarządu w miejsce Piotra Pogonowskiego (którego kadencja skończyła się w lutym), Litwiniuk – zamiast Lipińskiego, a Zarzecki po upływie kadencji Gajęckiej.

    „Polski SAFE 0 proc.” – punkt zwrotny

    Według analityków z podcastu Business Insidera Biznes i Pieniądze, kluczowym momentem, który przekreślił szanse na kompromis, była wspólna gra prezydenta i prezesa NBP.

    Chodzi o koncepcję „polskiego SAFE 0 proc.” – alternatywę dla unijnego programu finansowania zbrojeń, w której miałyby zostać wykorzystane rezerwy złota NBP lub zyski z ich wzrostu wartości. Na początku marca mówiono o niezrealizowanym zysku na poziomie prawie 200 mld zł (pod koniec kwietnia było to około 160 mld zł).

    „Moim zdaniem Adam Glapiński wiedział, idząc na konferencję z prezydentem, że w tym momencie przegrywa wszystko” – mówi Bartek Godusławski z Business Insidera. „Po czymś takim jakikolwiek deal z rządem, który wcześniej był na wyciągnięcie ręki, ta cała układanka czterech nazwisk do zarządu NBP, przestała być dla premiera do podpisania” – dodaje.

    Groźba paraliżu najważniejszej instytucji

    Dziennikarze ostrzegają, że sytuacja zaczyna przypominać scenariusz z Trybunałem Konstytucyjnym – instytucją wciągniętą w długotrwały spór o legalność i uznawalność decyzji.

    „Nie wiemy, czy niepełny zarząd będzie mógł podejmować decyzje, czy te decyzje będą uznawane, czy w ogóle będzie to nadal zarząd” – mówi Grzegorz Kowalczyk. A stawka jest ogromna, bo zarząd to najważniejszy organ wykonawczy banku centralnego, a nie tylko ozdoba. Prezes w wielu sprawach musi mieć jego zgodę.

    Na konflikt nakłada się też otwarta sprawa w Sejmie – postępowanie dotyczące możliwości postawienia Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu.

    Ostatni dzwonek od Europy?

    W całym tym sporze pojawia się jednak potencjalny arbiter, dla którego kluczowa jest nie osoba, ale zasada: Europejski Bank Centralny. Dla EBC fundamentalna jest niezależność banków centralnych.

    „Wystarczyłoby jedno krótkie pismo prezes Europejskiego Banku Centralnego. Christine Lagarde nie będzie broniła Adama Glapińskiego jako osoby. Dla niej znaczenie mają reguły obowiązujące w Unii Europejskiej, dotyczące banków centralnych jako instytucji stojących na straży stabilności cen” – wskazuje Godusławski.

    Historia pokazuje, że w sytuacjach kryzysowych reputacja instytucji bywa ważniejsza niż personalne ambicje. W Niemczech, gdy politycy naciskali na bank centralny, jego prezesi nie szli na wojnę, tylko rezygnowali, uznając, że dla dobra instytucji trzeba ustąpić.

    Czy podobny scenariusz czeka Warszawę? Na razie zarząd NBP funkcjonuje na granicy prawnego minimum, a polityczny spółdzielczy wóz ugrzązł w głębokim politycznym błocie. Czasu na kompromis jest coraz mniej.

  • Rekord za 2,4 mld zł: Czy gigantyczna transakcja odmieni polski rynek mieszkań na wynajem?

    Rekord za 2,4 mld zł: Czy gigantyczna transakcja odmieni polski rynek mieszkań na wynajem?

    Jeszcze kilka lat temu instytucjonalny najem mieszkań w Polsce praktycznie nie istniał. Dziś sektor bije rekordy, a najlepszym symbolem tej zmiany jest właśnie zatwierdzona przez UOKiK historyczna transakcja.

    Czy to moment, w którym PRS przestaje być niszą, a staje się pełnoprawnym graczem na rynku mieszkaniowym? Sprawdzamy, co oznaczają te miliardy dla najemców, inwestorów i całej polskiej gospodarki.

    Benchmark za pół miliarda euro

    Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wydał zgodę na zakup przez platformę Vantage Rent spółek platformy Resi 4 Rent, posiadających 5,32 tys. lokali na długoterminowy wynajem w kilku największych miastach Polski.

    Zamknięcie transakcji spodziewane jest w ciągu dwóch tygodni.

    To nie byle jaka umowa. Jej wartość to 565 mln euro, czyli około 2,4 mld zł. To bezprecedensowa skala na bardzo młodym rynku PRS w Polsce. Transakcja będzie benchmarkiem, czyli punktem odniesienia, dla całego sektora w naszym regionie Europy.

    Szacowany wskaźnik NOI yield (roczny dochód operacyjny netto do ceny zakupu) dla tego portfela wynosi 6,3%. Obłożenie nabywanych lokali sięga około 98%, co potwierdza ogromne wzięcie tej usługi.

    Kto stoi za rekordowym dealem?

    Po jednej stronie stołu negocjacyjnego jest Resi 4 Rent – platforma utworzona przez amerykański fundusz Pimco i giełdowego dewelopera Echo Investment (ma 30% udziałów).

    Co ciekawe, po transakcji Resi 4 Rent nie zniknie z rynku. Zostanie z portfelem 1,44 tys. gotowych lokali i będzie kontynuować działalność. Już w II kwartale na rynek ma trafić kolejne 1,35 tys. lokali.

