Blog

  • Dadelo S.A. z rekordowym kwartałem, ale i problemami z obligacjami

    Dadelo S.A. z rekordowym kwartałem, ale i problemami z obligacjami

    Czy można jednocześnie świętować ogromny wzrost sprzedaży i mierzyć się z konsekwencjami naruszenia umów z obligatariuszami? Okazuje się, że tak, a dowodem są najnowsze komunikaty Dadelo S.A. z parkiet.com. Spółka z Bydgoszczy właśnie podała wstępne wyniki za pierwszy kwartał 2026 roku i… są one naprawdę imponujące.

    Rekordowy początek roku

    Zarząd Dadelo S.A. poinformował, że wstępna wysokość przychodów netto ze sprzedaży w I kwartale 2026 roku wyniosła 139 030 tys. zł. To oznacza wzrost o aż 67,29% w porównaniu z tym samym okresem roku poprzedniego, kiedy to spółka osiągnęła 83 106 tys. zł.

    „Głównymi czynnikami wzrostu są: rosnąca oferta sklepu internetowego, popularność marki Centrumrowerowe.pl oraz otwarcie nowych sklepów stacjonarnych (Rzeszów i Zabrze w br.)” – czytamy w raporcie.

    I tu pojawia się pierwsza ciekawa informacja. Spółka wskazuje, że dodatkowe zakupy towarów ze środków z emisji obligacji przełożyły się na wysokie rozpoczęcie sezonu. I to pomimo bardzo mroźnej zimy w styczniu i lutym. Ale właśnie te obligacje stały się źródłem pewnych komplikacji.

    Druga strona medalu – naruszenie kowenantów

    Kilka dni wcześniej, 31 marca, Dadelo S.A. opublikowało uzupełnienie wcześniejszego raportu ESPI. I tu sprawa robi się poważniejsza. Spółka poinformowała, że na dzień 31 grudnia 2025 roku przekroczyła dwa kluczowe wskaźniki finansowe opisane w Warunkach Emisji Obligacji: Wskaźnik Kapitałowy oraz Wskaźnik EBITDA.

    Co to oznacza w praktyce? Otóż obligatariusze zyskali prawo do złożenia żądania wykupu obligacji zgodnie z warunkami emisji. To nie wszystko.

    „Niezależnie od powyższego, wskazane wyżej przekroczenie kowenantów, w sytuacji niezgłoszenia żądania wykupu, dla obligatariuszy będzie oznaczać zwiększenie za kolejny okres odsetkowy, marży o 0,5 pkt procentowych” – podano w komunikacie.

    Strategiczny zakup za pieniądze z obligacji

    Spółka wyjaśnia przyczynę tego stanu rzeczy. Naruszenie kowenantów miało miejsce w wyniku zakupu znacznej ilości towaru po bardzo atrakcyjnych cenach. Sprzedaż tego towaru spółka planuje zrealizować w 2026 roku.

    I tu koło się zamyka. To właśnie te zakupy, sfinansowane z emisji obligacji, przyczyniły się – według zarządu – do tak doskonałych wyników sprzedażowych w pierwszym kwartale. Spółka postawiła na agresywną strategię zakupową, licząc na szybką odsprzedaż i wysokie marże. Pierwsze efekty widać w sprzedaży, ale finansowo odbiło się to na wskaźnikach.

    Co dalej?

    Zarząd podkreślił, że zdecydował się na uzupełnienie raportu, ponieważ sytuacja może mieć potencjalnie istotny wpływ na wycenę instrumentów finansowych i podejmowanie decyzji inwestycyjnych przez uczestników rynku.

    Teraz wszystko w rękach obligatariuszy. Czy skorzystają z prawa do żądania wykupu? Czy może zaakceptują wyższą marżę, licząc na dalszy dynamiczny rozwój spółki, który właśnie potwierdził rekordowy kwartał?

    Dadelo S.A. stoi przed ciekawym wyzwaniem. Z jednej strony ma powód do dumy i optymizmu, z drugiej – musi uporać się z konsekwencjami swojej ekspansywnej strategii. Kolejne kwartały pokażą, czy zakupowa ofensywa była strzałem w dziesiątkę, który z nawiązką zrekompensuje koszty finansowe.

  • Kosztowna porażka USA: Iran zestrzelił kolejne drony Reaper. Straty sięgają pół miliarda dolarów

    Kosztowna porażka USA: Iran zestrzelił kolejne drony Reaper. Straty sięgają pół miliarda dolarów

    Czy amerykańska flota najsłynniejszych dronów bojowych topnieje w oczach? Wojsko USA potwierdza utratę kolejnych dwóch maszyn w Iranie, a łączny rachunek za te straty robi ogromne wrażenie.

    Nowe straty w pobliżu Isfahanu

    Wojsko amerykańskie straciło kolejne dwa drony MQ-9 Reaper w pobliżu Isfahanu, w środkowym Iranie. To nie są odosobnione przypadki. W rezultacie liczba utraconych Reaperów wzrosła do 16 od czasu rozpoczęcia konfliktu. Informację tę potwierdzili anonimowo dwaj amerykańscy urzędnicy w rozmowie z CBS News.

    Irańskie media państwowe nie pozostawiają wątpliwości co do swojego sukcesu. Opublikowały oświadczenie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej o „przechwyceniu i zniszczeniu” amerykańskiego bezzałogowego samolotu nad Isfahanem.

    Pół miliarda dolarów poszło z dymem

    Tu dochodzimy do sedna sprawy. Każdy MQ-9 Reaper kosztuje około 30 mln dol. Prosta matematyka pokazuje, że łączna wartość utraconych dotychczas dronów wyniosła prawie 500 mln dolarów. To kolosalna suma, która daje do myślenia o kosztach nowoczesnej wojny.

    Drony te nie są tanie bez powodu. MQ-9 Reaper to zdalnie sterowany samolot używany do misji wywiadowczych, obserwacyjnych i rozpoznawczych, ale może być również używany do precyzyjnych ataków. Jego maksymalna prędkość to około 480 km na godz.

