Blog

  • Polacy królują w Europie. Prawie co drugi z nas inwestuje w kryptowaluty!

    Polacy królują w Europie. Prawie co drugi z nas inwestuje w kryptowaluty!

    Czy wiesz, że Polska jest absolutnym liderem w adopcji kryptowalut w Europie? To nie domysły – najnowszy raport polskiej spółki ARI10, „Adopcja Kryptowalut w Europie 2026”, dostarcza twardych danych, które pokazują, jak mocno cyfrowe aktywa wrosły w nasz finansowy krajobraz.

    Skala zjawiska jest ogromna

    Okazuje się, że kryptowaluty dawno wyszły z niszy. Blisko 40% Europejczyków z 11 badanych krajów miało już kontakt z kryptoaktywami, a ponad 31% aktywnie inwestuje. To już nie jest margines – to znacząca i rosnąca klasa aktywów.

    „Kryptoaktywa w Europie nie są już niszą, są już niemal zjawiskiem powszechnym” – czytamy w raporcie.

    Ale tu zaczyna się prawdziwa sensacja.

    Polska na czele stawki – spektakularne liczby

    Oto, jak wyglądamy na tle Europy. Aż 47,1% polskich respondentów deklaruje kontakt z kryptowalutami. To najwyższy wynik w całym badaniu! To oznacza, że prawie co drugi Polak miał z nimi do czynienia.

    Polska nie tylko przoduje w ogólnym zainteresowaniu. Mamy również:

    • Najniższy odsetek osób (13,6%), które nie widzą dla siebie żadnego zastosowania krypto – czyli najmniejszy sceptycyzm w Europie.
    • Najwyższy odsetek aktywnych inwestorów (35,6%).
    • Największą świadomość działania unijnych regulacji MiCA (31,4%).

    To pokazuje nie tylko skalę, ale i dojrzałość naszego rynku. Inwestujemy mądrzej i bardziej świadomie.

    Co napędza tę rewolucję? Motywacja jest prosta

    Wbrew temu, co można by sądzić, głównym motorem nie jest fascynacja technologią blockchain. Blisko połowa inwestorów (około 50%) jako kluczowy powód wskazuje oczekiwanie wzrostu wartości aktywów.

    „Motyw finansowy odgrywa dominującą rolę w decyzji o pierwszej inwestycji” – podkreśla raport.

    Kryptowaluty są dziś przede wszystkim postrzegane jako narzędzie inwestycyjne i sposób na dywersyfikację portfela, podobnie jak akcje czy złoto.

    Bezpieczeństwo i wyzwania

    Czy ten rynek jest bezpieczny? Aktywni inwestorzy są do niego nastawieni raczej pozytywnie – ponad 60% z nich uważa kryptowaluty za bezpieczne.

    Mimo to istnieją wyraźne bariery. Respondenci wskazują na ryzyko inwestycyjne, zmienność cen czy brak wiedzy technicznej. Co ciekawe, ponad 56% wszystkich respondentów za istotne zagrożenie uznaje brak regulacji, co pokazuje rosnące oczekiwania wobec prawodawców.

    Jaka jest przyszłość? Kluczem jest edukacja

    Raport jasno pokazuje, że potencjał dalszego wzrostu adopcji wciąż jest wysoki. Aż 64,6% badanych Europejczyków widzi dla siebie potencjalne zastosowanie kryptowalut.

    Zdaniem Mateusza Kary, prezesa ARI10 & Morphic Financial Group, kluczem do wykorzystania tego potencjału jest właśnie edukacja.

    „Kluczem do dalszego wzrostu jest edukacja obalająca strach przed technologią oraz tworzenie bezpiecznych i prostych rozwiązań do codziennych zastosowań” – twierdzi Kara.

    Największy napływ inwestorów miał miejsce w latach 2021–2022, ale rynek ewoluuje z fazy spekulacyjnej w stronę uporządkowanego segmentu finansów. Polska, jako niekwestionowany lider europejskiej adopcji, ma szansę odgrywać w tym procesie kluczową rolę.

    Czy twoje finanse są już częścią tej cyfrowej transformacji?

  • Polacy gotowi płacić miliardy za technologiczną niezależność? Nowy raport i inwestycje otwierają oczy

    Polacy gotowi płacić miliardy za technologiczną niezależność? Nowy raport i inwestycje otwierają oczy

    Czy Polacy są gotowi dopłacać do swojej cyfrowej wolności? Najnowsze dane pokazują, że tak. Ale to nie tylko kwestia sentymentu – to pilna sprawa bezpieczeństwa i gospodarki.

    Ponad połowa społeczeństwa mówi: „suwerenność priorytetem”

    Według raportu Fundacji Digital Poland 56 proc. Polaków uważa suwerenność technologiczną za kwestię dużego lub bardzo dużego znaczenia. Zaledwie 9 proc. marginalizuje ten temat. To wyraźny sygnał, że świadomość wyzwań rośnie.

    Ale to nie wszystko. Blisko 6 na 10 badanych opowiada się za modelem, w którym niezależność buduje się wyłącznie na krajowych zasobach (29 proc.) lub w ramach współpracy z Unią Europejską (28 proc.). Autorzy raportu nazywają to wizją technologicznej „Twierdzy Europa”.

    I tu pojawia się kluczowa kwestia: cena tej niezależności. Aż 71 proc. Polaków deklaruje gotowość do poniesienia wyższych kosztów za korzystanie z rodzimych lub europejskich technologii.

    — Wyniki badania potwierdzają, że Polacy rozumieją wagę rozwoju silnego przemysłu technologicznego w Europie i są gotowi wspierać go nawet wyższymi kosztami — komentuje Cristina Caffarra, założycielka EuroStack Initiative Foundation.

    Brak niezależności kosztuje nas miliardy

    Dlaczego temat jest tak palący? Bo koszty zależności już dziś są gigantyczne. Firmy w krajach będących producentami technologii osiągają marże na poziomie 25-35 proc. Tymczasem w krajach odbiorców, takich jak Polska, marże spadają do zaledwie 5-10 proc.

    To przekłada się na realny deficyt. Według szacunków Sieci Badawczej Łukasiewicz deficyt handlowy w usługach cyfrowych sięga już 45 mld zł rocznie. Prognozy są alarmujące – do 2030 r. jego wartość może być porównywalna z deficytem z importu paliw kopalnych.

