Blog

  • XTB rozszerza ofertę o handel opcjami. Gdzie już można z nich korzystać?

    XTB rozszerza ofertę o handel opcjami. Gdzie już można z nich korzystać?

    Czy polski broker idzie w ślady amerykańskich gigantów? XTB właśnie wprowadził handel opcjami, ale na razie nie w Polsce. To potwierdzona wiadomość, która może zmienić grę dla aktywnych inwestorów w Europie.

    Hiszpania i Niemcy na pierwszy ogień

    Zgodnie z zapowiedziami, wraz z końcem I kwartału 2026 roku, XTB rozszerzyło funkcjonalność swojej aplikacji. Klienci w Hiszpanii i Niemczech zyskali dostęp do handlu opcjami. To konkretny krok w realizacji planów brokera.

    Jak wygląda oferta? XTB umożliwia inwestowanie w opcje typu amerykańskiego na 110 najpopularniejszych amerykańskich akcji oraz funduszy ETF. Moduł opcyjny obejmuje również opcje 0DTE (Zero Days to Expiration) na wybrane instrumenty bazowe. Dodatkowo dostępna jest możliwość handlu opcjami w ułamkowych wolumenach.

    Co na to prezes?

    Omar Arnaout, prezes XTB, komentuje ten ruch w kontekście globalnych trendów.

    „Dane dotyczące rosnącej popularności handlu opcjami w Stanach Zjednoczonych jasno pokazują, że są to instrumenty zyskujące na znaczeniu wśród inwestorów indywidualnych” – mówi Arnaout. I dodaje: „W najbliższych miesiącach będziemy kontynuować ekspansję opcji na kolejne rynki europejskie”.

    To wyraźna zapowiedź dalszych działań. Ale co z rodzimym rynkiem?

    A co z Polską?

    Na razie nie wiadomo, kiedy XTB wprowadzi opcje również w Polsce. Firma podkreślała, że jest gotowa ruszyć z tym produktem, ale potrzebna jest do tego zgoda Komisji Nadzoru Finansowego. Ekspansja w Europie trwa, ale na polski debiut przyjdzie nam jeszcze poczekać.

    Rewolucja w wykresach już tu jest

    Ale to nie wszystko! W ostatnim czasie XTB wprowadziło również nowe wykresy oparte na technologii TradingView. Dzięki tej zmianie inwestorzy mogą korzystać z szerokiego zestawu konfigurowalnych wykresów, wskaźników oraz alertów, a także składać zlecenia bezpośrednio z poziomu wykresu.

    Funkcje rysowania, dodawania wskaźników oraz zapisywania ustawień wykresów są dostępne na wszystkich rynkach w aplikacji mobilnej. Natomiast te funkcjonalności na platformie webowej są dostępne na rynkach z wprowadzonym handlem opcjami – czyli na start w Hiszpanii i Niemczech.

    Nowa era dla inwestorów?

    Wprowadzenie handlu opcjami to kolejny krok XTB w rozwoju oferty. Broker odpowiada na rosnące potrzeby inwestorów indywidualnych, którzy chcą realizować bardziej złożone strategie. Połączenie nowych instrumentów z zaawansowanymi wykresami TradingView tworzy potężny pakiet.

    Ekspansja na kolejne rynki europejskie jest tylko kwestią czasu. Śledźcie dalsze komunikaty – na pewno usłyszymy o nowych krajach, w których opcje w XTB staną się rzeczywistością.

  • Trump ostrzega Iran: „Cała cywilizacja zginie dziś w nocy”. Teheran odrzuca ultimatum i stawia własne warunki

    Trump ostrzega Iran: „Cała cywilizacja zginie dziś w nocy”. Teheran odrzuca ultimatum i stawia własne warunki

    Czy świat stoi na krawędzi przełomowego wydarzenia, które na zawsze zmieni historię? Prezydent USA Donald Trump w dramatycznym wpisie na platformie Truth Social zapowiedział, że dziś w nocy zginie cała cywilizacja i nigdy już nie powróci.

    „Nie chcę, żeby tak się stało, ale prawdopodobnie tak będzie. Dowiemy się tego dziś wieczorem, w jednym z najważniejszych momentów w długiej i złożonej historii świata. 47 lat wymuszeń, korupcji i śmierci w końcu dobiegnie końca. Niech Bóg błogosławi wspaniały naród Iranu!” — napisał Trump.

    Ale to nie wszystko. W tle tych apokaliptycznych zapowiedzi rozgrywa się prawdziwa wojna nerwów i realne ataki.

    Iran odrzuca amerykańską propozycję. Mówi: „Tylko trwały pokój”

    Według informacji agencji Reuters, powołującej się na wysokiego rangą przedstawiciela władz irańskich, Teheran odrzucił propozycje zawarcia tymczasowego rozejmu. Źródło podało, że Iran nie dąży do krótkotrwałego zawieszenia broni, lecz do negocjacji w sprawie „trwałego pokoju”.

    Władze Iranu uzależniają rozpoczęcie rozmów od wcześniejszego zaprzestania działań zbrojnych przez USA i Izrael. To dopiero początek ich długiej listy żądań.

    Oto warunki Teheranu. Odszkodowania i opłaty za Ormuz

    Według informacji przekazanych przez Reutersa, Teheran oczekuje przede wszystkim natychmiastowego wstrzymania ataków przez Stany Zjednoczone oraz Izrael, a także gwarancji, że działania militarne nie zostaną wznowione. Jednym z kluczowych żądań jest również wypłata odszkodowań za szkody powstałe w trakcie konfliktu.

    Tu pojawia się prawdziwy gospodarczy haczyk. Istotnym elementem propozycji Iranu jest także wprowadzenie opłat dla statków przepływających przez Cieśninę Ormuz — jedną z najważniejszych tras transportu ropy i gazu na świecie.

    Teheran chce, aby wysokość opłat była uzależniona m.in. od rodzaju jednostki i przewożonego ładunku. Według wcześniejszych doniesień mogłoby to oznaczać nawet opłatę rzędu 2 mln dol. za jeden przepływ statku. Środki te miałyby zostać przeznaczone na odbudowę kraju po zniszczeniach wojennych.

