Blog

  • Rekordowy szturm na kredyty hipoteczne. Czy Polacy szykują się na kryzys?

    Rekordowy szturm na kredyty hipoteczne. Czy Polacy szykują się na kryzys?

    Czy pamiętacie rok 2008 i szaleństwo na rynku nieruchomości tuż przed globalnym kryzysem? Historia zdaje się zataczać koło. W marcu o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 63,3 tys. osób – to najwyższy wynik od lipca 2008 roku!

    Dynamika jest oszałamiająca. To wzrost o 72% w porównaniu z marcem ubiegłego roku i o 42% więcej niż w lutym. Co więcej, wartość zapytań o te kredyty skoczyła o zawrotne 80,5% rok do roku.

    Pół miliona złotych przekroczone wcześniej niż sądzono

    Ale to nie koniec rekordów. Średnia kwota, o jaką wnioskują Polacy, właśnie przebiła magiczną barierę. W marcu sięgnęła 506,4 tys. zł. To o 10% więcej niż rok temu i o 1,9% więcej niż w lutym.

    „W marcu padł historyczny rekord średniej wartości wnioskowanego kredytu, przekraczając pół miliona złotych. Wprawdzie spodziewaliśmy się takiej wartości, ale dopiero bliżej lata” – komentuje Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK.

    Co napędza ten szał? Strach przed drożyzną i wojną

    Eksperci wskazują na mieszankę czynników ekonomicznych i geopolitycznych. Z jednej strony, w marcu Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe, a Narodowy Bank Polski publikował optymistyczne prognozy. To zachęcało do zakupów.

    Jednak w tle wisi widmo wojny na Bliskim Wschodzie i jej ekonomicznych skutków.

    „Wywołana 'szokiem’ energetycznym inflacja z jednej strony może zatrzymać spadek stóp procentowych, a wręcz spowodować ich wzrost, a z drugiej – droga ropa i gaz przyczynią się do wysokiego wzrostu cen materiałów budowlanych” – tłumaczy Waldemar Rogowski.

    Ta niepewność przekłada się też na wzrost refinansowania istniejących kredytów. Klienci obawiają się, że obecny poziom oprocentowania może być najniższy w nadchodzących kwartałach. Szacuje się, że nowe kredyty stanowią około 80% ruchu, a refinansowanie – 20%.

    „Betonowe złoto” znów w cenie

    Rynek pierwotny odczuł tę gorączkę. Marzec był „bardzo mocnym” miesiącem pod względem sprzedaży lokali. Na koniec lutego oferta deweloperska w siedmiu największych aglomeracjach (Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Trójmiasto, Warszawa, Wrocław) wynosiła 59,6 tys. mieszkań.

    Nieruchomości znów są postrzegane jako bezpieczna przystań.

    „Lata 2021-2023 ugruntowały w świadomości Polaków silne powiązanie wysokiej inflacji ze wzrostem cen nieruchomości. W efekcie rosnąca inflacja przyspiesza decyzję o sfinalizowaniu zakupu” – mówi Katarzyna Kuniewicz, szefowa badań rynku w Otodomu.

    Co ciekawe, eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie mogła… zwiększyć popyt w Polsce. Inwestorzy wycofujący się z planów zakupu nieruchomości w tamtym regionie mogli przenieść kapitał na rodzimy rynek.

    A co dalej? Eksperci studzą emocje

    Czy to powrót rynku sprzedającego? Nie tak szybko. Jan Dziekoński, główny ekonomista portalu Rynekpierwotny.pl, przypomina, że pierwszy kwartał sezonowo charakteryzuje się większą sprzedażą.

    Pojawiają się też ostrzeżenia. Wybuch wojny w Zatoce Perskiej i ryzyko wyższej inflacji wywindowały w marcu stawki w kredytach z okresowo stałą stopą procentową do poziomów zbliżonych do połowy zeszłego roku.

    „Dopiero w kwietniu kredytobiorcy w pełni odczują skok w kosztach kredytów i wówczas będzie łatwiej ocenić trwałość wspomnianego popytu” – napisał Dziekoński.

    Marzec 2026 zapisze się w statystykach jako miesiąc historycznego boomu. Polacy, kierowani mieszanką nadziei na tanie kredyty i lęku przed przyszłymi podwyżkami, ruszyli po finansowanie jak nigdy od czasów przed kryzysem z 2008 roku. Kolejne miesiące zweryfikują, czy to chwilowa gorączka, czy nowy trend.

  • Węgierski finał: Czy forint czeka historyczny skok czy głęboki kryzys?

    Węgierski finał: Czy forint czeka historyczny skok czy głęboki kryzys?

    Węgierska scena polityczna zawęża się do dwóch sił, a wybory 12 kwietnia mogą przynieść największą zmianę od 16 lat. Co to oznacza dla inwestorów i gospodarki? Oto cztery scenariusze, które mogą wstrząsnąć Europą Środkową.

    Tisza kontra Fidesz: bitwa o przyszłość

    Przyglądając się niezależnym badaniom sondażowym, trudno nie zauważyć, że zwycięstwo opozycji nie jest już scenariuszem życzeniowym, a bazowym. Rząd może samodzielnie utworzyć partia, która dwa lata temu nie istniała w politycznym mainstreamie – Tisza.

    Co oznacza jej zwycięstwo? To spełnienie postulatów UE: powrót do praworządności, walka z korupcją, rozliczenie oligarchicznego systemu NER, przystąpienie do Prokuratury Europejskiej (EPPO) i pełna transparentność. Lider Peter Magyar obiecuje natychmiastowe odblokowanie unijnych funduszy. Mimo że część środków została utracona, 8,4 mld EUR z Funduszu Spójności i 9,5 mld EUR z RRF pozostają zamrożone. Kraj czeka też na zatwierdzenie pożyczki w ramach programu SAFE (17,4 mld EUR).

