Blog

  • Druga kariera po czterdziestce staje się normą

    Druga kariera po czterdziestce staje się normą

    Wybierasz kierunek studiów, zdobywasz kwalifikacje, znajdujesz pierwszą pracę i przez dekady pniesz się po tej samej drabinie. Ten scenariusz, choć wciąż powszechny, coraz częściej rozmija się z rzeczywistością. Osoba w wieku 45 lat to już zupełnie inny człowiek niż ten, który dwie dekady wcześniej podejmował kluczowe zawodowe decyzje. Do tego wielu pracowników ma przed sobą jeszcze 20–25 lat aktywności zawodowej.

    Problem ten stał się osią debaty podczas konferencji Wisdom at Work zorganizowanej przez fundację Heart&Mind – Wisdom of Generations. Wydarzenie poświęcono sytuacji osób po 45. roku życia na rynku pracy. Jedno z pytań z widowni – „gdzie w korporacjach są pokoje rehabilitacyjne?” – wywołało nerwowy śmiech, ale ujawniło palący temat.

    Cztery pokolenia w jednej firmie

    Dziś na rynku pracy spotykają się cztery bardzo różne grupy. Są wśród nich osoby szukające pierwszego mentora, rodzice małych dzieci oraz doświadczeni pracownicy, którzy chcą pozostać aktywni zawodowo jeszcze przez lata. Każda z tych grup ma inne oczekiwania, tempo pracy i potrzeby wsparcia.

    Polskie firmy wciąż jednak projektują środowisko pracy pod wąski etap życia. Dobrze rozumieją potrzeby młodych rodziców i pracowników w środku kariery – oferują pokoje dla matek, benefity i programy wsparcia. Znacznie gorzej radzą sobie z sytuacją, w której w jednej organizacji funkcjonują przedstawiciele czterech pokoleń jednocześnie.

    Jeszcze kilkanaście lat temu nie było to dużym wyzwaniem. Kariery były bardziej przewidywalne, a ścieżki rozwoju – podobne. Dziś pracujemy dłużej, częściej zmieniamy zawód i rzadziej mieszczą się w jednym schemacie. Mimo to wiele firm nadal działa tak, jakby wszyscy pracownicy byli na tym samym etapie życia, a różnorodność istniała głównie w raportach ESG.

    Nowy rozdział przed 50. rokiem życia

    Rozmowę o aktywności zawodowej osób po 50., a nawet 45. roku życia, często zaczynamy dopiero wtedy, gdy pojawiają się problemy ze znalezieniem pracy. Tymczasem eksperci biorący udział w konferencji zwracali uwagę, że pytanie o kolejną ścieżkę kariery warto postawić sobie znacznie wcześniej. Model jednej, nieprzerwanej kariery wybranej w młodości odchodzi do lamusa.

    Przez dekady dominował model, w którym człowiek zdobywał wykształcenie na początku życia, a następnie przez 30–40 lat wykonywał ten sam zawód. Dziś taki scenariusz coraz częściej nie przystaje do rzeczywistości. W świecie, gdzie wielu pracowników ma przed sobą jeszcze 20–25 lat aktywności po 45. roku życia, planowanie drugiej ścieżki kariery staje się nie tyle opcją, co realną koniecznością.

    Uniwersalny model kariery nie zdaje egzaminu

    Podczas wydarzenia Wisdom at Work podkreślano, że firmy proponują uniwersalny model kariery i oczekują, że wszyscy się w nim zmieszczą. To rozwiązanie coraz wyraźniej nie sprawdza się w rzeczywistości, w której po jednej stronie mamy cztery pokolenia, a po drugiej jeden sztywny schemat. Pracodawcy, którzy zrozumieją, że pracownicy po 45. roku życia mają przed sobą jeszcze dwie dekady kariery zawodowej, a nie emeryturę, mogą lepiej wykorzystać ich potencjał.

    Zmiana podejścia wymaga jednak nie tylko indywidualnej gotowości ze strony pracowników, ale też systemowego wsparcia i przeprojektowania miejsc pracy. Planowanie drugiego rozdziału kariery nie powinno być tematem tabu ani ostatecznością. Konferencja Wisdom at Work fundacji Heart&Mind – Wisdom of Generations pokazała, że temat ten jest już otwarcie dyskutowany, a pytanie o pokoje rehabilitacyjne w korporacjach stało się symbolem szerszego problemu niedostosowania miejsc pracy do potrzeb starszych pracowników.

  • XRP w ogniu krytyki: opłaty w sieci spadły o 91%, a wskaźnik kapitulacji sięga 0,38

    XRP w ogniu krytyki: opłaty w sieci spadły o 91%, a wskaźnik kapitulacji sięga 0,38

    Dane on-chain dla XRP malują obraz rynku pod ogromną presją. Z jednej strony opłaty transakcyjne w sieci stopniały o ponad 91%, z drugiej – kluczowy wskaźnik rentowności posiadaczy znalazł się na poziomie typowym dla faz kapitulacji. Do tego dochodzą nastroje inwestorów – najgorsze od ośmiu miesięcy.

    Realized Profit-to-Loss Ratio na poziomie kapitulacji

    Firma analityczna Glassnode opublikowała dane, z których wynika, że 90-dniowa średnia krocząca wskaźnika Realized Profit-to-Loss Ratio dla XRP spadła do 0,38. Oznacza to, że na każdy 1 USD straty realizowanej w sieci przypada zaledwie 38 centów zysku. W szczycie hossy w 2025 roku wskaźnik ten sięgał 50, co oznaczało, że realizujący zyski przewyższali sprzedających ze stratą aż 50-krotnie.

    Poziom poniżej 1,0 uznawany jest za granicę przewagi strat nad zyskami. Obecny odczyt – zdaniem Glassnode – jest charakterystyczny dla faz wyprzedaży i kapitulacji uczestników rynku. W takich okresach znaczna część transferowanych tokenów pochodzi od inwestorów, którzy decydują się na sprzedaż aktywów ze stratą.

    Opłaty transakcyjne w dół o 91% – sieć traci użytkowników?