    Ale lista jest dłuższa. Wśród postulatów znalazły się także zniesienie sankcji nałożonych na Iran oraz zakończenie działań militarnych wobec jego sojuszników w regionie. Teheran domaga się również, by Izrael zaprzestał operacji przeciwko Hezbollahowi w Libanie.

    Nowe stanowisko wpisuje się w szerszy, 10-punktowy plan zakończenia konfliktu, który Iran zaprezentował wcześniej po odrzuceniu amerykańskiej inicjatywy pokojowej przekazanej za pośrednictwem Pakistanu.

    Ultimatum Trumpa i atak na strategiczną wyspę

    W sobotę Donald Trump zapowiedział, że „jeśli Iran nie otworzy cieśniny Ormuz do wtorku wieczorem, straci wszystkie elektrownie i mosty”. Później w serwisie Truth Social zamieścił wpis, w którym najwyraźniej ponownie przesunął ultimatum: „Wtorek, godzina 20 czasu wschodnioamerykańskiego!” (tj. godz. 2 w nocy z wtorku na środę w Polsce).

    I wygląda na to, że słowa zamieniają się w czyny. We wtorek półoficjalna agencja Mehr, cytowana przez dpa, poinformowała, że irańska wyspa Chark w Zatoce Perskiej jest atakowana. Przez wyspę położoną u południowo-zachodnich wybrzeży Iranu przechodzi około 90 proc. eksportu irańskiej ropy.

    Rakiety trafiły w dok, bazę Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i lotnisko — przekazał brytyjski dziennik „The Telegraph”. Amerykański „Wall Street Journal” poinformował zaś, że siły USA zaatakowały 50 celów wojskowych na wyspie.

    Wtorkowe ataki na Chark można uznać za ostrzeżenie dla Teheranu, że Trump traktuje swoje groźby poważnie — podkreślił „The Telegraph”. Siły amerykańskie ostrzelały wyspę Chark już w połowie marca. USA podkreślały wówczas, że celem były obiekty militarne, a nie petrochemiczne.

    W marcu media informowały, że prezydent USA Donald Trump rozważał atak na Chark. Spekulowały, że zajęcie wyspy mogłoby wywrzeć presję na Iran i zmusić go do ponownego otwarcia Ormuzu.

    Co dalej?

    Mamy więc do czynienia z niebezpiecznym impasem. Z jednej strony dramatyczne ultimatum i zapowiedź końca cywilizacji ze strony przywódcy najpotężniejszego państwa świata. Z drugiej — stanowcza odmowa i własny, szeroki plan pokojowy ze strony Iranu, poparty realnym atakiem na kluczowy punkt jego gospodarki. Godziny mijają, a stawka jest niewyobrażalnie wyska.

  • Zondacrypto w ogniu krytyki. Prezes zaprzecza, politycy szukają winnych

    Zondacrypto w ogniu krytyki. Prezes zaprzecza, politycy szukają winnych

    Czy największa polska giełda kryptowalut ma realne problemy z wypłacalnością? Doniesienia o opóźnieniach w wypłatach dla klientów wywołały prawdziwą burzę, a w sprawie zabrali głos zarówno prezes platformy, jak i czołowi politycy. Oto co wiemy.

    Alarmujące doniesienia i spadek rezerw BTC

    Jako pierwsza o problemach Zondacrypto poinformowała „Gazeta Wyborcza”. Z jej doniesień wynikało, że firma przestała wypłacać pieniądze klientom. Jeden z użytkowników relacjonował: „Przez trzy dni nie mogli mi wypłacić drobnej sumy. Support zasłaniał się jakimiś transferami między portfelami”.

    Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej. Serwis Money, powołując się na analizę firmy Recoveris, podaje zatrważające dane. Średni miesięczny stan BTC na portfelach Zondacrypto spadł z około 55,7 BTC w sierpniu 2024 r. do zaledwie 0,18 BTC w marcu 2026 r. To oznacza spadek o 99,7 proc. Co istotne, to wypłaty Bitcoina miały w ostatnich dniach sprawiać największe kłopoty.

    Dodatkowe ustalenia są jeszcze bardziej niepokojące. W ostatnich czterech miesiącach z giełdy wytransferowano aktywa o łącznej wartości przekraczającej 21 mln dol. (ok. 77,5 mln zł). Na domiar złego, estońska administracja państwowa informuje, że zaległości podatkowe firmy w tym kraju wynoszą ponad 105 tys. euro (ok. 448,5 tys. zł).

    Stanowcza odpowiedź prezesa Krala

    Na te doniesienia musiał zareagować prezes giełdy, Przemysław Kral. W oficjalnym oświadczeniu stanowczo zaprzecza on przedstawionym tezom.

    „Teza o »wyparowaniu 99 proc. rezerw« opiera się na fundamentalnym błędzie analitycznym — zbadaniu wyłącznie tzw. gorących portfeli (hot wallets). Przypominam, że gorące portfele służą wyłącznie do obsługi bieżących, operacyjnych wypłat. Środki klientów, zgodnie z najwyższymi rynkowymi standardami, przechowujemy na portfelach zimnych (cold wallets), całkowicie odciętych od sieci” — czytamy w oświadczeniu.

    Prezes przekonuje, że utrzymywanie minimalnych sald na „gorących” portfelach to świadoma strategia zarządzania płynnością, a nie oznaka słabości. Odnosi się też do transferów milionowych kwot, twierdząc, że to „absolutnie standardowe operacje rynkowe”.

    A co z długiem w Estonii? Kral tłumaczy to „siedmiodniowym opóźnieniem w zaksięgowaniu jednej z płatności” w skomplikowanej architekturze księgowej. Jak twierdzi, zobowiązanie zostało uregulowane natychmiast po jego zidentyfikowaniu. Jego zdaniem, „Zondacrypto jest stabilnym, wypłacalnym i bezpiecznym podmiotem”.