    Dlaczego Reapery są tak podatne?

    Odpowiedź tkwi w ich pierwotnym przeznaczeniu. MQ-9 Reaper łatwiej strącić z nieba, ponieważ zostały zaprojektowane do działań antyterrorystycznych w warunkach słabej lub żadnej obrony powietrznej, a nie dla konfrontacji z krajami dysponującymi nowoczesnymi systemami rakietowymi.

    To ciekawe zestawienie z oficjalnymi stanowiskami amerykańskich władz. Prezydent Trump i sekretarz obrony Pete Hegseth wielokrotnie powtarzali, że irańska obrona powietrzna i możliwości wystrzeliwania rakiet zostały praktycznie zniszczone w ciągu miesiąca nieustannych ataków.

    Kontrowersyjna broń o kluczowym znaczeniu

    MQ-9 Reaper to bezzałogowy statek powietrzny sterowany zdalnie z naziemnej stacji kontroli, która może znajdować się nawet 2600 km od operatora. Maszyna została zaprojektowana jako następca MQ-1 Predator, oferując większe możliwości. Reaper może pozostawać w powietrzu przez około 20 godzin, realizując misje zwiadowcze, obserwacyjne, ratownicze czy uderzeniowe.

    Jak wskazuje podpułkownik Chris Hill, „wartość, jaką zapewnia MQ-9, jest naprawdę nieporównywalna z nowoczesnymi samolotami”.

    Jednocześnie Reaper wielokrotnie znajdował się w centrum kontrowersji. W 2020 r. został użyty w ataku, w którym zginął irański generał Qassem Soleimani. Jeszcze większe oburzenie wywołał incydent z 2021 r. w Kabulu, gdzie w wyniku pomyłki zginęło 10 cywilów, w tym siedmioro dzieci.

    Kosztowny tydzień dla amerykańskiego lotnictwa

    Strata dronów to nie jedyny cios ostatnich dni. Kilka dni temu amerykańskie wojsko dostało potężny cios od Irańczyków w innej formie. W wyniku irańskiego ataku na amerykańską bazę Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej został zniszczony samolot Boeing E-3 Sentry — kluczowy element systemu wczesnego ostrzegania i kierowania AWACS.

    To jeden z najdroższych i najważniejszych samolotów amerykańskich sił zbrojnych. Cena takiego samolotu — po uwzględnieniu inflacji — to niemal 550 mln dol., jak podaje Business Insider.

    Podsumowanie: technologia kontra obrona

    Mimo technologicznego zaawansowania, straty ponoszone przez USA w konflikcie z Iranem pokazują, że nawet najnowocześniejszy sprzęt ma swoje słabe punkty. MQ-9 Reaper pozostaje kluczowym elementem amerykańskiego potencjału militarnego, ale jego podatność na nowoczesne systemy obrony powietrznej stawia pod znakiem zapytania efektywność tej broni w konflikcie wysokiej intensywności. Każda utracona maszyna to nie tylko ogromny koszt finansowy, ale także strategiczna luka w zdolnościach wywiadowczych USA.

  • Cisza przed sztormem? Jak kryzys na Bliskim Wschodzie może sparaliżować polskie porty

    Cisza przed sztormem? Jak kryzys na Bliskim Wschodzie może sparaliżować polskie porty

    Czy polskie porty, które właśnie odetchnęły po zimowych zatorach, stoją przed kolejnym gigantycznym wyzwaniem? Globalne łańcuchy dostaw znów są pod presją, a tym razem powodem jest konflikt na Bliskim Wschodzie. Statki omijają niebezpieczne wody, trasy się wydłużają, a kontenery mogą zacząć kumulować się w nieplanowanych miejscach. Jak na tę sytuację reagują kluczowe polskie bramy handlowe?

    Gdynia i Gdańsk: spokój, ale czujność

    Na pierwszy rzut oka w polskich portach panuje względny spokój. W Porcie Gdynia nie obserwuje się obecnie zakłóceń w pracy przeładunkowej ani istotnych opóźnień. Operacje portowe przebiegają płynnie – zapewnia rzeczniczka Kalina Gierblińska. Ale czujność jest zachowana.

    „Jednocześnie, podobnie jak cały sektor, monitorujemy wpływ sytuacji na Bliskim Wschodzie na globalne łańcuchy dostaw i bierzemy pod uwagę możliwość okresowej kumulacji przeładunków wynikającej z przesunięć w harmonogramach żeglugowych” – przyznaje przedstawicielka gdyńskiego portu.

    Port Gdańsk również deklaruje gotowość. Jesteśmy przygotowani na zjawisko kumulacji przeładunków – zapewnia rzeczniczka Regina Stawnicka. Podkreśla przy tym, że główną przewagą Gdańska są bezpośrednie serwisy oceaniczne. Dzięki temu zatory w portach tranzytowych Azji czy Bliskiego Wschodu mają na niego znacznie mniejszy wpływ.

    Szczecin i Świnoujście: „zagrożenia są poważne”

    W portach w Szczecinie i Świnoujściu również panuje „względny spokój”. Jednak pełnomocnik zarządu, Rafał Zahorski, nie ukrywa niepokoju. Zagrożenia są poważne i patrzymy w przyszłość z niepokojem – mówi w rozmowie z money.pl. Zwraca uwagę na paradoks: nagły skok wolumenu do obsłużenia, tzw. „klęska urodzaju”, może być niebezpieczny. Jako przykład podaje historię z PKP Cargo i transportem węgla po wybuchu wojny w Ukrainie, który wypchnął inne ładunki i obnażył słabości infrastruktury.

    Co napędza kryzys? Dziesięciokrotne podwyżki i wydłużone trasy

    Źródło problemów leży daleko od polskiego wybrzeża. Kilka dużych firm ubezpieczeniowych odmawia ubezpieczania statków wchodzących do regionu Bliskiego Wschodu. Ci, którzy jeszcze oferują polisy, drastycznie podnieśli stawki. Firmy ubezpieczeniowe podniosły stawki dla operatorów z 0,1 proc. do 1 proc. wartości statku. To dziesięciokrotny wzrost – alarmuje Janusz Piechociński, prezes Izby Polska-Azja.