    Równie niepokojący jest spadek aktywności sieciowej. Łączne opłaty transakcyjne generowane w XRP Ledger – mierzone jako 90-dniowa średnia krocząca – zmniejszyły się z około 5 900 XRP w lutym 2025 roku do zaledwie 500 XRP obecnie. To redukcja o ponad 91% w ciągu kilku miesięcy.

    Tak gwałtowny spadek sugeruje wyraźne ograniczenie popytu na korzystanie z sieci. Użytkownicy rzadziej dokonują transakcji, a ekosystem pozostaje daleko poniżej poziomów z poprzednich cykli wzrostowych. Glassnode zwracała już wcześniej uwagę na pogorszenie kondycji posiadaczy XRP. W listopadzie 2025 r. firma informowała, że jedynie 58,5% podaży pozostawało w zysku – najniższy odsetek od roku. Około 41,5% podaży (ok. 26,5 mld XRP) znajdowało się w rękach inwestorów z niezrealizowanymi stratami, mimo że kurs utrzymywał się w okolicach 2,15 USD.

    Nastroje inwestorów – najgorsze od ośmiu miesięcy

    Do danych on-chain dochodzą jeszcze niekorzystne nastroje rynkowe. Analitycy z Santiment poinformowali 12 czerwca, że ważony sentyment wobec XRP spadł do najniższego poziomu od ośmiu miesięcy. Wskaźnik ten łączy wolumen dyskusji w mediach społecznościowych z proporcją pozytywnych i negatywnych komentarzy. Przewaga tych drugich jest wyraźna.

    Santiment zwraca uwagę, że pogorszenie nastrojów wynika częściowo z rozczarowania ceną. XRP pozostaje pod presją, mimo oczekiwań związanych z rozwojem ekosystemu Ripple, tokenizacją aktywów i zakończeniem wieloletnich sporów prawnych. Kurs tokena wynosi obecnie około 1,15 USD, co oznacza spadek o 22% w skali miesiąca i aż 69% poniżej lipcowego szczytu 2025 roku wynoszącego 3,65 USD.

    Firma wskazuje jednak na historyczny paradoks: skrajnie negatywne nastawienie często poprzedzało lokalne odbicia.

    Niektóre z najsilniejszych odbić XRP miały miejsce wtedy, gdy tłum był nim najbardziej niezainteresowany. – Santiment

    Wieloryby w akcji – duże transfery z i na giełdy

    W ostatnich dniach uwagę przykuły dane dotyczące przepływów XRP pomiędzy giełdami a portfelami dużych inwestorów. Według CryptoQuant między 3 a 11 czerwca z Binance wypłacono około 465 mln XRP. Każda transakcja przekraczała wartość 1 mln tokenów. Takie odpływy mogą ograniczać podaż dostępną na giełdzie.

    Z drugiej strony, jak zauważa analityk Arab Chain, napływy XRP od wielorybów na Binance w ciągu ostatnich 30 dni wzrosły do około 1,33 mld XRP – najwięcej od dwóch miesięcy. Oznacza to, że najwięksi gracze aktywnie reagują na zmienność, choć nie musi to jeszcze oznaczać przygotowań do masowej sprzedaży.

    Czy niski sentyment to szansa?

    Analityk Ali Martinez zwrócił uwagę na sygnał kupna wygenerowany przez wskaźnik Tom DeMark Sequential. Jednocześnie zaznaczył, że ewentualny spadek w okolice 0,90 USD mógłby stanowić jeszcze atrakcyjniejszy poziom akumulacji.

    Na sytuację XRP wpływa też szersze otoczenie makroekonomiczne. Niedawna deklaracja prezydenta USA Donalda Trumpa o odwołaniu planowanych działań militarnych wobec Iranu poprawiła nastroje na światowych rynkach finansowych – silnie zareagowały akcje, złoto i srebro. Jeśli optymizm geopolityczny się utrzyma, zdaniem Santiment tokeny mogą próbować nadrabiać straty – a w przypadku XRP dodatkowym wsparciem może być właśnie wyjątkowo niski sentyment, który historycznie często sygnalizował lokalne dołki.

  • Akcje Modivo skaczą o 10% po wynikach. Lepsze od prognoz, ale analitycy studzą entuzjazm

    Akcje Modivo skaczą o 10% po wynikach. Lepsze od prognoz, ale analitycy studzą entuzjazm

    W piątek rano notowania Modivo (dawniej CCC) wystrzeliły o około 10%, sięgając nawet 85,34 zł za akcję. To reakcja na opublikowane po czwartkowej sesji finalne wyniki za pierwszy kwartał roku obrotowego 2026. Mimo że spółka poniosła stratę, dane okazały się lepsze od wstępnych szacunków zarządu.

    Wyniki lepsze niż oczekiwano

    Na pierwszy rzut oka raport nie zachęca – grupa odnotowała 8,1 mln zł skonsolidowanej straty netto przypadającej akcjonariuszom (w całkowitym ujęciu strata sięgnęła 24 mln zł), podczas gdy rok wcześniej było prawie 100 mln zł zysku. Zysk operacyjny stopniał do 40 mln zł z 215,5 mln zł, a EBITDA obniżyła się do 254,2 mln zł z 377 mln zł. Przychody wzrosły jednak o 4% do 2,44 mld zł.

    Kluczowy jednak okazał się fakt, że finałowe liczby przebiły prognozy zarządu z 20 maja. Wstępnie menedżment zakładał operacyjny zysk na poziomie zaledwie 22 mln zł i EBITDA rzędu 230 mln zł. Rzeczywistość okazała się odpowiednio wyższa – o 18 mln zł i 24 mln zł. To pozytywne zaskoczenie sprawiło, że inwestorzy rzucili się do kupna akcji, mimo że rok do roku wyniki znacząco się pogorszyły.

    Za regres finansowy odpowiadają głównie różnice kursowe oraz wyższe koszty operacyjne związane z rozwojem kanałów sprzedaży – wynika z raportu spółki.

    Analitycy: uwaga na bilans i spowolnienie

    Gorączka zakupowa nie oznacza jednak, że wszyscy patrzą na spółkę różowo. Tomasz Sokołowski z Erste Biura Maklerskiego w porannym komentarzu zwraca uwagę na niepokojący obraz bilansu i wolnych przepływów gotówkowych. Jego zdaniem dodatkowym sygnałem ostrzegawczym jest osłabienie momentum sprzedażowego w końcówce maja i na początku czerwca w porównaniu z danymi przedstawionymi przy okazji wstępnych szacunków.