    Ale sondaże mówią same za siebie. W ostatnich tygodniach większość niezależnych badań wykazywała poparcie dla Tiszy na poziomie od 49 do 58 proc. wśród zdecydowanych wyborców, przy Fidesz na 35-38 proc.. Badanie 21 Research Center z początku kwietnia dało Tiszy 56 proc., a Fidesz 37 proc. wśród zdecydowanych.

    Cztery drogi, cztery przyszłości

    Analitycy, w tym Michał Jóźwiak z Ebury, układają konkretne scenariusze z prognozami dla forinta i rynków. Oto one:

    Scenariusz 1: Konstytucyjna przewaga Tiszy

    Prawdopodobieństwo: ~10%
    Forint: znaczne umocnienie (+4–6%)
    Zdobycie co najmniej 133 z 200 mandatów dałoby Tiszy możliwość szybkich zmian. Kluczowa jest wizja odblokowania blisko 18 mld EUR zamrożonych środków UE. To istotny bodziec wzrostowy.

    Scenariusz 2: Samodzielne rządy Tiszy

    Prawdopodobieństwo: ~65%
    Forint: umocnienie (+2–4%)
    To najprawdopodobniejszy wariant. Większa przewidywalność i stopniowe reformy poprawią sentyment inwestorów. Forint powinien doświadczyć zauważalnego umocnienia.

    Scenariusz 3: Samodzielny rząd Fidesz

    Prawdopodobieństwo: ~15%
    Forint: znaczne osłabienie (-3–6%)
    Oznaczałoby kontynuację dotychczasowego modelu i koncentrację władzy. Bardzo prawdopodobne byłoby mrożenie środków UE przez kolejne cztery lata. Forint oddałby część zysków z 2025 roku.

    Scenariusz 4: Koalicja Fidesz z Mi Hazank

    Prawdopodobieństwo: ~10%
    Forint: znaczne osłabienie (-4–7%)
    Najbardziej pesymistyczny scenariusz. Oznaczałoby jeszcze większą izolację Węgier w UE, eskalację retoryki antyunijnej i blokadę funduszy. Rynki zareagowałyby bardzo negatywnie.

    Polaryzacja pokoleniowa i obawy

    Badania pokazują wyraźny podział. Młodzi wyborcy, zwłaszcza poniżej 30 lat, w zdecydowanej większości opowiadają się za opozycją (65% dla Tiszy, 14% dla Fidesz). Wyborcy powyżej 65 lat częściej wybierają Fidesz (49% poparcia).

    Niepokojące są też obawy o uczciwość wyborów. Badanie Instytutu Publicus wykazało, że ponad połowa Węgrów obawia się sfałszowania głosowania. Spośród tych osób, dwie trzecie podejrzewa o oszustwa rządzący Fidesz.

    Co dalej z gospodarką?

    Michał Jóźwiak – analityk Ebury, konkluduje: „W wariantach trzy i cztery, gdy zwycięża Fidesz, sytuacja gospodarcza Węgier uległaby pogorszeniu. Prawdopodobna jest jeszcze większa izolacja na arenie europejskiej. Dla inwestorów byłby to sygnał negatywny, którego skutki rozciągnęłyby się na państwa regionu Europy Centralnej.”

    Kluczowe będą pierwsze godziny po ogłoszeniu wyników. Rynki finansowe natychmiast zareagują na kierunek, który obierze Budapeszt. Czy będzie to zwrot ku Brukseli i stabilizacji, czy dalsza konfrontacja? Odpowiedź poznamy już niebawem.

    Na podstawie analiz m.in. Ebury oraz doniesień polskich mediów.

  • Ethereum na rozdrożu: presja kupujących rośnie, ale wszystko zależy od kluczowego wsparcia

    Ethereum na rozdrożu: presja kupujących rośnie, ale wszystko zależy od kluczowego wsparcia

    Czy Ethereum (ETH) właśnie przygotowuje się do potężnego powrotu do trendu wzrostowego? Dane on-chain pokazują wyraźną zmianę nastrojów, ale rynek wciąż balansuje na krawędzi. Oto co musisz wiedzieć.

    Wskaźniki krzyczą: kupujący wracają do gry

    Na rynku Ethereum ponownie widoczna jest rosnąca presja zakupowa. Wskaźnik wolumenu netto takerów, mierzący przewagę agresywnych kupujących nad sprzedającymi, pozostaje dodatni od 6 marca 2026 r. i obecnie utrzymuje się na poziomie około 104 mln USD. 16 marca osiągnął nawet 140 mln USD.

    Według analityka Darkfosta z CryptoQuant oznacza to, że popyt ponownie dominuje nad podażą. To pierwsza taka zmiana od czasu poprzedniego rynku niedźwiedzia.

    🟢This is the first time since the previous bear market that we are witnessing such a regime shift in Ethereum derivatives. While it has remained negative most of the time since 2023, the Net Taker Volume on ETH is now positive.
    — Darkfost (@Darkfost_Coc)

    Aktywność potwierdza też liczba otwartych pozycji na rynku kontraktów terminowych. Obecnie wynosi ona 6,4 mln ETH, zbliżając się do historycznego maksimum 7,8 mln ETH odnotowanego w lipcu 2025 r.

    Instytucje też wracają: rekordowe napływy do ETF-ów

    Ale to nie wszystko. 7 kwietnia br. odnotowano napływy netto do amerykańskich ETF-ów spot opartych na Ethereum na poziomie 120 mln USD. To był najwyższy wynik od połowy marca i wyraźny sygnał powrotu popytu ze strony inwestorów instytucjonalnych z USA.

    Jeśli ten trend się utrzyma, a wsparcie ze strony rynku spot oraz funduszy ETF będzie kontynuowane, Ethereum może powrócić do wyraźnego trendu wzrostowego.

    Potęga płynności: Ethereum królem stablecoinów

    Tu dochodzimy do kolejnego kluczowego argumentu. Ethereum pozostaje głównym centrum płynności w całym ekosystemie kryptowalut. Udział sieci w globalnej podaży stablecoinów wynosi około 60%.