    Ekonomiczne skutki to tylko część problemu. Autorzy raportu ostrzegają przed ryzykiem paraliżu operacyjnego przez brak dostępu do komponentów czy zdalne odcięcie usług (tzw. kill switch). Wzrasta także niebezpieczeństwo szpiegostwa, utraty własności intelektualnej czy manipulacji procesami demokratycznymi.

    — Zagrożenie ukrytymi podatnościami jest ściśle powiązane z ryzykiem zdalnego wyłączenia infrastruktury przez zagranicznego producenta oraz możliwością szpiegostwa — podkreśla Marcin Madey, Country Manager SUSE Polska.

    Geopolityka przyspiesza działania. Europa buduje własną chmurę

    Potrzeba suwerenności nie jest teorią. Po agresji Rosji na Ukrainę temat bezpieczeństwa danych stał się priorytetem. Niedługo po wybuchu wojny firma Data4 otworzyła pierwsze centrum danych pod Warszawą. Teraz, w obliczu zmiennej sytuacji geopolitycznej, tematem zajmuje się cała Unia.

    W kwietniu Komisja Europejska rozstrzygnęła przetarg o wartości 180 mln euro na „suwerenną chmurę” na użytek instytucji UE. To odpowiedź na dominację amerykańskich gigantów, którzy kontrolują 65 proc. unijnego rynku chmury obliczeniowej (Alphabet, Microsoft, Amazon).

    Rządy również działają. Francuski rząd zadecydował o rezygnacji z Windows na rzecz Linuksa na około 2,5 mln komputerów służb publicznych. Podobne ruchy zaczęły Niemcy, Austria i Dania.

    Inwestycje w Polsce: od słów do czynów

    Na naszym podwórku również widać ruch. Firma Data4, której głównym udziałowcem jest AXA, właśnie otworzyła drugie centrum danych w Polsce, w Jawczycach pod Warszawą.

    — To flagowa inwestycja Data4 — mówił Olivier Micheli, prezes Data4.

    Łączne inwestycje firmy w Polsce sięgają już 200 mln euro, a plany zakładają ich potrojenie do 2030 roku. Nowy obiekt o mocy 10 MW jest pierwszym w kraju zgodnym z ekologicznym standardem BREEAM. Docelowo kampus w Jawczycach ma osiągnąć moc 60 MW.

    Obecnie zainstalowana moc centrów danych w Polsce wynosi 300 MW, a do 2030 roku ma wzrosnąć do 500 MW. Jak podkreślał podczas otwarcia minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, Polska odpowiada już za ponad jedną trzecią mocy centrów danych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

    Sztuczna inteligencja napędza wyścig

    Rozwój AI tylko przyspiesza ten trend. Analitycy McKinsey & Co szacują, że globalne wydatki na centra danych do 2030 roku sięgną 7 bilionów dolarów. To największa inwestycja w infrastrukturę cyfrową w historii.

    — Każdy 1 MW oddany do użytku to kolejne koło zamachowe gospodarki. Dolar zainwestowany oddaje 2,5 dolara w gospodarce — mówił Adam Ponichtera, dyrektor zarządzający Data4 w Polsce.

    Ekspansja sztucznej inteligencji wzmacnia potrzebę suwerenności danych. Chodzi nie tylko o to, gdzie dane są przechowywane, ale kontrolę nad tym, które algorytmy AI mają do nich dostęp.

    Wniosek jest jeden. Suwerenność technologiczna przestała być abstrakcyjnym hasłem. To dziś kluczowy element bezpieczeństwa narodowego, przewagi konkurencyjnej i… realny postulat większości Polaków, gotowych za tę niezależność zapłacić.

  • Admirał z NATO i politolog Krastew o tym samym: Europa jest słaba i Putin to wie

    Admirał z NATO i politolog Krastew o tym samym: Europa jest słaba i Putin to wie

    Czy Europa śpi spokojnie tylko dzięki amerykańskim gwarancjom? Czy jesteśmy gotowi na wojnę, która już trwa za naszą wschodnią granicą? Wstrząsające ostrzeżenia płyną równocześnie z dwóch stron: od wysokiego rangą oficera NATO i od czołowego europejskiego politologa. Ich diagnoza jest zbieżna: kontynent jest bezbronny, a Rosja o tym wie.

    Admirał NATO: „Jesteśmy słabi, zapasy nie są duże, a przeciwnik o tym wie”

    Wojna w Ukrainie pokazuje, że charakter konfliktów zmienia się szybciej, niż zachodnie armie są w stanie się dostosować. Zdaniem admirała Vandiera z NATO luka między ambicjami obronnymi Europy a jej rzeczywistymi zdolnościami osłabia odstraszanie i może zachęcić Rosję do dalszej agresji.

    Podkreślił to podczas Paris Defense & Strategy Forum. Wojna w Ukrainie zapoczątkowała wyścig technologiczny, gdzie pole walki jest nasycone dronami i systemami walki elektronicznej.

    „Wstrząs to moment, w którym trzeba stworzyć nowy świat i nowy sposób działania. To właśnie widzimy w Ukrainie. Mając wszystko przeciwko sobie poza samym przeciwnikiem, muszą wymyślić nową wojnę” – powiedział admirał.

    Według Vandiera Europa wciąż funkcjonuje w trybie reagowania kryzysowego. Jego zdaniem jednym z największych wyzwań jest powrót masowości. Rosja i Iran produkują setki tanich dronów Shahed na każdy pojedynczy, drogi pocisk przechwytujący Zachodu.

    „Celów jest znacznie więcej niż środków, które mogą je zniszczyć. Trzeba wymyślić coś innego” – podkreślił.

    Admirał zaznacza, że problemem nie są pieniądze, lecz szybkość decyzji. Nawet bogate państwa Zatoki Perskiej mają trudności z obroną przed tanimi dronami. Jego zdaniem dziś czołg bez aktualnych systemów zakłócania może zostać zniszczony w 10 minut.

    I tu dochodzimy do sedna: Vandier uważa, że NATO musi patrzeć w przyszłość.

    „Musimy przygotować się do kolejnej wojny, a nie poprzedniej, ponieważ tę poprzednią Rosjanie uważają, że mogą wygrać. Następnej nie są już pewni”.