    Po drugiej stronie jest Vantage Rent, należący do notowanej na niemieckiej giełdzie spółki TAG Immobilien. TAG w Niemczech zarządza 84,1 tys. lokali i od kilku lat dynamicznie ekspanduje w Polsce, przejmując m.in. deweloperów Vantage Development i Robyg.

    Strategia Vantage Rent jest nieco inna – firma buduje lokale na wynajem wyłącznie na gruntach przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową. Tymczasem nabywany właśnie portfel Resi 4 Rent obejmuje nieruchomości zbudowane na gruntach usługowych, które mogą służyć wyłącznie najmowi instytucjonalnemu.

    PRS w liczbach: gigantyczny wzrost, ale wciąż maleńki sektor

    Według raportów, rok 2025 był dla polskiego PRS rekordowy. Na koniec grudnia zasób instytucjonalnego najmu osiągnął 28,5 tys. lokali, a przez cały rok przybyło 5,8 tys. nowych mieszkań w 25 inwestycjach.

    Od 2018 r. zasoby PRS w Polsce wzrosły dziesięciokrotnie.

    Perspektywy są jeszcze bardziej imponujące. Do 2028 r. liczba mieszkań instytucjonalnych ma przekroczyć 36 tys., a według prognoz JLL pod koniec dekady może zbliżyć się nawet do 50 tys. lokali.

    Ale tu pojawia się kluczowy kontekst. Mimo głośnych transakcji, cały sektor PRS odpowiada dziś za około 2% rynku najmu i zaledwie 0,2% wszystkich mieszkań w Polsce. To segment widoczny medialnie, ale wciąż bardzo mały w skali całego rynku mieszkaniowego, zdominowanego przez własność (około 86-87% Polaków mieszka we własnych lokalach).

    Kto wynajmuje i czego oczekuje? Rewolucja w modelu usług

    Zmienia się nie tylko skala, ale także profil najemcy i standardy usług. PRS przestaje być domeną wyłącznie singli i korporacyjnych nomadów.

    Grupa odbiorców mieszkań w standardzie PRS wyraźnie się poszerza, bo trafiają tutaj dzisiaj także studenci, pary i całe rodziny – mówi Radosław Politowski z LifeSpot.

    Najemcy oczekują dziś przewidywalnych kosztów, sprawnej obsługi i elastyczności. Odpowiedzią na to jest innowacja od Resi 4 Rent. Firma jako pierwszy operator na polskim rynku PRS wprowadza model flat-fee – stałą miesięczną opłatę obejmującą zarówno czynsz, jak i media.

    Stała miesięczna opłata pozwala łatwiej planować domowy budżet i eliminuje problem nagłych wzrostów kosztów, szczególnie w sezonie grzewczym. Ryzyko związane ze zmiennością cen energii bierzemy na siebie – mówi Sławomir Imianowski, prezes Resi 4 Rent.

    Dlaczego to ważne? PRS uzupełnia ogromną lukę mieszkaniową

    Rozwój najmu instytucjonalnego jest odpowiedzią na palące potrzeby. Według raportu Habitat for Humanity Poland z 2025 r. w kraju brakuje około 2 mln mieszkań odpowiadających potrzebom społecznym i finansowym mieszkańców.

    PRS odpowiada na potrzeby osób mobilnych zawodowo, studentów i cudzoziemców – pod koniec 2025 r. w Polsce legalnie pracowało 1,29 mln obcokrajowców, a studiowało ponad 108 tys. studentów zagranicznych.

    Jego rozwój nie odbiera Polakom mieszkań. Przeciwnie — zwiększa liczbę dostępnych lokali na wynajem w miastach, w których popyt mieszkaniowy jest największy – podkreśla Bartosz Guss z Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

    Wyzwania przyszłości: kapitał wraca, ale bariery pozostają

    Historyczna transakcja to wyraźny sygnał: kapitał wraca na rynek mieszkań na wynajem. To może oznaczać etap pełnej instytucjonalizacji sektora.

    Ostatnie transakcje portfelowe mogą sygnalizować powrót płynności i zwiększoną gotowość kapitału do lokowania środków w najem instytucjonalny – ocenia Weronika Guerquin-Koryzma z Baker McKenzie.

    Eksperci wskazują jednak na wciąż istniejące bariery: wysokie koszty finansowania, różnice walutowe (finansowanie w euro vs. przychody w złotówkach) oraz brak precyzyjnych regulacji prawnych i podatkowych dedykowanych sektorowi PRS.

    Mimo to, sektor PRS wydaje się jednym z najbardziej perspektywicznych segmentów rynku nieruchomości. Największa transakcja w historii pokazuje, że najem instytucjonalny przestał być eksperymentem. Staje się trwałym elementem polskiego krajobrazu mieszkaniowego.

  • Robotyzacyjny zastrzyk 1,3 mld zł? Polski biznes stara się gonić Zachód, ale brakuje skali

    Robotyzacyjny zastrzyk 1,3 mld zł? Polski biznes stara się gonić Zachód, ale brakuje skali

    Czy automaty i sztuczna inteligencja stały się polską specjalnością? Dane pokazują jedno: nareszcie dostajemy finansowy impuls, który może pomóc nam gonić Europę.

    Ministerstwo Finansów potwierdza, że polskie firmy w latach 2022-2024 odliczyły od podatku aż 673 mln zł z tytułu zakupu robotów. To gigantyczna suma, a wcale nie pokazuje całej inwestycji.

