Blog

  • Putin pierwszy raz przyznaje: Rosja ma niedobory paliwa. Kreml sypie miliardami, by opanować kryzys

    Putin pierwszy raz przyznaje: Rosja ma niedobory paliwa. Kreml sypie miliardami, by opanować kryzys

    Po miesiącach zaprzeczania Władimir Putin w końcu publicznie przyznał, że Rosja zmaga się z niedoborami paliwa. Winą obarcza ukraińskie ataki dronowe na rafinerie, a Kreml jednocześnie pompuje w sektor paliwowy rekordowe miliardy rubli, by utrzymać spokój przed wyborami.

    Putin przyznaje: „przejściowy deficyt”

    Podczas wystąpienia przed kongresem partii Jedna Rosja Putin po raz pierwszy otwarcie mówił o problemach paliwowych. Opisał je jako „przejściowy deficyt” i zapewnił, że sytuacja jest pod kontrolą. Zapowiedział zwiększenie importu paliwa, przyspieszenie napraw uszkodzonych instalacji oraz wzmocnienie obrony powietrznej, tak by skuteczniej odpierać ukraińskie drony średniego i dalekiego zasięgu.

    Jak podała agencja Associated Press, rosyjski przywódca wspomniał także o kolejkach na stacjach benzynowych i rozważanym całkowitym zakazie eksportu oleju napędowego. Putin – według analityków waszyngtońskiego Instytutu Studiów nad Wojną (ISW) – celowo bagatelizował sytuację, kreując wrażenie pełnej kontroli. W swoim wystąpieniu nie odniósł się bezpośrednio do ukraińskiej ofensywy dronowej ani do faktu, że paliwa brakuje w całej Rosji.

    Ukraina naciska: ataki na rafinerie

    W ostatnich tygodniach Ukraina wyraźnie zintensyfikowała uderzenia w rosyjską infrastrukturę naftową. Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował o atakach na dwie kolejne rafinerie – jedną w Kraju Krasnodarskim (ok. 300 km od linii frontu), drugą w obwodzie jarosławskim (ok. 700 km od granicy). Podkreślił, że każde dalekosiężne uderzenie zmniejsza zasoby napędzające rosyjską machinę wojenną i jest kolejnym krokiem w stronę pokoju. Wcześniej zatwierdził czterdziestodniową operację mającą skłonić Kreml do zakończenia wojny. Jednym z najgłośniejszych uderzeń była potężna eksplozja w moskiewskiej rafinerii Gazpromu na początku czerwca.

    Strona rosyjska nie podała natychmiastowych informacji o ataku. Gubernator obwodu jarosławskiego Michaił Jewrajew ograniczył się do ogłoszenia alarmu dronowego oraz tymczasowego zamknięcia trasy w kierunku Moskwy.

    Gospodarcze konsekwencje: PKB pod presją

    Skutki ataków dronowych już odczuwa rosyjska gospodarka. Wiceprezes banku centralnego Aleksiej Zabotkin przyznał, że kilkumiesięczna praca sektora paliwowego poniżej pełnych mocy odbije się na tegorocznym PKB. Centralny bank Rosji prognozuje wzrost gospodarczy w przedziale zaledwie 0,5–1,5% w 2026 roku.

    Miliardy rubli na ratowanie rynku paliw

    Rosyjski rząd stara się za wszelką cenę utrzymać krajowe ceny paliw na niskim poziomie. Według danych opublikowanych w piątek przez Ministerstwo Finansów, w czerwcu wypłacono rafineriom subsydia w wysokości 210,6 mld rubli (2,72 mld dolarów). To sześciokrotny wzrost w porównaniu z czerwcem 2025 roku i najwyższa miesięczna wypłata od grudnia 2023 roku. Wzrost wynikał z wysokich międzynarodowych cen paliw spowodowanych zakłóceniami w rejonie cieśniny Ormuz.

    Dotacje mają rekompensować rafineriom różnicę między cenami krajowymi a eksportowymi. Gdyby ich zabrakło, krajowe ceny oleju napędowego i benzyny wzrosłyby bardziej znacząco, podnosząc koszty utrzymania Rosjan i napędzając inflację – a obu tych zjawisk Moskwa chce uniknąć przed wrześniowymi wyborami parlamentarnymi. Rząd kontynuował dopłaty nawet po wprowadzeniu zakazu większości eksportu benzyny, który obowiązuje do końca lipca.

    Dochody z ropy wciąż rosną – ale to może się zmienić

    Mimo potężnych wydatków na subsydia, Rosja w czerwcu odnotowała solidne wpływy z sektora ropy i gazu. Łączne dochody państwa z tego tytułu wyniosły ponad 683 mld rubli – to wzrost o 38% rok do roku. Aż 84% tej kwoty pochodziło z podatków związanych z ropą naftową.