    Stablecoin supply on @ethereum is at an ATH, up 150% in 3 yrs, reaching $180B. Ethereum holds 60% market share in stablecoins.
    — Token Terminal 📊 (@tokenterminal)

    Gdy uwzględni się cały ekosystem kompatybilny z EVM, w tym rozwiązania warstwy drugiej, udział rynkowy przekracza 65%. To potężne fundamenty.

    Ale jest haczyk: wszystko wisi na poziomie 2000 USD

    I tu pojawia się kluczowy warunek. Z technicznego punktu widzenia kurs ETH/USD pozostaje w ostrożnym trendzie wzrostowym tylko pod jednym warunkiem: utrzymania strefy wsparcia w przedziale 1800–2000 USD.

    Analityk Ted Pillows podkreśla, że utrzymanie poziomu 2000 USD może otworzyć drogę do kolejnego impulsu wzrostowego. Jednocześnie ostrzega, że jego utrata może skutkować ustanowieniem nowego rocznego minimum.

    $ETH got rejected from the $2,150-$2,200 resistance zone again. As long as the $2,000 support zone holds, Ethereum could have another upside move. Losing the $2,000 level means a new yearly low could happen soon.
    — Ted (@TedPillows)

    Dlaczego ten poziom jest tak ważny? Dane on-chain pokazują, że około 3,5 mln ETH zostało zakupionych w pobliżu 2000 USD, co czyni go istotnym obszarem obrony.

    Scenariusze na stole

    Niżej znajduje się kolejna strefa popytu w przedziale 1750–1800 USD, gdzie inwestorzy nabyli około 1,36 mln ETH. Jej przełamanie mogłoby znacząco pogorszyć strukturę rynku i potencjalnie popchnąć cenę nawet w kierunku 1460 USD.

    Z drugiej strony, aby byki odzyskały pełną kontrolę, konieczne byłoby wybicie powyżej poziomu 2400 USD, który stanowi górne ograniczenie obecnego zakresu konsolidacji.

    Ethereum oscyluje obecnie w pobliżu 2052 USD, pozostając poniżej strefy oporu w okolicach 2170 USD. To pierwsza bariera, którą byki muszą pokonać. Dopóki to się nie stanie, rynek pozostaje w punkcie decyzyjnym.

    Geopolityka w tle

    Apetyt na ryzyko osłabł także z powodu napięć wokół Iranu i USA. Prezydent Donald Trump zasygnalizował, że Stany Zjednoczone mogą nie przedłużać swojej misji wojskowej, podczas gdy prezydent Iranu Masud Pezeshkian oświadczył, że kraj jest gotowy zakończyć wojnę, ale potrzebuje gwarancji. Ta kombinacja czynników utrzymuje wysoki poziom niepewności.

    Podsumowując: Ethereum ma za sobą imponujące dane on-chain i powrót instytucjonalnego popytu. Ale cały ten optymizm wisi na włosku – konkretnie na poziomie 2000 USD. To właśnie ta linia obrony zdecyduje, czy zobaczymy powrót byków, czy nowe roczne minimum.

  • Burgery i kurczaki na giełdzie! Rex Concepts szykuje duże IPO i gigantyczną ekspansję

    Burgery i kurczaki na giełdzie! Rex Concepts szykuje duże IPO i gigantyczną ekspansję

    Czy warszawska giełda zaroi się od burgerów i panierowanych kurczaków? Wszystko na to wskazuje, bo jeden z największych graczy w regionie właśnie ogłosił plany debiutu!

    Grupa Rex Concepts, główny operator sieci Burger King i Popeyes w Polsce, Czechach i Rumunii, potwierdziła zamiar przeprowadzenia pierwszej oferty publicznej (IPO). I to nie byle jakiej! Spółka chce pozyskać z emisji nowych akcji nawet 560 milionów złotych.

    „Przygotowania do debiutu giełdowego to dla nas ważny krok. Dzięki doświadczeniu zespołu i skutecznemu modelowi biznesowemu, w ciągu niespełna czterech lat osiągnęliśmy 159 restauracji własnych, a w sumie zarządzamy ponad 250 lokalami” – wyjaśnia Olgierd Danielewicz, prezes Rex Concepts.

    Na co pójdą setki milionów?

    Pieniądze z IPO mają napędzić strategiczne cele firmy. Chodzi o finansowanie aktualnego biznesplanu, przyspieszenie wzrostu istniejących marek, a także o ekspansję na nowe rynki geograficzne i ewentualne działania konsolidacyjne. Krótko mówiąc – wielka ekspansja!

    Od 20 do 159 lokali w mgnieniu oka

    Historia Rex Concepts to gotowy scenariusz na film o biznesowym sukcesie. Firma została założona w 2022 roku przez doświadczonych menedżerów branży, Olgierda Danielewicza i Petera Kainedera, przy wsparciu Henry’ego McGoverna. Zaczynali od 20 własnych restauracji.

    A na koniec 2025 roku? Grupa zarządzała już 159 lokalami! W tym 65 restauracjami Popeyes i 94 Burger Kingami. Tylko w samym 2025 roku otworzyli aż 59 nowych restauracji: 23 w Polsce, 16 w Czechach i 20 w Rumunii.

    Ale to nie koniec. W ramach sieci Burger King działało dodatkowo 96 lokali prowadzonych przez niezależnych subfranczyzobiorców.

    Finansowa petarda: przychody w górę o 66%!

    Taki dynamiczny rozwój musiał znaleźć odzwierciedlenie w liczbach. I znalazł! W 2025 roku przychody grupy skoczyły o 66% rok do roku, osiągając 594,6 mln zł. To nie wszystko.

    Wynik EBITDA poprawił się wręcz spektakularnie – z zaledwie 6 tysięcy złotych w 2024 roku do imponujących 43,4 mln zł w 2025. EBITDA na poziomie poszczególnych restauracji również poszybowała, z 61,1 mln zł do 113,6 mln zł.