    Ulga na robotyzację pozwala odliczyć od podstawy opodatkowania 50 proc. kosztów kwalifikowanych. Wydatki firm w robotyzację i infrastrukturę towarzyszącą wyniosły więc 1 mld 346 mln zł – mówi Łukasz Radosz, dyrektor zarządzający Euro-Funding Polska.

    To najświeższe dane, które pokazują, że biznes przestaje wahać się w obliczu rosnących kosztów.

    Dynamika wzrostu i twarde lądowanie w 2024 roku

    Analizując rok po roku, widać prawdziwą historię. W 2022 r. ulga na robotyzację została wykorzystana na kwotę 73 mln zł. Rok później, w 2023, liczba ta skoczyła ponad pięciokrotnie, osiągając rekord ponad 387 mln zł. Niestety, 2024 rok pokazuje spadek dynamiki do 213 mln zł.

    Ale jest też dobra wiadomość: jednocześnie rosła liczba firm-odkładających. Z 192 w 2022 r. do 304 w 2024 r. Powoli, ale rośnie.

    Powoli wchodzimy w trend, w którym od lat znajdują się państwa o wysokiej gęstości robotyzacji – mówi Michał Furmański z ABB Robotics Polska.

    Polski wyścig z czasem. I z sąsiadami

    Mamy problem. W Polsce nadal przypada tylko około 78 robotów na 10 tys. pracowników. To mniej niż 1/3 średniej unijnej, która wynosi 231. I tu uwaga – różnica nie maleje, a wręcz rośnie.

    Dane Międzynarodowej Federacji Robotyki pokazują, że Polska coraz bardziej odstaje od regionu – pisze Business Insider.

    Na Węgrzech ubiegłoroczny przyrost liczby zainstalowanych robotów wyniósł ponad 150 proc. w porównaniu do roku wcześniej. W Czechach średnia gęstość robotów to 216 na 10 tys. pracowników, czyli blisko trzykrotnie więcej niż u nas. To alarmujące dane.

    Największa blokada: nie pieniądze, a ludzie

    A może to już koniec polskiej przewagi? Model oparty na niskich kosztach pracy odchodzi do historii. Rosnące wynagrodzenia i niedobory pracowników sprawiają, że jedyną trwałą drogą rozwoju staje się wzrost produktywności.

    Według analiz McKinsey, szybkie wdrożenie AI może podnieść produktywność nawet o 3,1 proc. rocznie. Tylko jak to zrobić?

    Fakty są jednoznaczne: tylko 8,4 proc. polskich przedsiębiorstw korzysta dziś z rozwiązań opartych na AI, podczas gdy średnia unijna to 20 proc.. Dania, Szwecja czy Belgia to poziom 24–28 proc.

    Bez automatyzacji firmy nie będą w stanie utrzymać tempa rozwoju. To już nie jest wybór, ale warunek dalszego wzrostu – ocenia Przemysław Lewicki, CEO SAIO.

    Co blokuje małe i średnie firmy? Dane Eurostatu są jasne: główną barierą w Polsce jest brak odpowiednich kompetencji (70,9 proc. firm), a następnie niejasne konsekwencje prawne (52,5 proc.) i obawy o ochronę danych (48,8 proc.).

    AI to nie kolejny projekt IT, ale test dojrzałości organizacji – podsumowuje Lewicki.

    Inwestycje rosną, ale wciąż za mało i za wolno. Ulga podatkowa pomaga, lecz potrzebujemy edukacji, jasnych reguł i przeskoku na wyższy poziom wdrożeń. To już nie jest rywalizacja o to, kto ma tańszą siłę roboczą. Teraz liczy się tylko efektywność. Czy polskie firmy ją osiągną? Czas pokaże.

  • Putin wraca z Chin z pustymi rękami. Kolejna porażka w sprawie kluczowego gazociągu

    Putin wraca z Chin z pustymi rękami. Kolejna porażka w sprawie kluczowego gazociągu

    Czy Chiny zechcą uratować rosyjską gospodarkę, opierającą się na sprzedaży surowców? Podczas środowego spotkania w Pekinie Władimir Putin ponownie nie zdołał przekonać Xi Jinpinga do kluczowej dla Rosji inwestycji. Chodzi o gazociąg Siła Syberii 2, który miałby być nowym, wielkim oknem na świat dla rosyjskiego gazu.

    Czego Putin nie uzyskał w Pekinie?

    Putin miał nadzieję, że wizyta pozwoli mu wreszcie uzyskać chińską zgodę na budowę rurociągu zdolnego przesyłać do 50 miliardów metrów sześciennych rosyjskiego gazu rocznie. To ilość większa niż obecny eksport do Chin! Jednak w środę te starania znów okazały się bezskuteczne, donosi „The Washington Post”.

    Rosja i Chiny „doszły do porozumienia w sprawie głównych parametrów projektu” – powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow.

    Ale zaraz dodał, że „pewne niuanse pozostają do dopracowania”, a sam projekt nie ma jasnego harmonogramu. Co więcej, w oficjalnych dokumentach podpisanych podczas wizyty nie znalazła się ani jedna wzmianka o umowach na ropę czy gaz. To wyraźny sygnał, że Chiny wcale się nie spieszą.

    Dlaczego ta rura jest tak ważna dla Rosji?

    Odpowiedź jest prosta: sankcje. Projekt Siła Syberii 2 nabrał dla Rosji nowego, strategicznego znaczenia po inwazji na Ukrainę. Zachodnie restrykcje odcięły Kreml od większości europejskich odbiorców, więc desperacko szuka nowych rynków zbytu. Chiny stają się jedyną realną alternatywą.