    Ministerstwo Finansów obliczyło czerwcowe podatki przy średniej cenie ropy Urals na poziomie 86,52 dolara za baryłkę. To co prawda spadek w porównaniu z majem, ale w ujęciu rocznym cena wciąż jest wyższa o 66% – głównie z powodu utrzymującej się niepewności wokół cieśniny Ormuz.

    Odbudowa przepływów ropy z Zatoki Perskiej sprawiła, że światowe ceny znów spadły. Rosyjskie dochody z eksportu surowca, które wcześniej były wyjątkowo wysokie, będą się więc zmniejszać.

  • Upały w pracy: rząd szykuje jasne limity temperatur. Projekt trafi pod obrady już w poniedziałek

    Upały w pracy: rząd szykuje jasne limity temperatur. Projekt trafi pod obrady już w poniedziałek

    Już w najbliższy poniedziałek, 29 czerwca 2026 r., na specjalnym, dodatkowym posiedzeniu Stałego Komitetu Rady Ministrów rozpatrywany będzie projekt rozporządzenia Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, który ma wprowadzić jasne zasady pracy podczas upałów. To odpowiedź na rosnące temperatury i zagrożenia dla zdrowia pracowników.

    Co przewiduje projekt rozporządzenia?

    Przygotowany przez MRPiPS dokument zakłada doprecyzowanie obowiązków pracodawców oraz wzmocnienie ochrony osób zatrudnionych w czasie wysokich temperatur. Kluczowym elementem są maksymalne progi temperatury, po przekroczeniu których wykonywanie określonych rodzajów prac zostanie czasowo wstrzymane.

    Projekt zakłada 35 stopni Celsjusza dla każdego rodzaju pracy oraz 32 stopnie Celsjusza na otwartej przestrzeni wyłącznie dla prac ciężkich. Co istotne, wstrzymanie pracy ma obowiązywać tylko w czasie faktycznego przekroczenia tych progów – a nie na podstawie prognoz.

    Jeśli obniżenie temperatury na stanowisku pracy nie będzie możliwe, pracodawca w porozumieniu z organizacjami pracowników będzie ustalał środki organizacyjne ograniczające nadmierne obciążenie cieplne pracownika.

    Pilna sprawa – minister naciska

    Ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk 24 czerwca br. zwróciła się do przewodniczącego Stałego Komitetu Rady Ministrów, ministra Macieja Berka, z prośbą o możliwie pilne procedowanie projektu. Argumentowała, że wysokie temperatury mogą zagrażać zdrowiu i życiu pracowników, a pracodawcy potrzebują czasu na wdrożenie odpowiednich rozwiązań organizacyjnych i technicznych.

    „Prawo musi nadążać za zachodzącymi zmianami, również klimatycznymi. Dotyczy to także regulacji obejmujących nasze miejsca pracy. Potrzebujemy przepisów, które kompleksowo będą chronić pracowników przed negatywnymi skutkami wysokich temperatur. Praca musi być bezpieczna, a zdrowie i życie pracowników chronione” – podkreśla ministra Dziemianowicz-Bąk.

    Kiedy nowe przepisy wejdą w życie?

    Jak zapowiada szefowa MRPiPS, zmiana powinna obowiązywać od przyszłych wakacji. Każde rozporządzenie ministra trafia najpierw do uzgodnień i konsultacji. „Natomiast to jest pilna sprawa: klimat się ociepla, a wysokie temperatury stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia pracowników” – dodała w rozmowie z PAP.

    Poparcie społeczne – sondaż nie pozostawia wątpliwości

    MRPiPS podkreśla, że według badań przeważająca większość Polaków popiera proponowane rozwiązania. W sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski aż 59,2 proc. respondentów opowiedziało się za przepisami skracającymi czas pracy lub wprowadzającymi dzień wolny, gdy temperatura przekroczy określony poziom. Przeciwnego zdania było 26,6 proc. badanych.

    Co już dziś może zrobić pracownik?

    Resort przypomina, że już teraz pracodawcy są zobowiązani do ochrony zdrowia i życia pracowników oraz do zapewnienia bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Oznacza to konieczność odpowiedniego organizowania pracy z uwzględnieniem zmieniających się warunków, w tym wysokich temperatur.

    Pracownik już na mocy obecnych przepisów Kodeksu pracy ma prawo przerwać pracę lub opuścić stanowisko pracy – oczywiście po poinformowaniu przełożonego – w sytuacji, która może zagrażać jego zdrowiu i życiu. MRPiPS zaznacza, że za ten czas należy się wynagrodzenie.