    „Te liczby potwierdzają wysoką jakość zarządzania grupą oraz skalowalność modelu biznesowego” – ocenia Henry McGovern, przewodniczący rady nadzorczej.

    Cel: 850 restauracji do 2032 roku

    Jeśli myślicie, że firma zwalnia, to jesteście w błędzie. Plany są iście gigantyczne.

    Na 2026 rok zaplanowano otwarcie około 70 nowych lokali. Pierwsze 12 uruchomiono już w pierwszym kwartacie (4 w Polsce, 5 w Czechach, 3 w Rumunii). A to dopiero początek.

    Rex Concepts chce otwierać ponad 80 restauracji rocznie, aby do 2032 roku mieć ich około 850. Z tego ponad 700 mają stanowić restauracje własne.

    „Wierzymy, że przeprowadzenie oferty publicznej i debiut spółki na GPW pozwoli nam skutecznie wykorzystać możliwości, jakie daje rynek publiczny oraz zrealizować ambitne plany obejmujące rozwój sieci Popeyes i Burger King do około 850 restauracji” – podkreśla prezes Danielewicz.

    Dodaje, że celem jest także rozwijanie platformy na nowe rynki Europy Środkowej oraz sukcesywne powiększanie portfolio o nowe marki z sektora QSR.

    Perspektywiczny rynek i stabilni właściciele

    Spółka działa w segmencie, który ma przed sobą świetlaną przyszłość. Według prognoz Euromonitor International, w latach 2024-2029 wartość rynku QSR w Polsce i Rumunii ma rosnąć w średniorocznym tempie (CAGR) 12-13%, a w Czechach 5% rocznie.

    A kto stoi za tym całym przedsięwzięciem? Obecnie jedynym akcjonariuszem jest spółka Rex Invest CEE S.à r.l. z Luksemburga, kontrolowana przez McWin Partners.

    Szczegóły IPO, w tym dokładny termin debiutu, poznamy po opublikowaniu prospektu emisyjnego. Jedno jest pewne – na giełdzie szykuje się smaczna i dynamiczna premiera!

  • Prezes KOMPAP S.A. dokonuje transakcji na akcjach spółki. O co chodzi?

    Prezes KOMPAP S.A. dokonuje transakcji na akcjach spółki. O co chodzi?

    Czy to sygnał zaufania do własnej firmy? W poniedziałek, 7 kwietnia 2026 roku, doszło do interesujących ruchów w spółce KOMPAP. Wszystko za sprawą jej najwyższego rangą menedżera.

    Co się wydarzyło?

    Zarząd Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Handlowego KOMPAP S.A. poinformował, że otrzymał zawiadomienie o transakcjach na akcjach emitenta. Dokonał ich Waldemar Lipka – Prezes Zarządu spółki.

    Zarząd spółki Przedsiębiorstwo Produkcyjno Handlowe KOMPAP S.A. („Emitent”) informuje, że w dniu 7 kwietnia 2026r. otrzymał zawiadomienie w trybie art. 19 ust. 1 rozporządzenia MAR o transakcjach na akcjach Emitenta dokonanych przez Waldemara Lipkę – Prezesa Zarządu Emitenta.

    Komunikat został opublikowany jako Raport bieżący nr 5/2026. Szczegóły operacji zawiera załącznik do raportu.

    Ale zaraz… korekta!

    Sprawa okazała się na tyle istotna, że jeszcze tego samego dnia, 7 kwietnia 2026, pojawił się kolejny komunikat. Tym razem oznaczony jako Raport bieżący nr 6/2026.

    Okazuje się, że pierwotne powiadomienie wymagało doprecyzowania. Nowy raport dotyczy korekty powiadomień o transakcjach nabycia akcji.

    Zarząd spółki… informuje, że w dniu 7 kwietnia 2026r. otrzymał zawiadomienie… o transakcjach… dokonanych przez Waldemara Lipkę… obejmujące korektę powiadomień o transakcjach nabycia akcji.

    Zaktualizowane szczegóły również znajdują się w załączniku. Oba raporty mają identyczną podstawę prawną: Art. 19 ust. 3 Rozporządzenia MAR. To przepis, który nakłada na osoby pełniące obowiązki zarządcze obowiązek informowania o transakcjach na instrumentach finansowych związanych z ich spółką.

    Dlaczego to ważne?

    Transakcje dokonywane przez członków zarządu na akcjach własnej spółki są zawsze w centrum uwagi inwestorów. Są one uważnie analizowane jako potencjalny sygnał dotyczący wewnętrznych perspektyw firmy.

    Fakt, że Waldemar Lipka dokonał transakcji, a następnie spółka opublikowała korygujący komunikat, podkreśla wagę prawidłowego i przejrzystego informowania rynku. Wszystko odbywa się pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego.

    Na razie szczegóły kwotowe i dokładny charakter transakcji (kupno/sprzedaż) pozostają w załącznikach. Jedno jest pewne – ruch prezesa nie pozostał niezauważony. Śledzenie takich sygnałów to chleb powszedni dla każdego, kto obserwuje parkiet.

    Informacje pochodzą z oficjalnych komunikatów ESPI opublikowanych na portalu Parkiet.com.

  • Płatności telefonem i BLIKiem wstrzymane! PKO BP ogłasza krótką przerwę techniczną w IKO

    Płatności telefonem i BLIKiem wstrzymane! PKO BP ogłasza krótką przerwę techniczną w IKO

    Planujesz wieczorne zakupy w środę? Lepiej miej przy sobie fizyczną kartę. Największy bank w Polsce, PKO Bank Polski, ogłosił planowaną przerwę techniczną w działaniu swojej flagowej aplikacji mobilnej.

    Kiedy aplikacja IKO przestanie działać?

    Klienci banku muszą się przygotować na środę, 8 kwietnia. Właśnie wtedy, w godzinach od 23:00 do 23:30, odbędą się zaplanowane prace techniczne. To oznacza, że przez pół godziny późnym wieczorem aplikacja IKO będzie niedostępna.

