Blog

  • Ceny paliw biją rekordy, a Amerykanie mają dość. Wojna z Iranem może kosztować Trumpa wybory

    Ceny paliw biją rekordy, a Amerykanie mają dość. Wojna z Iranem może kosztować Trumpa wybory

    Czy prezydent Donald Trump może przegrać wybory z powodu wojny? Nowe sondaże wskazują, że większość Amerykanów ma już dość konfliktu z Iranem, a za rosnące ceny paliw obwinia właśnie Biały Dom. To poważny cios dla Republikanów na kilka miesięcy przed kluczowymi wyborami.

    Zdecydowana większość chce końca wojny

    Badania opinii publicznej w USA ważą coraz więcej, bo zbliżamy się do tzw. wyborów połówkowych. I wyniki są jednoznaczne. W sondażu, który przeprowadzono od piątku do niedzieli, 66 proc. respondentów opowiedziało się za szybkim zakończeniem konfliktu.

    Z kolei 27 proc. uznało, że USA powinny dążyć do osiągniecia wszystkich swoich celów w Iranie, nawet jeśli wojna potrwa znacznie dłużej. 6 proc. ankietowanych nie udzieliło odpowiedzi.

    Wśród zwolenników Partii Republikańskiej prezydenta Trumpa 40 proc. poparło zakończenie konfliktu w krótkim czasie, nawet kosztem rezygnacji z celów USA. Natomiast 57 proc. opowiedziało się za dłuższym zaangażowaniem.

    Paliwo droższe niż przez trzy lata

    Konflikt wywołał również poważne skutki gospodarcze, w tym gwałtowny wzrost cen energii, co zwiększyło obawy o globalną inflację. Reuters zwraca uwagę, że jednym z najbardziej odczuwalnych efektów wojny w Stanach Zjednoczonych są rosnące ceny benzyny.

    Od początku wojny na Bliskim Wschodzie ceny benzyny w USA wzrosły do około 4 dol. za galon (około 3,785 l), czyli o około dolara więcej niż przed wybuchem wojny. W poniedziałek średnia cena paliwa przekroczyła tę kwotę po raz pierwszy od ponad trzech lat — wynika z danych serwisu GasBuddy.

    Dwie trzecie respondentów spodziewa się dalszego wzrostu cen paliwa w nadchodzącym roku, w tym 40 proc. sympatyków Republikanów. Ankietowani dwa razy częściej spodziewali się w ciągu najbliższego roku wzrostu cen paliw niż ich spadku.

    Trump w ogniu krytyki

    Około 77 proc. zarejestrowanych wyborców uznało w sondażu Reuters/Ipsos, że Trump ponosi co najmniej część odpowiedzialności za niedawny wzrost cen, spowodowany jego decyzją o rozpoczęciu wraz z Izraelem wojny z Iranem. Tak oceniają wyborcy Republikanów (55 proc.), jak i niezależnych (82 proc.) oraz Demokratów (95 proc.).

    Sondaż wykazał również, że około 77 proc. Amerykanów uważa ceny paliw za bardzo poważny problem. Większość badanych (ponad 50 proc.) uważa, że konflikt wpłynie negatywnie na ich sytuację finansową. Wśród Republikanów taki pogląd podziela 39 proc. respondentów.

    Gospodarka „kwitnie”? Wyborcy się nie zgadzają

    Trump zdobył swoją drugą prezydenturę w 2024 r. m.in. dzięki obietnicom walki z wysoką inflacją. Od tego czasu wielokrotnie przekonywał, że gospodarka USA „kwitnie”. Jednak 70 proc. badanych nie zgadza się z taką oceną. Dodatkowo około 82 proc. respondentów uważa, że inflacja wciąż jest zbyt wysoka.

    A tu czeka nas prawdziwy polityczny wstrząs. Wojna obciąża finanse domowe i uderza w notowania Partii Republikańskiej przed zbliżającymi w listopadzie wyborami połówkowymi do Kongresu.

    Poważne konsekwencje polityczne

    Republikanie Donalda Trumpa zmierzą się z wyborcami w listopadowych wyborach środka kadencji, które zdecydują o utrzymaniu — bądź nie — niewielkiej większości w Izbie Reprezentantów i Senacie. Partia Trumpa będzie walczyć o utrzymanie większości w Izbie. Jak podkreśliła Agencja Reutera, rośnie także ryzyko utraty kontroli nad Senatem.

    Niezadowolenie amerykańskiego społeczeństwa z wojny z Iranem przekłada się na preferencje wyborcze. Około 58 proc. wyborców — w tym 20 proc. zwolenników Republikanów i 66 proc. niezależnych — zadeklarowało, że nie zamierza poprzeć kandydatów podzielających podejście Trumpa do konfliktu z Iranem.

    Trwająca od miesiąca wojna rozprzestrzeniła się na cały Bliski Wschód, powodując śmierć tysięcy ludzi. I choć cele polityczne mogą być dalekosiężne, to amerykańska opinia publiczna wydaje swój werdykt już teraz. W portfelach i w urnach wyborczych.

  • Ropa w górę, dolar drożeje, ale złoty wciąż trzyma się dzielnie. Czy to już koniec spokoju?

    Ropa w górę, dolar drożeje, ale złoty wciąż trzyma się dzielnie. Czy to już koniec spokoju?

    Gdy na Bliskim Wschodzie wrze, złoty powinien uciekać z przerażenia, ale on… stoi jak skała. Przynajmniej na razie.

    Ostatnie dni to prawdziwy rollercoaster geopolityczny, a jednak nasza waluta wykazuje niezwykłą stabilność. Raport Comparic.pl pokazuje, że mimo trwającego konfliktu na Bliskim Wschodzie, kurs EUR/PLN przesunął się zaledwie o 8 groszy w ciągu całego epizodu. Euro kosztuje obecnie 4,24 zł, dolar wyceniany jest na 3,63 zł, funt na 4,89 zł, a frank szwajcarski na 4,61 zł.