    Polityczna piłka w grze

    Sprawa natychmiast stała się politycznym piłeczkiem. Głos zabrał minister spraw wewnętrznych i administracji, Marcin Kierwiński. Na portalu X napisał: „Nie zdziwię się, gdy pewna kryptowalutowa giełda padnie, tysiące inwestorów obudzi się bez oszczędności życia, a Karol Nawrocki i PiS staną w forpoczcie ich obrońców. Założycie się?”.

    Z kolei poseł Sławomir Mentzen stanowczo odrzuca jakąkolwiek odpowiedzialność swoją i prezydenta Karola Nawrockiego. W długim wpisie wskazuje palcem na instytucje państwowe.

    „Prawda jest zupełnie odwrotna. Odpowiedzialność za tę sytuację ponosi KNF oraz rząd Donalda Tuska, a przyjęcie ich ustawy nie zmieniłoby w sprawie zondy nic” — twierdzi Mentzen.

    Kluczowy jego argument? Nawet przyjęta ustawa implementująca unijne rozporządzenie MiCA miałaby okres przejściowy do czerwca 2026 roku, więc i tak nic by teraz nie zmieniła. Poza tym, jak przypomina, Zondacrypto jest zarejestrowana w Estonii, a „wrogie działania KNF” miały ją tam wyrzucić. W efekcie polski regulator nie ma nad nią realnej władzy.

    Mentzen proponuje własne rozwiązanie: przyjęcie projektu ustawy o krypto autorstwa prof. Piecha, złożonego przez Konfederację. Ostrzega też, że obecna sytuacja skazuje Polaków na zagraniczne giełdy i nadzory.

    Co dalej z Zondacrypto?

    Narracje są więc skrajnie różne. Z jednej strony mamy zatrważające dane o spadku rezerw i problemach klientów, a z drugiej stanowcze zapewnienia prezesa o pełnej wypłacalności. Cała sprawa obnażyła też głęboki polityczny spór o to, kto jest winien brakowi skutecznych regulacji na polskim rynku kryptowalut.

    Inwestorzy z niepokojem czekają na dalszy rozwój sytuacji. Czy Zondacrypto okaże się „stabilnym i bezpiecznym podmiotem”, jak zapewnia jej szef? Czy może potwierdzą się najczarniejsze scenariusze? Czas pokaże. Na razie warto zachować czujność.

  • Iran odrzuca plan pokojowy. Zamiast rozejmu stawia własne, twarde warunki

    Iran odrzuca plan pokojowy. Zamiast rozejmu stawia własne, twarde warunki

    Czy napięcia wokół Cieśniny Ormuz mogą wreszcie znaleźć dyplomatyczne rozwiązanie? W ciągu ostatnich 48 godzin na stole pojawiły się dwie zupełnie różne wizje zakończenia konfliktu. Jedna pochodzi od Pakistanu, druga – od samego Teheranu. I ta druga jest znacznie bardziej wymagająca.

    Pakistański plan: dwuetapowe „Porozumienie Islamabadzkie”

    Jak donosił Reuters, Pakistan opracował i przekazał Iranowi oraz Stanom Zjednoczonym szczegółowy plan zakończenia działań wojennych. Zakładał on dwuetapowe podejście.

    Pierwszy krok to natychmiastowe zawieszenie broni, które miałoby wejść w życie już w poniedziałek. Jego bezpośrednim efektem byłoby ponowne otwarcie strategicznej Cieśniny Ormuz. To kluczowa informacja dla rynków energii, które od miesięcy drżą z powodu zmienności wywołanej konfliktem.

    „Wszystkie elementy muszą zostać uzgodnione dzisiaj” – powiedział informator Reutersa.

    Drugi etap to sfinalizowanie szerszego porozumienia w ciągu 15–20 dni. Roboczo nazwano je „Porozumieniem Islamabadzkim”. Miało ono obejmować regionalne ramy dla cieśniny, a ostateczne rozmowy miałyby się odbyć osobiście w stolicy Pakistanu.

    W tle działał sam dowódca pakistańskiej armii, marszałek polowy Asim Munir, który „przez całą noc” kontaktował się z wiceprezydentem USA J.D. Vance’em i irańskim ministrem spraw zagranicznych. Prezydent USA Donald Trump publicznie nalegał na szybkie zakończenie konfliktu. Ale Iran… milczał.

    Odpowiedź Teheranu: nie rozejm, tylko trwały pokój na naszych warunkach

    I wreszcie odpowiedź nadeszła. We wtorek Reuters poinformował, że Iran odrzucił propozycje tymczasowego rozejmu. Zamiast tego przedstawił własne warunki wstępne do rozmów o „trwałym pokoju”.

    A warunki są konkretne. Teheran żąda, by USA i Izrael natychmiast zaprzestały ataków i zagwarantowały, że ich nie wznowią. Domaga się także odszkodowania za szkody wyrządzone podczas konfliktu.

    Ale to nie wszystko. Prawdziwą bombą jest żądanie dotyczące Cieśniny Ormuz.

    Przełomowa propozycja: myto za przepływ przez Ormuz

    W ramach trwałego porozumienia Iran domaga się uiszczania opłat przez statki przepływające przez Cieśninę Ormuz. To kluczowa globalna trasa tranzytowa dla ropy i gazu z krajów Zatoki Perskiej.

    Wysokość opłat miałaby się różnić w zależności od rodzaju jednostki i ładunku. Emiracki portal Gulf Business News podał nawet konkretną kwotę: 2 miliony dolarów od każdego statku. Teheran zapowiedział, że dzieliłby się tymi wpływami z Omanem, przez którego wody również przebiega cieśnina.

    Z zebranych w ten sposób środków miałaby zostać sfinansowana odbudowa kraju – czytamy w doniesieniach.

    To radykalne żądanie kwestionuje status cieśniny jako międzynarodowego szlaku wodnego, co jest uznawane w prawie międzynarodowym, ale czego Iran nie akceptuje.

    Co jeszcze jest w grze?