    Efekt? Liczni armatorzy przekierowują swoje jednostki, omijając Afrykę drogą wokół Przylądka Dobrej Nadziei. To wydłuża trasy, opóźnia dostawy i może prowadzić do nagłych skoków wolumenu w portach, które nie były na to przygotowane.

    Wąskie gardła: kolej, paliwa i… krówki

    Uczestnicy forum Fracht w Sopocie byli zgodni: kluczem jest likwidacja wąskich gardeł infrastruktury dostępowej, a w Polsce chodzi głównie o kolej. Inwestycje są jednak planowane z myślą o rozwoju na dekady, a nie o natychmiastowych kryzysach.

    Do tego dochodzą rosnące koszty operacyjne. Większość ciężkiego sprzętu portowego to diesle – przypomina Rafał Zahorski. Gdy rośnie cena oleju napędowego, koszty idą w górę, a klienci nie akceptują podwyżek. Operatorzy muszą więc brać te wydatki na siebie, obniżając marże.

    Kryzys ma też drugie, mniej oczywiste dno – eksport. Janusz Piechociński wskazuje na żywność. W zeszłym roku sprzedaliśmy do Arabii Saudyjskiej, Omanu czy Kataru dziesiątki tysięcy ton krówek. Pytanie, czy w tym roku też znajdą nabywców? – pyta. Podobne wątpliwości dotyczą polskiego mleka. Wojna, niepewność i wyższe koszty transportu mogą znacząco ograniczyć te dostawy.

    Pierwsze ciosy już są. Czy nastąpi mobilizacja?

    Nie trzeba czekać na efekty kryzysu na Bliskim Wschodzie, by zobaczyć pierwsze problemy. 1 stycznia Maersk zakończył bezpośrednie zawinięcia do Gdańska i Gdyni – przypomina Piechociński. Ładunki będą teraz płynąć przez porty niemieckie czy Rotterdam, co oznacza straty dla polskiej strony.

    „W tej chwili po polskiej stronie powinna nastąpić powszechna mobilizacja, by temu przeciwdziałać” – apeluje były minister gospodarki.

    Czy ta mobilizacja nastąpi? Porty deklarują gotowość, ale prezes Zarządu Morskiego Portu Gdynia, Piotr Gorzeński, podczas forum Fracht stwierdził krótko: „Nigdy nie będziemy do końca gotowi, bo nigdy nie będziemy w stanie przewidzieć, z jakiej strony i z jakimi intencjami ten kolejny 'czarny łabędź’ do nas dopłynie”. Na razie panuje cisza. Pytanie, jak długo potrwa przed sztormem.

  • FCAS na krawędzi: Niemcy i Francja sięgają po ostatnią deskę ratunku

    FCAS na krawędzi: Niemcy i Francja sięgają po ostatnią deskę ratunku

    Czy europejski myśliwiec przyszłości ma jeszcze szansę? Projekt wart setki miliardów euro, który miał zjednoczyć kontynent w dziedzinie obronności, znalazł się w śmiertelnym impasie. Ale Berlin i Paryż nie poddają się bez walki – sięgnęli właśnie po ciężką artylerię w postaci mediatorów.

    Ostatnia próba ratowania giganta

    Rząd Niemiec wyznaczył do misji ratunkowej Franza Hauna, byłego szefa producenta czołgów KMW (obecnie KNDS Deutschland). Według „Spiegla” uchodzi on za jednego z najbardziej doświadczonych menedżerów w branży obronnej. To on ma, dzięki doświadczeniu we współpracy niemiecko-francuskiej, uratować projekt FCAS dla kanclerza Merza.

    Równolegle prezydent Francji Emmanuel Macron wyznaczył do tej samej misji Laurenta Collet-Billona, byłego szefa Francuskiej Dyrekcji Generalnej ds. Uzbrojenia (DGA). Tutaj pojawia się ciekawy szczegół – Collet-Billon i Haun dobrze się znają i współpracowali przy fuzji francuskiego Nextera i niemieckiego KMW.

    Zdaniem tygodnika sięgnięcie po mediatorów pokazuje bezsilność rządów Niemiec i Francji wobec narastającego impasu.

    A zegar tyka. Według rządu RFN decyzja o przyszłości projektu ma zapaść najpóźniej do końca kwietnia. Dlaczego ten termin jest tak kluczowy? Chodzi o prace nad niemieckim budżetem na rok 2027, w którym należy określić finansowanie programu.

    O co właściwie walczą?

    FCAS, czyli Future Combat Air System, to nie jest zwykły samolot. To planowany system bojowy nowej generacji, który miałby zastąpić od 2040 roku używane przez Niemcy myśliwce Eurofighter i francuskie Rafale.

    Ale tu jest haczyk – projekt, którego koszt szacuje się na setki miliardów euro, zakłada współdziałanie myśliwca z dronami i siecią dowodzenia typu combat cloud. To technologiczny skok, który wymaga bezprecedensowej współpracy.

    I właśnie tutaj leży pies pogrzebany. Projekt od lat napotyka na trudności z powodu sporów między koncernami: francuskim Dassault i niemieckim Airbusem, który reprezentuje też trzeciego partnera – hiszpańską Indrę.

    Konflikt jest gorący. Szef Dassault, Eric Trappier, domaga się dominującej roli przy budowie myśliwca i przejęcia większości prac, zarzucając Airbusowi blokowanie projektu. Z kolei Airbus nalega na utrzymanie uzgodnionego, bardziej zrównoważonego podziału zadań. Spór dotyczy m.in. podziału prac i praw do wykorzystania innowacji technologicznych.

    Polityczna gra o wszystko

    Rządy w Berlinie i Paryżu wielokrotnie musiały rozstrzygać spory dotyczące podziału zadań. Do tej pory udało się uzgodnić niewiele. Zasadniczo uzgodniono jedynie, że Dassault przejmie ogólne kierownictwo nad projektem myśliwca.