    To absolutnie imponująca odporność – mówią analitycy. Inwestorzy zagraniczni wyglądają na niezwykle ufnych co do przyszłości naszej waluty, nawet biorąc pod uwagę deficyt, jaki mamy do sfinansowania.

    Dlaczego rynki ignorują wojnę?

    Choć sytuacja na Bliskim Wschodzie nie napawa optymizmem, światowe rynki finansowe zachowują wręcz olimpijski spokój. Wszystko przez trzy kluczowe czynniki.

    Po pierwsze, rynki zdają się wierzyć, że Waszyngton nie chce eskalacji, a Donald Trump przed jesiennymi wyborami będzie szukać drogi do wyjścia z konfliktu. Po drugie, w USA trwa sezon wyników kwartalnych – inwestorzy żyją przede wszystkim spółkami technologicznymi, które wysłały amerykańskie indeksy na nowe maksima.

    Po trzecie – i to chyba najważniejsze – wstępne odczyty PMI okazały się lepsze od oczekiwań. Wskaźniki PMI dla przemysłu poprawiły się w Europie, Japonii i USA. Co prawda w europejskich usługach widać spore pogorszenie (głównie w transporcie), ale dane potwierdzają, że ryzyko stagflacji jest niskie. Strach z marca, podobnie jak rok temu przy okazji ceł, po prostu się nie sprawdził.

    Ale czy aby na pewno jest tak kolorowo?

    Tutaj zaczynają się schody. Choć złoty zachowuje się stabilnie względem euro, inwestorzy masowo kupują dolara i ropę. Z raportu analityków z InternetowyKantor.pl wynika, że kapitał ucieka z Polski za ocean, co widać po osłabieniu złotego właśnie względem dolara (aż o 4 grosze w tydzień).

    Jeszcze tydzień temu rentowność 10-letnich polskich obligacji skarbowych wynosiła 5,4%. Dziś to już 5,65% – to znak, że wyprzedano bardzo duży pakiet. Owszem, od obligacji uciekano też w innych krajach, ale skala zmian w największych gospodarkach była znacznie mniejsza. W trudnych czasach inwestorzy wolą trzymać papiery USA czy Niemiec, a nie polskie.

    Dobre dane z Polski – chwilowa ulga

    Wczorajsze dane o sprzedaży detalicznej w Polsce były wręcz rewelacyjne. W skali roku wzrosła o 9,8% wobec oczekiwanych 6,2%. W ujęciu miesięcznym marzec przyniósł skok o 20,6% – to efekt dłuższego miesiąca, korekty po słabym lutym i przygotowań do Wielkanocy.

    Po tej publikacji złoty chwilowo umocnił się względem euro, ale to był tylko jeden pozytywny impuls. Nie odwrócił on dominującego trendu odpływu kapitału zagranicznego.

    Ropa szaleje – 105 dolarów za baryłkę

    Sytuacja w Cieśninie Ormuz wciąż jest napięta. Dwustronna blokada szlaku morskiego ogranicza dostęp do surowców energetycznych. Poprzedni tydzień zamknął się na poziomie 90 USD za baryłkę Brent, a dzisiaj mamy już 105 USD. To dowód na to, że rynki na poważnie rozgrywają scenariusz długotrwałej wojny, mimo przedłużonego zawieszenia broni.

    Analitycy sądzili, że skoro przesunięto wizytę w Chinach na połowę maja, to do tego czasu konflikt się skończy. Na to się jednak nie zanosi.

    Czy złoty utrzyma swoją żelazną twarz? Na razie trzyma się dzielnie, ale presja rośnie.

  • Wyborczy maraton: KO prowadzi, ale PiS depcze po piętach, a koalicja rządząca może stracić dwóch graczy

    Wyborczy maraton: KO prowadzi, ale PiS depcze po piętach, a koalicja rządząca może stracić dwóch graczy

    Czy scena polityczna w Polsce właśnie przechodzi trzęsienie ziemi? Najnowsze sondaże nie pozostawiają wątpliwości — kampania wyborcza nabiera tempa, a układ sił w Sejmie może wyglądać zupełnie inaczej, niż jeszcze kilka tygodni temu.

    Koalicja Obywatelska wciąż dzierży palmę pierwszości, ale Prawo i Sprawiedliwość systematycznie odrabia straty. Aż dwie partie z obecnej koalicji rządzącej mogą nie dostać się do parlamentu. Trzymajcie się, bo będzie gorąco.

    KO na czele, ale PiS tuż za plecami

    Zacznijmy od najświeższych danych. Sondaż Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu”, zrealizowany w dniach 21–22 kwietnia na próbie 1005 dorosłych Polaków, pokazuje, że KO może liczyć na 32,97% poparcia. Jednak porównując to z badaniem z początku kwietnia, widać wyraźny trend: poparcie dla KO stopniało o 2,78 punktu procentowego.

    Tymczasem Prawo i Sprawiedliwość notuje 29% i jest to wzrost o 1,72 pkt proc. w stosunku do poprzedniego pomiaru. Różnica topnieje, a PiS wyraźnie depcze po piętach liderowi.

    Sześć partii w Sejmie? Sprawa się komplikuje

    Gdybyśmy mieli wierzyć najnowszym cyfrom, do Sejmu weszłoby aż sześć ugrupowań. Oprócz KO i PiS, próg wyborczy przekraczają:

    • Konfederacja z wynikiem 12,45%
    • Nowa Lewica6,65%
    • Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna6,29%
    • Partia Razem5,81%

    I tu pojawia się największy problem dla obecnego obozu władzy.

    Gdzie podziali się koalicjanci?

    Dwie partie wchodzące w skład rządzącej koalicji znalazłyby się pod progiem wyborczym. Polskie Stronnictwo Ludowe uzyskałoby jedynie 3,70%, a Polska 2050 zaledwie 2,67%. To oznaczałoby, że ci dwaj kluczowi partnerzy KO mogliby nie znaleźć się w Sejmie, co radykalnie zmieniłoby układ sił.