    Planowany rurociąg miałby mieć 2600 kilometrów długości i transportować gaz z rosyjskich złóż jamalskich przez Mongolię do Chin. To miałoby uzupełnić istniejący system Siła Syberii 1, który od 2019 roku dostarcza do Chin około 38 mld m³ gazu rocznie.

    Jedność w słowach, ostrożność w interesach

    Spotkanie pokazało, że przywódcy są zgodni w kwestiach politycznych. Wspólnie sprzeciwiają się „hegemonii USA” i krytykują wojnę Ameryki z Iranem. Pekin wspiera też Moskwę w konflikcie z Ukrainą.

    Jednak w sprawach biznesowych Chiny są dużo bardziej powściągliwe. Rosja jest zaniepokojona, że Państwo Środka staje się coraz ważniejszym dostawcą podzespołów do ukraińskich dronów. A na stole negocjacyjnym Pekin ma teraz ogromną przewagę.

    Podczas konferencji prasowej Putin zapewniał, że Rosja jest gotowa „niezawodnie zapewniać nieprzerwane dostawy” wszystkich paliw do Chin. Xi Jinping najwyraźniej woli jednak poczekać i negocjować warunki, które będą najbardziej korzystne dla jego kraju. Rosyjska zależność od chińskiego rynku rośnie, a siła przetargowa Kremla maleje z każdym miesiącem.

    Putin wraca z Pekinu bez konkretów. Sprawa Siły Syberii 2 znów trafia do zamrażarki, co boleśnie przypomina Rosji o nowej, surowcowej rzeczywistości.

  • Mostostal Warszawa Walczy o 30.45 Mln zł: Czy GDDKiA Nieprawnie Żąda Zwrotu Zaliczki?

    Mostostal Warszawa Walczy o 30.45 Mln zł: Czy GDDKiA Nieprawnie Żąda Zwrotu Zaliczki?

    Czy potężna firma budowlana stanie do walki z Generalną Dyrekcją Dróg Krajowych i Autostrad? Mostostal Warszawa otrzymał żądanie zapłaty gigantycznej kwoty 30,45 mln zł na zwrot zaliczki za budowany odcinek S19. Spółka jednak twierdzi, że roszczenie jest całkowicie nieuprawnione. Oto co się dzieje.

    Żądanie i Kontrakt

    Mostostal Warszawa S.A. poinformował, że otrzymał żądanie zapłaty 30,45 mln zł jako zwrotu części zaliczki wypłaconej w związku z realizacją odcinka drogi ekspresowej S19. Żądanie przekazał bank Intesa Sanpaolo S.p.A., a złożył Skarb Państwa – Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA). Termin realizacji płatności wskazano na 3 czerwca 2026 roku.

    Sprawa dotyczy kontraktu na zadanie „Zaprojektowanie i budowa drogi ekspresowej S19 na odcinku od węzła Domaradz do węzła Iskrzynia” o długości około 12,5 km. Inwestycja była realizowana na podstawie umowy zawartej 7 listopada 2022 roku między Mostostalem Warszawa a Skarbem Państwa reprezentowanym przez GDDKiA.

    Emitent wskazuje, że dokonał potrącenia wierzytelności GDDKiA z tytułu zwrotu nierozliczonej części zaliczki z jego własną wierzytelnością, wynikającą z naliczonej kary umownej z tytułu odstąpienia od umowy z przyczyn leżących po stronie Zamawiającego. W wyniku tego potrącenia, wierzytelność dotycząca zwrotu zaliczki została całkowicie umorzona. W związku z tym, żądanie wypłaty z gwarancji jest nieuprawnione.

    Kontekst i Stanowisko Spółki

    Na początku kwietnia Mostostal Warszawa poinformował, że podjął decyzję o odstąpieniu od kontraktu. Jako przyczynę wskazał zwłokę oraz brak współdziałania ze strony GDDKiA. Spółka przekazała, że 30 marca 2026 r. bezskutecznie upłynął termin wezwania do usunięcia naruszeń kontraktowych.

    14 maja pojawiła się informacja, że GDDKiA odstąpiła od umowy z Mostostalem Warszawa na projekt i budowę odcinka drogi S19 Domaradz–Iskrzynia. Jako powód wskazano narastające opóźnienia oraz zmiany projektowe niezgodne z decyzją środowiskową.

    Mostostal Warszawa argumentuje, że dokonał potrącenia roszczenia GDDKiA dotyczącego zwrotu nierozliczonej części zaliczki ze swoją własną wierzytelnością wynikającą z naliczonej kary umownej. Kara miała zostać naliczona w związku z odstąpieniem od kontraktu z przyczyn leżących, według spółki, po stronie zamawiającego. Mostostal Warszawa twierdzi, że w efekcie tego potrącenia zobowiązanie dotyczące zwrotu zaliczki zostało całkowicie umorzone, co oznacza, że żądanie wypłaty z gwarancji nie ma podstaw prawnych.

    Potencjalny Wpływ na Wyniki Finansowe

    Zarząd spółki zaznaczył, że ze względu na znaczną wartość sporu zdarzenie może mieć potencjalnie istotny wpływ na przyszłe wyniki finansowe spółki. Na tym etapie nie wskazano jednak, jakie mogą być konkretne skutki finansowe ani czy spór może znaleźć finał na drodze sądowej.