    Ale w polityce nic nie dzieje się za darmo. W zamian strona niemiecka miała zachować przewagę w pracach nad nowym niemiecko-francuskim czołgiem bojowym – jak donosi „Spiegel”.

    Co się stanie, jeśli mediatorzy zawiodą? Scenariusz jest jasny. Jeśli mediatorzy nie doprowadzą do porozumienia, prawdopodobnie dojdzie do samodzielnego działania Francji.

    Francja mogłaby samodzielnie opracować następcę Rafale, a Niemcy poszukać własnego rozwiązania lub opracować samolot bojowy wspólnie z innymi europejskimi partnerami. Co ciekawe, część elementów FCAS, takich jak drony i systemy sieciowe, mogłaby być dalej rozwijana wspólnie przez Francję i Niemcy.

    Dlaczego to takie ważne?

    Ewentualne niepowodzenie projektu FCAS byłoby poważnym ciosem dla wysiłków zmierzających do uniezależnienia się od Stanów Zjednoczonych w dziedzinie obronności. To nie jest tylko kwestia budowy samolotu – to test europejskiej solidarności i zdolności do realizacji wspólnych, strategicznych projektów.

    Teraz wszystko w rękach dwóch doświadczonych mediatorów. Mają miesiąc, by pogodzić interesy gigantów zbrojeniowych i uratować wizję europejskiej obronności przyszłości. Stawka nie mogła być wyższa.

  • Answear.com koryguje kurs: Menedżerowie nie dostaną akcji za 2025, ale cele na 2026 zostały obniżone

    Answear.com koryguje kurs: Menedżerowie nie dostaną akcji za 2025, ale cele na 2026 zostały obniżone

    Czy ambitne plany motywacyjne w modowym e-commerce muszą ustąpić miejsca twardej rzeczywistości rynkowej? Krakowska spółka Answear.com właśnie pokazała, jak trudna sytuacja gospodarcza i agresywna konkurencja potrafią zweryfikować nawet najlepiej zaprojektowane programy premiowe dla zarządu.

    Rok 2025: Wzrost, ale bez premii

    Answear.com, prowadzący sklepy internetowe Answear.com i PRM.com, zakończył 2025 rok z 1,7 mld zł przychodu. To wzrost o blisko 13% w porównaniu z rokiem poprzednim, w którym firma odnotowała stratę. Kluczowe wskaźniki również poszły w górę: liczba klientów wzrosła o 6% do 2,6 mln, a liczba zamówień zwiększyła się o 8,9% do 6,3 mln.

    Mimo to, wyniki nie wystarczyły, by zrealizować cel programu menedżerskiego na ubiegły rok. Założona EBITDA na poziomie 80 mln zł pozostała daleko poza zasięgiem, gdyż spółka osiągnęła ten wskaźnik na poziomie 56 mln zł. W związku z tym, jak podano w sprawozdaniu, spółka nie planuje realizacji umów, na mocy których członkowie zarządu mieli otrzymać akcje w ramach programu motywacyjnego.

    IV kwartał 2025: Niespodzianka na minus

    Prawdziwy cios nadszedł w ostatnim kwartale roku. Wyniki okazały się słabsze nie tylko od własnych założeń, ale także od prognoz analityków z biur maklerskich ankietowanych przez PAP.

    Przy przychodach w wysokości 556,1 mln zł (wzrost o 4,4% r/r), spółka odnotowała 11,2 mln zł EBITDA (spadek o ponad 71% r/r) i zaledwie 1,3 mln zł zysku netto (spadek o ponad 90%). Tymczasem średnia prognoz analityków mówiła o 14,5 mln zł EBITDA i 3,2 mln zł zysku netto.

    „W czwartym kwartale 2025 r. mierzyliśmy się z trudną sytuacją gospodarczą i agresywną walką cenową, co odbiło się na marżowości i wynikach poniżej naszych oczekiwań” – tłumaczy Krzysztof Bajołek, prezes Answear.com.

    Dodatkowo, w IV kwartale spółka poniosła rekordowe nakłady na marketing telewizyjny, które stanowiły aż 21% przychodu.

    Polska vs. zagranica: Dwa różne światy

    Analizując miniony rok, spółka wskazuje, że branża e-commerce stała pod znakiem wolniejszego rozwoju i agresywnej walki cenowej, która nasiliła się szczególnie w listopadzie.

    Fundamentem wzrostu była przede wszystkim Polska, gdzie sprzedaż wzrosła o 31% rok do roku. Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja na rynkach zagranicznych. Answear.com mierzył się z trudną sytuacją gospodarczą na Ukrainie, Słowacji, w Rumunii i Bułgarii, co powstrzymywało klientów przed zakupami.

    Nowe, niższe cele na 2026 rok

    Wiedząc, że ubiegłoroczny cel programu menedżerskiego nie został osiągnięty, inwestorzy mogli spodziewać się korekty założeń na kolejne lata. I faktycznie, 1 kwietnia 2026 roku Rada Nadzorcza Answear.com podjęła stosowną uchwałę.

    Pierwotne cele na 2026 rok zakładały, że menedżerowie zostaną dodatkowo wynagrodzeni, gdy wskaźnik EBITDA osiągnie 100 mln zł lub kurs akcji 50 zł (przy założeniu realizacji w 80%). Rada obniżyła te progi. Nowe, zweryfikowane cele to odpowiednio 90 mln zł dla EBITDA i 45 zł dla kursu akcji.

    „Przed nami ambitne cele na 2026 rok, w którym nasz cel wynikowy wynosi 90 mln zł EBITDA” – komentuje Krzysztof Bajołek. „Choć pierwsze półrocze może charakteryzować się nieco niższą dynamiką, w drugiej połowie roku liczymy na znacznie lepsze rezultaty”.

    Ścieżka redukcji kosztów

    Spółka podkreśla, że rekordowe wydatki na reklamę telewizyjną traktuje jako strategiczną inwestycję w budowanie rozpoznawalności marek. Jednocześnie zapowiada zmianę kursu.