    Wcześniejszy, 10-punktowy plan Iranu, odrzucony po amerykańskiej propozycji przekazanej przez Pakistan, zawierał także postulaty zniesienia sankcji oraz żądanie, by Izrael przestał walczyć z Hezbollahem w Libanie.

    Ostateczne porozumienie, o którym mówił pierwszy artykuł, miało też zawierać irańskie zobowiązanie do nierozpoczynania prac nad bronią jądrową w zamian za złagodzenie sankcji i uwolnienie zamrożonych aktywów.

    Presja czasu i ultimatum

    Cała sytuacja rozwija się pod presją czasu. Propozycja Iranu pojawiła się po tym, jak prezydent Trump postawił Teheranowi ultimatum: albo ponownie otworzy Ormuz, albo będzie musiał przygotować się na nasilone ataki.

    Inwestorzy na rynkach energii wstrzymują oddech. Stabilizacja w regionie Zatoki Perskiej jest kluczowa dla globalnych dostaw surowców. Czy pakistański plan dyplomatyczny ma szansę wobec twardych żądań Teheranu? Na razie odpowiedzi ze strony USA i Iranu nie ma. Gra toczy się o najwyższą stawkę.

  • Nowe przepisy 2026: Deweloperzy płacą nawet 1000 zł więcej za metr. Co to oznacza dla rynku?

    Nowe przepisy 2026: Deweloperzy płacą nawet 1000 zł więcej za metr. Co to oznacza dla rynku?

    Czy nowe mieszkania w 2026 roku będą lepsze, ale znacznie droższe? Od początku roku obowiązują przepisy, które mogą dodać nawet ponad 1000 zł do kosztu budowy każdego metra kwadratowego. To nie są prognozy, a twarde dane z raportu portalu RynekPierwotny.pl. Deweloperzy muszą się zmierzyć z zaostrzonymi normami technicznymi, bezpieczeństwa i planistycznymi. Jak to wpłynie na ceny mieszkań i dostępność nowych inwestycji? Sprawdzamy.

    Normy akustyczne biją po kieszeni

    Jednym z kluczowych zmian jest podniesienie standardów izolacyjności akustycznej do klasy AQ-0. Co to oznacza w praktyce? Konieczność stosowania grubszych ścian między lokalami, bardziej zaawansowanych stropów oraz specjalnych rozwiązań tłumiących drgania instalacji. To nie tylko więcej materiału, ale i bardziej skomplikowany proces budowy.

    Według raportu RynekPierwotny.pl, sam ten element podnosi koszty budowy o 100–150 zł za metr kwadratowy.

    Deweloperzy muszą uwzględniać te wymagania już na etapie projektu, co wydłuża czas przygotowania i wymaga większej precyzji. To pierwszy cios w budżet nowych inwestycji.

    Presja rynkowa na „zieloną” energię

    Tu jest ciekawy paradoks. Formalne przepisy dotyczące efektywności energetycznej się nie zaostrzyły, ale… rynek sam wymusza wyższe standardy. Kupujący coraz częściej szukają mieszkań z niskimi rachunkami, co skłania deweloperów do inwestowania w fotowoltaikę, pompy ciepła czy zaawansowane systemy izolacyjne.

    To podnosi atrakcyjność lokalu, ale też jego cenę. Presja rynkowa na „eko” rozwiązania generuje dodatkowe koszty szacowane na od 100 do 250 zł/mkw.. Standard energetyczny przestaje być tylko wymogiem, a staje się elementem walki konkurencyjnej.

    Pali się? Najdroższe są przepisy przeciwpożarowe i schronowe

    Kolejna warstwa kosztów pochodzi z doprecyzowania przepisów przeciwpożarowych, dotyczących odporności ogniowej czy systemów oddymiania. To generuje dodatkowe 50–120 zł/mkw..

    Ale prawdziwym „pożeraczem” budżetu okazują się tzw. obowiązki schronowe, wynikające z ustawy o ochronie ludności. Wymagają one wzmacniania konstrukcji żelbetowych, co zwiększa zużycie stali i betonu, oraz specjalnego projektowania garaży podziemnych.

    To najbardziej kosztowny element. Szacuje się, że nakłady z tym związane mogą wynieść od 200 do 600 zł za metr kwadratowy, a w niektórych projektach nawet więcej.

    Sumując te wszystkie składowe, w skrajnych przypadkach łączny wzrost kosztów budowy faktycznie może przekroczyć magiczną barierę 1000 zł/mkw.

    Zamieszanie z gruntami: krótkoterminowy problem?

    Nowe przepisy to nie tylko kwestie techniczne budynku. Rewolucja dzieje się też w planowaniu przestrzennym przez wprowadzenie Planów Ogólnych Gmin. Jarosław Jędrzyński z RynekPierwotny.pl wskazuje na krótkoterminowe ryzyko.

    „W gminach, które nie uchwalą planów na czas, możliwość uzyskania nowych decyzji o warunkach zabudowy (WZ) może zostać ograniczona, co przejściowo zmniejszy dostępność gruntów inwestycyjnych” – mówi ekspert.

    Efekt? Możliwy wzrost cen działek z gotowymi pozwoleniami, wydłużenie cyklu inwestycyjnego i większa ostrożność deweloperów przy uruchamianiu nowych projektów. Jednak w dłuższej perspektywie reforma może zwiększyć podaż terenów pod mieszkania, jeśli samorządy sprawnie wdrożą nowe plany. Przykłady takich pozytywnych przekształceń widziano już w Warszawie.

    Co dalej z rynkiem? Jakość w cenie

    Łączny efekt nowych regulacji jest wielowarstwowy. Wyższe koszty budowy mogą naturalnie przełożyć się na wzrost cen mieszkań na rynku pierwotnym. Deweloperzy mogą też stać się bardziej selektywni, ograniczając liczbę projektów lub skupiając się na tych o wyższej marży.