    Koniec sprawy? Niezupełnie. Cała sytuacja jest na bardzo wczesnym etapie, a finał może być niepewny. Będziemy śledzić rozwój tej znaczącej dla branży budowlanej sprawy.

  • Nie tylko 13. emerytura. ZUS ostrzega: część seniorów może musieć ją zwrócić

    Nie tylko 13. emerytura. ZUS ostrzega: część seniorów może musieć ją zwrócić

    Otrzymałeś właśnie decyzję ZUS dotyczącą waloryzacji i trzynastki? Nie odkładaj jej na później! W tym roku w dokumentach kryje się ważne ostrzeżenie, które może sprawić, że część seniorów będzie musiała zwrócić pobraną 13. emeryturę. O kogo konkretnie chodzi?

    Ważne pismo w sprawie trzynastki

    Miliony emerytów i rencistów otrzymały właśnie korespondencję od Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. W jednym liście znajdą się dwie decyzje: o przyznaniu i wysokości 13. emerytury oraz o nowej wysokości świadczenia po marcowej waloryzacji.

    W tym roku 13. emerytura wynosi 1978,49 zł brutto. Po potrąceniu składki zdrowotnej i podatku kwota netto to najczęściej 1563,43 zł, niezależnie od wysokości podstawowej emerytury. Ale uwaga: nie wszyscy mają prawo do jej zatrzymania.

    W decyzji ZUS napisano, że jeśli na „31 marca 2026 r. nie miała Pani/Pan prawa do świadczenia, z tytułu którego wypłacono dodatkowe roczne świadczenie pieniężne lub nie przysługiwała wypłata tego świadczenia, dodatkowe roczne świadczenie pieniężne — jako nienależnie pobrane — będzie podlegało zwrotowi”.

    Kto może stracić trzynastkę?

    Ostrzeżenie dotyczy przede wszystkim osób, które pobierają więcej niż jedno świadczenie lub dorabiają do emerytury lub renty. To szczególnie ważne dla seniorów na wcześniejszych emeryturach, rentach czy świadczeniach przedemerytalnych, które przekroczą limity dorabiania.

    ZUS jasno przypomina, że nawet jeśli ktoś ma prawo do kilku świadczeń (np. emerytury i renty rodzinnej), przysługuje mu tylko jedna 13. emerytura. W przypadku świadczeń z różnych instytucji, decyzję i wypłatę realizuje ZUS.

    Co robić, jeśli nie zgadzasz się z decyzją? Seniorzy mają 30 dni na odwołanie się do sądu pracy za pośrednictwem ZUS. Szczegółowa instrukcja znajduje się w otrzymanym piśmie. Decyzje są dostępne także online na platformie e-ZUS.

    Dla wdów i wdowców: dodatkowa szansa

    Ale jest też dobra wiadomość dla pewnej grupy seniorów. W 2026 roku wdowy i wdowcy mogą ubiegać się o tzw. rentę wdowią, która pozwala połączyć własną emeryturę lub rentę z częścią renty rodzinnej po zmarłym małżonku. To oznacza, że nie trzeba już wybierać tylko jednego świadczenia.

    Aby otrzymać rentę wdowią, trzeba spełnić kilka warunków:

    • Osiągnięcie wieku emerytalnego (60 lat dla kobiet, 65 lat dla mężczyzn)
    • Pozostawanie w małżeństwie do dnia śmierci małżonka
    • Nabycie prawa do renty rodzinnej po zmarłym małżonku nie wcześniej niż po ukończeniu 55 lat (kobiety) lub 60 lat (mężczyźni)
    • Brak nowego związku małżeńskiego – prawo do renty wdowiej ustaje po ponownym ślubie

    Ile można dostać?

    Renta wdowia nie jest stałą kwotą, ale pozwala połączyć świadczenia. W 2026 roku osoba uprawniona może pobierać jedno świadczenie w całości oraz 15% drugiego świadczenia. Można wybrać korzystniejszy wariant: 100% własnej emerytury plus 15% renty rodzinnej lub odwrotnie.

    Ważny jest limit: suma świadczeń wypłacanych w ramach renty wdowiej nie może przekroczyć trzykrotności najniższej emerytury. Od 1 marca 2026 roku najniższa emerytura to 1978,49 zł brutto, więc maksymalna łączna kwota to 5935,47 zł brutto miesięcznie. Jeśli po połączeniu kwota byłaby wyższa, ZUS obniży wypłatę do obowiązującego limitu.

    Aktualne 15% drugiego świadczenia obowiązuje do końca 2026 roku. Od 1 stycznia 2027 roku udział ma wzrosnąć do 25%, co oznacza wyższe wypłaty.

    Jak złożyć wniosek?

    Wniosek o rentę wdowią (formularz ERWD) składa się w instytucji, która wypłaca świadczenie emerytalne lub rentowe – najczęściej ZUS. Można go złożyć osobiście, wysłać pocztą lub elektronicznie przez PUE/eZUS. Do wniosku potrzebne są dokumenty potwierdzające prawo do świadczeń. Ważne: renta wdowia nie zostanie przyznana automatycznie – nawet przy spełnieniu warunków konieczne jest złożenie wniosku.

    Podsumowując: jeśli otrzymałeś decyzję ZUS, dokładnie ją przeanalizuj. Sprawdź, czy nie należysz do grupy osób, którym grozi konieczność zwrotu trzynastki. A jeśli jesteś wdową lub wdowcem, rozważ złożenie wniosku o rentę wdowią – to dodatkowe pieniądze w domowym budżecie.