    Wyniki te potwierdza również inne badanie. Sondaż IBRIS dla Polsat News, przeprowadzony w dniach 8–13 kwietnia, wskazywał na KO (32,1%), PiS (23,8%) i Konfederację (15%). W tym zestawieniu do Sejmu weszłyby jeszcze Konfederacja Korony Polskiej (8,2%) oraz Nowa Lewica (7,1%). I tu także PSL (4,2%), Partia Razem (3,1%) i Polska 2050 (1,2%) nie przekraczają progu.

    Frekwencja na dobrym poziomie

    Według sondażu IBRIS, gdyby wybory odbyły się w najbliższy weekend, frekwencja sięgnęłaby 62,7%. To wysoki wynik, ale wciąż 37,3% Polaków deklaruje, że nie poszłoby do urn.

    Co z tego wynika?

    Scena polityczna jest w ruchu. KO traci, PiS zyskuje, a partie koalicyjne walczą o przetrwanie. Coraz bardziej realne staje się ryzyko, że obecna koalicja może nie utrzymać większości. Który sondaż okaże się proroczy? Czas pokaże – jedno jest pewne, do wyborów jeszcze sporo emocji przed nami.

  • Polski mały biznes na zakręcie? Rekordowa liczba zamknięć i zawieszeń JDG w 2025 roku

    Polski mały biznes na zakręcie? Rekordowa liczba zamknięć i zawieszeń JDG w 2025 roku

    Czy polski mały biznes rzeczywiście przeżywa trudne chwile, czy to tylko chwilowy kryzys? Najnowsze dane z Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczej (CEIDG) nie pozostawiają złudzeń – w 2025 roku wnioski o zamknięcie jednoosobowej działalności gospodarczej (JDG) złożyło aż 196,7 tys. przedsiębiorców. To o 4,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Ale to nie wszystko…

    Rekordowa liczba zawieszeń

    Jeszcze bardziej niepokojące są liczby dotyczące zawieszeń działalności. W 2025 roku przedsiębiorcy złożyli ich 388,1 tys., czyli o 3,3 proc. więcej niż w 2024 roku (375,7 tys.).

    Jak tłumaczy Sebastian Sajnóg, analityk z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, zawieszenie często oznacza tzw. tryb „przeczekania” – sezonowość, chwilowy brak zleceń, testowanie opłacalności biznesu, a czasem przygotowania do zmiany formy prawnej. Z perspektywy gospodarki to sygnał, że część firm istnieje, ale w ograniczonym zakresie.

    Bilans dodatni tylko w skali kraju

    Mimo wzrostu liczby zamknięć, ogólny bilans pozostaje dodatni. W 2025 roku złożono 288,8 tys. wniosków o otwarcie JDG, wobec 196,7 tys. o zamknięcie. Rok wcześniej proporcje były bardzo zbliżone.

    Sytuacja nie jest jednak jednolita w całym kraju. W siedmiu województwach liczba zamknięć przewyższyła liczbę nowo otwartych firm. Chodzi o województwa: kujawsko-pomorskie, lubuskie, pomorskie, śląskie, świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie oraz zachodniopomorskie.

    – Zjawisko to pokazuje, że bilans przedsiębiorczości w Polsce nie jest jednolity terytorialnie – wyjaśnia Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny. – Różnice wynikają w dużej mierze ze struktury lokalnych gospodarek oraz z dominujących branż, a nie z samych warunków administracyjnych.

    „To już prawdziwa rzeź polskich firm?”

    Za suchymi statystykami kryją się ludzkie dramaty. Przykład pana Marka z Nowego Sącza, który przez kilkanaście lat prowadził mały sklep spożywczy na osiedlu, jest symptomatyczny.

    – Najpierw weszły dyskonty. Potem podnieśli ceny dostawcy. Na końcu dobiły mnie rachunki za prąd – wylicza z goryczą.

    Próbował się ratować – zrezygnował z pracownicy, sam stał za ladą po kilkanaście godzin dziennie. Ludzie zaczęli kupować mniej, robić większe zakupy raz w tygodniu w marketach. W końcu, gdy rachunki przestały się spinać, podjął decyzję o zamknięciu.

    – To nie była jedna zła decyzja. To było sto małych rzeczy, które przestały działać – mówi.

    Dlaczego umiera mały biznes?

    – Stoją za tym rosnące koszty zatrudnienia pracowników, energii i usług księgowych oraz turbulentność otoczenia zewnętrznego, w tym rosnąca konkurencja i niestabilność prawa – wyjaśnia prof. Jerzy Choroszczak, ekonomista z Wyższej Szkoły Biznesu – National Louis University w Nowym Sączu.

    Dodaje, że malejące przychody w połączeniu z wyższymi kosztami, nawet jeśli te tendencje są przejściowe, mogą gwałtownie pogorszyć sytuację finansową przedsiębiorców, zwłaszcza przy braku odpowiednich buforów finansowych.

    Coraz więcej firm na granicy opłacalności

    Łukasz Goszczyński, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z kancelarii GKPG, zwraca uwagę, że wzrost liczby wniosków o zamknięcie JDG w 2025 roku jest szczególnie niepokojący, bo rynek był w miarę dobry, więc wynik powinien wskazywać raczej na lekki spadek.

    – Jeśli dodamy do siebie liczbę zamykanych i zawieszanych JDG w 2025 roku, to okazuje się, że przekraczają one znacznie liczbę inicjowanych nowych JDG – podkreśla prof. Choroszczak.

    Sektor MŚP w pigułce

    Tymczasem najnowszy raport PARP o stanie sektora MŚP za 2024 rok pokazuje, że MŚP stanowią 99,8 proc. wszystkich firm w Polsce. Na koniec 2024 roku działało 2,37 mln aktywnych przedsiębiorstw niefinansowych, co oznacza wzrost o 2,9 proc. rok do roku. Zdecydowaną większość, bo 97,2 proc., stanowią mikroprzedsiębiorstwa. Najwięcej firm działa w sektorze usług (58,5 proc.), następnie w handlu (17,9 proc.) i budownictwie (14,9 proc.).