    „W 2026 rok wchodzimy na ścieżkę redukcji kosztów marketingu” – zapowiada odpowiedzialny za finanse wiceprezes, Jacek Dziaduś. „Dzięki rosnącej skali działalności oraz zrealizowanym już inwestycjom wizerunkowym, które procentują w dłuższym okresie, możemy oczekiwać obniżenia wydatków przy zachowaniu wysokiej efektywności”.

    Czy nowe, choć obniżone cele okażą się bardziej realistyczne? Answear.com stawia na optymalizację procesów i korzyści skali. Rynek będzie przyglądał się tej strategii z uwagą, zwłaszcza po niespodziewanie słabym finale 2025 roku.

  • Wielka wyprzedaż amerykańskich obligacji. Banki centralne ratują waluty za wszelką cenę

    Wielka wyprzedaż amerykańskich obligacji. Banki centralne ratują waluty za wszelką cenę

    Czy globalny rynek obligacji stoi na krawędzi kryzysu? Odkąd Iran zablokował Cieśninę Ormuz, a ceny ropy wystrzeliły w górę, banki centralne na całym świecie podjęły jedną, dramatyczną decyzję: masową wyprzedaż amerykańskich skarbowych papierów wartościowych. Skala tej operacji jest porażająca.

    Alarm na Wall Street: Sprzedaż netto przez pięć tygodni

    Według danych z rachunków powierniczych Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, zagraniczne władze monetarne były sprzedawcami netto amerykańskich obligacji skarbowych przez pięć kolejnych tygodni. Ten trend rozpoczął się w tygodniu od 25 lutego, tuż przed eskalacją konfliktu. Łączna wartość wyprzedaży przekroczyła 90 miliardów dolarów, a presja sprzedaży skoncentrowała się szczególnie w ostatnich trzech tygodniach. W efekcie, zasoby tych obligacji spadły do najniższego poziomu od 2012 roku.

    „Nastąpiło to w momencie, gdy niektóre banki centralne interweniowały na rynkach walutowych w celu wsparcia swoich walut, co zwykle wiązało się ze sprzedażą dolarów” – wskazuje „Financial Times”.

    Bezpośrednim motorem tej fali jest pilne zapotrzebowanie na płynność dolara amerykańskiego. Banki centralne muszą płacić rachunki za droższy import energii, interweniować na rynku walutowym, a nawet finansować wydatki na obronę. Najłatwiejszym do upłynnienia aktywem? Właśnie amerykańskie obligacje skarbowe.

    Kto sprzedaje najwięcej? Turcja prowadzi niechlubny ranking

    Spośród krajów, których dane ujawniono, największą wyprzedaż przeprowadziła Turcja. Oficjalne dane pokazują, że od 27 lutego turecki bank centralny sprzedał zagraniczne obligacje rządowe o wartości około 22 miliardów dolarów ze swoich rezerw walutowych. „Znaczna część tych papierów wartościowych to prawdopodobnie obligacje skarbowe USA” – informuje tureckie wydanie „Forbesa”. Co więcej, Turcja sprzedała lub wymieniła również około 58 ton złota o wartości ponad 8 miliardów dolarów.

    Ale to nie koniec listy. Części rezerw pozbyła się też Tajlandia – kraj, którego połowa importu ropy i prawie jedna trzecia importu gazu zależy od Cieśniny Ormuz. Oficjalnie nie potwierdzono jednak, czy chodziło o obligacje, czy depozyty dolarowe.

    Kolejnym krajem szykującym się do działania są Indie. Od początku konfliktu rupia traci na wartości względem dolara, zbliżając się do historycznie niskich poziomów. Narodowy Bank Indii (SBI) zarekomendował w tym tygodniu wykorzystanie części z rezerw walutowych o wartości 700 miliardów dolarów. „Nie ma sensu oszczędzać pieniędzy na gorsze czasy, skoro są potrzebne dzisiaj” – argumentowano w raporcie banku.

    Szok dla rynku: Rentowności w górę, popyt w dół

    Decyzje banków centralnych odczuwa bezpośrednio rynek. Odkąd rozpoczął się konflikt na Bliskim Wschodzie, rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA wzrosła z około 3,9% do 4,44%. Rentowność 2-letnich obligacji skoczyła z 3,35% do ponad 4%. Oba poziomy osiągnęły ośmiomiesięczne maksima.

    To jednak tylko część problemu. Najnowszy raport Morgan Stanley pokazuje coś bardziej niepokojącego: odsetek amerykańskich obligacji skarbowych w posiadaniu inwestorów zagranicznych spadł do najniższego poziomu od 1997 roku. To rodzi fundamentalne obawy o strukturalne osłabienie popytu na te papiery.

    „Zagraniczne sektory publiczne sprzedają amerykańskie obligacje skarbowe” – stwierdziła Meghan Swiber, strateg Bank of America.

    Stephen Jones z Aegon Asset Management opisał to zachowanie jako „gromadzenie funduszy wojennych”, dodając: „Wyczerpują rezerwy awaryjne”.

    Co dalej? Wszystkie oczy zwrócone na Bliski Wschód

    Klucz do dalszej dynamiki może leżeć w rękach krajów Zatoki Perskiej. Kuwejt, Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie posiadały w styczniu łącznie 313 miliardów dolarów w amerykańskich obligacjach. Rynek z niepokojem oczekuje, czy te kraje produkujące ropę dołączą do szaleństwa wyprzedaży, aby sfinansować wydatki na obronność i złagodzić szoki cenowe.

    Ich decyzje będą jednym z najważniejszych sygnałów dla globalnych rynków obligacji. Jeśli więcej krajów zacznie spieniężać Treasuries, by zapłacić za droższą ropę, może to ograniczyć globalny dostęp do dolarów i zwiększyć presję sprzedaży. Gra toczy się o stabilność najważniejszego rynku długu na świecie, a banki centralne właśnie wystawiły na szali swoje rezerwy, by ratować własne gospodarki.

  • Jen japoński w dół? Sprawdzamy najnowsze notowania JPY/PLN!

    Jen japoński w dół? Sprawdzamy najnowsze notowania JPY/PLN!