    „W najbliższą środę 8 kwietnia, w godz. 23.00-23.30, potrzebujemy czasu na prace w aplikacji IKO” – czytamy w komunikacie banku.

    Na szczęście to tylko 30 minut przerwy. Bank zapewnia, że prace potrwają krótko, ale w tym konkretnym okienku czasowym klienci napotkają utrudnienia.

    Czego nie będzie można zrobić?

    Tu dochodzimy do sedna sprawy. Podczas przerwy technicznej nie będzie możliwości logowania się do aplikacji IKO. To jednak nie wszystko.

    Kluczowe jest to, że zostaną wyłączone płatności zbliżeniowe telefonem oraz transakcje z użyciem kodu BLIK. Jeśli więc planujesz zapłacić za zakupy w sklepie zbliżeniowo smartfonem lub użyć BLIK-a w sieci – w tych konkretnych godzinach się nie uda.

    A co nadal będzie działać?

    Dobra wiadomość jest taka, że płatności kartami bankowymi mają funkcjonować bez żadnych zakłóceń. Można więc spokojnie płacić fizyczną kartą płatniczą. To ważne zabezpieczenie dla tych, którzy akurat będą robić wieczorne zakupy.

    Bank zdaje sobie sprawę z niedogodności i kieruje do klientów konkretną radę oraz przeprosiny.

    „Jeśli możesz, wszystkie ważne transakcje zrób wcześniej. Przepraszamy za utrudnienia” – dodają przedstawiciele PKO BP.

    Warto przypomnieć, że aplikacja IKO cieszy się ogromną popularnością wśród kilku milionów klientów banku i w 2025 roku zwyciężyła w konkursie Invest Cuffs 2026 w kategorii Aplikacja bankowa 2025. Krótka przerwa na prace techniczne to niewielka cena za utrzymanie jej niezawodności.

    Podsumowując: w środę 8 kwietnia między 23:00 a 23:30 miejcie przy sobie karty. Aplikacja IKO, płatności telefonem i BLIK na pół godziny zejdą z ringu.

  • Miliardy dolarów dziennie! Szokujący rachunek za wojnę Trumpa z Iranem

    Miliardy dolarów dziennie! Szokujący rachunek za wojnę Trumpa z Iranem

    Czy Waszyngtonowi po prostu skończyły się pieniądze? Nagła zmiana retoryki Donalda Trumpa, który z groźby unicestwienia przeszedł do ogłoszenia 14-dniowego zawieszenia broni, może mieć bardzo prozaiczne wytłumaczenie. Rachunek za konflikt z Iranem jest po prostu astronomiczny.

    Od wojny do „wielkiego dnia dla pokoju”

    Jeszcze niedawno świat wstrzymywał oddech, słuchając eskalacji ze strony USA. Jednak w ciągu jednej nocy sytuacja uległa gwałtownej zmianie. Donald Trump, za pośrednictwem Truth Social, ogłosił rozejm, nazywając go „wielkim dniem dla pokoju na świecie”. Prezydent USA, który wcześniej nie szczędził Iranowi ciężkich gróźb, teraz deklaruje, że Teheran „ma już dość” i chce stabilizacji.

    W ramach nowej strategii USA zamierzają nie tylko przerwać ogień, ale aktywnie włączyć się w proces „odbudowy”. Amerykańskie siły mają pozostać w regionie i nadzorować dostawy zapasów. Kluczowym elementem porozumienia jest również rozwiązanie problemu zablokowanego ruchu w strategicznej Cieśninie Ormuz, w czym US Navy ma odegrać decydującą rolę.

    Szokujące liczby: 570–795 milionów dolarów… dziennie!

    Nagła zmiana kursu nie wynika z pobudek humanitarnych, lecz twardej, ekonomicznej matematyki. Według ustaleń Financial Times, koszt 39 dni operacji przeciwko Iranowi szacuje się w przedziale 22,3–31 miliardów dolarów. Daje to zawrotną średnią od 570 do 795 milionów dolarów dziennie.

    Koszt kampanii przeciwko Iranowi, jaki Stany Zjednoczone poniosły przez ostatnie pięć tygodni, to 22,3–31 mld dol. — szacuje cytowana przez „Financial Times” Elaine McCusker, była wysoka urzędniczka budżetowa Pentagonu.

    Koszty te obejmują nie tylko bezpośrednie działania bojowe, ale także ogromne wydatki na rozmieszczenie dodatkowych sił na Bliskim Wschodzie, które trwają od końca grudnia. Pentagon już teraz widzi ogromną dziurę w budżecie, starając się o dodatkowe 200 miliardów dolarów od Kongresu na pokrycie kosztów i odtworzenie zużytych zasobów.

    Gdzie płyną te miliardy? Straty w ludziach i drogim sprzęcie

    Od 28 lutego w atakach na bazy amerykańskie zginęło 13 Amerykanów. Ponad 300 amerykańskich żołnierzy zostało rannych.

    Jednym z powodów tak wysokich kosztów są dotkliwe straty w zaawansowanym i drogim sprzęcie wojskowym. Według szacunków, około jedna dziesiąta dziennych kosztów wojny to wartość zniszczonego uzbrojenia. Do najbardziej bolesnych strat dla USA należą:

    • Boeing E-3 Sentry (AWACS) – zniszczony podczas ataku na bazę Prince Sultan w Arabii Saudyjskiej. Jego wartość szacuje się na 550 mln dol.
    • Drony MQ-9 Reaper – utracono 16 tych maszyn, co przekłada się na stratę rzędu 500 mln dol.
    • Myśliwce F-15 – zestrzelono cztery takie maszyny, co kosztowało około 260 mln dol.
    • Sprzęt transportowy: utracono m.in. dwa samoloty C-130 i dwa śmigłowce Black Hawk.

    Dodatkowo, poważne koszty generują uszkodzenia bojowe, takie jak naprawa systemu wczesnego ostrzegania w Katarze czy konserwacja lotniskowca USS Gerald R. Ford, który musiał zostać wycofany po pożarze w pralni.