    W 2024 roku sektor MŚP zatrudniał 10,3 mln osób, z czego 42,6 proc. w mikroprzedsiębiorstwach. Aż 77,5 proc. mikrofirm to działalności jednoosobowe.

    Wiwisekcja rynku JDG

    Podsumowując – polska gospodarka nie mierzy się dziś z falą upadłości JDG w sensie formalnym, ale z masowym zjawiskiem ekonomicznej niewypłacalności, rozwiązywanej poza systemem restrukturyzacji i upadłości – przez świadomą decyzję o przeczekaniu. Kontrastuje to z ogólnym, dodatnim bilansem otwarć i zamknięć, który może maskować prawdziwy obraz sytuacji.

    Czy to chwilowe spowolnienie? Czy początek poważniejszego kryzysu? Jedno jest pewne – mały biznes w Polsce potrzebuje dziś więcej niż tylko dobrej woli.

  • Czy w 2030 roku zabraknie nam gazu? Infrastruktura rośnie, ale popyt galopuje

    Czy w 2030 roku zabraknie nam gazu? Infrastruktura rośnie, ale popyt galopuje

    Gaz ziemny w Polsce przeżywa swoje drugie życie. Z jednej strony — miliardowe inwestycje w sieci i magazyny, z drugiej — prognozy, które nie pozostawiają złudzeń: w początku lat 30. moce magazynowe mogą okazać się po prostu niewystarczające. Co na to spółki energetyczne? Mają plan, ale czy zdążą?

    Nadchodzi gazowy głód? Niedobór nawet 0,8 mld m sześc.

    Operator krajowego systemu magazynowania, Gas Storage Poland (należący do Gaz-Systemu), bije na alarm. Zgodnie z oficjalnym stanowiskiem firmy, w szczycie zapotrzebowania, czyli na początku lat trzydziestych, niedobory pojemności mogą sięgnąć od 0,5 do 0,8 mld m sześc.

    „W aktualnym stanie prawnym, przy utrzymaniu dynamiki importu, zapotrzebowanie na zdolności pod zapasy obowiązkowe będzie stopniowo rosło do 2032 r.” – czytamy w stanowisku biura prasowego Gaz-Systemu.

    Co więcej, po 2030 roku popyt na elastyczne usługi w magazynach kawernowych może być aż trzykrotnie wyższy niż dostępne pojemności. To sygnał, że polski system magazynowania gazu czeka prawdziwy sprawdzian.

    Wierzchowice — kluczowa inwestycja jeszcze w tym roku

    Na pocieszenie — nie siedzimy z założonymi rękami. Obecnie łączna pojemność czynna krajowych magazynów gazu wysokometanowego (w sezonie 2025/2026) wynosi prawie 3,31 mld m sześc. W przyszłym sezonie (2026/2027) wzrośnie do niespełna 3,36 mld m sześc. A po zakończeniu rozbudowy PMG Wierzchowice – o włos od finału, bo koniec prac planowany jest na ten rok – skoczy do około 4,1 mld m sześc.

    Właścicielem wszystkich siedmiu podziemnych magazynów gazu jest Orlen. Firma przekształca właśnie Wierzchowice, zwiększając ich pojemność z 1,3 mld m sześc. do 2,1 mld m sześc. – i zapewnia, że idzie zgodnie z planem. Wśród magazynów dominują te oparte na sczerpanych złożach gazu (Wierzchowice, Strachocina, Husów, Swarzów i Brzeźnica), a dwa kawernowe (w Kosakowie i Mogilnie) wykorzystują puste przestrzenie w soli – wyjaśnia Orlen.

    Nowe instalacje – na tapecie Mogilno, Kosakowo i Damasławek

    To jednak nie koniec. Trwają analizy dotyczące rozbudowy kolejnych instalacji kawernowych – KPMG Mogilno i KPMG Kosakowo (należących do Orlenu), a także rozważana jest budowa nowego obiektu – PMG Damasławek (jako inwestycji Gaz-Systemu). Każdy projekt jest analizowany indywidualnie: pod kątem kosztów, czasu realizacji i dopasowania do potrzeb rynku.

    Dlaczego to takie ważne? Rosnący udział odnawialnych źródeł energii (OZE) sprawia, że elektrownie gazowe muszą pracować w krótkich, intensywnych cyklach – potrzebują więc szybkiego dostępu do dużych wolumenów gazu. I tu właśnie magazyny kawernowe odgrywają kluczową rolę jako elastyczne „baterie”.

    Miliony wydawane na sieć, a popyt wciąż rośnie

    Tymczasem podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach padły konkretne deklaracje. Polska Spółka Gazownictwa przeznacza co roku na inwestycje około 3 mld zł, w tym na dekarbonizację i biometan. Jej członek zarządu, Wojciech Kowalski, podkreślił, że sieć przesyłowa (ponad 215 tys. km gazociągów i 11 tys. stacji) jest gotowa na duże ilości gazu i obsługuje już ponad 7 mln odbiorców.

    A co z podażą ze strony Orlenu? Przedstawiciel koncernu, Rafał Wardziński, ujawnił ambitne plany: do końca 2030 r. Orlen chce dostarczyć do systemu 10 mld m sześc. gazu, w tym 6 mld z wydobycia w Norwegii. A patrząc w przyszłość – prognozy zakładają, że w 2035 r. krajowe zapotrzebowanie sięgnie 27 mld m sześc. Orlen chce zaspokoić ok. 1/3 z własnych złóż, resztę pokrywając kontraktami.

    Na horyzoncie zmiany legislacyjne

    Zdaniem Gaz-Systemu obecny system prawny zaburza mechanizmy podażowe na rynku bilateralnym i giełdzie, co skutkuje zawyżonymi cenami gazu – szczególnie dla przemysłów energochłonnych. W przyszłości może to też podbić ceny prądu. Firma liczy jednak na to, że toczący się proces legislacyjny wypracuje optymalny model utrzymywania zapasów obowiązkowych.