    Planujesz podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni lub rozliczenia z japońskimi kontrahentami? Kurs jena właśnie się zmienił, a my mamy dla Ciebie najświeższe dane prosto z rynku walutowego. Oto, co musisz wiedzieć o japońskiej walucie na początku kwietnia 2026 roku.

    Aktualny kurs: 1,3900 zł

    Rozważając dziś, 2 kwietnia 2026, kupno japońskiej waluty, warto wiedzieć, że aktualny kurs jena o godzinie 7 rano wynosił 1,3900 zł. To najnowszy odczyt, który powinien być punktem wyjścia dla każdej transakcji. Dla porównania, zaledwie kilka dni wcześniej, 31 marca o 7 rano, notowania kształtowały się na poziomie 1,3963 zł. Widzimy zatem delikatny ruch.

    Jen jest jedną z głównych walut rezerwowych świata, dlatego ma znaczenie dla światowej gospodarki. Jednak jego kurs interesuje także podróżujących do Japonii w celach turystycznych.

    Analiza zmian: dzień do dnia i tydzień do tygodnia

    A teraz spojrzymy na dynamikę. Odnosząc się do aktualnej ceny jena widzimy, że zmiana kursu dzień do dnia wynosi 0,9450 zł. Co ciekawe, identyczną wartość – 0,9450 zł – pokazuje zmiana w ujęciu tygodniowym. To kluczowe dane dla każdego, kto śledzi krótko- i średnioterminowe trendy na rynku JPY/PLN.

    Siła i historia japońskiej waluty

    Jen to nie tylko liczby na wykresie, ale waluta o imponującej historii. Został powołany do życia w roku 1871, jako jedna z reform mających przekształcić Japonię w nowoczesny kraj, mogący konkurować z ówczesnymi potęgami gospodarczymi.

    Wartość jena oparto początkowo na parytecie złota. Jeden jen definiowano jako 1,5 grama złota lub 24,26 grama srebra. Od tego powiązania ze złotem Japonia odeszła w roku 1931.

    Jen jako nowa waluta zastąpił istniejące wcześniej w Japonii lokalne waluty emitowane przez lokalne lenna. Nad wartością pieniądza miał czuwać powołany w 1882 roku Bank Japonii.

    Od stabilności do celowej konkurencyjności

    Jen przez długie lata był stabilną i silną walutą. Jednak w wyniku klęski Japonii w drugiej wojnie światowej, waluta Kraju Kwitnącej Wiśni znacznie się osłabiła. To był punkt zwrotny.

    Obecnie bank centralny stara się trzymać kurs jena na niskim poziomie, by zwiększyć konkurencyjność japońskiej gospodarki. To strategiczne podejście, które nadaje kształt dzisiejszym notowaniom.

    Ciekawostka dla kolekcjonerów

    Na koniec mała perełka dla miłośników numizmatyki. Ciekawostką dotyczącą japońskich monet jest to, że na monetach pojawiają się daty, oznaczające bieżący rok panowania aktualnego cesarza. To wyjątkowy ślad tradycji w nowoczesnym systemie monetarnym.

    Podsumowując, jen pozostaje fascynującą walutą, gdzie głęboka historia spotyka się z celową polityką gospodarczą. Jego kurs jest żywy i zmienny, dlatego warto śledzić go na bieżąco, zwłaszcza przed podróżą lub ważną transakcją. Mamy kwiecień 2026 – czas na sprawdzone informacje i świadome decyzje finansowe!

  • Węgiel po 2028 roku? Tauron ma plan, a ceny surowca szaleją

    Węgiel po 2028 roku? Tauron ma plan, a ceny surowca szaleją

    Czy czeka nas powrót do węgla? Nie, to nie renesans – zapewnia prezes jednego z największych polskich koncernów energetycznych. Ale jego firma ma konkretny plan na wykorzystanie starszych bloków węglowych nawet po wygaśnięciu rynku mocy. I to w czasie, gdy notowania surowca znów poszybowały w górę.

    Plan Tauronu: węgiel jako stabilizator transformacji

    W połowie kwietnia Tauron ma ogłosić plan komercyjnego wykorzystania starszych bloków węglowych o mocy 200 MW po 2028 roku. To moment, kiedy wygaśnie dla nich wsparcie z rynku mocy. Prezes Grzegorz Lot w rozmowie z Business Insider Polska podkreśla jednak, że nie ma mowy o renesansie węgla.

    „Węgiel zostanie w energetyce tak długo, jak będzie potrzebny i dostępny” – mówi Grzegorz Lot.

    Transformacja jest nieunikniona, a kierunek jest jasny: OZE, magazyny energii i atom. Ale dopóki nowy system się nie ukształtuje, węglówki pełnią kluczową rolę stabilizatora.

    „Dwusetki” na czas „dunkelflaute”

    Jaką dokładnie funkcję mają pełnić bloki 200 MW? Nie są one szczególnie elastyczne – nie da się ich włączyć w 20-30 minut jak gazówek szczytowych. Ich rola jest inna.

    Można je uruchamiać na dłużej w sezonie jesienno-zimowym podczas tzw. dunkelflaute – czyli kilkudniowych lub kilkutygodniowych okresów bez wiatru i słońca. To ma gwarantować stabilność dostaw w tym przejściowym okresie.

    „To nie renesans, tylko klasyczne wykorzystanie technologii, która jest schyłkowa, ale może się jeszcze przydać” – tłumaczy prezes Lot.

    Ostatecznie węgiel ma zostać zastąpiony miksem: wiatraków na lądzie, fotowoltaiki, atomu i wiatraków na morzu, wspieranym magazynami i gazówkami zapewniającymi elastyczność.

    A tymczasem ceny węgla znów rosną

    Ironicznie, plany przedłużenia życia bloków węglowych powstają w czasie, gdy surowiec znów drożeje. Na giełdzie ICE notowania europejskiego benchmarku API2 Rotterdam skoczyły 3 marca 2026 do 139,5 dol. za tonę. To poziom z października 2023 roku.

    Dla porównania, pod koniec zeszłego roku tona kosztowała około 90 dolarów.