    Politolog Krastew: Europa utraciła język poświęcenia

    Zaskakująco podobną diagnozę stawia bułgarski politolog Iwan Krastew. Jego zdaniem problem Europy nie sprowadza się tylko do budżetów, ale do głębszej luki: europejskie społeczeństwa i politycy utracili język poświęcenia.

    „Doszliśmy do punktu, w którym rządy nie wiedzą, jak mówić obywatelom, że w razie potrzeby mogą być wezwani do poświęcenia życia za swój kraj. Nawet samo słowo ‘poświęcenie’ zniknęło z politycznego języka” – mówi Krastew.

    Według niego europejskie bezpieczeństwo przez dekady opierało się na psychologicznym założeniu, że Ameryka zawsze przyjdzie z pomocą.

    „Dla wielu Europejczyków NATO było ostatnią religią, ale wraz z powrotem Trumpa na urząd prezydenta to myślenie się zmieniło” – dodaje.

    Krastew zwraca uwagę na drastycznie niską gotowość do obrony kraju w niektórych państwach: w Niemczech deklaruje ją zaledwie 18 proc. obywateli, w Danii 37 proc. Dla porównania, w Finlandii to 74 proc.

    Okno możliwości dla Putina?

    Najostrzejsze ostrzeżenie politologa dotyczy Rosji. Jego zdaniem na Kremlu toczy się realna debata o „oknie możliwości” dla ewentualnego uderzenia na Europę, zanim Niemcy – które ogłosiły zamiar budowy „najsilniejszej konwencjonalnej armii w Europie” – zdążą przełożyć gigantyczne wydatki na realną siłę.

    „To temat, o którym w Rosji rozmawia się poważnie. Czas jest dziś po ich stronie, dlatego musimy działać bardzo szybko” – alarmuje Krastew.

    Jego zdaniem Ukraina, z największą i najbardziej doświadczoną armią lądową na kontynencie (poza rosyjską), musi być integralną częścią europejskiej architektury bezpieczeństwa dla dobra całej Europy.

    Test rzeczywistości: ćwiczenia NATO z 10 mln euro

    Tymczasem NATO nie zasypia gruszek w popiele. W kwietniu sojusz planuje duże ćwiczenia antydronowe w Rumunii. Jak poinformował admirał Vandier, przeznaczono na nie 10 mln euro. Udział potwierdziło 20 z 32 państw członkowskich i 24 firmy z sektora obronnego.

    „Przez sześć godzin dziennie będziemy strzelać i strzelać. Zobaczymy, kto mówi prawdę, a kto robi sprzęt, który dobrze wygląda tylko w prezentacjach” – zapowiedział Vandier.

    Ćwiczenia mają pomóc oddzielić marketing od rzeczywistej skuteczności. To paląca potrzeba, bo jak podkreślają obaj analitycy, następna wojna może wyglądać zupełnie inaczej.

    Między jednością a słabością

    Czy jest jakaś nadzieja w tych ponurych diagnozach? Iwan Krastew nie wierzy w Europę jako supermocarstwo, ale w Europę jako średnią potęgę, zdolną do przetrwania dzięki politycznej jedności.

    „Najbardziej optymistyczne jest to, że żadne z kluczowych państw nie chce wychodzić z UE” – mówi, dodając, że to wcale niemało.

    Admirał Vandier widzi rozwiązanie w innowacji i sprycie, wzorując się na Ukrainie, gdzie w ukrytych fabrykach produkuje się tysiące dronów dziennie.

    „Musimy być sprytniejsi. Musimy stworzyć taką wojnę, którą Rosja przegra” – podsumował.

    Ich przesłanie jest jasne: era iluzji bezpieczeństwa się skończyła. Czas na zimną, trudną pracę. I to szybko, bo jak przypominają, czas jest po stronie przeciwnika.

  • Czy etat to już przeżytek? Oto jak AI napędza rekordową falę startupów w USA

    Czy etat to już przeżytek? Oto jak AI napędza rekordową falę startupów w USA

    Czy praca na etacie traci sens? W Stanach Zjednoczonych dzieje się coś, co może być początkiem fundamentalnej zmiany na rynku pracy. Pracownicy sami rezygnują z dobrze płatnych stanowisk, inwestują własne oszczędności i rzucają się w wir przedsiębiorczości. Co ich pcha do takiego ryzyka?

    Rekord, który bije na alarm

    Od listopada do stycznia w USA złożono aż 1,56 miliona wniosków o rejestrację nowych firm. To najwięcej w ciągu trzech miesięcy od co najmniej 2004 roku, jak podają dane Biura Spisu Ludności analizowane przez CNBC Make It.

    Ale tu jest najciekawsza część. Coraz częściej to nie zwolnienia są impulsem do zmiany, tylko decyzja samego pracownika. 30-letni Travis Di Lombardi-Spicer zrezygnował z etatu po odmowie podwyżki i obawach o wpływ AI na branżę audio. Zainwestował 40 tysięcy dolarów własnych środków i uruchomił platformę Spotbookr. Michelle Yeung, była inżynierka oprogramowania zarabiająca 250 tysięcy dolarów rocznie, po latach wypalenia otworzyła w Nowym Jorku kawiarnię Matcha House.

    Wielu z nich wskazuje, że AI ułatwia start własnych firm, a decyzja o odejściu z etatu to próba przejęcia kontroli nad przyszłością zawodową — czytamy w Business Insider Polska.

    Strach przed AI jako motor zmian

    Dane są jasne. W badaniu Resume Now z grudnia 2025 roku 40% ankietowanych Amerykanów stwierdziło, że AI już „zastępuje, dewaluuje lub wchodzi w zakres ich obowiązków”. Kolejne 29% uważa, że AI mogłaby efektywnie wykonać połowę ich codziennych zadań.

    Ludzie nie czekają na zwolnienie. Przewidują nadchodzące zmiany i sami odchodzą z pracy. To zupełnie nowa fala przedsiębiorców, różna od poprzednich pokoleń.

    Czy to już strukturalna zmiana?

    Ekonomiści zauważają, że może to nie być chwilowy trend. John Haltiwanger z Uniwersytetu Maryland mówi o „niespodziewanym zrywie w zakładaniu nowych firm”. Liczba wniosków o nadanie numeru podatkowego — kluczowej miary przedsiębiorczości — jest dziś w USA aż o 60% wyższa niż przed pandemią.