    Ale jest też druga strona medalu. Wszystkie te zmiany oznaczają znaczącą poprawę standardu nowych mieszkań – są cichsze, bezpieczniejsze i bardziej energooszczędne. Rynek staje się bardziej wymagający, a decyzje zakupowe będą coraz silniej zależeć od relacji ceny do rzeczywistej jakości i przyszłych kosztów utrzymania. Era tanich, ale podstawowych mieszkań dobiega końca. Witamy w erze mieszkania premium – za odpowiednią cenę.

  • Revolut pod ostrzałem włoskiego regulatora. Gigantyczna kara za nieuczciwe praktyki?

    Revolut pod ostrzałem włoskiego regulatora. Gigantyczna kara za nieuczciwe praktyki?

    Czy popularny fintech, który zrewolucjonizował bankowość mobilną, przekroczył granice w relacjach z klientami? Włoski regulator właśnie uderzył z całą mocą, nakładając na Revolut rekordową karę.

    Łącznie 11,5 mln euro kary

    Włoski urząd do spraw konkurencji i ochrony konsumentów (AGCM) nałożył na spółki z grupy Revolut łączną grzywnę w wysokości 11,5 miliona euro. Decyzja dotyczy Revolut Securities Europe UAB oraz Revolut Group Holdings Ltd. Zdaniem regulatora, firma wprowadzała klientów w błąd i stosowała nieuczciwe praktyki.

    „Revolut działa w oparciu o rygorystyczne włoskie standardy bankowe” – stwierdziła firma w komunikacie przytoczonym przez serwis thePaypers.com.

    Za co konkretnie zapłaci Revolut?

    Grzywny zostały nałożone za kilka konkretnych naruszeń. Najwyższe kary – po 5 milionów euro każda – dotyczą dwóch obszarów.

    Po pierwsze, za brak przejrzystych informacji o dodatkowych kosztach i ograniczeniach produktów inwestycyjnych bez prowizji. Po drugie, za agresywne działania wobec rachunków klientów, w tym blokowanie kont bez jasnych procedur.

    Ale to nie wszystko. Kolejne 1,5 miliona euro to kara za niejasne zasady migracji rachunków z litewskich na włoskie IBAN-y.

    Wprowadzanie w błąd i agresywne zarządzanie

    Włoski urząd szczegółowo opisał zarzuty. AGCM uznał, że Revolut promował inwestycje bez prowizji, nie informując klientów, że dotyczą one tzw. akcji frakcyjnych, które różnią się od pełnych akcji pod względem praw i ryzyka.

    Klienci nie byli także świadomi, że niektóre ustawienia zarządzania ryzykiem przy inwestycjach w kryptowaluty są ograniczone. Regulator zakwestionował również sposób zarządzania kontami, wskazując na blokowanie i ograniczanie rachunków bez odpowiedniego uprzedzenia i wyjaśnienia powodów.

    Revolut nie zgadza się i odwołuje

    Fintech stanowczo odrzuca zarzuty i zapowiada odwołanie do włoskiego sądu. Firma podkreśla, że ochrona klientów jest jej priorytetem, a jej komunikacja jest jasna i transparentna.

    „Monitoring transakcji i kont jest obowiązkowy i niezbędny do ochrony klientów oraz integralności systemu finansowego” – argumentuje Revolut.

    Spółka zapewnia również, że decyzja regulatora nie wpłynie na jej działalność operacyjną ani kondycję finansową. Co ciekawe, kara została ogłoszona tuż po uzyskaniu przez Revolut pełnej licencji bankowej w Wielkiej Brytanii oraz licencji organizacyjnej w Peru.

    Sygnał dla całego sektora fintech

    Ta sprawa to jasny sygnał dla całej branży finansowych technologii. Pokazuje, że europejskie instytucje coraz uważniej przyglądają się działalności fintechów, szczególnie w kluczowych obszarach ochrony użytkowników i przejrzystości usług.

    Standardy ochrony konsumentów są coraz bardziej rygorystycznie egzekwowane. Dla Revolut, który dynamicznie rozwija działalność na nowych rynkach, jest to wyraźne przypomnienie, że ekspansja musi iść w parze z najwyższymi standardami zgodności.

    Czy odwołanie firmy odniesie sukces? Na to pytanie odpowie włoski sąd. Jedno jest pewne – oczy regulatorów na całym kontynencie są dziś zwrócone na fintechy bardziej niż kiedykolwiek.

  • Niemcy tracą impet, a cała strefa euro zwalnia. Co stoi za nagłym spowolnieniem?

    Niemcy tracą impet, a cała strefa euro zwalnia. Co stoi za nagłym spowolnieniem?

    Czy gospodarka europejskiego giganta zaczyna się chwiać? Najnowsze dane z Niemiec i całej strefy euro przynoszą niepokojące sygnały, a winowajcą jest dobrze znany konflikt.

    Niemiecki sektor usług wyraźnie hamuje

    Aktywność w niemieckim sektorze usług wyraźnie wyhamowała w marcu. Wskaźnik PMI dla usług spadł do 50,9 pkt z 53,5 pkt w lutym, osiągając najniższy poziom od siedmiu miesięcy. Choć nadal pozostaje powyżej magicznej granicy 50 punktów, wyraźnie sygnalizuje osłabienie dynamiki całego sektora.

    Za to spowolnienie odpowiada przede wszystkim słabszy popyt. Firmy usługowe po raz pierwszy od września odnotowały spadek nowych zamówień. Eksperci wiążą to bezpośrednio z sytuacją na Bliskim Wschodzie i rosnącą niepewnością gospodarczą.

    Marcowy wskaźnik PMI wskazuje, że gospodarka strefy euro mocno ucierpiała w wyniku wojny na Bliskim Wschodzie – powiedział Chris Williamson, główny ekonomista ds. biznesu w S&P Global Market Intelligence.

    Koszty rosną, a możliwości maleją

    Na przedsiębiorstwa coraz mocniej wpływają rosnące koszty, szczególnie związane z cenami energii i paliw. Jednocześnie firmy mają ograniczone możliwości przenoszenia tych wyższych kosztów na klientów, ponieważ popyt pozostaje słaby.