    Podsumowując: Czekają nas lata intensywnych inwestycji w magazyny i sieci gazowe. Kluczową pułapką jest czas – rosnący popyt, szczególnie ze strony energetyki, może przegonić możliwości infrastruktury. Na razie na biurkach analityków lądują kolejne projekty, a w Katowicach decydenci zapewniają, że Polska jest gotowa. Czy ta gotowość wystarczy za pięć–sześć lat? Czas pokaże.

  • Amerykańska blokada cieśniny Ormuz dusi handel. Setki milionów baryłek ropy przepadły

    Amerykańska blokada cieśniny Ormuz dusi handel. Setki milionów baryłek ropy przepadły

    Czy światowy rynek ropy stoi u progu nowego kryzysu? Amerykańska blokada cieśniny Ormuz, ogłoszona przez prezydenta Donalda Trumpa w niedzielę, przybiera na sile i już teraz sieje spustoszenie w globalnym handlu surowcami.

    29 statków zawróconych, a to nie koniec

    Centralne Dowództwo USA (CENTCOM) ma twarde dane. Jak poinformowano w mediach społecznościowych, siły amerykańskie nakazały zawrócenie lub powrót do portu 29 statkom w ramach blokady Iranu. To efekt fiaska weekendowych rozmów pokojowych w Islamabadzie między USA a Iranem.

    Skala operacji jest gigantyczna. Amerykańskie dowództwo informuje, że w misji bierze udział 10 tysięcy marynarzy, marines i lotników, wspieranych przez ponad tuzin okrętów wojennych i dziesiątki samolotów. W ciągu pierwszych 24 godzin blokady żaden statek nie zdołał się przedostać.

    Próby przełamania blokady? Są nieprawdziwe

    W sieci pojawiły się doniesienia, jakoby niektóre jednostki zdołały ominąć blokadę. CENTCOM stanowczo dementuje te pogłoski.

    „W ciągu ostatnich 24 godzin media donosiły, że kilka statków handlowych ominęło blokadę, podając jako przykłady Hero II, Hedy i Dorena. Doniesienia te są nieprawdziwe” – czytamy w oficjalnym komunikacie.

    Co się zatem stało? „Hero II i Hedy nie przepłynęły przez blokadę” – wyjaśnia CENTCOM. „W rzeczywistości tankowce stoją na kotwicy w Czah Bahar w Iranie po przechwyceniu ich przez siły amerykańskie na początku tego tygodnia. Dorena znajduje się pod eskortą niszczyciela Marynarki Wojennej USA na Oceanie Indyjskim po wcześniejszej próbie złamania blokady.”

    Chiński tankowiec złapany, inne próbują

    Jedną z pierwszych ofiar blokady był chiński tankowiec Rich Starry, pływający pod banderą Chin. Statek ten, wraz z właścicielem Shanghai Xuanrun Shipping Co, jest objęty amerykańskimi sankcjami za współpracę z Iranem w transporcie ropy. Załadowany 250 tysiącami baryłek metanolu (nie ropy, jak zwykle), pobranego w porcie Hamriyah w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, został zmuszony do odwrotu. Jak pokazują dane firmy Kpler, obecnie stoi na kotwicy u wybrzeży Iranu.

    To nie koniec. W środę próbę przejścia podjął tankowiec VLCC Agios Fanourios I pod maltańską banderą (w niedzielę też próbował). Według źródeł Reutersa płynie do Iraku, by załadować ropę z Basry dla rafinerii w Wietnamie. Tego samego dnia do Zatoki wpłynął sankcjonowany przez USA statek VLCC Alicia, transportujący irańską ropę od 2023 r. Pusty, zdolny przewieźć 2 miliony baryłek, zmierza do Iraku po ładunek.

    Straty w setkach milionów baryłek

    Według danych firmy Vortexa, przechwycone jednostki to część irańskich działań mających na celu ominięcie blokady. Dotychczas Iran był jedynym krajem przesyłającym w czasie trwania konfliktu znaczące ilości ropy przez ten strategiczny szlak.

    Efekty są już widoczne. W czwartek rano ruch żeglugowy przez cieśninę Ormuz był zaledwie ułamkiem tego, co notowano w czasach pokoju. Straty w dostawach ropy są już liczone w setkach milionów baryłek, co destabilizuje i tak już napięty rynek energii.

    Cieśnina Ormuz, przez którą przepływa około 20 proc. światowego handlu ropą, pozostaje epicentrum globalnych napięć. Każde zakłócenie jej funkcjonowania natychmiast odbija się na cenach surowca, a sytuacja z godziny na godzinę staje się coraz bardziej nieprzewidywalna.

  • Przełomowy wyrok TSUE: Banki nie mogą naliczać odsetek od kosztów kredytu. Co to oznacza dla milionów klientów?

    Przełomowy wyrok TSUE: Banki nie mogą naliczać odsetek od kosztów kredytu. Co to oznacza dla milionów klientów?

    Czy wziąłeś kiedyś kredyt konsumencki i zastanawiałeś się, dlaczego odsetki naliczane są od kwoty wyższej, niż ta, którą faktycznie dostałeś na rękę?

    Czwartkowy wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) rozwiewa wątpliwości. Trybunał orzekł, że bank nie ma prawa pobierać odsetek od kwot przeznaczonych na pokrycie kosztów związanych z kredytem, takich jak prowizje czy składki ubezpieczeniowe.

    Koniec z „odsetkami od kosztów”

    W praktyce oznacza to, że klient banku może zapłacić odsetki wyłącznie od tej kwoty, którą faktycznie otrzymał. Jeśli bank doliczył do kredytu np. ubezpieczenie i od tego też naliczał odsetki – robił to niezgodnie z prawem.

    „Trybunał jednoznacznie zakwestionował model polegający na naliczaniu odsetek od kwot, które nie zostały faktycznie wypłacone konsumentowi” – mówi radca prawny Wojciech Bochenek z kancelarii Bochenek, Ciesielski i Wspólnicy.