    Torsten Slok, główny ekonomista Apollo, jest jeszcze bardziej bezpośredni:

    „Adopcja AI stymuluje rozwój przedsiębiorczości w USA. Sektory inwestujące w sztuczną inteligencję przodują w kreowaniu nowych firm”.

    Generatywna AI obniża próg wejścia do biznesu. Przedsiębiorcy wykorzystują ją do tworzenia stron, treści marketingowych czy analiz finansowych. Dzięki temu pomysł może szybciej stać się gotowym produktem.

    A co z Europą? Tu jest cisza

    Tu dochodzimy do kluczowej różnicy. Podczas gdy USA przeżywa boom, w Europie nie widać podobnego zjawiska.

    Liczba rejestracji nowych firm w Polsce jest dziś o 3,1% niższa niż w 2019 roku. W Niemczech wprawdzie wzrosła, ale tylko o 13,3% — to skromny wynik na tle amerykańskiego skoku.

    Dlaczego? Luis Garicano, ekonomista z London School of Economics, ma prowokującą tezę. W swojej pracy „Why Europe doesn’t have a Tesla” pisze: „11% amerykańskich start-upów technologicznych ma europejskiego współzałożyciela„.

    Problem nie polega na braku ducha przedsiębiorczości. Problem polega na tym, że Europejczycy wybierają przedsiębiorczość gdzie indziej — głównie w USA.

    Koszt porażki: 7 miesięcy vs. 62 miesiące

    Sedno sprawy leży w kosztach. W USA koszt restrukturyzacji firmy odpowiada zaledwie 7 miesięcznym wynagrodzeniom na jednego zwolnionego pracownika. W Europie te liczby są dramatycznie wyższe:

    • Niemcy: 31 miesięcy
    • Francja: 38 miesięcy
    • Włochy: 52 miesiące
    • Hiszpania: 62 miesiące

    Gdy koszt porażki jest astronomiczny, wielu po prostu rezygnuje — podkreśla Garicano.

    Europa chroni pracowników, podczas gdy USA stawia na elastyczność pracodawców. To świadomy wybór, ale ma swoją cenę.

    Nie zapominajmy o ryzyku

    Entuzjazm dla przedsiębiorczości ma też drugą stronę medalu. Według Biura Statystyki Pracy około 25% nowych firm w USA nie przetrwa nawet roku.

    Eksperci ostrzegają, że choć AI może wspierać małe firmy, nie gwarantuje sukcesu. Rosnąca liczba nowych firm oznacza po prostu większą konkurencję.

    Saikat Chaudhuri z Haas School of Business na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley podsumowuje: „Koszt alternatywny założenia firmy jest teraz niższy, bo możliwości na rynku pracy nie są już tak atrakcyjne”.

    Niestabilność geopolityczna, rosnące koszty życia i brak zaufania do pracodawców skłaniają Amerykanów do przejęcia kontroli nad swoją karierą.

    Czy obserwujemy początek nowej ery? W USA tak, w Europie — na razie nie. AI daje narzędzia, ale ostateczny wybór między bezpieczeństwem etatu a wolnością przedsiębiorcy zawsze pozostaje indywidualną decyzją.

  • Ropa z Iranu tnie ceny na giełdzie? „Czajniczki” w Chinach robią swoje

    Ropa z Iranu tnie ceny na giełdzie? „Czajniczki” w Chinach robią swoje

    Ceny ropy wróciły po szczytach w okolice 110 dolarów za baryłkę. A co, jeśli to właśnie gigantyczny głód Chiny na ropę napędza ceny? Okazuje się, że Państwo Środka ma swoje sposoby, by zapewnić sobie dostawy – i to wbrew zachodnim sankcjom.

    Rekordowa bariera dla kierowców

    Konflikt w Iranie uderzył w około 20 proc. światowej podaży ropy, powodując gwałtowne wzrosty. W marcu cena baryłki ropy Brent na giełdzie ICE otarła się o 109,90 dolarów. Chińskie władze zareagowały największą w historii podwyżką maksymalnych cen detalicznych benzyny i diesla.

    Kierowcy nie mają portfeli z gumy. Wolą ograniczyć przejazdy. To naturalna bariera dalszego popytu – tak sytuację komentuje źródło.

    I to właśnie ta bariera płacowa kierowców zaczęła przekładać się na decyzje rafinerii. Część z nich po prostu wstrzymała zakupy surowca.

    Chińskie „czajniczki” czekają na lepsze ceny

    Kluczową rolę w chińskim rynku odgrywają niezależne, prywatne rafinerie, nazywane ze względu na rozmiar „czajniczkami” (teapot). W ostatnich miesiącach korzystały one z tanich zapasów rosyjskiej i irańskiej ropy. Jednak tymczasowe zezwolenia USA na zakup uwięzionej na morzu ropy spowodowały gwałtowny wzrost jej cen.

    Tymczasem rabaty na irańską ropę dostarczaną do Chin topnieją. Obecnie surowiec ten sprzedawany jest po cenie równej lub tylko nieznacznie niższej od ceny ropy Brent. Przed rozpoczęciem wojny w Iranie rabaty przekraczały 10 dolarów.

    Efekt? Rafinerie opóźniają plany zakupu. Liczba zapytań o ładunki przypływające w kwietniu i maju jest niewielka – relacjonuje Reuters.

    Zapasy tanich „czajniczek” z prowincji Shandong mogą wystarczyć do końca kwietnia, jednak rafinerie borykające się z presją kapitałową będą zmuszone do wcześniejszego obniżenia stawek produkcyjnych – ostrzega Zhang Yuxin z Horizon Insights.

    Pekin otwarcie przeciwko sankcjom USA

    Ale to nie koniec historii. W tle tych zakupowych gier pojawia się kolejny, ważny czynnik: polityka. Stany Zjednoczone, chcąc ograniczyć wpływy Teheranu, nałożyły sankcje na pięć konkretnych chińskich firm, które mają kupować irańską ropę.

    Odpowiedź Pekinu była jednoznaczna. Chińskie ministerstwo handlu ogłosiło, że nie zastosuje się do tych amerykańskich sankcji.

    Chiński rząd konsekwentnie sprzeciwia się jednostronnym sankcjom, które nie uzyskały autoryzacji ONZ i nie mają oparcia w prawie międzynarodowym – brzmi oficjalny komunikat.