    Trwający konflikt na Bliskim Wschodzie wpłynął na dostępność i cenę gazu, co może – przynajmniej przejściowo – zmienić układ sił. Portal wnp.pl pisze, że kryzys może zmusić kraje Europy i Azji do ponownego sięgnięcia po węgiel jako paliwo przejściowe.

    Eksperci: rola węgla może wzrosnąć, ale tylko przejściowo

    „Rola węgla w Europie może delikatnie i przejściowo (do 2-3 lat) wzrosnąć, jeśli będą utrzymywały się wysokie ceny i ograniczona dostępność gazu” – zauważa w rozmowie z Interią Biznes Michał Grabka z Fundacji Instrat.

    Podkreśla jednak, że w Europie jedynie 12 z 27 krajów ma węgiel w swoim miksie energetycznym, a jego udział przekracza 10% tylko w sześciu państwach, w tym w Polsce.

    Zdaniem eksperta, Polsce ten kryzys może w krótkim terminie zwiększyć zużycie węgla przez ograniczenie pracy droższych elektrowni gazowych. W dłuższej perspektywie może też wzmocnić chęć decydentów na dłuższe utrzymanie elektrowni węglowych w systemie, ale w charakterze rezerwy.

    Miliardy na Śląsk i sprawiedliwa transformacja

    Tauron nie skupia się tylko na węglu. Koncern ogłosił właśnie gigantyczny plan inwestycyjny dla Śląska, który w ciągu 10 lat ma kosztować ponad 25 mld zł. Chodzi o nadanie nowego życia wygaszanym aktywom.

    W Elektrowni Jaworzno, obok najmłodszego bloku węglowego (910 MW), budowana jest szczytowa jednostka gazowa OCGT o mocy 600 MW oraz elektrolizer do produkcji wodoru. W Elektrowni Łagisza powstaje blok kogeneracyjny z magazynem ciepła. Nowe projekty analizowane są też w Sierszy i Łaziskach.

    „Transformacja musi być społecznie zaakceptowana” – mówi prezes Lot. „Zagwarantowaliśmy naszym ludziom i samorządom, że każdy obiekt Tauronu znajdzie nowe zastosowanie”.

    Kluczowe jest płynne przejście i wykorzystanie kompetencji pracowników tradycyjnej energetyki w nowych technologiach. To sedno sprawiedliwej transformacji, o której mówi też umowa społeczna z 2021 roku, wyznaczająca koniec górnictwa węgla energetycznego w Polsce na 2049 rok.

    Eksperci, jak Magdalena Chawuła z Forum Energii, podkreślają, że umowa ta „powinna zostać urealniona”, ponieważ węgiel sprzedawany jest dziś poniżej kosztów wydobycia, a różnicę pokrywają podatnicy.

    Podsumowując: węgiel w Polsce ma przed sobą kilka lat w roli strategicznego „zapasowego gracza”. Ale przyszłość – i miliardowe inwestycje – należą do miksu OZE, atomu, wodoru i magazynów energii. Transformacja trwa, ale musi iść „na zakładkę”.

  • Obligacyjny rollercoaster 2026: od rekordowych zysków do historycznych spadków w zaledwie miesiąc

    Obligacyjny rollercoaster 2026: od rekordowych zysków do historycznych spadków w zaledwie miesiąc

    Czy można stracić 5% w funduszu dłużnym w ciągu jednego miesiąca? Okazuje się, że tak – a wszystko przez geopolitykę i ceny ropy. Rok 2026 zaczął się świetnie dla inwestorów obligacyjnych, ale na przełomie lutego i marca sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Co się stało i co to oznacza dla Twojego portfela?

    Od euforii do paniki

    Początek roku przyniósł kontynuację pozytywnych trendów. Spadające marże i kupony na obligacjach korporacyjnych oraz rosnące ceny obligacji skarbowych przełożyły się na bardzo dobre wyniki funduszy dłużnych – nierzadko przekraczające 10 proc. w skali 12 miesięcy. Rentowności polskich obligacji 2-letnich, 5-letnich i 10-letnich pod koniec lutego zeszły do minimów odpowiednio 3,5 proc., 4,2 proc. i 4,9 proc.

    Ale wystarczył jeden geopolityczny iskier.

    Bliski Wschód zmienia wszystko

    Konflikt na Bliskim Wschodzie pod koniec lutego wywołał wystrzał cen ropy i gazu. To obudziło obawy o powrót wyższej inflacji i radykalnie zmieniło oczekiwania rynku. Zamiast myśleć o dalszych obniżkach stóp procentowych, inwestorzy zaczęli liczyć się z ich podwyżkami.

    Reakcja była natychmiastowa. Ceny obligacji skarbowych spadły, a ich rentowności poszybowały w górę. Indeks polskich obligacji skarbowych TBSP w trochę ponad miesiąc stracił 3,5 proc. – to jego największy spadek od 2022 roku.

    Rynek bardzo szybko przeszedł z wyceny jeszcze jednej obniżki stóp procentowych przez RPP na jesieni, do potencjalnie dwóch podwyżek stóp do końca roku – zauważa Parkiet.

    Krwawe żniwo w funduszach

    Te rynkowe turbulencje odbiły się boleśnie na wynikach funduszy dłużnych. Co paradoksalne, najgorsze stopy zwrotu pokazały często te fundusze, które w poprzednich kwartałach radziły sobie najlepiej.

    I tu mamy prawdziwy szok: istotna grupa funduszy najprawdopodobniej pokaże wyniki nawet –5 proc. za marzec. To wartość niewidziana na rynku od bardzo dawna. Skala umorzeń w funduszach może być istotna, choć na ten moment pozostaje nieznana.

    Polskie obligacje: tanieją w oczach

    Jak wyglądają konkretne liczby? Polskie rentowności wzrosły o około 1 punkt procentowy w ciągu kilku tygodni. Obecnie kształtują się na poziomie:

    • 4,6 proc. dla obligacji 2-letnich
    • 5,4 proc. dla obligacji 5-letnich
    • 6,0 proc. dla obligacji 10-letnich

    To znaczący skok w porównaniu z lutowymi minimami. Ale czy to już okazja do zakupu?