  • Polscy lekarze na szczycie Europy? Dane o zarobkach robią wrażenie

    Polscy lekarze na szczycie Europy? Dane o zarobkach robią wrażenie

    Czy w Polsce naprawdę nie opłaca się być lekarzem? Najnowsze analizy stawiają całą dyskusję o zarobkach w służbie zdrowia na głowie. Okazuje się, że polscy medycy są w absolutnej europejskiej czołówce – przynajmniej w relacji do krajowej średniej.

    Szokujący mnożnik: 2,9x średniej krajowej

    Z analizy Biura Maklerskiego Pekao wynika, że pracownicy ochrony zdrowia zarabiają średnio 2,9 razy więcej niż przeciętne wynagrodzenie w Polsce.

    „W Polsce pracownicy ochrony zdrowia zarabiają średnio 2,9x przeciętnego wynagrodzenia, co plasuje ich wśród najwyżej wynagradzanych w Europie w relacji do średniej krajowej” – czytamy w komunikacie.

    I tu dochodzimy do sedna sprawy. Te dane dotyczą etatów. Tymczasem ponad 70% lekarzy pracuje na kontraktach, gdzie stawki są jeszcze wyższe. Biuro Maklerskie Pekao jasno to podkreśla.

    Jak wypadamy na tle Europy? Lepsze niż bogaci sąsiedzi

    Zestawienie OECD jest jeszcze bardziej wymowne. Polscy lekarze zarabiają więcej względem średniej krajowej niż medycy z wielu bogatszych państw.

    Spójrzmy na liczby:

    • Norwegia: wskaźnik 1,9
    • Szwecja: wskaźnik 2,2
    • Włochy, Hiszpania, Finlandia – również mają mniejszy współczynnik niż Polska.

    Kto nas przewyższa? Niemcy (3,2), Wielka Brytania (3,3), a na samym szczycie Irlandia (4,2) i Węgry (4,8).

    A ile to konkretnie? Liczby od prezesa Izby Lekarskiej

    Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej, podał niedawno konkretne widełki.

    „Średnie zarobki lekarzy na kontrakcie z sześcioletnią praktyką to 20-30 tys. zł brutto” – powiedział w programie Poranny Ring SE.

    Dodał również, że w Polsce jest około 600 lekarzy zarabiających powyżej 100 tys. zł brutto. To zazwyczaj rzadcy specjaliści, którzy dyktują warunki na rynku.

    Paradoks polskiej ochrony zdrowia

    Mimo wysokich relatywnie zarobków personelu, polski system zdrowotny ma fundamentalne problemy. Raport OECD pokazuje wyraźną sprzeczność.

    Polska wydaje zaledwie 8,1% PKB na zdrowie, podczas gdy średnia dla krajów OECD to 9,3%. To niższe wydatki przekładają się na chroniczne niedobory kadrowe. Przykład? Mamy 5,9 pielęgniarek na 1000 osób przy średniej OECD wynoszącej 9,2.

    Resort zdrowia chce jeszcze większej transparentności

    W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad nowymi rozwiązaniami. Resort przygotował projekt ustawy, który ma powiązać informacje o wynagrodzeniach lekarzy z numerem PESEL i prawem wykonywania zawodu (PWZ).

    Dane zbierałaby Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT). Jak argumentuje agencja, pozwoliłoby to na bardziej precyzyjne analizy kosztów pracy i lepsze wyceny świadczeń. Obecnie AOTMiT otrzymuje dane zanonimizowane.

    Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda zapowiada wprowadzenie „systemu transparentnego”, przy tworzeniu którego resort chce współpracować z Izbą Lekarską.

    Kolejny gorący temat: udział pensji w budżetach szpitali

    Kolejnym wątkiem jest proporcja wydatków na wynagrodzenia w szpitalach. Ministerstwo Zdrowia chciałoby, aby sięgała ona 60-70% budżetu.

    Tymczasem rzeczywistość bywa skrajnie inna. Minister Sobierańska-Grenda przyznała, że „w niektórych szpitalach na wynagrodzenia przeznaczone jest nawet 106 proc. budżetu”, co jest sytuacją patologiczną i skrajnie trudną dla placówki.

    Izba Lekarska nie przekonana do pomysłu ministerstwa

    Naczelna Izba Lekarska nie popiera planów resortu dotyczących gromadzenia danych powiązanych z PESEL. Rzecznik NIL, Jakub Kosikowski, wskazuje, że AOTMiT już teraz ma wszystkie niezbędne dane do ustalania wycen, a nowy system naraża na ryzyko wycieku danych.

    Jakub Kosikowski podkreślił, że aktualne, zanonimizowane dane – obejmujące specjalizacje, rozmieszczenie geograficzne czy rodzaje placówek – są w zupełności wystarczające.

    Czy zatem wysokie zarobki lekarzy idą w parze z dobrym finansowaniem całego systemu? Dane pokazują, że to dwa różne światy. Polski pacjent nadal czeka w długich kolejkach, a szpitale borykają się z niedofinansowaniem, mimo że relatywne pensje medyków są imponujące.

  • Kontratak stresu? Polacy zadowoleni z pracy, ale coraz bardziej przytłoczeni

    Kontratak stresu? Polacy zadowoleni z pracy, ale coraz bardziej przytłoczeni

    Jesteś zadowolony z pracy, ale jednocześnie czujesz, że nie dasz rady już dłużej? Nie tylko Ty. Najnowsze badania malują ciekawy i niepokojący portret polskiego rynku pracy: rekordowa satysfakcja idzie w parze z rosnącym poczuciem przeciążenia. I to nie są drobne napięcia, tylko problem na skalę społeczną.