    Zdaniem analityków, irańska ropa stanowiła w 2025 roku około 12 proc. całkowitego importu ropy do Chin, czyli około 1,4 miliona baryłek dziennie. To ogromna ilość.

    Aby utrzymać te dostawy, powstała specjalna flota kilkuset statków potajemnie transportujących irański surowiec. Jak informował „Wall Street Journal”, niezależne rafinerie stały się kluczowym narzędziem Pekinu do omijania międzynarodowych restrykcji.

    Co dalej z cenami ropy?

    W grę wchodzą jeszcze przygotowywane spotkanie przywódców USA i Chin. Kolejne sankcje nakładane są w momencie dyplomatycznego impasu między Waszyngtonem a Teheranem.

    Efekt jest taki, że rynek ropy jest rozpostarty między geopolityką a twardymi prawami ekonomii. Potężni gracze jak Chiny znajdą sposób na tani surowiec, ale ostatecznie to portfele zwykłych kierowców na stacjach paliw wyznaczają górną granicę ceny. Na razie ta granica właśnie się ujawniła, zmuszając nawet „czajniczki” do chwilowej pauzy. Czekają na lepszy moment. I patrzą na Pekin, który ma w tej grze własne, bardzo wyraźne zasady.

  • Rekordowe pół miliarda zysku, a akcje XTB w dół. Dlaczego inwestorzy uciekają?

    Rekordowe pół miliarda zysku, a akcje XTB w dół. Dlaczego inwestorzy uciekają?

    Jak to możliwe? XTB właśnie opublikowało najświetniejszy kwartał w swojej historii, a kurs jego akcji w środę rano leci w dół. Momentami spadek sięgał nawet 5 proc., a po kilku godzinach notowania były niższe o 3,4%. Klasyczne „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” w pełnej krasie – inwestorzy po prostu realizują gigantyczne zyski po spektakularnej ostatniej przebitce.

    Co tak zaskoczyło rynek?

    Liczby są oszałamiające. W I kwartale 2026 roku XTB zgarnęło 535 mln zł zysku netto przy przychodach operacyjnych na poziomie 1,09 mld zł. To absolutny rekord we wszystkich kategoriach. Broker pozyskał też 370 tys. nowych klientów, a od początku kwietnia kolejne 100 tys., powiększając bazę do ponad 2,6 mln osób. Tu nie ma mowy o porażce.

    Ale jest haczyk. Wyniki były tak dobre, że były już… wliczone w cenę. Parkiet zauważa, że akcje XTB w ostatnich tygodniach imponowały siłą, ustanawiając nawet historyczny rekord. Teraz przyszedł czas na korektę.

    Skąd wziął się ten diamentowy kwartał?

    Odpowiedź brzmi: surowce i Iran. Rynkowa zmienność wywołana wybuchem wojny w Iranie stworzyła doskonałe warunki dla brokerów. A klienci XTB rzucili się właśnie na towary.

    „Kwartał był całkowicie zdominowany przez surowce, które stanowiły rekordowe ok. 55 proc. w obrotach, a przychodach z CFD aż 89 proc.” – komentuje dla portalu PB.pl Maciej Marcinowski, analityk Trigon DM.

    Na liście TOP10 instrumentów znalazły się wysokomarżowe srebro, ropa i gaz. W połączeniu z podwyższonymi przez spółkę spreadami na metalach szlachetnych, rentowność wystrzeliła w kosmos. Rentowność na lota skoczyła do 439 zł z 277 zł przed rokiem.

    Łyżka dziegciu w beczce rekordowego miodu

    Analizy z PB.pl i Parkietu wskazują jednak na pewne słabości. Główną jest niska aktywność pojedynczego klienta. Jeden aktywny klient handlował średnio mniej niż 2 loty (dokładnie 1,83). To wyraźnie mniej niż średnia z ubiegłego roku.

    Mikołaj Lemańczyk z BM mBanku tłumaczy to silnymi trendami (np. na złocie), które nie wymagają ciągłego wchodzenia i wychodzenia z pozycji. Mateusz Chrzanowski z Noble Securities przypomina, że już w przeszłości duża zmienność zniechęcała do aktywności.

    Drugą łyżką dziegciu była kara od KNF. Broker zaksięgował w kosztach 20 mln zł kary nałożonej 13 kwietnia. Bez niej zysk netto byłby jeszcze wyższy, a przekroczenie prognoz analityków większe.

    Co dalej? Analizy są podzielone

    Wszyscy zgadzają się, że taki kwartał prędko się nie powtórzy. Ale co z tego wynika?

    • Maciej Marcinowski (Trigon DM) już zapowiada podniesienie prognoz zysku netto na 2026 rok o 10-15%, w kierunku 1,45-1,5 mld zł. Uważa, że wyższe spready na surowcach są utrzymane, co dobrze wróży.
    • Łukasz Jańczak (Erste) studzi emocje: „Minie dużo czasu, zanim tak doskonałe warunki powrócą. […] pierwszy kwartał 2026 roku należy postrzegać […] jako chwilowe, silne odbicie.” Nie zdziwiłby się falą wyprzedaży.
    • Mateusz Chrzanowski (Noble Securities) pozostaje „lekko optymistyczny”, ale wskazuje na ryzyko w postaci potencjalnej ABB (przyspieszonej budowy księgi popytu) w maju, czyli sprzedaży pakietu przez większego akcjonariusza.

    Mikołaj Lemańczyk podsumowuje to elegancko: „Nie ekstrapolowalibyśmy takich wyników w nieskończoność, ale przypominają nam one, że mogą zdarzyć się kwartały silniejsze (I kw. 2026 r.) i słabsze (III kw. 2025 r.).”

    I na tym właśnie polega gra. XTB udowodniło, że przy sprzyjającym wietrze potrafi zarobić pół miliarda w trzy miesiące. Ale rynek już patrzy do przodu – i dziś pyta, czy ten wiatr nie ucichł.

    Teraz oczy skierowane są na konferencję zarządu. Tam może paść odpowiedź na pytanie, czy ten rekordowy kwartał to początek nowej ery, czy tylko piękny, jednorazowy epizod.

  • Nowy cios Donalda Trumpa w europejskich producentów aut. Zapowiada drastyczne cło!

    Nowy cios Donalda Trumpa w europejskich producentów aut. Zapowiada drastyczne cło!