    – Poprawa marży brutto na sprzedaży (plus 2,5 pkt proc. wobec plus 2 pkt proc. w danych wstępnych) może być niewystarczająca, aby rozwiać obawy co do wysokiej wrażliwości Modivo na warunki zewnętrzne – ocenił analityk.

    Z kolei Sylwia Jaśkiewicz z DM BOŚ docenia dynamikę sprzedaży grupy w trwającym kwartale, ale zaznacza, że nie należy ekstrapolować tych danych na cały okres.

    Drugi kwartał zaczął się dobrze, choć nie można według mnie ekstrapolować na cały kwartał. Jest prawdopodobne, że tendencje w sprzedaży z ubiegłego roku były podobne do tych w LPP – wskazuje specjalistka.

    Specjalistka nawiązuje do wypowiedzi Marcina Bójki, wiceprezesa LPP ds. finansowych, który w czwartek wieczorem wskazał, że rok temu czerwiec był wyjątkowo udany, co może oznaczać trudniejsze porównania w bieżącym okresie.

    Co mówią dane z początku kwartału?

    W raporcie kwartalnym Modivo podało szczegóły dotyczące handlu od 1 maja do 10 czerwca. W tym okresie sprzedaż grupy wzrosła o 18% rok do roku. Najlepiej radzi sobie sieć dyskontowa HalfPrice, która zanotowała skok o 53%. Kanał CCC urósł o 6%, a platforma Modivo.com o 1%. Sprzedaż porównywalna (LFL) dla całej grupy zwiększyła się o 10%, z czego HalfPrice poprawił się o 20%, a CCC o 2%.

    Pozytywnie wygląda też operacyjna marża brutto – poprawiła się o 2,5 pkt proc. w skali roku, a we wszystkich głównych kanałach odnotowano wzrost: HalfPrice +1 pkt proc., CCC +2 pkt proc., Modivo.com +5 pkt proc.

    Warto jednak porównać te dane z okresem od 1 do 18 maja, gdy przychody rosły jeszcze szybciej – o 22% rok do roku, a LFL o 12%. To właśnie to wyhamowanie w końcówce maja i na początku czerwca budzi czujność analityków.

    Reakcja rynku

    W piątkowej sesji około godziny 12:00 akcje Modivo kosztowały 85,34 zł, co oznaczało wzrost o 10,86% w porównaniu do zamknięcia z czwartku.

  • Polska na celowniku S&P: awans do grona rynków rozwiniętych coraz bliżej

    Polska na celowniku S&P: awans do grona rynków rozwiniętych coraz bliżej

    S&P Dow Jones Indices, jeden z trzech największych globalnych dostawców indeksów, oficjalnie rozpoczął roczne konsultacje rynkowe w sprawie zmiany statusu Polski z kategorii rynków wschodzących (Emerging Markets) na rozwinięte (Developed Markets). To krok, który eksperci określają przede wszystkim jako wydarzenie prestiżowe i wizerunkowe, choć nie bez znaczenia dla długoterminowego postrzegania naszej gospodarki.

    Symboliczny awans, realne konsekwencje

    Jeśli propozycja zyska wymagane poparcie instytucjonalne, zmiana wejdzie w życie podczas rebalancingu we wrześniu 2027 roku. Bartosz Świdziński, prezes Erste Securities, nie ukrywa, że informacja nie była zaskoczeniem:

    Informacja o rozpoczęciu przez S&P Dow Jones Indices kolejnych konsultacji w sprawie przeklasyfikowania Polski z kategorii rynków wschodzących do rozwiniętych nie jest zaskoczeniem.

    — Bartosz Świdziński, prezes Erste Securities

    Aktywa funduszy odwzorowujących S&P Global BMI w segmencie rynków wschodzących sięgają około 90 mld dolarów – to ułamek kwoty benchmarkowanej do MSCI EM, która przekracza 1,8 bln dolarów. To właśnie ta różnica w skali sprawia, że bezpośrednie skutki finansowe reklasyfikacji przez S&P będą ograniczone.

    Mała ryba w wielkim oceanie

    Obecna waga Polski w indeksie S&P Emerging BMI wynosi około 1,27–1,5%. Po ewentualnym awansie do S&P Developed BMI spadłaby do zaledwie 0,10–0,15% – dziesięciokrotna redukcja. Fundusze pasywne śledzące indeks rynków wschodzących będą zmuszone sprzedać polskie akcje, ponieważ kraj znika z benchmarku. W indeksie rynków rozwiniętych waga jest tak niska, że do wiernego odwzorowania wystarczy kilka największych spółek, takich jak Orlen, PKO BP czy KGHM.

    Hubert Kmiecik, dyrektor inwestycji w Amundi Polska TFI, podkreśla, że ewentualne awansowanie Polski przez S&P DJI to ważne wydarzenie, ale bardziej instytucjonalne i reputacyjne niż przełom dla wycen na GPW. Wpływ przepływów kapitału będzie niejednoznaczny. Piotr Grzeliński z Pekao TFI przypomina, że z podobną sytuacją zmierzyła się giełda w Izraelu po awansie w indeksach MSCI w 2010 roku. W długim terminie przynależność do rynków rozwiniętych skutkuje trwałym obniżeniem premii za ryzyko kraju, co przekłada się na niższy koszt kapitału dla emitentów.

    MSCI to kluczowy gracz

    O ile reklasyfikacja przez S&P DJI ma znaczenie symboliczne, o tyle ewentualny awans w indeksach MSCI byłby znacznie poważniejszym wyzwaniem. Polska w MSCI Emerging Markets ma wagę około 0,7%, a całkowite aktywa benchmarkowane do MSCI EM przekraczają 1,8 bln dolarów. Po awansie do MSCI World waga spadłaby do około 0,07–0,10%, a odpływ netto mógłby wynieść 3–5 mld dolarów.