    Wskaźnik inflacji producenckiej w strefie euro wzrósł do najwyższego poziomu od nieco ponad trzech lat. Firmy podnosiły też ceny konsumenckie w najszybszym tempie od lutego 2024 roku.

    Cała strefa euro odczuwa skutki

    Niepokój nie dotyczy tylko Niemiec. Aktywność biznesowa w całej strefie euro gwałtownie osłabła w marcu, osiągając najniższy poziom od dziewięciu miesięcy. Łączony indeks PMI (dla przemysłu i usług) spadł z 51,9 do 50,7 pkt.

    Liczba nowych zamówień w strefie euro spadła po nieustannym, stabilnym wzroście od lipca ubiegłego roku. To przede wszystkim efekt słabszego popytu na usługi, w tym na usługi międzynarodowe. Indeks dla samego sektora usług spadł do 50,2 pkt, co stanowi najgorszy odczyt od 10 miesięcy.

    Co dalej z gospodarką?

    Eksperci zwracają uwagę, że rosnące ceny, zakłócenia w łańcuchach dostaw oraz niepewność związana z konfliktem mogą w kolejnych miesiącach hamować wzrost gospodarczy. Pogorszyły się również nastroje wśród firm – oczekiwania biznesowe spadły do najniższego poziomu od trzech miesięcy i znalazły się poniżej długoterminowej średniej.

    Badanie przeprowadzone przez S&P wykazało, że wzrost PKB w strefie euro wyniósł w I kwartale 2026 roku 0,2 proc.. Jak zaznaczono, w rozpoczętym niedawno II kwartale istnieje ryzyko spadku, jeśli konflikt na Bliskim Wschodzie nie zostanie szybko rozwiązany.

    Chris Williamson zauważył, że oznaki wzrostu gospodarczego w strefie euro widoczne na początku roku zostały zniwelowane przez rosnące ceny energii, zakłócenia w łańcuchach dostaw i dużą zmienność na rynkach finansowych.

    To wyraźny sygnał, że europejska gospodarka wchodzi w okres zwiększonej niepewności, a jej dalsze losy w dużej mierze zależą od rozwoju sytuacji geopolitycznej.

  • Artemis II: rekord, awarie i hołd w kosmosie. Oto kulisy najdroższej misji NASA

    Artemis II: rekord, awarie i hołd w kosmosie. Oto kulisy najdroższej misji NASA

    Czy załogowa misja na Księżyc może kosztować ponad 90 miliardów dolarów? Artemis II właśnie udowadnia, że tak – i zapisuje się w historii na wiele innych sposobów. To pierwszy od ponad pół wieku lot ludzi w pobliżu naszego naturalnego satelity.

    Misja wystartowała 1 kwietnia z Centrum Kosmicznego Kennedy’ego na Florydzie. Jej celem jest przetestowanie systemów przed przyszłymi lądowaniami. Na pokładzie kapsuły Orion są czterej astronauci: Amerykanie Reid Wiseman, Victor Glover i Christina Koch oraz Kanadyjczyk Jeremy Hansen.

    Historyczny rekord i kosmiczny hołd

    6 kwietnia misja Artemis II pobiła historyczny rekord. Około godziny 13:57 czasu wschodniego kapsuła Orion minęła Księżyc i znalazła się dalej od Ziemi niż jakikolwiek człowiek wcześniej, przekraczając dystans 248 655 mil ustanowiony przez załogę Apollo 13 w 1970 roku.

    Z tej okazji centrum kontroli lotów odtworzyło nagraną wcześniej wiadomość od zmarłego astronauty Apollo, Jima Lovella:

    Witam Artemis II. Tu astronauta Apollo Jim Lovell. Witajcie w mojej dawnej okolicy. Z dumą przekazuję wam pałeczkę, gdy okrążacie Księżyc i torujecie drogę misjom na Marsa.

    Chwilę tę załoga uczciła też bardzo osobistym gestem. Jeremy Hansen zaproponował nazwanie nowo odkrytego krateru na Księżycu „Carroll Crater” – na cześć zmarłej w 2020 roku żony dowódcy misji, Reida Wisemana. Nazwano też inny krater „Integrity”, od nazwy kapsuły.

    Drobne usterki i szybkie naprawy

    Podróż nie obyła się bez drobnych problemów technicznych. Christina Koch jako pierwsza zgłosiła awarię nowoczesnego systemu sanitarnego Universal Waste Management System. Jak poinformowała NASA, wentylator toalety prawdopodobnie się zablokował.

    Dzień później załoga – przy zdalnym wsparciu centrum kontroli lotów w Houston – naprawiła usterkę. Inny problem udało się rozwiązać po obróceniu kapsuły, aby ogrzać instalację i usunąć zamarznięty mocz blokujący przewody.

    Ale to nie koniec niespodzianek. Około siedmiu godzin po starcie dowódca Reid Wiseman zgłosił, że Microsoft Outlook przestał działać na jego komputerze. Problem pojawił się podczas transmitowanej na żywo rozmowy.

    Awaria dotyczyła osobistego urządzenia komputerowego astronautów – tabletu Microsoft Surface Pro wykorzystywanego do komunikacji i zarządzania harmonogramem. Po uzyskaniu zgody zespoły naziemne zdalnie połączyły się z urządzeniem i szybko potwierdziły usunięcie usterki.

    Smartfon na orbicie Księżyca

    NASA potwierdziła, że na pokładzie misji Artemis II znajduje się iPhone 17 Pro Max, z którego astronauci korzystają do robienia zdjęć. Część fotografii jest już dostępna na oficjalnym profilu agencji w serwisie Flickr.

    Wśród nich znalazły się efektowne autoportrety wykonane przednią kamerą telefonu – między innymi zdjęcie Christiny Koch na tle jasnej Ziemi widzianej z okna kapsuły. Załoga korzysta także z profesjonalnego aparatu Nikon D5.

    Miliardowe koszty i kto za to płaci

    Tu dochodzimy do kluczowej kwestii finansowej. Program Artemis to jedno z najdroższych przedsięwzięć współczesnej eksploracji kosmosu.