    Czy europejskie samochody za chwilę podrożeją w USA o kolejne 15 procent? Donald Trump właśnie rzucił nowe wyzwanie Unii Europejskiej, a konsekwencje mogą uderzyć szczególnie w jedną branżę.

    Trump ogłasza wojnę celną

    Były (i obecny) prezydent USA nie przebiera w słowach. W poście na Truth Social ogłosił, że już w przyszłym tygodniu podnosi cła na samochody i ciężarówki z Unii Europejskiej do 25 procent!

    „Z przyjemnością ogłaszam, że z uwagi na fakt, iż Unia Europejska nie wywiązuje się z w pełni uzgodnionej z nami umowy handlowej, w przyszłym tygodniu podniosę cła nakładane na samochody i ciężarówki z Unii Europejskiej sprowadzane do Stanów Zjednoczonych” – napisał Trump.

    To nie są puste groźby. Obecnie, po wyroku Sądu Najwyższego USA, obowiązująca stawka celna wynosi 10 proc. Dojście do 25 proc. oznaczałoby więc potężną, ponad dwukrotną podwyżkę.

    Droga ucieczki? Buduj w USA!

    Ale jest jeden sposób, żeby uniknąć nowego podatku. Trump wyraźnie wskazał kierunek.

    „Wszyscy doskonale rozumieją i zgadzają się z tym, że jeśli samochody i ciężarówki będą produkowane w zakładach na terenie USA, nie będzie żadnych ceł” – oświadczył amerykański prezydent.

    To klasyczna taktyka Trumpa: nacisk ekonomiczny, by przenieść miejsca pracy i inwestycje za ocean. Dodaje przy tym, że inwestycje w amerykański sektor motoryzacyjny już płyną szerokim strumieniem.

    „Inwestowanych jest ponad 100 miliardów dolarów, co stanowi REKORD w historii produkcji samochodów i ciężarówek. Te zakłady, obsadzone przez amerykańskich pracowników, zostaną wkrótce otwarte” – chwalił się.

    Dlaczego teraz? „Kara dla Unii”

    Skąd ten nagły ruch? Jak analizuje francuski dziennik „Le Monde”, decyzja Trumpa ma kilka celów. Po pierwsze, to „ukaranie Unii Europejskiej”, która zdaniem Waszyngtonu zbyt zwleka z podpisaniem porozumienia handlowego zawartego latem 2025 roku.

    Po drugie, to wysłanie ogólnego sygnału europejskim sojusznikom. Stosunki ochłodziły się jeszcze bardziej po ataku na Iran, gdy „kraje Starego Kontynentu odmówiły udziału w operacjach” po stronie USA.

    A po trzecie, Trump chce jasno pokazać, że nadal trzyma rękę na pulsie światowego handlu.

    „Donald Trump chce pokazać, że nie stracił nic ze swej zdolności odstraszania oraz że nadal rządzi i dzieli, jeśli chodzi o handel światowy” – ocenia „Le Monde”.

    Komu najbardziej zagrożą nowe cła?

    To nie są dobre wieści dla europejskiej motoryzacji, która i tak jest już osłabiona. Według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA) na Stany Zjednoczone przypadało w 2024 roku aż 22 proc. całego eksportu samochodów z Europy.

    A szczególnie mocno nowe amerykańskie cła mogą uderzyć w niemieckie koncerny motoryzacyjne. To one są filarem europejskiego eksportu aut za ocean.

    Co na to europejscy przywódcy? Jak zauważa „Le Monde”, po zapowiedzi Trumpa kraje europejskie „nie spieszą się z reakcją”. Są bowiem „przyzwyczajone” do nagłych ciosów ze strony amerykańskiego przywódcy.

    Jedno jest pewne: kolejny epizod wojny handlowej między USA a Europą właśnie się rozpoczął. A jego pierwszą ofiarą mają być samochody.

  • Spadki trwają, ale czy to już koniec hossy na GPW?

    Spadki trwają, ale czy to już koniec hossy na GPW?

    Czy po spektakularnym rajdzie w pierwszej połowie kwietnia polska giełda zmierza ku poważnej korekcie? Analizy wskazują, że główne indeksy dotarły już do kluczowej strefy wsparcia, a decydująca walka może rozegrać się właśnie teraz.

    Ciężka passa na parkiecie

    Nie ma co ukrywać – ostatnie dni na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie nie były dla optymistów. Główne krajowe indeksy notują serię spadków, która podcina skrzydła po wyjątkowo udanym początku roku. Szczególnie wyraźnie widać to po sektorze bankowym, który najszybciej redukuje tegoroczne zwyżki. Przypomnijmy: w połowie kwietnia indeks WIG-Banki notował blisko 22% umocnienie od początku roku, podczas gdy w ostatnich dniach tegoroczny wynik kurczył się do 13,3%.

    Co ciekawe, to właśnie banki były motorem napędowym europejskiego rynku w pierwszej połowie miesiąca. Druga część kwietnia jest jednak wyraźnie słabsza. Notowania europejskiego indeksu bankowego STOXX Europe 600 Banks zaczynają wymazywać 38,2% fali wzrostowej od dołka z 23 marca. Ten dołek był apogeum spadków po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran, kiedy inwestorzy uwierzyli, że inflacyjny wpływ wojny zmusi banki centralne do podwyżek stóp, co tradycyjnie sprzyja bankom.

    „Indeksowi dużych spółek w ostatnich latach zdarzyła się już podobna słabość, kiedy tracił pięć dni z rzędu” – zauważa Parkiet.

    Lutowe szczyty pod ostrzałem

    Z technicznego punktu widzenia krajowy rynek na razie nie daje poważnych sygnałów ostrzegawczych. Można mówić raczej o schłodzeniu wyjątkowo optymistycznego nastawienia z ostatnich tygodni. WIG i WIG20 jako jedne z pierwszych indeksów na świecie wymazały marcowe spadki i szybko wróciły do bicia rekordów hossy.

    Kluczowym momentem będzie test lutowych szczytów. Spadki z ostatnich dni przybliżyły główne indeksy właśnie do tych poziomów. Eksperci z portalu Parkiet wskazują, że podstawowym scenariuszem jest wykończenie korekty spadkowej właśnie w tym rejonie. Dopiero przełamanie tego rodzaju wsparć będzie ostrzeżeniem przed zmianą nastrojów w średnim terminie.