    Wzmocnione kontrole PIP

    23 czerwca br. minister Dziemianowicz-Bąk zwróciła się do Głównego Inspektora Pracy o podjęcie wzmocnionych kontroli w czasie upałów. Ich celem jest weryfikacja, czy pracodawcy przestrzegają obowiązków związanych z ochroną pracowników przed skutkami wysokich temperatur.

    Co dalej?

    Projekt trafi pod obrady Stałego Komitetu Rady Ministrów już w najbliższy poniedziałek. Jeśli uzyska akceptację, czeka go jeszcze etap uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych. Ministerstwo chce, by nowe przepisy zaczęły obowiązywać od wakacji 2027 roku.

  • KGHM ujawnia plan na 32 mld zł. Większość zostanie w Polsce

    KGHM ujawnia plan na 32 mld zł. Większość zostanie w Polsce

    KGHM Polska Miedź opublikowała w piątek długoterminową strategię Grupy Kapitałowej KGHM 2055+. Rada nadzorcza zatwierdziła dokument, który wyznacza cele na najbliższe lata i wykracza daleko poza 2055 r. Najważniejsza liczba: 32 mld zł – tyle spółka zamierza wydać na inwestycje w latach 2026–2030. Aż 80% tych środków pozostanie w kraju.

    Inwestycje z naciskiem na rozwój

    Średnioroczne nakłady mają wynieść około 6,5 mld zł. Niemal 40% tej kwoty pójdzie na projekty rozwojowe. Jak podała spółka w komunikacie giełdowym:

    „Przewidywane średnioroczne nakłady inwestycyjne to ok. 6,5 mld zł, z czego blisko 40 proc. spółka zamierza przeznaczać na projekty rozwojowe. Dodatkowo około 2 proc. wartości nakładów na inwestycje rzeczowe w kraju stanowić będą wydatki na realizację prac badawczo-rozwojowych obejmujących: rozwiązywanie wyzwań technologicznych w obszarze produkcji górniczej i hutniczej, kwestie zrównoważonego rozwoju, a także projekty i innowacje otwierające nowe kierunki rozwoju działalności.”

    Pozostałe 20% budżetu inwestycyjnego trafi do zagranicznych spółek zależnych, przede wszystkim KGHM International oraz kopalni Sierra Gorda (w której KGHM ma 55% udziałów).

    Produkcja i wyniki finansowe

    Strategia zakłada utrzymanie średniorocznej produkcji miedzi płatnej na poziomie 730 tys. ton. Około 80% ma pochodzić z polskich aktywów (w tym 180 tys. ton ze złomów), a 20% z zagranicy. Produkcja srebra utrzymana zostanie na poziomie 1 290 ton rocznie, a molibdenu – 4 mln funtów.

    Kluczowy wskaźnik finansowy: średnioroczna skorygowana EBITDA grupy ma wynieść 12 mld zł przy marży EBITDA na poziomie 25,6%. Założenia te oparto o średnią cenę miedzi 11 454 USD/t, srebra 58,18 USD/oz i kurs USD/PLN 3,56.

    Transformacja energetyczna i nowe technologie

    KGHM planuje do 2030 r. zwiększyć moc własnych źródeł energii elektrycznej o co najmniej 50% – do minimum 220 MW (w stosunku do poziomu z 2024 r.). Do końca dekady spółka chce też ograniczyć emisję CO₂ w zakresie 2 o 30%. Celem długoterminowym jest neutralność klimatyczna w 2050 r.

    Strategia kładzie nacisk na wyższy stopień przetworzenia produktów – do 2035 r. udział sprzedaży wyrobów bardziej przetworzonych niż katody miedzi ma sięgnąć około 60% całej sprzedaży miedzi elektrolitycznej. Firmie zależy także na innowacjach – w planach jest wykorzystanie sztucznej inteligencji w procesach biznesowych oraz rozwój technologii wspierających cele środowiskowe, społeczne i ładu korporacyjnego.

    Horyzont wykraczający poza 2055 rok

    Nadrzędnym celem strategicznym jest rentowne wydobycie surowców z perspektywą po 2055 r. Misja brzmi: „Innowacja w każdym gramie miedzi”, wizja: „Odpowiedzialne wydobycie dla przyszłych pokoleń”.

    Realizacja strategii została podzielona na trzy horyzonty czasowe:

    • Krótkoterminowy (do 2030 r.) – wzmocnienie podstawowej działalności.
    • Średnioterminowy (do 2035 r.) – rozszerzenie łańcucha wartości i dekarbonizacja.
    • Długoterminowy (po 2035 r.) – rozwój wielosurowcowego portfela aktywów.