    Sprawa, która trafiła do TSUE, dotyczyła kredytu z maja 2022 r. na 150 tys. zł. Klient dostał na konto 133,2 tys. zł, a pozostałe prawie 16,8 tys. zł to składka ubezpieczeniowa, która została przez bank skredytowana i doliczona do spłaty. Od tej właśnie kwoty bank naliczał odsetki – i to właśnie zakwestionował TSUE.

    Furtka dla milionów klientów?

    Sprawa ma bezpośredni związek z tak zwaną sankcją kredytu darmowego (SKD). To narzędzie, które pozwala konsumentowi spłacić tylko pożyczony kapitał, bez odsetek i innych kosztów, jeśli bank naruszył obowiązki informacyjne.

    Rzecznik Finansowy dr Michał Ziemiak już zareagował na wyrok, podkreślając, że ma on „istotne znaczenie dla rozstrzygnięcia roszczeń formułowanych przez konsumentów w oparciu o tzw. sankcję kredytu darmowego”.

    Prawnicy kredytobiorców są zgodni – to mocny argument. Adwokat Paweł Sysło z Kancelarii Wysmułek, Sysło i Wspólnicy, który reprezentuje klientów banków, mówi wprost: „można spodziewać się wyraźnego wzrostu liczby sporów sądowych”.

    „Sankcja kredytu darmowego” – nie tak szybko

    Ale zanim zaczniesz zacierać ręce, ważny głos płynie ze strony banków.

    Reprezentująca Bank Pekao S.A. przed TSUE radca prawny Anna Cudna-Wagner zwraca uwagę, że Trybunał w swoim orzeczeniu nie odniósł się do sankcji kredytu darmowego ani nie potwierdził jej zastosowania.

    Co więcej, TSUE wskazał, że bank może uzyskać wynagrodzenie za środki przeznaczone na pokrycie kosztów „poprzez proporcjonalnie wyższą stopę oprocentowania kredytu”. Innymi słowy: bank nie może naliczać odsetek od kosztów, ale może podnieść oprocentowanie od faktycznie wypłaconej kwoty.

    „Skoro Trybunał potwierdził, że bank może podwyższyć odsetki proporcjonalnie do kosztów kredytu – zastosowanie sankcji kredytu darmowego byłoby również nieproporcjonalne” – argumentuje Cudna-Wagner.

    Związek Banków Polskich studzi nastroje i podkreśla: ostatecznie o rozstrzygnięciu spraw będą decydować sądy krajowe.

    Co to oznacza dla Ciebie?

    Wyrok TSUE to przełom w kwestii naliczania odsetek. Konsumenci zyskali bardzo mocny argument, że bank nie może pobierać odsetek od prowizji czy ubezpieczeń. Oprocentowanie może dotyczyć wyłącznie realnie udostępnionego kapitału.

    Jednak droga do sankcji kredytu darmowego nie jest automatyczna. Klient, który chce skorzystać z SKD, będzie musiał udowodnić, że bank nie wywiązał się z obowiązków informacyjnych – a to oceni już polski sąd.

    Jedno jest pewne: spraw o SKD może być dużo więcej, a banki będą musiały uważniej konstruować swoje oferty. W końcu – jak mówi radca prawny Karolina Wysmułek – „samo podanie stopy procentowej to za mało – konsument musi wprost wiedzieć, od jakiej kwoty są one liczone”.

  • Czy rynek szykuje już krach? Wskaźnik Buffetta bije na alarm, a ekspert ostrzega przed fazą dystrybucji

    Czy rynek szykuje już krach? Wskaźnik Buffetta bije na alarm, a ekspert ostrzega przed fazą dystrybucji

    Czy wiesz, że aż 92% inwestorów traci swoje oszczędności nie w samym momencie krachu giełdowego, ale w miesiącach, które go bezpośrednio poprzedzają? To brzmi paradoksalnie, ale statystyki są nieubłagane – większość z nas kupuje aktywa na szczycie bańki, czując się wtedy najbardziej bezpiecznie.

    Właśnie wtedy, gdy media trąbią o niekończących się wzrostach, a portfele puchną w oczach, pułapka zastawiona przez rynek zatrzaskuje się z największą siłą. Analitycy przeanalizowali 11 największych szczytów rynkowych z ostatniego stulecia, by wyłowić powtarzalne wzorce ostrzegawcze. I cóż… historia zdaje się zataczać koło.

    Wskaźnik Buffetta na poziomie 200% – to igranie z ogniem

    Jednym z najpoważniejszych sygnałów ostrzegawczych jest wskaźnik Buffetta, czyli stosunek całkowitej kapitalizacji giełdy do PKB. Sam Warren Buffett nazywa go igraniem z ogniem. Gdy kapitalizacja przekracza 100% PKB, legendarny inwestor z Omaha staje się bardzo ostrożny.

    Obecnie ten wskaźnik w USA wynosi astronomiczne 200%. Do tego dochodzi wskaźnik CAPE Shiller, który wygładza cenę do zysku z ostatnich 10 lat. Historyczna średnia to około 17, ale teraz oscyluje wokół 40 – poziomu, który poprzedzał bańkę internetową z 1999 roku i bessę z 2021 roku.

    „Utrzymywanie się tak wysokich wycen przez dłuższy czas jest możliwe tylko przy ogromnym dopływie taniego pieniądza, co rzadko kończy się miękkim lądowaniem” – zauważa ekspert Felix Prehn.

    4 fazy cyklu – gdzie jesteśmy teraz?