    Rekord zadowolenia w 2026 roku

    Dobra wiadomość jest taka, że Polacy coraz lepiej oceniają swoją sytuację zawodową. Jak wynika z „Barometru rynku pracy 2026” Gi Group Holding, aż 70,9 proc. pracujących deklaruje zadowolenie z pracy. To więcej niż w dwóch poprzednich latach (po 68 proc. w 2024 i 2025 roku). Odsetek osób niezadowolonych spadł znacząco, z 13,1 proc. do 9,7 proc.

    Wzrost zadowolenia z pracy jest szczególnie widoczny w branży usługowej oraz produkcyjnej — komentuje Grzegorz Gojny, dyrektor operacyjny Gi Group Holding. — Stabilnie wypada handel, natomiast pogorszenie nastrojów obserwujemy w transporcie, logistyce oraz sektorze publicznym.

    Statystyki ukrywają jednak ciekawe różnice. Lepiej oceniają swoją pracę mężczyźni (73 proc.) niż kobiety (69 proc.). Najwyższe wskaźniki satysfakcji notują najmłodsi (77,3 proc.) i najstarsi pracownicy (77,8 proc.). Jak można się domyślić, satysfakcja rośnie z pensją. W przedziale zarobków 7-10 tys. zł brutto pozytywną opinię o pracy ma już ponad 80 proc. osób. Wśród menedżerów odsetek ten wynosi aż 82,6 proc.

    Druga strona medalu: epidemia przeciążenia

    Ale jest też druga, ciemniejsza strona tego sukcesu. Ten sam raport wskazuje, że aż 42 proc. pracowników mówi wprost o przeciążeniu obowiązkami. To prawie co druga osoba! Co ciekawe, niemal połowa badanych (48,3 proc.) nie dostrzega tego problemu u siebie.

    Poczucie bycia przytłoczonym rośnie wraz z odpowiedzialnością. Sygnalizuje je 47,8 proc. menedżerów i 45,9 proc. starszych specjalistów. Wśród pracowników fizycznych odsetek ten jest nieco niższy (38 proc.). Najbardziej dotknięte są branże transportu i logistyki (59 proc. wskazań), sektor publiczny (46,3 proc.) oraz handel (45,5 proc.).

    Kluczowym czynnikiem jest wzrost oczekiwań dotyczących tempa i efektywności. W grupie, która takie zmiany zauważa, aż 66 proc. pracowników deklaruje przeciążenie.

    Stres: większy niż nam się wydaje

    To nie są tylko „złe dni”. Badanie Huawei CBG Polska dostarcza twardych danych na temat skali napięcia. Ponad połowa Polaków (52 proc.) żyje w przewlekłym stresie od co najmniej sześciu miesięcy, martwiąc się głównie o życie prywatne.

    Wśród osób aktywnych zawodowo, 37 proc. przyznaje, że w pracy doświadcza przynajmniej wysokiego poziomu napięcia. Gdy popatrzymy na deklarowane natężenie stresu, badani dają sobie średnią 3,86 punktów („szkolna czwórka z minusem”).

    Ale co tu dużo mówić, jesteśmy wobec siebie zbyt łaskawi. Analiza realnych objawów pokazuje, że rzeczywista kondycja psychiczna Polaków to zaledwie 2,84 punkty. To bliżej trójki z minusem.

    W pracy najczęstszymi źródłami stresu są:

    • Nadmiar obowiązków (37 proc.)
    • Presja na wyniki (36 proc.)
    • Zła atmosfera w pracy (28 proc.)
    • Wysokość wynagrodzenia (22 proc.)

    Istnieją badania potwierdzające, że wzrost poziomu stresu u menedżerów przekłada się na wyższy poziom napięcia w podległych im zespołach — mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia. — Aby skutecznie chronić zdrowie psychiczne w sferze zawodowej, potrzebne są jednocześnie relacje oparte na zaufaniu, jak i konkretne działania ograniczające źródła stresu.

    Skutki: mniej życia, więcej błędów

    Nadmierne obciążenie ma wymierne konsekwencje. Jak wskazuje raport Gi Group, prowadzi do wzrostu stresu i zmęczenia, trudności w zachowaniu równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, a także do spadku efektywności oraz większej liczby błędów w pracy.

    Przemęczenie i stres to wyraźne sygnały problemów z organizacją pracy — podkreśla Ewa Michalska z Grafton Recruitment. — Wiele firm funkcjonuje dziś pod stałą presją, co krótkoterminowo pomaga utrzymać wyniki, ale długofalowo prowadzi do spadku efektywności i wzrostu rotacji.

    Technologia: pomocnik czy wróg?

    W tym wszystkim nie bez znaczenia jest nasz codzienny towarzysz – technologia. Co piąty Polak spędza przed ekranem smartfonu ponad 5 godzin dziennie, a 31 proc. poświęca podobny czas na inne ekrany. 43 proc. z nas czuje się regularnie przytłoczone ilością informacji.

    Ale może też być narzędziem wsparcia. Smartwatche czy opaski fitness, dzięki monitorowaniu snu czy poziomu stresu, mogą pomóc zauważyć pierwsze objawy przeciążenia.