    • Całkowity koszt programu do połowy dekady przekroczył 90 miliardów dolarów według szacunków Bloomberga.
    • Pojedyncza misja może kosztować ponad 93 miliardy dolarów.
    • Niektóre analizy wskazują, że cały program może przekroczyć nawet 100 miliardów dolarów w kolejnych latach.

    Kto za to płaci? Odpowiedź jest prosta: większość kosztów ponoszą amerykańscy podatnicy. Budżet NASA jest corocznie zatwierdzany przez Kongres USA. W projekt zaangażowani są też partnerzy międzynarodowi – na przykład Europejska Agencja Kosmiczna dostarcza moduł serwisowy dla kapsuły Orion.

    Giganci branży lotniczo-kosmicznej realizują kontrakty rządowe:

    • Boeing – rdzeń rakiety SLS
    • Northrop Grumman – wzmacniacze
    • Lockheed Martin – statek kosmiczny Orion

    Na końcową kwotę składa się wiele elementów: rozwój rakiety Space Launch System i kapsuły Orion, infrastruktura naziemna, wieloletnie testy oraz przygotowanie załogi. Sama rakieta SLS to jeden z najdroższych elementów – pojedynczy start szacowany jest nawet na setki milionów lub miliardy dolarów.

    Cel większy niż pojedynczy lot

    Artemis II to coś więcej niż 10-dniowa misja z powrotem zaplanowanym na 10 kwietnia. To część szerszego planu NASA, którego celem jest:

    • Powrót ludzi na Księżyc
    • Budowa trwałej obecności człowieka poza Ziemią
    • Przygotowanie do przyszłych misji na Marsa

    W praktyce oznacza to finansowanie całego ekosystemu technologii, infrastruktury i badań. Dziesiątki miliardów dolarów, zaangażowanie państwa i międzynarodowych partnerów oraz długofalowe cele sprawiają, że to jeden z najważniejszych – i najdroższych – projektów kosmicznych XXI wieku.

    A tymczasem czwórka astronautów kontynuuje swoją podróż, już zapisując się w historii nie tylko rekordami, ale też poruszającymi, ludzkimi gestami.

  • 2333 zł dla każdego Polaka? Rewolucyjny pomysł odrzucony przez Sejm

    2333 zł dla każdego Polaka? Rewolucyjny pomysł odrzucony przez Sejm

    Wyobraź sobie, że każdego miesiąca na twoje konto wpływa 2333 zł. Bez względu na to, czy pracujesz, studiujesz, czy odpoczywasz. Brzmi jak utopia? W Polsce aż 51% ankietowanych popiera ideę bezwarunkowego dochodu podstawowego (BDP). Ale jest jeden, ogromny haczyk.

    Co to za pomysł?

    O bezwarunkowym dochodzie podstawowym mówi się od wielu miesięcy. Jeszcze w połowie 2025 roku do Sejmu wpłynęła petycja w sprawie pilotażowego programu. Jego założenie było proste: państwo wypłaca każdemu obywatelowi, począwszy od 3. roku życia, stałą kwotę w wysokości 50% płacy minimalnej brutto, czyli dokładnie 2333 zł miesięcznie.

    Pieniądze miałyby trafiać do wszystkich, niezależnie od aktywności zawodowej i osiąganych dochodów. Autor petycji zaproponował, aby program pilotażowy wprowadzić na terenie województwa śląskiego, argumentując, że jest to region silnie dotknięty skutkami transformacji gospodarczej. Świadczenie miałoby być wypłacane przez okres co najmniej 20 lat.

    Ale tu pojawia się kluczowy szczegół. Oto, co musiałoby zniknąć.

    Wielka wymiana świadczeń

    Wprowadzenie BDP oznaczałoby jednoczesną rezygnację z innych form wsparcia. Mówimy o likwidacji kilku filarów obecnego systemu:

    • 300 plus,
    • 800 plus,
    • 13. i 14. emerytury,
    • zasiłku dla bezrobotnych.

    To byłaby prawdziwa rewolucja w polityce społecznej. Jak ocenili eksperci z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, pomysł ma zarówno potencjalne zalety, jak i poważne wady.

    Po dwóch stronach barykady

    Zalety, które wymieniają eksperci, brzmią niezwykle kusząco:

    • Likwidacja ubóstwa i nierówności ekonomicznych.
    • Zwiększenie innowacyjności (stały dochód sprzyja podejmowaniu ryzyka).
    • Poprawa bezpieczeństwa pracujących na umowach niestandardowych.
    • Ograniczenie administracji (jedno świadczenie zastąpiłoby szereg innych).
    • Redukcja lęku przed przyszłością.

    Jednak lista potencjalnych wad jest długa i poważna:

    • Ogromne koszty realizacji – wymagałoby całkowitego przebudowania systemu ubezpieczeń społecznych.
    • Ryzyko zmniejszenia aktywności zawodowej.
    • Potencjalny wzrost inflacji spowodowany powszechną wypłatą i wzrostem popytu.
    • Niewystarczająca pomoc dla osób z większymi, szczególnymi potrzebami.
    • Potencjalne spowolnienie gospodarcze spowodowane koniecznością podniesienia podatków.

    Według opinii Sejmowego Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji, wprowadzenie BDP byłoby „jedną z największych zmian społeczno-gospodarczych od 1989 roku”.

    Biuro podkreśliło, że trudno przewidzieć długofalowe skutki takiego rozwiązania dla finansów publicznych, rynku pracy i społeczeństwa, dlatego wymagałoby to szczegółowych analiz.

    I co na to Sejm? Decyzja zapadła

    Sprawa trafiła pod obrady parlamentu. I tu mamy jasny, choć dla zwolenników pomysłu niekorzystny, finał tej części historii.

    Petycja dotycząca pilotażowego programu bezwarunkowego dochodu podstawowego została jednogłośnie odrzucona przez posłów zasiadających w sejmowej komisji ds. petycji.