    Krzysztof Ojczyk, analityk Noble Securities, w kontekście indeksu MSCI Poland zauważa, że miniony tydzień upłynął pod znakiem cofnięcia, które kojarzy się z korekcyjną falą IV w potencjalnym, pięciofalowym impulsie wzrostowym. Jego zdaniem zniesienie fali III sięgnęło już górnego ograniczenia typowego przedziału 50-38,2%, co pozwala oczekiwać prób zakończenia korekty i przejścia do końcowej, wzrostowej fali V.

    Co z zagranicznym kapitałem?

    O zachowaniu polskiego rynku akcji w największym stopniu decyduje nastawienie inwestorów zagranicznych, które można wyśledzić także z kursu złotego. Tutaj sytuacja nie wygląda na alarmującą. W przypadku pary EUR/PLN większe zwyżki obserwowano jedynie na początku poprzedniego tygodnia, a od środy kurs praktycznie stał w miejscu. W poniedziałek euro kosztowało 4,24 zł, pozostając w rejonie wahań z ostatnich tygodni.

    Po zwyżkach z poprzedniego tygodnia zawraca także dolar, który w poniedziałek kosztował 3,61 zł – nawet mniej niż na piątkowym zamknięciu. Indeks dolarowy dużych spółek porusza się więc podobnie do „czystego” WIG20, a jego tegoroczny wynik to nadal solidne 10,2%.

    Następny tydzień pod dyktando banków centralnych

    W szerszym ujęciu krajowe i europejskie rynki odstawały w ostatnich dniach od Stanów Zjednoczonych, gdzie trwał szał zakupów akcji spółek półprzewodnikowych. Piątek był dla nich 18. z rzędu dniem wzrostów.

    W nadchodzącym tygodniu czeka nas szereg posiedzeń banków centralnych, w tym amerykańskiego Fed. Oczekiwania wskazują raczej na utrzymanie dotychczasowych poziomów stóp. Ale, jak zauważa Daniel Kostecki z CMC Markets, „sama decyzja o pozostawieniu stóp bez zmian może mieć mniejsze znaczenie niż ton komunikatu”.

    „Problem polega na tym, że banki centralne podejmują decyzje w otoczeniu podwyższonej niepewności inflacyjnej i geopolitycznej” – podkreśla ekspert.

    Dla rynku obligacji i walut liczyć się będzie to, który bank centralny zacznie brzmieć bardziej defensywnie wobec wzrostu cen energii. Znacznie przyspieszy także sezon wyników amerykańskich spółek.

    Ostatnia sesja kwietnia przyniosła głęboką penetrację wsparcia

    Wracając do krajowych akcji, ostatnia sesja kwietnia przyniosła głęboką penetrację strefy wsparcia kształtującej się wokół lutowych szczytów. Zachowanie banków nie wskazywało na to, by inwestorzy mieli już teraz odwrócić los WIG i WIG20, co może oznaczać kolejną falę spadków.

    Trudno wskazać jedną przyczynę zmiany nastawienia do polskiego rynku. Można to tłumaczyć pomysłami podatków od „nadmiarowych” zysków, realizacją zysków przy świetnych raportach banków, albo po prostu tym, że nasza giełda uprzedziła zachowanie rynków bazowych.

    Co ciekawe, w tym samym czasie dolar tracił na wartości, a rentowności obligacji spadały. Taki układ może sugerować, że do inwestorów powoli docierają obawy o sytuację gospodarczą.

    Warto zauważyć, że o ile sektor bankowy po I kwartale zaskakuje pozytywnie, o tyle reakcja rynku na wyniki Kruka była już mocno negatywna. Czy to sygnał, że łatwe zyski się skończyły? Odpowiedź poznamy już w maju.

  • PGE stawia miliard na największą baterię w Polsce. To klucz do stabilnej energii z wiatru i słońca

    PGE stawia miliard na największą baterię w Polsce. To klucz do stabilnej energii z wiatru i słońca

    Czy można przechować energię z wiatru i słońca na zawołanie? Polska Grupa Energetyczna właśnie postawiła miliard złotych, że tak. I to w największej skali, jaką kiedykolwiek widzieliśmy nad Wisłą.

    Gigantyczna bateria za 1,14 mld zł

    PGE Energia Odnawialna podpisała właśnie umowę na budowę bateryjnego Magazynu Energii Gryfino. To nie byle jaka inwestycja – jej wartość to ponad 1,14 miliarda złotych brutto. Za tę kwotę powstanie instalacja o mocy do 400 MW i minimalnej pojemności 800 MWh.

    „Wchodzimy w kolejny etap rozwoju bateryjnego magazynowania energii w grupie PGE. Magazyn Energii Gryfino będzie największym w Polsce bateryjnym magazynem energii pod względem mocy zainstalowanej oraz jednym z kluczowych elementów wspierających bezpieczeństwo krajowego systemu elektroenergetycznego” – powiedział Dariusz Lubera, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

    Polskie firmy na czele projektu

    Tutaj pojawia się pierwsza dobra wiadomość dla krajowego rynku. Generalnym wykonawcą zostało konsorcjum dwóch polskich firm: SPEC BAU Polska oraz EL PROFESSIONAL. To strategiczny wybór, który ma głębszy sens.

    „Wybór dwóch polskich firm jako wykonawców tego strategicznego projektu to ważny krok w budowaniu krajowych kompetencji i zwiększaniu local contentu w obszarze nowoczesnych technologii magazynowania energii” – podkreślił Dariusz Lubera.

    Ale to nie wszystko. Kto dostarczy samą technologię magazynową? To zadanie dla światowego giganta – Fluence Energy.

    Po co nam taki magazyn?

    Odpowiedź jest prosta: żeby w pełni wykorzystać potencjał zielonej energii. Budowa magazynu ma pozwolić na efektywne wykorzystanie energii z OZE w ciągu dnia. Chodzi o to, by przechować nadwyżki prądu z farm wiatrowych i słonecznych, gdy wieje wiatr i świeci słońce, a oddać go do sieci, gdy jest na niego największe zapotrzebowanie.

    Efekt? Zwiększenie elastyczności całego systemu i wzmocnienie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej do odbiorców.