    Co dalej? Dwa scenariusze

    Według ekonomistów PKO Banku Polskiego wszystko zależy od rozwoju sytuacji na Bliskim Wschodzie i cen surowców.

    W scenariuszu bazowym, zakładającym wygaśnięcie konfliktu w ciągu najbliższych miesięcy, inflacja w Polsce może wzrosnąć w II kwartale do okolic 3,2 proc., aby później obniżyć się do 2,8 proc. Rządowe działania ograniczające ceny paliw mogą obniżyć inflację konsumencką o około 0,5 p.p.

    Jeśli ten scenariusz się sprawdzi, za rok możemy znów widzieć inflację w okolicach 2,5 proc., czyli środka celu RPP. W takim kontekście obecne rentowności polskich obligacji przekraczające 5 proc. wyglądają interesująco.

    Ale jest też scenariusz pesymistyczny. Jeśli konflikt się przedłuży i cena ropy wzrośnie mocniej, mogą powrócić dyskusje o podwyżkach stóp procentowych w Polsce. Wtedy rentowności pójdą jeszcze wyżej, a korekta na TBSP się pogłębi.

    Obligacje korporacyjne: wyspa stabilności?

    W tym całym zamieszaniu na plus wyróżniają się obligacje korporacyjne. Ponieważ ich emisje są na zmiennym kuponie, spadki cen nie dotyczą ich w tak dużym stopniu. Sytuacja gospodarcza w Polsce jest dobra, więc materializacja ryzyka kredytowego na szeroką skalę wydaje się mało prawdopodobna.

    Jednak warto zauważyć, że odpływy z funduszy inwestycyjnych mogą spowodować mniejszy popyt na obligacje. Przy względnie podobnej podaży może to zaowocować stabilizacją albo nawet podniesieniem marż, które w ostatnich kwartałach uległy istotnym spadkom.

    Podsumowanie: emocje vs. fundamenty

    Dynamika zmian na rynku obligacji jest obecnie bardzo duża. Wpływa na to zarówno niepewność co do terminu zakończenia konfliktu, jak i komunikacja amerykańskiej administracji. Kiedy emocje opadną, na pierwszy plan wyjdą dane makro.

    Dla inwestorów to trudny czas, ale też potencjalna okazja. Kluczowe będzie odróżnienie chwilowej paniki od trwałej zmiany trendów. Jedno jest pewne – rynek obligacji w 2026 roku nie pozwala się nudzić.

  • Krakchemia w ogniu kontroli: ponad 7,3 mln zł spornego VAT z 2017 roku

    Krakchemia w ogniu kontroli: ponad 7,3 mln zł spornego VAT z 2017 roku

    Czy kontrola sprzed lat może zaskoczyć spółkę giełdową kwotą ponad 7 milionów złotych? Właśnie taki scenariusz rozgrywa się wokół Krakchemii S.A., która otrzymała wyniki kontroli celno-skarbowej za 2017 rok. Sprawa jest gorąca, a spółka zapowiada twardą obronę.

    Co ustalił urząd?

    Małopolski Urząd Celno-Skarbowy w Krakowie zakończył kontrolę rozliczeń podatku VAT za okres od stycznia do grudnia 2017 roku. Według ustaleń organu, część faktur VAT wystawionych na rzecz Krakchemii przez wybranych dostawców nie dokumentowała rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. W konsekwencji urząd uznał, że spółka nie miała prawa do odliczenia podatku naliczonego z tych dokumentów.

    I tu pojawia się kluczowa kwota. Zdaniem fiskusa, w 2017 roku doszło do zawyżenia podatku naliczonego o łączną sumę 7.316.469,74 zł. To nie mała dysproporcja w rozliczeniach.

    „Organ stoi na stanowisku, że Spółka w poszczególnych okresach rozliczeniowych 2017 r., świadomie zawyżyła kwoty podatku naliczonego” – czytamy w oficjalnym komunikacie spółki przekazanym do KNF.

    To jeszcze nie koniec sprawy

    Ale spokojnie, to nie jest wyrok. Przekazany dokument ma charakter informacyjny i nie stanowi decyzji podatkowej. Nie rozstrzyga on i nie kończy postępowania. To raczej otwarcie drzwi do kolejnego etapu – prawdopodobnie formalnego postępowania podatkowego.

    I właśnie na tym polu Krakchemia szykuje się do walki. Spółka zdecydowanie nie zgadza się z ustaleniami kontroli ani z ich oceną prawną. Zarząd uważa przedstawione wnioski za nieuzasadnione i zapowiada aktywną obronę swojego stanowiska.

    Proceduralne zarzuty i plany obrony

    Krakchemia nie kryje również niezadowolenia z przebiegu kontroli. Spółka twierdzi, że nie miała możliwości aktywnego udziału w końcowej fazie postępowania. Nie została zapoznana ze zgromadzonym materiałem dowodowym ani nie mogła odnieść się do ustaleń organu przed zakończeniem czynności.

    Co dalej? Sprawa najprawdopodobniej przekształci się w formalne postępowanie podatkowe. W jego toku Krakchemia zamierza podjąć wszelkie dopuszczalne prawem działania, aby wykazać brak podstaw do przyjęcia niekorzystnych dla niej ustaleń.

    Kim jest Krakchemia?

    Dla przypomnienia, Krakchemia S.A. specjalizuje się w hurtowej dystrybucji granulatów tworzyw sztucznych, folii opakowaniowych, chemii laboratoryjnej oraz surowców chemicznych. Działa głównie na rynku krajowym, ale ma też swoją obecność na Słowacji, w Czechach i w Niemczech.

    Sprawa będzie się więc toczyć, a inwestorzy z pewnością będą bacznie obserwować rozwój sytuacji. Kontrola dotyczy okresu sprzed dziewięciu lat, ale jej finansowe konsekwencje są jak najbardziej aktualne. Krakchemia staje do walki, a fiskus ma swoje argumenty. Kto wygra? Czas pokaże.