    Rewolucyjny pomysł, który dzieli społeczeństwo i ekspertów, na razie trafia do sejmowej szuflady. Choć debata na temat przyszłości zabezpieczenia społecznego z pewnością będzie trwać, na 2333 zł dla każdego przyjdzie nam jeszcze poczekać.

  • 35 krajów, jedna misja: kto weźmie odpowiedzialność za Cieśninę Ormuz?

    35 krajów, jedna misja: kto weźmie odpowiedzialność za Cieśninę Ormuz?

    Czy świat jest gotów wziąć sprawy w swoje ręce, gdy najważniejszy szlak energetyczny globu jest zablokowany? To pytanie wisi w powietrzu, gdy Wielka Brytania przejmuje inicjatywę, by zebrać koalicję państw zdecydowanych przywrócić żeglugę w Cieśninie Ormuz. I robi to bez kluczowego gracza.

    Londyn na czele „koalicji chętnych”

    Wielka Brytania organizuje wirtualne spotkanie planistyczne z udziałem ponad 40 państw. Rozmowy mają charakter wojskowo-strategiczny i odbywają się pod egidą brytyjskich sił zbrojnych. To kontynuacja wcześniejszych zapowiedzi premiera Keira Starmera, który mówił o zwołaniu ministrów spraw zagranicznych 35 krajów.

    Brytyjski premier zapowiedział, że celem jest „ocena wszelkich wykonalnych środków dyplomatycznych i politycznych” oraz przywrócenie swobody żeglugi i bezpieczeństwa uwięzionym statkom. Spotkanie ma być poświęcone omówieniu sposobów „uczynienia cieśniny dostępną i bezpieczną po zakończeniu walk„.

    Kto jest na pokładzie?

    Wśród uczestników znajdują się m.in. Francja, Niemcy, Kanada, Japonia, Korea Południowa, Australia oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Kraje te wyraziły gotowość do udziału w działaniach zapewniających swobodny przepływ statków. Wcześniejsze doniesienia wskazywały też na zaangażowanie Holandii i państw Zatoki Perskiej.

    Planiści wojskowi spotkają się również, aby omówić opcje marynarki wojennej. Rozważane są eskorty wojskowe, operacje trałowania min i inne środki obrony przed ewentualnymi atakami ze strony Iranu.

    „Po tym spotkaniu zwołamy również naszych planistów wojskowych, aby przeanalizowali, jak możemy zmobilizować nasze możliwości” — zapowiedział premier Starmer.

    Wielka nieobecność: Stany Zjednoczone

    Jednym z najbardziej znaczących elementów tej inicjatywy jest brak Stanów Zjednoczonych w planowanej operacji. Prezydent USA Donald Trump publicznie wezwał europejskich sojuszników i inne państwa Zachodu do samodzielnego zabezpieczenia swoich interesów energetycznych.

    Trump wskazał, że ewentualne niedobory surowców nie będą problemem Waszyngtonu i skrytykował brak poparcia dla jego wojny ze strony państw europejskich. Stwierdził też, że to od innych krajów będzie zależało zapewnienie bezpieczeństwa cieśniny, jeśli USA zaprzestaną ataków na Teheran.

    Dlaczego to takie pilne? Wąskie gardło światowej energii

    Cieśnina Ormuz to jeden z najważniejszych punktów infrastruktury energetycznej świata. Przed eskalacją konfliktu przepływało przez nią około 20 proc. globalnych dostaw ropy i gazu. Jej faktyczne zablokowanie przez Iran, będące odpowiedzią na lutowe ataki USA i Izraela, natychmiast odbiło się na rynkach.

    Globalne ceny energii gwałtownie wzrosły, wzbudzając obawy przed kryzysem gospodarczym, recesją i presją inflacyjną. Dla importerów surowców oznacza to nie tylko wyższe koszty, ale także zwiększone ryzyko przerw w dostawach.

    Wyzwania i złożoność misji

    Premier Starmer przyznał jednak, że każda międzynarodowa operacja może być złożona i chaotyczna. „Nie sądzę, aby można było zakładać, że deeskalacja konfliktu koniecznie doprowadzi jednocześnie do bezpiecznego ponownego otwarcia cieśniny Ormuz” — powiedział.

    Dodał szczerze: „Muszę szczerze o tym powiedzieć: to nie będzie łatwe„. Problemem dla żeglugi w regionie nie jest dostępność ubezpieczenia, ale „bezpieczeństwo żeglugi”.

    Budowanie koalicji morskiej jest utrudnione ze względu na zróżnicowany charakter zasobów dostępnych u poszczególnych uczestników. Niektóre kraje zaoferowały na przykład dostarczenie trałowców, ale nie fregat do ich obrony.

    Nieformalne sojusze i przyszłość

    Proponowana koalicja nie będzie działać jako misja NATO i będzie obejmować kraje spoza sojuszu wojskowego. Propozycja ma zostać rozlokowana po zawieszeniu broni w wojnie USA i Izraela z Iranem, ale jest przyspieszona w odpowiedzi na groźby Trumpa.

    Rzecznik ministra spraw zagranicznych Belgii, która nie jest jednym z 35 oficjalnych sygnatariuszy, ale jest chętna do udziału, powiedział, że działania te są „bardzo podobne do koalicji chętnych na Ukrainie„. Dodał jednak: „Wszystko będzie zależało od decyzji prezydenta Trumpa… W tej chwili nie jest jasne, jaki będzie następny etap”.

    Spotkanie w brytyjskim ośrodku planowania wojskowego w Northwood ma koncentrować się na „odpowiednich środkach” działania, w tym koordynacji marynarek wojennych, ochronie konwojów handlowych oraz mechanizmach reagowania kryzysowego. Choć na tym etapie nie zapadną decyzje operacyjne, samo zwołanie tak szerokiego grona pokazuje skalę wyzwania.

    Europa i jej partnerzy, pozostawieni sami sobie przez Waszyngton, muszą znaleźć wspólny głos i zasoby, by odblokować arterię, od której zależy globalna stabilność energetyczna. Gra toczy się o wysoką stawkę.