    Technologia może być naszym sprzymierzeńcem, jeśli korzystamy z niej świadomie — zaznacza Mateusz Banaszkiewicz. — Kluczem jest intencjonalność. Czasem wystarczy cyfrowy mikrodetoks: świadome odłożenie telefonu podczas posiłku czy spacer bez słuchawek.

    Wniosek? Polski rynek pracy mierzy się z paradoksem. Z jednej strony mamy rekordowo zadowolonych pracowników. Z drugiej – rosnącą falę chronicznego stresu i przeciążenia. Wygląda na to, że sukces ekonomiczny ma swoją cenę, a my właśnie zaczynamy za nią płacić.

  • 65 lat i zero lat stażu pracy. Czy ZUS wypłaci choć złotówkę?

    65 lat i zero lat stażu pracy. Czy ZUS wypłaci choć złotówkę?

    W 2026 roku do grona emerytów dołączy kolejne 123 tysiące osób. Ale co z tymi, którzy osiągnęli wiek emerytalny bez ani jednego dnia udokumentowanej pracy? Czy państwo całkowicie o nich zapomina?

    Jak wyjaśnia „Gazeta Prawna”, odpowiedź jest jednoznaczna. Osoba, która ukończyła 65 lat i nie ma ani jednego dnia udokumentowanego stażu pracy, nie otrzyma z ZUS żadnej emerytury. Prawo do minimalnego świadczenia gwarantowanego przez państwo mają tylko ci, którzy wykażą wymagany staż.

    Kobiety 20 lat, mężczyźni 25 lat

    Dla kobiet wynosi on minimum 20 lat, a dla mężczyzn 25 lat okresów składkowych i nieskładkowych. W praktyce oznacza to, że bez choćby jednej odprowadzonej składki, konto w ZUS pozostaje puste, a świadczenie wynosi 0 zł.

    Ale przecież nie każda przerwa w pracy to brak aktywności zawodowej. Co z czasem poświęconym na wychowanie dzieci?

    Emerytura za dzieci? To możliwe!

    Okresy związane z wychowywaniem dzieci są uwzględniane przez ZUS przy ustalaniu prawa do emerytury i jej wysokości. Urlop macierzyński oraz czas pobierania zasiłku macierzyńskiego są traktowane jako okresy składkowe, a więc równorzędne z normalnym zatrudnieniem.

    Kluczowe jest jednak rozróżnienie czasów przed i po reformie systemu w 1999 roku.

    Do końca 1998 roku urlop wychowawczy figurował jako okres nieskładkowy i był rozliczany według niższego przelicznika. Od 1 stycznia 1999 roku państwo zaczęło finansować składki za osoby na urlopie wychowawczym, co sprawiło, że ten czas zaczął być traktowany podobnie jak okres składkowy.

    Szczególne znaczenie ma tu kapitał początkowy, czyli odtworzona wartość okresów pracy i opieki sprzed reformy. Przy jego ustalaniu ZUS może uwzględnić opiekę nad dzieckiem do 4. roku życia, najczęściej do 3 lat na jedno dziecko i maksymalnie do 6 lat przy większej liczbie dzieci.

    Za urlopy oraz okresy niewykonywania pracy z powodu opieki nad dziećmi ZUS stosuje korzystniejszy przelicznik 1,3 proc. podstawy wymiaru przy kapitale początkowym.

    Po ponownym ustaleniu kapitału początkowego z uwzględnieniem okresów opieki nad dzieckiem wzrost emerytury najczęściej mieści się w przedziale od około 100 do 400 zł miesięcznie, choć w indywidualnych przypadkach zdarzają się wyższe podwyżki.

    Ratunek dla rodziców wielodzietnych: Mama 4 plus

    Nie oznacza to jednak, że formalny emeryt bez stażu pozostaje zupełnie bez pomocy ze strony państwa. Osoby bez prawa do emerytury mogą ubiegać się o zasiłek stały z MOPS lub GOPS, jeśli spełniają kryterium dochodowe.

    Istnieje jednak specjalne świadczenie dla największych rodzin. Rodzicielskie świadczenie uzupełniające, znane jako Mama 4 plus, przysługuje matkom, które wychowały co najmniej czworo dzieci. W wyjątkowych sytuacjach może je otrzymać ojciec.

    Od 1 marca 2026 roku maksymalna kwota rodzicielskiego świadczenia uzupełniającego wynosi 1978,49 zł brutto miesięcznie, czyli tyle samo, ile najniższa emerytura po waloryzacji. Program jest zabezpieczeniem minimum dochodowego dla osób, które ze względu na wychowywanie licznej rodziny nie wypracowały emerytury na ustawowym poziomie.

    Aby je otrzymać, trzeba złożyć wniosek – ZUS nie przyznaje go automatycznie. W lutym 2026 roku z Mama 4 plus korzystało około 59,9 tys. osób, a średnia wypłata wynosiła 1027,38 zł.

    Co jeszcze można zrobić?

    Istnieje także możliwość przyznania przez premiera specjalnej emerytury osobom, które nie pracowały z powodu inwalidztwa lub szczególnych okoliczności życiowych, a także za wybitne zasługi dla kraju. Wysokość wsparcia ustalana jest indywidualnie, zwykle na poziomie emerytury minimalnej.

    Podsumowując: system emerytalny w Polsce jest ściśle powiązany z udokumentowanym stażem pracy. Brak składek oznacza brak emerytury z ZUS. Państwo oferuje jednak pewne alternatywne formy wsparcia socjalnego, szczególnie dla rodziców wielodzietnych i osób w szczególnie trudnej sytuacji życiowej.