    Iran vs. Ukraina: Niewygodne porównanie dla budżetu

    Zestawienie kosztów wojny z Iranem z pomocą dla Ukrainy pokazuje, z jak potężnym obciążeniem mierzy się Waszyngton. Ukraina „kosztowała” USA średnio około 0,1 mld dol. dziennie przez 3 lata.

    Wojna z Iranem to tempo rzędu 1–2 mld dol. dziennie, co oznacza 10-20-krotnie szybsze spalanie budżetu. W ciągu trzech lat rosyjskiej inwazji na Ukrainę USA wydały realnie ok. 100–110 mld dol. Tymczasem najbardziej agresywne szacunki dotyczące konfliktu z Iranem mówią o wydaniu podobnej kwoty nawet 100 mld dol. w zaledwie dwa tygodnie, jeśli wliczyć w to zużycie i odtworzenie nowoczesnego uzbrojenia.

    Donald Trump, znany ze swojego biznesowego podejścia, zdaje się widzieć w zawieszeniu broni szansę na zmianę paradygmatu – z kosztownej wojny na zyskowną odbudowę. Zapowiedź dostarczania „wszelkiego rodzaju zapasów” sugeruje, że amerykańskie firmy mogą odegrać kluczową rolę w przywracaniu Iranu do funkcjonowania.

    Dla administracji Trumpa 14-dniowe zawieszenie broni to czas na oddech i przeliczenie kosztów. Jeśli Pentagon rzeczywiście potrzebuje kolejnych 200 miliardów dolarów na kontynuowanie działań, to chłodna kalkulacja może na stałe zastąpić wojenne szaleństwo. Waszyngton musi teraz zdecydować, czy stać go na konflikt, który w miesiąc pochłania zasoby planowane na lata.

  • Rekordowe kredyty, rosnące ceny. Czy Polacy naprawdę łatwiej kupią mieszkanie?

    Rekordowe kredyty, rosnące ceny. Czy Polacy naprawdę łatwiej kupią mieszkanie?

    Polacy zaciągają dziś najwyższe w historii kredyty mieszkaniowe. Ale czy to oznacza, że mieszkania stały się bardziej dostępne? Oto, co naprawdę dzieje się na rynku.

    Rekordowa średnia hipoteki

    W IV kwartale 2025 roku przeciętna nowa hipoteka wynosiła 455 074 zł — wynika z danych Centrum AMRON. Wszystko wskazuje na to, że po podsumowaniu I kwartału 2026 roku padnie kolejny rekord, mimo pierwszych oznak pogorszenia sytuacji na rynku kredytowym w marcu.

    Rekordowe wartości to w dużej mierze efekt poprawy zdolności kredytowej gospodarstw domowych. Z raportu NBP wynika, że już w połowie 2025 roku jednoosobowe gospodarstwo mogło pożyczyć średnio ok. 441 tys. zł, a dwuosobowe aż 883 tys. zł — więcej niż w rekordowym wcześniej okresie sprzed czterech lat.

    „To tylko jedna strona medalu” — podkreśla Andrzej Prajsnar, ekspert RynekPierwotny.pl.

    Ceny uciekają zdolności kredytowej

    I tu pojawia się problem. Wzrost zdolności kredytowej w ostatnich kwartałach był wyraźny, ale nie nadążał za tempem zmian cen mieszkań. W lutym 2020 roku średnia cena ofertowa nowych lokali w Warszawie wynosiła 10 659 zł za m kw. Sześć lat później było to już 19 546 zł za m kw.

    Zmiana skali jest ogromna. Jeszcze kilka lat temu ceny w Śródmieściu Warszawy były o ok. 2000 zł za m kw. niższe niż dzisiejsza średnia dla całego miasta. To pokazuje, jak bardzo rynek „uciekł” potencjalnym nabywcom.

    Ożywienie sprzedaży w 2026 roku

    Mimo tych wyzwań, popyt na nowe mieszkania nie słabnie. W pierwszym kwartale 2026 roku deweloperzy sprzedali w siedmiu największych polskich metropoliach około 14,8 tys. mieszkań. To wzrost o 17% względem poprzedniego kwartału i o 19% rok do roku.

    Największy wzrost odnotowano w Warszawie, gdzie deweloperzy sprzedali 4,9 tys. mieszkań — o 32% więcej niż rok wcześniej. Dwucyfrowe wzrosty pojawiły się także we Wrocławiu (+25%), Łodzi (+24%), Krakowie (+21%) i Trójmieście (+10%). Wyjątkiem pozostaje Poznań, gdzie rynek wykazuje oznaki stagnacji.

    Podaż spada, ceny rosną

    Wzrost sprzedaży zbiegł się z ograniczeniem podaży. W pierwszym kwartale 2026 roku deweloperzy wprowadzili na rynek około 11,8 tys. mieszkań — o 8% mniej niż kwartał wcześniej i aż o 25% mniej niż rok temu.

    Zmniejszająca się oferta przekłada się na wzrost średnich cen. W Warszawie średnia cena metra kwadratowego nowych mieszkań wzrosła o 7%, osiągając 19,6 tys. zł za mkw. Jeśli ten trend się utrzyma, średnia cena może przekroczyć 20 tys. zł za mkw. jeszcze w tym półroczu — prognozuje Marek Wielgo z RynekPierwotny.pl.

    Najbardziej kurczy się segment najtańszych mieszkań — w Warszawie ich liczba spadła w pierwszym kwartale o 16%, w Trójmieście o 14%, a w Poznaniu o 12%.

    Indeks dostępności mówi więcej

    Aby lepiej uchwycić realną dostępność mieszkań, eksperci analizują Indeks Dostępności Mieszkaniowej M3 opracowany przez Centrum AMRON. Uwzględnia on nie tylko zdolność kredytową, ale także ceny mieszkań, wynagrodzenia, koszty utrzymania i oprocentowanie kredytów.