    Zdaniem Jakuba Liebharta z Eques Investment TFI, pod względem formalnym Polska spełnia wymogi MSCI i może jeszcze w czerwcu znaleźć się na liście obserwacyjnej, co uruchomiłoby wieloletnią procedurę zmiany klasyfikacji przez największego dostawcę indeksów. Tomasz Bardziłowski, prezes GPW, zwraca uwagę, że zmiana klasyfikacji powinna być rezultatem działań wzmacniających fundamenty rynku, a nie celem samym w sobie.

    Historyczne lekcje

    Przypadki Korei Południowej, Tajwanu i Izraela pokazują, że każda reklasyfikacja przebiega w innym kontekście i nie ma jednego scenariusza. Polska po awansie w indeksach FTSE w 2018 roku przez dwa lata traciła około 40 punktów procentowych względem MSCI EM, ale nałożyły się na to procedura naruszenia praworządności, umocnienie złotego, pandemia COVID-19 i odpisy banków na kredyty frankowe – czynniki niezwiązane bezpośrednio z reklasyfikacją.

    Decyzja S&P DJI ma zapaść w 2027 roku. Na razie MSCI oficjalnie nie planuje zmiany statusu Polski, ale – jak wynika z wypowiedzi ekspertów – nasz kraj może wkrótce trafić na listę obserwacyjną, co byłoby sygnałem, że największy gracz indeksowy zaczyna się przyglądać polskiemu rynkowi.

  • Polki na emeryturze w wieku 60 lat? Ekspert: to najniższy wiek w UE, czas na rewolucję

    Polki na emeryturze w wieku 60 lat? Ekspert: to najniższy wiek w UE, czas na rewolucję

    Polska ma jeden z najniższych ustawowych wieków emerytalnych w Europie – 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Ekspert emerytalny Oskar Sobolewski zwraca uwagę, że polskie kobiety kończą aktywność zawodową najwcześniej spośród wszystkich państw Unii Europejskiej. Jego zdaniem obecne rozwiązanie szkodzi przede wszystkim samym zainteresowanym, a system wymaga gruntownej reformy.

    Dlaczego wcześniejsza emerytura oznacza niższe świadczenie?

    Sobolewski wyjaśnił w programie telewizyjnym, że konstrukcja polskiego systemu emerytalnego opiera się na prostym mechanizmie: im wcześniej ktoś odchodzi z rynku pracy, tym krócej gromadzi kapitał, a jednocześnie zgromadzone środki są rozkładane na statystycznie dłuższy okres życia. To bezpośrednio obniża miesięczne świadczenie. Kobiety nie tylko pracują krócej, ale też żyją przeciętnie dłużej niż mężczyźni, co dodatkowo pogłębia różnicę w wysokości emerytur. W efekcie system emerytalny działa na niekorzyść pań i skutkuje niższymi świadczeniami.

    Propozycja: wyrównanie w górę, a nie w dół

    Ekspert opowiada się za zrównaniem wieku emerytalnego dla obu płci – i to poprzez podnoszenie, a nie obniżanie granicy. W debacie publicznej pojawiają się bowiem propozycje wyrównania w dół, ale Sobolewski ostrzega, że to doprowadziłoby do jeszcze niższych emerytur.

    Powinniśmy dążyć do tego, żeby wyrównywać wiek emerytalny w górę, a nie w dół – stwierdził.

    Jako punkt wyjścia proponuje ustalenie granicy na poziomie 65 lat dla kobiet i mężczyzn. Przyznaje jednak, że ostateczna liczba powinna być poprzedzona szeroką dyskusją społeczną. Dopuszcza też rozwiązanie tymczasowe: podniesienie wieku kobiet do 63 lat, przy pozostawieniu 65 lat dla mężczyzn. Taki krok – zdaniem eksperta – choć częściowo poprawiłby sytuację finansową emerytek.

    Zmieniające się realia demograficzne

    W debacie często pada argument, że niższy wiek emerytalny rekompensuje kobietom większe zaangażowanie w opiekę nad dziećmi i prowadzenie domu. Sobolewski przypomina jednak, że Polska mierzy się z kryzysem demograficznym – rodzi się coraz mniej dzieci, więc społeczne modele ulegają przeobrażeniu. W jego ocenie sytuacja wygląda dziś inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w polityce emerytalnej.

    Jak wypadamy na tle Europy?

    Polskie progi – 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn – należą do najniższych w Europie. Dla porównania, jak podaje serwis Rynekonline.pl, najwyższy ustawowy wiek emerytalny w Europie to obecnie 67 lat – m.in. w Danii, Norwegii i Niemczech. W Wielkiej Brytanii i Irlandii wynosi on 68 lat. Dania planuje dalsze podwyżki, wiążąc wiek emerytalny z długością życia – w debacie pojawia się nawet 74 lata dla osób przechodzących na emeryturę w 2060 roku.

    Absolutne minimum na Starym Kontynencie stanowi Mołdawia, gdzie kobiety mogą przechodzić na emeryturę w wieku 57 lat, a mężczyźni w 62 latach. Większość krajów utrzymuje jednak widełki 60–65 lat. Przykładowo we Francji wiek podniesiono do 64 lat, w Niemczech dochodzi do 67 lat. Poza Europą systemy wyglądają różnie: w Arabii Saudyjskiej mężczyźni przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, a kobiety w 55. W Turcji wiek zrównano i wynosi od 58 lat. W Rosji granice ustalono na poziomie 62 lat dla mężczyzn i 57 dla kobiet. Z kolei w Chinach wiek emerytalny dla mężczyzn to 60 lat, a dla kobiet – 55 lub 50 lat, w zależności od sektora. W USA można pobierać świadczenie już od 62 lat, ale z obniżką, a Japonia zachęca do pracy nawet po 65. roku życia.

    Co dalej?

    Oskar Sobolewski podkreśla, że reforma wieku emerytalnego to proces wymagający przemyślanej strategii i dalekosiężnych prognoz demograficznych. Zanim jednak zapadną decyzje, konieczna jest szeroka debata publiczna, która – jak ocenia – powinna rozpocząć się od wyrównania progu do 65 lat zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn.