    Według Felixa Prehna, który pracował dla banków inwestycyjnych w Hongkongu i Londynie, każda hossa przechodzi przez 4 kluczowe fazy, zanim zamieni się w bolesną bessę:

    1. Racjonalna hossa – oparta na zdrowych fundamentach i umiarkowanym optymizmie.
    2. Przyspieszenie – zyski firm rosną o 20-30% rocznie, a na rynek wchodzi „naiwny kapitał”. Porady giełdowe płyną z ust fryzjerów i taksówkarzy.
    3. Faza dystrybucji – szczyt, w którym instytucjonalne „smart money” cicho wyprzedaje akcje inwestorom indywidualnym. Indeksy wciąż rosną, ale napędza je tylko kilka spółek (np. Microsoft, Nvidia, Apple), podczas gdy reszta rynku zaczyna krwawić.
    4. Krach – brutalne przebudzenie i paniczna ucieczka przez wąskie drzwi.

    Zdaniem wielu ekspertów w 2026 roku znajdujemy się właśnie w trzeciej fazie – dystrybucji. To właśnie tutaj fortuny są niszczone w białych rękawiczkach.

    Rosnące indeksy mogą ukrywać słabość

    Kluczowym sygnałem ostrzegawczym jest zawężająca się szerokość rynku. W zdrowej hossie rośnie większość akcji. W fazie dystrybucji indeksy takie jak S&P 500 rosną tylko dzięki garstce gigantów – tzw. Wspaniałej Siódemce.

    Jeśli wyjmiemy z równania Microsoft, Nvidię czy Apple, okaże się, że przeciętna akcja radzi sobie słabo lub wręcz traci na wartości. Do tego dochodzi niespotykana skala spekulacji opcjami zero-dniowymi, których wolumen potroił się w ostatnim czasie. Rynek giełdowy dla wielu stał się po prostu wielkim kasynem.

    Rotacja sektorowa – kapitał ucieka do defensywy

    Doświadczeni gracze rzadko wychodzą z rynku całkowicie. Zamiast tego stosują strategię rotacji sektorowej. Przed samym szczytem kapitał zaczyna uciekać z sektorów uznaniowych (luksus, technologia) do defensywnych: ochrona zdrowia, użyteczność publiczna, dobra podstawowe.

    Rośnie też zainteresowanie surowcami – miedzią, srebrem, a przede wszystkim złotem, które historycznie błyszczy w końcówce cyklu. Wzrost cen energii i surowców w połączeniu ze słabnącą szerokością rynku to klasyczny scenariusz przed wielkimi załamaniami.

    Jak chronić portfel przed krachem w 2026?

    Kluczem nie jest paniczna ucieczka, ale profesjonalne zarządzanie ryzykiem. Oto co radzi Felix Prehn:

    • Oceń horyzont czasowy – jeśli potrzebujesz pieniędzy w ciągu najbliższych 3 lat, bądź bardzo konserwatywny.
    • Unikaj dźwigni finansowej (margin) – lewarowanie niszczy portfele najszybciej podczas gwałtownych krachów. Brokerzy żądają uzupełnienia depozytu, zmuszając do sprzedaży po najgorszych cenach.
    • Śledź przepływy kapitału zamiast medialnych nagłówków o rekordach.

    Historia rynków od 1929 roku uczy jednego: rynek zawsze daje sygnały, zanim powie „sprawdzam”. Obecne odczyty – CAPE na poziomie 40 i wskaźnik Buffetta wynoszący 200% – to sygnały, obok których nie można przejść obojętnie.

    Czy uda Ci się ochronić swoje oszczędności, czy dołączysz do 92% inwestorów tracących je przed krachem? Odpowiedź zależy tylko od Ciebie.

  • Wojna w Iranie uderzy w portfele i sypialnie. Prezerwatywy zdrożeją o 30%

    Wojna w Iranie uderzy w portfele i sypialnie. Prezerwatywy zdrożeją o 30%

    Czy globalny konflikt może wpłynąć na najbardziej intymne aspekty naszego życia? Okazuje się, że tak. Karex, największy na świecie producent prezerwatyw, zapowiada podwyżki cen, które mogą sięgnąć nawet 30 procent. A to dopiero początek.

    Niespodziewany efekt domina

    Powód? Trwająca wojna w Iranie, która sieje spustoszenie w globalnych łańcuchach dostaw. Jak podaje BBC, kluczowym problemem są blokady ruchu w strategicznej cieśninie Ormuz. To przez nią przechodzą m.in. dostawy petrochemikaliów niezbędnych do produkcji.

    „W ostatnim okresie koszty produkcji artykułów Karex znacząco wzrosły” – przyznał w rozmowie z mediami dyrektor generalny firmy Goh Miah Kiat.

    Malezyski gigant odpowiada za wytwarzanie ponad pięciu miliardów prezerwatyw rocznie i zaopatruje takie światowe marki jak Durex i Trojan. Eksportuje swoje produkty do 150 krajów.

    Co ma wojna do lateksu?

    Tu sprawa robi się naprawdę techniczna. Produkcja prezerwatyw opiera się m.in. na amoniaku, który służy do konserwacji lateksu, oraz na mieszankach na bazie silikonu. Oba te kluczowe składniki są produktami ubocznymi przy wydobyciu ropy i gazu.

    A wojna w Iranie właśnie doprowadziła do gwałtownych wzrostów cen tych surowców. „Sytuacja jest zdecydowanie bardzo niestabilna, ceny są wysokie” – powiedział Goh agencji Reutera. „Nie mamy obecnie innego wyjścia, jak tylko przenieść te koszty na klientów”.

    Podwójna presja: koszty i popyt

    Ale to nie wszystko. W tym roku popyt na prezerwatywy wzrósł o ok. 30 proc.. Do tego dochodzą wyższe koszty transportu oraz opóźnienia w dostawach. Wiele wyeksportowanych już produktów nie dotarło do miejsca docelowego – wciąż tkwią na statkach.

    Szef Karex ma nawet filozoficzne wytłumaczenie dla wzrostu popytu: „W złych czasach potrzeba używania prezerwatyw jest jeszcze większa, bo nie jesteś pewien swojej przyszłości, czy w przyszłym roku nadal będziesz miał pracę”.