    „Magazyn znacząco zwiększy możliwości bilansowania naszych farm wiatrowych i słonecznych oraz poprawi bezpieczeństwo Krajowego Systemu Elektroenergetycznego” – zaznaczył Krzysztof Müller, prezes PGE Energia Odnawialna.

    Gdzie i kiedy to powstanie?

    Magazyn Energii Gryfino powstanie w Nowym Czarnowie, w gminie Gryfino. To nieprzypadkowa lokalizacja – znajduje się w sąsiedztwie innych kluczowych inwestycji Grupy PGE.

    Jak podkreśla prezes Lubera, w Gryfinie działa już nowoczesna elektrownia gazowo-parowa, niedawno podpisano umowę na budowę nowego bloku gazowego, a wkrótce oddana zostanie nowa gazowa ciepłownia. Powstaje tam prawdziwy hub energetyczny.

    A kiedy magazyn zacznie działać? Planowane uruchomienie to koniec 2028 roku. Co ważne, cała inwestycja jest już zabezpieczona 17-letnim kontraktem na rynku mocy.

    Co obejmuje umowa?

    To projekt realizowany w formule „pod klucz”. Zamówienie obejmuje zaprojektowanie, dostawę, budowę, montaż, uruchomienie i przekazanie do eksploatacji. Na dodatek, w pakiecie jest 36-miesięczny serwis gwarancyjny.

    Za całość realizacji inwestycji oraz nadzór nad jej przebiegiem odpowiadać będzie PGE Energia Odnawialna.

    Przetarg na generalnego wykonawcę ogłoszono w sierpniu 2025 roku. W toku postępowania złożono trzy oferty. Jak zapewnia PGE, wybrana oferta spełniła wszystkie wymagania i uzyskała najwyższą liczbę punktów.

    Krok w stronę transformacji

    Magazyn w Gryfinie to druga, po Żarnowcu, wielkoskalowa inwestycja PGE w obszarze bateryjnego magazynowania. To wyraźny sygnał, że największy krajowy koncern energetyczny stawia na rozwój technologii, które są fundamentem zielonej transformacji.

    „Transformacja energetyczna może skutecznie iść w parze z silnym udziałem local contentu w nowoczesnych projektach energetycznych” – podsumował Dariusz Lubera.

    Czy miliardowa inwestycja się opłaci? Odpowiedź poznamy pod koniec 2028 roku. Jedno jest pewne – bez takich magazynów stabilna energia z wiatru i słońca pozostanie pięknym, ale trudnym do realizacji marzeniem.

  • Musk vs. Altman: Wojna Tytanów trafia do sądu. Stawka? Przyszłość AI i 134 mld dolarów

    Musk vs. Altman: Wojna Tytanów trafia do sądu. Stawka? Przyszłość AI i 134 mld dolarów

    Po latach internetowych utarczek i oskarżeń, dwa największe nazwiska technologicznego świata stanęły naprzeciwko siebie w sądzie. Elon Musk kontra Sam Altman – czy ten proces zadecyduje o przyszłości sztucznej inteligencji?

    Ring w federalnym sądzie

    Spór, który rozgrywał się głównie w internecie, właśnie przeniósł się do federalnego sądu w Kalifornii. Proces między Elonem Muskiem a szefem OpenAI, Samem Altmanem, oficjalnie się rozpoczął i ma potrwać nawet miesiąc. BBC porównuje to starcie do walki bokserskiej wagi ciężkiej, a jeden z obserwatorów – do pojedynku King Konga z Godzillą.

    OpenAI określiło pozew Muska jako bezpodstawną „kampanię nękania”. Firma napisała w poniedziałek w poście na X, że „nie może się doczekać, aby przedstawić swoją sprawę w sądzie, gdzie zarówno prawda, jak i prawo będą po jej stronie”.

    O co chodzi w tym procesie?

    Sprawa sięga roku 2018, kiedy Musk odszedł z zarządu OpenAI. Teraz pozwał zarówno firmę, jak i jej szefów – Altmana oraz Grega Brockmana. Jego zarzuty są poważne. Twierdzi, że OpenAI złamało obietnice utrzymania laboratorium sztucznej inteligencji jako organizacji non-profit.

    Po jego odejściu firma utworzyła spółkę zależną nastawioną na zysk, co – jak twierdzi Musk – miało nigdy nie nastąpić. To nie jest zwykły spór biznesowy. Musk zarzuca OpenAI odejście od pierwotnej misji, z jaką organizacja powstała w 2015 roku. Według niego firma miała działać jako podmiot non-profit i rozwijać sztuczną inteligencję dla dobra publicznego.

    Stawka jest astronomiczna

    W grę wchodzą niewyobrażalne pieniądze. Prawnicy Muska wskazują, że potencjalne odszkodowanie może sięgnąć nawet 134 miliardy dolarów. Ale to nie wszystko. Eksperci zwracają uwagę, że wynik procesu może wpłynąć na przyszłość całego sektora AI.

    Sprawa dotyka kluczowego pytania: czy rozwój sztucznej inteligencji powinien być kontrolowany przez prywatne firmy nastawione na zysk, czy działać w modelu bardziej otwartym i publicznym?

    Bez taryfy ulgowej dla miliarderów

    Proces odbywa się przed 10-osobową ławą przysięgłych, a nad jego przebiegiem czuwa sędzia Yvonne Gonzalez Rogers. Już na starcie dała jasno do zrozumienia, że status i majątek stron nie zapewnią im specjalnego traktowania.

    Sędzia obiecała, że bogactwo, władza i sława, które Musk i Altman wnoszą do sądu, nie zapewnią im „żadnego specjalnego traktowania”.

    Musk może zostać wezwany na mównicę do złożenia zeznań już we wtorek. Ale to nie koniec technologicznych gwiazd w tej sprawie. Na liście świadków znajduje się także prezes Microsoftu, Satya Nadella.

    Z jednej strony OpenAI przygotowuje się do dalszego rozwoju i potencjalnych dużych ruchów biznesowych. Z drugiej – ewentualna przegrana mogłaby skomplikować te plany zarówno finansowo, jak i wizerunkowo.

    Jedno jest pewne: bez względu na werdykt, żaden z tych technologicznych tytanów nie wyjdzie z tej sali sądowej bez szwanku. A branża AI z zapartym tchem obserwuje, jak ten proces kształtuje jej przyszłe reguły gry.