  • Codziennie 190 wypadków, co trzy dni śmierć. GUS bije na alarm

    Codziennie 190 wypadków, co trzy dni śmierć. GUS bije na alarm

    Na polskim rynku pracy robi się coraz bardziej niebezpiecznie – i to nie tylko w ujęciu symbolicznym. Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują wyraźny wzrost liczby wypadków przy pracy. W stosunku do analogicznego okresu 2025 roku liczba poszkodowanych podskoczyła o blisko 19,3%, co oznacza dodatkowe 2,76 tysiąca osób.

    Średnio każdego dnia, również w święta, dochodzi do 190 wypadków. Co trzy dni ktoś ginie, a codziennie jedna osoba doznaje ciężkiego uszkodzenia ciała.

    Gdzie jest najniebezpieczniej?

    Wskaźnik wypadkowości, czyli liczba poszkodowanych na 1000 pracujących, wzrósł z 1,04 w pierwszym kwartale 2025 roku do 1,24 w pierwszym kwartale 2026 roku. To wzrost o jedną piątą. Najgorzej wypadły województwa: warmińsko-mazurskie (wskaźnik 1,64), zachodniopomorskie (1,60) oraz kujawsko-pomorskie (1,53). Z kolei najbezpieczniej było na Mazowszu (0,88), w Małopolsce (0,95) i na Podkarpaciu (1,13). To pokazuje, że różnice regionalne są ogromne – w regionach o dominacji rolnictwa i przemysłu ciężkiego ryzyko jest znacznie wyższe.

    Które branże najbardziej ryzykowne?

    Niezmiennie od lat prym w niechlubnych statystykach wiedzie górnictwo i wydobywanie – wskaźnik wypadkowości wyniósł tam 3,41, czyli jeden wypadek na 293 pracowników. Tuż za nim plasuje się sektor dostarczania wody, gospodarowania ściekami i odpadami oraz rekultywacji (3,34). Trzecie miejsce zajmuje opieka zdrowotna i pomoc społeczna (2,03). Gdyby jednak spojrzeć tylko na wypadki śmiertelne, to na prowadzenie wysuwa się budownictwo, z kolei w kategorii wypadków ciężkich najgorzej wypada przemysł.

    Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w branży informatycznej i komunikacyjnej – wskaźnik wynosi zaledwie 0,15, co oznacza jeden wypadek na 6,7 tys. zatrudnionych. To jednocześnie jedna z najlepiej opłacanych i najbezpieczniejszych dziedzin gospodarki.

    Co jest przyczyną?

    GUS przeanalizował także okoliczności zdarzeń. Aż 40% wypadków spowodowanych było nieprawidłowym zachowaniem samego pracownika. Na drugim biegunie znajdują się problemy z organizacją stanowiska pracy czy stan psychofizyczny zatrudnionego. Najczęstszą czynnością wykonywaną przez poszkodowanego w chwili wypadku było… zwykłe poruszanie się – dotyczyło to 45,7% przypadków.

    Jeśli chodzi o rodzaj urazów, zdecydowanie dominują obrażenia kończyn, zwłaszcza górnych – stanowią one 76,6% wszystkich kontuzji. Kolejne 11% to urazy głowy, a poniżej 5% – tułowia i kręgosłupa.

    Praca zdalna też niesie ryzyko

    Choć praca zdalna jest uznawana za bezpieczniejszą, w pierwszym kwartale 2026 roku odnotowano 42 wypadki podczas wykonywania obowiązków w formie telepracy. Dla porównania, rok wcześniej było ich 46, więc nastąpił nieznaczny spadek.

    Rolnictwo – pominięty, ale niebezpieczny

    Statystyki GUS nie obejmują indywidualnych gospodarstw rolnych. Tam w pierwszym kwartale 2026 roku doszło do 1 686 wypadków, w tym 16 śmiertelnych. Gdyby dodać te liczby do ogólnego zestawienia, skala problemu byłaby jeszcze większa.

    Podsumowanie

    Dane GUS wyraźnie pokazują, że bezpieczeństwo w polskich zakładach pracy wymaga pilnej uwagi. Wzrost wskaźnika wypadkowości o 20% rok do roku to sygnał, którego nie można bagatelizować. Zarówno pracodawcy, jak i pracownicy muszą zdawać sobie sprawę, że za niemal połowę zdarzeń odpowiada po prostu ruch – a ten jest nieodłącznym elementem każdej pracy.

  • Listy zastawne kontra obligacje skarbowe: gdzie jest lepsza stopa zwrotu?

    Listy zastawne kontra obligacje skarbowe: gdzie jest lepsza stopa zwrotu?

    Majowa sprzedaż obligacji skarbowych okazała się najniższa w tym roku. Czy to znak, że polscy inwestorzy indywidualni kierują się w stronę innych produktów? O tym we wtorkowym programie „Prosto z Parkietu” będzie rozmawiał Przemysław Tychmanowicz z Emilem Szwedą, redaktorem naczelnym Obligacje.pl. Wśród pytań pojawią się kwestie przyszłej sprzedaży obligacji skarbowych, kryteriów wyboru papierów oraz atrakcyjności obligacji korporacyjnych i listów zastawnych.

    Listy zastawne: detal kontra instytucje

    Tymczasem na rynku listów zastawnych rysuje się wyraźna różnica w oprocentowaniu dla różnych grup nabywców. W czerwcu mBank Hipoteczny zadebiutował w segmencie detalicznym z własną emisją tych papierów. Indywidualni inwestorzy otrzymali 25 pkt bazowych marży powyżej stopy referencyjnej – dokładnie tyle, ile wcześniej zaoferował PKO Bank Hipoteczny w dwóch emisjach (na 1,1 mld zł i 1,0 mld zł), które spotkały się z ogromnym zainteresowaniem. Obie instytucje ustaliły stawki, które rynek detaliczny uznał za atrakcyjne.