    Na koniec IV kwartału 2025 roku indeks dostępności mieszkań wyniósł 78, czyli 78% poziomu z rekordowego 2017 roku. To wyraźna poprawa względem wcześniejszych 66 notowanych rok wcześniej.

    Dane historyczne pokazują dwa wyraźne „dołki” dostępności mieszkań. Pierwszy przypadł na okres boomu sprzed globalnego kryzysu finansowego — w III kwartale 2007 roku indeks spadł do zaledwie 43. Drugi dołek to lata 2022–2023, kiedy dostępność mieszkań spadła o ok. 35–40% względem poziomu z 2017 roku.

    Ryzyka na horyzoncie

    Początek 2026 roku mógł przynieść dalszą poprawę dostępności, jednak sytuacja szybko się skomplikowała. W marcu pojawiły się pierwsze wzrosty oprocentowania kredytów o okresowo stałej stopie, a rynki zaczęły dyskontować możliwość podwyżek stóp procentowych NBP. Dodatkowo napięcia geopolityczne zwiększyły niepewność na rynkach finansowych.

    Zdaniem Jana Dziekońskiego, głównego ekonomisty RynekPierwotny.pl, w Warszawie można już mówić o rynku sprzedającego. W pozostałych metropoliach oferta mieszkań pozostaje na tyle duża, że kupujący wciąż mają przewagę negocjacyjną.

    Ekspert zwraca jednak uwagę na ryzyka związane z rosnącym oprocentowaniem kredytów. Wzrost stóp procentowych mógłby skutecznie ostudzić zapał kupujących i wpłynąć na dalszy rozwój rynku.

    Polska znajduje się obecnie w punkcie przejściowym. Dostępność mieszkań jest wyraźnie lepsza niż w najtrudniejszych momentach ostatnich lat, ale wciąż daleka od historycznych szczytów. Jej dalszy kierunek będzie zależał głównie od kosztu pieniądza i sytuacji makroekonomicznej.

  • Kazachstan odkrywa geologicznego giganta. Czy to nowy Kaszagan?

    Kazachstan odkrywa geologicznego giganta. Czy to nowy Kaszagan?

    Czy na zachodzie Kazachstanu właśnie odkryto jedno z największych złóż ropy i gazu ostatnich dekad? Wszystko na to wskazuje, choć droga do wydobycia będzie długa i wyboista.

    Państwowa spółka KazMunayGaz poinformowała o zidentyfikowaniu potencjalnie ogromnej struktury geologicznej w obwodzie atyrauskim. Według wstępnych szacunków, które podała agencja Kazinform, może ona zawierać do 4,7 miliarda ton ropy naftowej i gazu ziemnego. To liczby, które od razu przykuwają uwagę całego sektora energetycznego.

    Geologiczny bliźniak słynnego złoża

    Co czyni to odkrycie tak wyjątkowym? Struktura ma formę tzw. karbonatytowego masywu i pod względem budowy geologicznej przypomina złoże Kaszagan – jedno z największych odkryć naftowych na świecie w ostatnich dekadach. Podczas prac poszukiwawczych uzyskano przypływ gazu pod wysokim ciśnieniem, co jest mocnym, wstępnym potwierdzeniem obecności węglowodorów.

    Ale tutaj pojawia się pierwsze „ale”. Przedstawiciele branży energetycznej jednoznacznie podkreślają, że projekt znajduje się na bardzo wczesnym etapie. Konieczne są dalsze odwierty i szczegółowe analizy, aby potwierdzić rzeczywistą wielkość zasobów nadających się do komercyjnego wydobycia.

    Złoża tego typu, choć potencjalnie bardzo zasobne, należą do najbardziej wymagających technologicznie i kosztownych w eksploatacji.

    Lekcja z Kaszaganu: wielki potencjał, wielkie wyzwania

    Porównanie do Kaszaganu nie jest przypadkowe, ale niesie ze sobą ważne ostrzeżenie. To pole, choć zawiera ogromne zasoby, przez lata było synonimem wyzwań. Jego zagospodarowanie trwało wiele lat i wiązało się z licznymi problemami technicznymi, w tym z ekstremalnie wysokim ciśnieniem oraz obecnością toksycznych związków siarki.

    Produkcja rozpoczęła się z opóźnieniem, a koszty projektu znacząco przekroczyły pierwotne założenia. Doświadczenia z Kaszaganu pokazują też, że współpraca Kazachstanu z międzynarodowymi koncernami paliwowymi bywa napięta – toczą się spory prawne dotyczące kosztów i podziału zysków, rozstrzygane w arbitrażu międzynarodowym.

    Długa droga do wydobycia

    Ewentualne potwierdzenie dużych zasobów w nowej strukturze mogłoby znacząco wzmocnić pozycję Kazachstanu jako kluczowego producenta surowców energetycznych nie tylko w Azji Centralnej. Tutaj jednak czeka nas kolejna zimna kalkulacja czasu.

    Eksperci zgodnie wskazują, że od etapu odkrycia do faktycznego rozpoczęcia wydobycia w przypadku tak skomplikowanych złóż może upłynąć nawet kilkanaście lat. Według analiz branżowych, m.in. Global Energy Monitor, średni czas realizacji takich projektów wynosi obecnie około 15 lat.

    Co to oznacza dla Kazachstanu?

    Położony w Azji Centralnej Kazachstan i tak już jest potęgą surowcową. Należy do grona kluczowych państw zasobnych w węglowodory, dysponując ok. 30 mld baryłek potwierdzonych rezerw ropy (około 1,7% światowych zasobów), co plasuje go w drugiej dziesiątce największych posiadaczy ropy na świecie. Kraj ma też znaczące zasoby gazu ziemnego.

    Ale to nie wszystko. Kazachstan jest największym na świecie producentem uranu oraz wydobywa m.in. węgiel, miedź i cynk. Nowe odkrycie, jeśli się potwierdzi, byłoby kolejnym, potężnym atutem w jego surowcowym portfolio.