    Szersze konsekwencje

    Ekonomiści, cytowani przez CNN, obawiają się, że podwyżki cen surowców mogą wkrótce doprowadzić do spadków wydatków konsumpcyjnych, a niedobory paliwa – do wyhamowania produkcji. To widmo wisi szczególnie nad krajami azjatyckimi, importującymi ropę z Zatoki Perskiej.

    Karex produkuje nie tylko prezerwatywy, ale również lubrykanty, rękawiczki lateksowe, cewniki medyczne i osłonki na sondy. Zakłócenia mogą więc dotknąć także sektor medyczny.

    Podsumowując: geopolityczny kryzys na Bliskim Wschodzie właśnie stał się bardzo osobistym problemem dla konsumentów na całym świecie. I choć podwyżki mają dotknąć bezpośrednio produktów Karexa, jako głównego dostawcy dla globalnych marek, efekt prawdopodobnie odczujemy wszyscy przy kasie.

  • Polski gigant na europejskim podium, a Amazon wciska gaz. Kto wygra wyścig o polskiego klienta?

    Polski gigant na europejskim podium, a Amazon wciska gaz. Kto wygra wyścig o polskiego klienta?

    Czy polski lider e-commerce może utrzymać swoją pozycję, gdy globalny gigant szykuje potężną kontrofensywę? Oto, jak wygląda mapa sił na jednym z najbardziej konkurencyjnych rynków w Europie.

    Allegro w europejskiej czołówce

    Zgodnie z raportem platformy logistycznej Waredock, Allegro jest trzecim największym sprzedawcą w Europie, jeśli chodzi o platformy typu marketplace. Liderem jest Amazon, a tuż za nim plasuje się eBay. Inne opracowanie, firmy Lengow, daje Allegro czwartą pozycję, tuż za Zalando.

    Nasza strategia to konsekwentny rozwój biznesu międzynarodowego. Widać to w Czechach i na Słowacji, gdzie sprzedaż na naszym marketplace urośnie w 2025 o ponad 50 proc. W bieżącym roku naszą uwagę i energię mocno koncentrujemy na rynku węgierskim – mówi Marcin Kuśmierz, prezes Allegro.

    Eksperci podkreślają, że siła Allegro wynika głównie z jego dominującej pozycji na rynku polskim. Platforma pomaga generować ok. 1 proc. polskiego PKB.

    Amazon przyspiesza: 23 miliardy złotych inwestycji

    Tymczasem konkurencja nie śpi. Amazon zapowiada, że w latach 2026-28 przeznaczy na rozwój w Polsce ponad 23 mld zł. To potężny zastrzyk kapitału w jednym z najbardziej konkurencyjnych krajów w obszarze e-commerce w Europie.

    Polska należy do najbardziej konkurencyjnych krajów w obszarze e-commerce w Europie. Naszą odpowiedzią jest połączenie globalnego zasięgu z dopasowaniem oferty do lokalnych preferencji — mówi Katarzyna Ciechanowska-Ciosk, dyrektorka zarządzająca Amazon.pl.

    Oznacza to m.in. wdrożenie płatności Blikiem, dostawę do paczkomatów InPostu oraz sklep Polskie Marki z ponad 1200 rodzimymi brandami. W zeszłym roku Amazon uruchomił także dostawę tego samego dnia w Warszawie dla użytkowników programu Prime.

    Gdzie uderzą miliardy?

    Inwestycje Amazona obejmą rozwój sieci logistycznej, zaawansowane technologie AI i robotykę oraz programy wspierające polskich sprzedawców. Jednym z flagowych projektów ma być uruchomienie w 2026 r. nowego centrum logistycznego w Dobromierzu.

    Centrum logistyczne w Dobromierzu będzie wyposażone w jedne z najnowocześniejszych rozwiązań robotycznych w naszej europejskiej sieci operacyjnej — podkreśla Mariangela Marseglia, wiceprezeska europejskiej sieci sklepów Amazona.

    Obiekt o powierzchni 200 tys. m kw. ma stworzyć ponad tysiąc stałych miejsc pracy w pierwszym roku. Amazon informuje, że w latach 2012-25 zainwestował nad Wisłą już ponad 45 mld zł, tworząc 19 tys. stałych miejsc pracy.

    Nie tylko logistyka: presja z wielu stron

    Ale to nie koniec wyzwań dla Allegro. Eksperci wskazują na rosnącą presję ze strony platform chińskich, takich jak Temu i Shein.

    Temu już w marcu ubiegłego roku wyprzedziło największy marketplace w Polsce pod względem liczby użytkowników – zauważa Damian Siusta z Postis, cytowany przez Parkiet.

    Chińscy giganci nie konkurują już tylko ceną. Inwestują w twardą infrastrukturę w Europie, jak centrum logistyczne Shein pod Wrocławiem. Te inwestycje to także przygotowanie do unijnej reformy celnej.

    Od lipca bowiem wchodzą opłaty 3 euro od każdej niewielkiej przesyłki trafiającej spoza UE na rynek. Branża liczy, że to ureguluje konkurencję.

    Jaka przyszłość czeka polski rynek?

    Eksperci podkreślają, że Allegro ma realne szanse na dalsze umacnianie pozycji, ale przede wszystkim w Europie Środkowo-Wschodniej. Kluczową barierą w ekspansji paneuropejskiej jest brak infrastruktury logistycznej i ekosystemu usług na poziomie Amazonu.

    Platforma ma realne szanse wzmacniać pozycję poza Polską, ale przede wszystkim jako lider regionu, raczej nie całej Europy. Jego przewaga w kraju wynika z połączenia lokalnej logistyki, płatności, ale przede wszystkim zaufania i przyzwyczajeń kupujących – mówi Bartosz Sawicki, prezes Meest Transfer.

    Według prognoz ECDB, wartość europejskiego handlu internetowego wzrośnie z 709 mld USD w 2024 r. do 901 mld w 2028 r. Polski rynek ma w tym czasie osiągnąć 192 mld zł. Walka o miejsce w tym torcie dopiero się rozkręca, a stawka jest bardzo wysoka.