    Zupełnie inaczej wyglądają warunki dla profesjonalistów. W lutym ubiegłego roku PKO Bank Hipoteczny zapłacił inwestorom profesjonalnym za listy zastawne 0,8 pkt proc. marży ponad WIBOR 3M. W czerwcu br. ING BH pozyskał od inwestorów profesjonalnych 1 mld zł, płacąc im również 0,8 pkt proc. ponad WIBOR – to zaledwie 2 pkt bazowe więcej niż we wrześniu ub.r., co wskazuje na stabilizację warunków rynkowych. Z kolei w październiku ub.r. mBank Hipoteczny zaoferował profesjonalistom marżę w wysokości 75 pkt bazowych. Emisje mBanku Hipotecznego i ING BH miały zbliżone parametry i identyczne ratingi, więc można przyjąć, że gdyby mBank Hipoteczny dziś plasował listy wśród instytucji, zapłaciłby im około 0,8 pkt proc. ponad WIBOR – podobnie jak ING BH. To nominalnie około 4,65% wobec 4% dla detalistów, a przy tym konstrukcja oparta o WIBOR (który zwykle rośnie przed podwyżkami stóp) jest w obecnych warunkach mniej korzystna.

    Aktywne na rynku instytucjonalnym są także banki hipoteczne Pekao i Millennium, które płacą za swoje listy zastawne mniej więcej tyle samo, co wspomniana trójka.

    Dlaczego detaliści dostają mniej?

    Inwestorzy indywidualni nie mają bezpośredniego dostępu do emisji instytucjonalnych. Owszem, te papiery są notowane na Catalyst, ale ich płynność jest literalnie zerowa. Alternatywą są fundusze dłużne, w których listy zastawne stanowią jedynie dodatek do portfela, a inwestor ponosi dodatkowe ryzyko i opłaty za zarządzanie. Dlatego detaliczne emisje listów zastawnych są dla banków hipotecznych tańszym źródłem finansowania niż emisje kierowane do profesjonalistów – i właśnie dlatego są przeprowadzane.

    Porównanie z obligacjami skarbowymi

    Dla indywidualnych inwestorów realną alternatywą pozostają oszczędnościowe obligacje skarbowe. Resort finansów oferuje papiery roczne oprocentowane równo stopie referencyjnej (w pierwszym miesiącu nieco wyżej) oraz dwuletnie z marżą 15 pkt bazowych. Tymczasem trzyletnie listy zastawne dają 25 pkt bazowych marży. Na pierwszy rzut oka oferta mBanku zawiera premię za wydłużenie okresu inwestycji o rok, ale lista PKO Banku Hipotecznego jest nawet bardziej nadzabezpieczona niż wymaga tego ustawa, co oznacza jeszcze niższe ryzyko mimo identycznego ratingu.

    W tym porównaniu kluczowe są jednak dwie rzeczy. Po pierwsze, oprocentowanie obligacji oszczędnościowych ustala arbitralnie Ministerstwo Finansów, a nie rynek – przykładowo trzylatki oszczędnościowe dają 4,4%, podczas gdy hurtowe mają rentowność 4,7%. Po drugie, listy zastawne mają ratingi o kilka oczek wyższe niż obligacje skarbowe, są więc papierami o niższym ryzyku kredytowym. Dziś różnica ta wydaje się akademicka, ale historia pokazuje, że przedwojenne obligacje skarbowe nigdy nie zostały spłacone, podczas gdy przedwojenne roszczenia majątkowe do nieruchomości są przynajmniej niekiedy uznawane przez sądy.

    Na pytanie, czy inwestorzy indywidualni rzeczywiście przesuwają się w stronę listów zastawnych, odpowiedzi można będzie szukać we wtorkowym programie „Prosto z Parkietu”, gdzie Przemysław Tychmanowicz porozmawia z Emilem Szwedą, redaktorem naczelnym Obligacje.pl.

  • Cyberoszustwa w natarciu: fałszywe strony rosną o 70%, a przestępcy podszywają się pod polityków

    Cyberoszustwa w natarciu: fałszywe strony rosną o 70%, a przestępcy podszywają się pod polityków

    Skala cyberprzestępczości w Polsce przybiera na sile. W 2024 roku liczba fałszywych stron internetowych wzrosła aż o 70% w porównaniu z rokiem poprzednim. Do tego dochodzi nowa, wyjątkowo podstępna metoda – przestępcy coraz częściej podszywają się pod polityków i wysoko postawionych urzędników, by atakować polskie firmy i spółki Skarbu Państwa.

    Lawina fałszywych stron i reklam

    Z danych CERT Polska i CSIRT KNF wynika, że w 2024 roku zidentyfikowano blisko 46 tysięcy stron z fałszywymi ofertami inwestycyjnymi, 4 tysiące fikcyjnych ankiet wyłudzających dane oraz 11 tysięcy oszukańczych reklam w mediach społecznościowych, które udało się zablokować. To wzrost o ponad dwie trzecie w porównaniu z 2023 rokiem.

    W odpowiedzi na to zagrożenie PKO BP, największy polski bank, uruchomił kampanię edukacyjną pod hasłem „Rekłamy – reklamy, które kłamią”. Jej celem jest pokazanie mechanizmów stosowanych przez cyberprzestępców.

    St. asp. Monika Przestrzelska, p.o. rzecznika prasowego Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, zwraca uwagę, że zgłoszenia o oszustwach napływają do policji codziennie. Skala jest ogromna, ponieważ jeden oszust w sieci może zaatakować tysiące osób – ma to potencjalnie większy zasięg niż tradycyjna przestępczość uliczna. Główną metodą pozostaje socjotechnika i manipulacja. Przestępcy wykorzystują wizerunek znanych osób, by zdobyć zaufanie i nakłonić do fałszywych inwestycji. Schemat często zaczyna się od kliknięcia w link i podania danych kontaktowych, a później oszuści sami dzwonią do ofiary. Coraz częściej stosują też sztuczną inteligencję do modyfikowania głosu i tworzenia fałszywych materiałów wideo.

    – Czerwoną lampkę powinny zapalić hasła wywierające presję czasu, takie jak „zrób to szybko, bo oferta jest krótkoterminowa”. Podejrzane są też zwroty w stylu „mi się udało, tobie też się uda” oraz wszelkie porady, by „nie ufać bankowi”. Inwestycje wymagające natychmiastowego działania są bardzo ryzykowne – ostrzega Przestrzelska.