    Podsumowując: w Kazachstanie zapalono zielone światło dla potencjalnie przełomowego projektu. Mamy obiecujące wstępne dane, geologicznego „bliźniaka” legendarnego złoża i ogromne nadzieje. Jednocześnie wszyscy zdają sobie sprawę z długiej, technologicznie wymagającej i kosztownej drogi, jaka dzieli obiecujące odwierty od regularnego wydobycia. Na rynku energii pojawił się nowy, bardzo ciekawy gracz do obserwacji – ale na jego pierwsze ruchy przyjdzie nam poczekać.

  • Polski rynek pracy wstrzymuje oddech. Bezrobocie rośnie, a pracodawcy wybierają tylko najlepszych

    Polski rynek pracy wstrzymuje oddech. Bezrobocie rośnie, a pracodawcy wybierają tylko najlepszych

    Czy to już koniec ery rynku pracownika? Najnowsze dane z lutego 2026 roku nie pozostawiają złudzeń – kierunek zmian jest jednoznaczny i nie napawa optymizmem.

    W lutym stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła do 6,1 proc., a w urzędach pracy zarejestrowanych było już 954,9 tys. osób. To o 12,7 proc. więcej niż rok wcześniej! Równolegle słabnie popyt na pracowników. Pod koniec czwartego kwartału 2025 roku liczba wolnych miejsc pracy wyniosła 85,8 tys., co oznacza spadek o 9,4 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem.

    „To nie jest jeszcze załamanie, ale zmiana równowagi jest wyraźna. Rynek pracownika stopniowo ustępuje miejsca większej selektywności po stronie pracodawców” – mówi Krzysztof Inglot, ekspert rynku pracy z firmy Personnel Service.

    Najtrudniej mają najmłodsi

    Tutaj sytuacja jest najbardziej alarmująca. Stopa bezrobocia w grupie do 25. roku życia wzrosła do 12,5 proc. z 10,9 proc. rok wcześniej. W niektórych dużych miastach dynamika jest jeszcze wyższa i wynosi nawet kilkadziesiąt procent rok do roku.

    „Wejście na rynek pracy staje się coraz trudniejsze, szczególnie w momencie, gdy firmy ograniczają rekrutacje na stanowiska juniorskie. Na to wszystko nakłada się strukturalna zmiana związana z automatyzacją i AI” – dodaje Inglot.

    Młodzi najboleśniej odczuwają zmianę modelu zatrudnienia – firmy coraz rzadziej inwestują w osoby bez doświadczenia, a coraz częściej szukają gotowych kompetencji.

    Kompetencje zamiast dostępności

    Zmienia się nie tylko liczba ofert, ale też ich charakter. Według analiz PwC tempo zmiany kompetencji w zawodach najbardziej narażonych na wpływ sztucznej inteligencji jest w Polsce aż o 66 proc. wyższe niż w pozostałych profesjach.

    W praktyce oznacza to, że firmy nie przeprowadzają masowych zwolnień, lecz stopniowo ograniczają rekrutację – szczególnie w obszarach administracyjnych, operacyjnych i prac biurowych.

    „Mamy jednocześnie blisko milion osób bezrobotnych i spadającą liczbę wakatów, ale to nie oznacza, że rynek się zatrzymał, tylko, że się zmienia. Coraz większym wyzwaniem nie jest sama liczba miejsc pracy, ale to, czy kandydaci mają kompetencje, których oczekują pracodawcy” – wskazuje ekspert.

    Sytuację dodatkowo komplikuje spadek środków na aktywizację zawodową – z ponad 3,6 mld zł do około 2,1 mld zł, czyli o ponad 40 proc. rok do roku. Paradoksalnie motywacji do nauki nie brakuje. Jak wynika z „Barometru Polskiego Rynku Pracy”, aż 45 proc. pracowników deklaruje chęć zdobywania nowych umiejętności – pod warunkiem, że pracodawcy stworzą im taką możliwość.

    Ofert ubywa w niemal każdej branży

    Tendencję spadkową potwierdza także „Barometr Ofert Pracy”. Spadki utrzymują się tam od ponad trzech miesięcy.

    „Redukcję liczby ogłoszeń o pracy notujemy we wszystkich szerokich grupach zawodowych. Stosunkowo dużo wakatów ubyło dla pracowników fizycznych, choć ogłoszeń zatrudnienia dla tego typu pracowników nadal ukazuje się dość dużo” – zauważają autorzy raportu.

    Po ubiegłorocznych wzrostach korekta objęła także zawody wymagające wykształcenia w naukach ścisłych i inżynieryjnych. Największe miesięczne spadki liczby ofert odnotowano w województwach podlaskim, świętokrzyskim oraz mazowieckim.

    Szukanie pracy trwa coraz dłużej

    Zmianę odczuwają już nie tylko statystyki, ale i sami kandydaci. Z analizy Instytutu Badawczego Randstad wynika, że w 2025 roku średni czas potrzebny na znalezienie nowej pracy wydłużył się do 4,5 miesiąca.

    Największa grupa badanych – 37 proc. – znajduje zatrudnienie w ciągu dwóch–trzech miesięcy. Jednocześnie aż 10 proc. potrzebuje od siedmiu do dwunastu miesięcy, aby zakończyć proces rekrutacyjny. Rośnie konkurencja, a znaczenie detali – takich jak jakość CV – staje się większe niż jeszcze rok czy dwa lata temu.

    Eksperci Randstad zwracają uwagę, że wydłużenie czasu poszukiwania pracy o około półtora miesiąca rok do roku jest wyraźnym sygnałem wyhamowania rynku. Optymizm kandydatów pozostaje umiarkowany – niemal 30 proc. wierzy, że znajdzie pracę w ciągu pół roku. Ale tylko 12 proc. zakłada, że nowe stanowisko będzie porównywalne lub lepsze od obecnego.

    To już nie jest rynek, na którym „coś się znajdzie”. To rynek, na którym trzeba mieć powód, żeby zostać wybranym.