    Nowa fala ataków: podszywanie się pod polityków

    Jak wynika z komunikatu pełnomocnika rządu do spraw cyberbezpieczeństwa Krzysztofa Gawkowskiego, cyberprzestępcy opracowali kolejną metodę. Zakładają fałszywe konta na popularnych komunikatorach – WhatsApp, Signal – wykorzystując zdjęcia i dane osobowe pobrane z oficjalnych profili osób zajmujących kierownicze stanowiska w administracji rządowej. Następnie wysyłają wiadomości do menedżerów firm i spółek państwowych. Celem jest wyłudzenie poufnych informacji, rozprzestrzenienie złośliwego oprogramowania lub kradzież pieniędzy.

    Gawkowski apeluje o szczególną ostrożność przy otrzymywaniu nieoczekiwanych wiadomości z linkami – zarówno przez SMS, e-mail, jak i komunikatory. W razie wątpliwości zaleca bezpośredni kontakt z sekretariatem odpowiedniego urzędu. Podkreśla, że rządowi urzędnicy używają do kontaktów wyłącznie kanałów wymienionych na stronach w domenie gov.pl w zakładce „Kontakt” oraz w Biuletynie Informacji Publicznej. Dodatkowo państwo udostępnia bezpieczne narzędzia, takie jak komunikator mSzyfr oraz system łączności niejawnej SKR-Z.

    Jak się bronić i co robić w razie ataku?

    Eksperci są zgodni: kluczowa jest szybka reakcja. Jeśli podejrzewasz, że padłeś ofiarą oszustwa, natychmiast skontaktuj się z bankiem, aby zablokować konto i transakcje. Dopiero w drugiej kolejności zgłoś sprawę na policję. Kolejność jest kluczowa, bo przestępcy potrafią wyczyścić konto w kilka minut.

    Podejrzane domeny i incydenty bezpieczeństwa można zgłaszać do CERT Polska, działającego w ramach NASK. Na ich stronie internetowej dostępna jest prosta zakładka do dokonywania zgłoszeń.

    Ważne jest też regularne szkolenie kadry kierowniczej w zakresie zagrożeń związanych z komunikatorami internetowymi – takie szkolenia realizuje Ministerstwo Cyfryzacji we współpracy z NASK-PIB w ramach projektu SecureV. Nie należy ufać pierwszej lepszej ofercie znalezionej w internecie, a każdą propozycję inwestycyjną warto skonsultować z zaufaną osobą lub pracownikiem banku.

    Przestępcy nie ustają w poszukiwaniu nowych metod – zarówno masowych ataków na klientów banków, jak i precyzyjnie wymierzonych w kadrę zarządzającą firm. Dlatego czujność i znajomość podstawowych zasad cyberhigieny to dziś nie luksus, a konieczność.

  • Kupujesz używany telefon lub laptop? Ministerstwo Finansów szykuje ważną zmianę w PCC

    Kupujesz używany telefon lub laptop? Ministerstwo Finansów szykuje ważną zmianę w PCC

    Planujesz zakup używanego smartfona, mebli czy roweru od osoby prywatnej? Jeśli cena przekracza 1000 zł, obecnie musisz zapłacić podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC). Ministerstwo Finansów chce jednak podnieść ten limit do 3 tys. zł, co miałoby odciążyć zarówno podatników, jak i administrację skarbową.

    Obecne zasady – kto płaci PCC?

    Dziś każda umowa kupna-sprzedaży używanego przedmiotu o wartości powyżej 1000 zł podlega opodatkowaniu stawką 2%. Dotyczy to nie tylko samochodów, ale też telefonów, laptopów, sprzętu RTV, mebli, a nawet zwierząt – jak wynika z orzecznictwa sądów administracyjnych. Nabywca ma 14 dni na złożenie deklaracji PCC-3 i wpłatę podatku do urzędu skarbowego. Problem w tym, że wiele osób po prostu nie wie o tym obowiązku.

    Co proponuje Ministerstwo Finansów?

    Resort przygotował projekt (nr UD 372), który zakłada podniesienie zwolnienia z PCC dla używanych rzeczy do 3 tys. zł. Oznacza to, że przy zakupie przedmiotu o wartości do 3 tys. zł nie trzeba będzie ani płacić podatku, ani składać deklaracji. Zmiana ma wejść w życie po zakończeniu prac legislacyjnych – konkretny termin nie został jeszcze podany.

    Dlaczego limit ma wzrosnąć aż trzykrotnie?

    Ministerstwo argumentuje, że ściąganie podatku od niskich kwót jest po prostu nieopłacalne. Przykładowo: od 1000 zł podatek wynosi zaledwie 20 zł. Koszty postępowań podatkowych, egzekucji, przesyłek i pracy urzędników często przewyższają tę kwotę. Jak czytamy w uzasadnieniu, „koszty postępowań podatkowych w przypadku nieuiszczenia podatku, koszt przesyłki oraz koszty osobowe, zbliżają się bądź przewyższają kwotę należnego podatku”.

    Wybór akurat 3 tys. zł nie jest przypadkowy. Od czasu ustalenia pierwotnego limitu w 2001 r. przeciętne wynagrodzenie w Polsce wzrosło o 297%, a siła nabywcza obywateli potroiła się. Nowy limit ma odzwierciedlać te zmiany makroekonomiczne.

    Czy zmiana dotyczy wszystkich rzeczy?

    Warto pamiętać, że PCC nie obowiązuje przy zakupie nowych przedmiotów objętych VAT – nawet jeśli sprzedawca zastosował zwolnienie z tego podatku. Nowa regulacja obejmie wyłącznie rzeczy używane, czyli zasadniczo nieopodatkowane VAT. Resort zastrzega przy tym, że umowa sprzedaży nie podlega PCC, jeśli przynajmniej jedna ze stron jest zwolniona z VAT z tytułu dokonania tej czynności (z wyjątkami określonymi w przepisach ustawy o PCC).

    Skąd urząd wie, że kupiłeś używaną rzecz?

    Ministerstwo Finansów już wcześniej wyjaśniało, w jaki sposób skarbówka namierza transakcje. Podstawą jest analiza ryzyka, która uwzględnia zarówno wewnętrzne bazy Krajowej Administracji Skarbowej, jak i dane zewnętrzne – w tym informacje z portali ogłoszeniowych oraz raporty przekazywane do KAS. Innymi słowy, jeśli ogłosisz sprzedaż używanego laptopa na popularnym serwisie, urząd może to wychwycić. Do tego dochodzą donosy i kontrole krzyżowe.

    Kary za niezgłoszenie – nawet do 96 tys. zł

    Pomimo niskiej świadomości podatkowej, konsekwencje braku zgłoszenia są poważne. Jeśli podatnik nie zapłaci PCC, grozi mu kara w wysokości od 1/10 minimalnego wynagrodzenia (od stycznia 2026 r. to 480 zł) aż do 20-krotności pensji minimalnej, czyli nawet 96 tys. zł. Wysokość sankcji zależy od skali naruszenia i decyzji urzędu.

    Przykładowo: zakup kota rasy maine coon za 12 tys. zł wymaga dziś zapłaty 240 zł PCC. Jeśli nabywca tego nie zrobi, minimalna kara wyniesie już 480 zł – czyli dwukrotność podatku. Po podniesieniu limitu do 3 tys. zł transakcje do tej kwoty przestałyby być opodatkowane.

    Projekt z wykazu UD 372 został już opublikowany i czeka na dalsze etapy legislacyjne.

  • Trzy weta Nawrockiego: największa reforma podatkowa XXI wieku odrzucona

    Trzy weta Nawrockiego: największa reforma podatkowa XXI wieku odrzucona

    Prezydent Karol Nawrocki w czwartek zawetował trzy ustawy, wśród nich kluczową nowelizację Ordynacji podatkowej i Kodeksu karnego skarbowego – największą w tym stuleciu reformę systemu podatkowego. To nie koniec: po raz trzeci odrzucił też ustawę o rynku kryptoaktywów, a weto objęło również nowelizację dotyczącą świadczeń zdrowotnych. Równocześnie prezydent podpisał siedem innych ustaw, w tym dwie podatkowe.

    Dlaczego prezydent odrzucił reformę podatkową?

    Ustawa nad którą pracowało Ministerstwo Finansów (druk nr 2288) miała usunąć przepis pozwalający fiskusowi na wszczynanie postępowań karnoskarbowych tylko po to, by zawiesić bieg przedawnienia zobowiązań. Wiceminister finansów Jarosław Neneman podkreślał, że resortowi zależało na tym, aby podatki po pięciu latach rzeczywiście się przedawniały. Problem w tym, że nowela przewidywała również możliwość ścigania przestępców skarbowych nawet po przedawnieniu zobowiązania – co budziło poważne wątpliwości konstytucyjne.

    Neneman przyznał, że to właśnie ten przepis wzbudza największe obawy opinii publicznej. W swoim wystąpieniu argumentował:

    Przestępca, który okradł Skarb Państwa na miliony, nie powinien być bezkarny tylko dlatego, że urząd przez pięć lat nie był w stanie zobowiązania wyegzekwować (z różnych powodów).

    Biuro Legislacyjne Senatu oceniło jednak, że propozycja ta czyni przedawnienie „jedynie pozornym” i jest niezgodna z konstytucją.

    Prezydent Nawrocki w nagraniu na platformie X argumentował podobnie:

    „Państwo nie może tworzyć sytuacji, w której obywatel działa zgodnie z obowiązującymi przepisami, a po latach dowiaduje się, że państwo znalazło tylną furtkę na obejście własnych reguł” – mówił prezydent.

    Nawrocki wskazał, że nowela tworzyła mechanizmy pozwalające dochodzić roszczeń podatkowych bez faktycznego ograniczenia czasowego, co narusza art. 2 i art. 217 Konstytucji RP. Zwrócił też uwagę na ryzyko utraty prawa podatników do obrony – po przedawnieniu mogą bowiem zniszczyć dokumentację, a nowe przepisy narażałyby ich na postępowania wiele lat później. Prezydent ostrzegł również, że nowe regulacje mogłyby zakłócić konstytucyjny podział władzy, dając sądom karnym możliwość przejęcia zadań należących do administracji skarbowej i sądów administracyjnych.

    Nowelizacja przewidywała także zmianę sposobu liczenia terminu przedawnienia dla dochodzenia podatku od przychodów z nieujawnionych źródeł – pięcioletni bieg miałby się rozpoczynać od końca roku kalendarzowego następującego po roku powstania obowiązku podatkowego. Dodatkowo likwidowano przesłankę zawieszania przedawnienia przez wszczęcie postępowania karnego skarbowego, ale wprowadzano nową podstawę zawieszenia w przypadku postępowań dotyczących unikania opodatkowania.

    Kryptoaktywa i zdrowie – trzecie weto i „wrzutka” językowa

    Trzecie weto do ustawy o rynku kryptoaktywów potwierdza, że prezydent konsekwentnie blokuje regulacje w tej dziedzinie. Z kolei nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej przewidywała m.in. dostęp do leczenia antyretrowirusowego dla osób żyjących z HIV niezależnie od statusu ubezpieczeniowego oraz finansowanie badań pacjentów z WZW C w zakładach karnych z NFZ zamiast z budżetu Ministerstwa Zdrowia. Do ustawy dołączono jednak przepis wydłużający o rok termin na przedłożenie certyfikatu znajomości języka polskiego (poziom B1) dla lekarzy spoza Unii Europejskiej, np. z Ukrainy – do 1 maja 2027 r. Miało to ułatwić działanie szpitalom. Prezydent uznał, że cały pakiet wymaga ponownej analizy.

    Co prezydent podpisał?

    Podpis zyskały dwie nowelizacje podatkowe. Pierwsza (druk 2445) wydłuża termin na składanie plików JPKPIT i JPKCIT do 31 lipca po zakończeniu roku podatkowego. Druga (druk 2489) przedłuża o rok zwolnienia z podatku od spadków i darowizn dla środków przeznaczonych na usuwanie skutków powodzi.

    Prezydent zatwierdził też nowelizację ustawy o kuratorach sądowych, o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, a także ustawy związane z rozwojem e-zdrowia oraz udziałem Polski w systemie Eurodac.

    W efekcie trzy kontrowersyjne projekty – w tym kluczowa reforma podatkowa – wracają do Sejmu. Siedem pozostałych ustaw weszło w życie zgodnie z procedurą.