    KGHM pozostaje największym producentem miedzi w Europie, odpowiadając za blisko 50% unijnej produkcji górniczej. Polskie zasoby miedzi stanowią około 85% europejskich zasobów. Nowa strategia ma umocnić tę pozycję i zapewnić stabilny rozwój na dekady.

  • 9,25 mld zł na podwyżki dla medyków. Minister zdrowia zatwierdza, prezes NIL prostuje mity

    9,25 mld zł na podwyżki dla medyków. Minister zdrowia zatwierdza, prezes NIL prostuje mity

    Jest zielone światło dla ogromnego zastrzyku gotówki w ochronę zdrowia. Minister Jolanta Sobierańska-Grenda zaakceptowała rekomendację dotyczącą finansowania wzrostu płac w medycynie. Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) przeznaczy w ciągu najbliższych 12 miesięcy dodatkowe 9,25 mld zł na ten cel – to efekt decyzji ogłoszonej w czwartek w Biuletynie Informacji Publicznej AOTMiT.

    Podwyżki od 1 lipca

    Podstawą do podniesienia wynagrodzeń jest ustawa z 2022 r., która gwarantuje coroczny wzrost minimalnych pensji w ochronie zdrowia. Kolejna transza podwyżek weszła w życie 1 lipca i objęła szerokie grono zawodów: lekarzy, pielęgniarki, położne, farmaceutów, diagnostów laboratoryjnych, fizjoterapeutów oraz ratowników medycznych.

    Prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) Daniel Rutkowski przygotował rekomendacje dotyczące pokrycia rosnących kosztów. Przekazał je resortowi 9 czerwca, proponując nową wycenę świadczeń. 1 lipca minister wybrała pierwszy wariant, właśnie na 9,25 mld zł.

    „Zatwierdzam wariant I Rekomendacji nr 84/2026 z dnia 9 czerwca 2026 r. Prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji w sprawie zmiany sposobu lub poziomu finansowania świadczeń opieki zdrowotnej” – brzmi fragment decyzji Sobierańskiej-Grendy.

    Dodatkowe wydatki płatnika w skali roku od wejścia rekomendacji odpowiadają wzrostowi wartości kontraktów NFZ o 5,50 proc. (po wyłączeniu leków w programach lekowych i substancji czynnych w chemioterapii).

    Ile zarobią lekarze? Konkretne kwoty

    Skala podwyżek w umowach z NFZ różni się w zależności od obszaru opieki. Dla podstawowej opieki zdrowotnej wzrost wyceniono na 2,86 proc., natomiast w nocnej i świątecznej opiece zdrowotnej sięgnie 5,1 proc.. Z kolei szpitalne oddziały ratunkowe oraz izby przyjęć odnotują wzrost rzędu 5,07 proc..

    Minimalne pensje w medycynie ustalane są na podstawie przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej z poprzedniego roku i współczynnika pracy dla danego stanowiska. Według GUS średnie wynagrodzenie w gospodarce wzrosło rok do roku o 8,82 proc. – o tyle samo podniesiono płace w ochronie zdrowia.

    Od 1 lipca minimalna pensja lekarza specjalisty to 12 910,16 zł brutto (wzrost o 1046,67 zł), a lekarza bez specjalizacji – 10 595,24 zł brutto (wzrost o 858,99 zł).

    Prezes NIL: Mity o zarobkach lekarzy i brak dialogu

    Tymczasem na antenie TVN24 głos zabrał prezes Naczelnej Izby Lekarskiej Łukasz Jankowski, który zdementował często powtarzane twierdzenia, że pensje lekarzy pochłaniają 50–70 proc. budżetów szpitali.

    – To mit. Słyszymy 50 proc., 70 proc. To są wynagrodzenia personelu medycznego. Z tego między 20 a 30 proc. to są zarobki lekarzy. Nas jest po prostu mniej niż pielęgniarek, niż ratowników, niż innego personelu – mówił Jankowski.

    Prezes NIL powołał się na badanie, które wykazało, że około jedna trzecia lekarzy byłaby skłonna przejść z kontraktów na etaty przy wynagrodzeniu wynoszącym mniej więcej 30 tys. zł brutto. Odniósł się też do swojego głośnego wpisu, w którym napisał, że „jeszcze żaden rząd nie wygrał z lekarzami”.

    – Ten wpis był wyrazem bezsilności. Ja tam piszę: hejt na nas leje się jako na grupę zawodową, staliśmy się kozłem ofiarnym, starają się politycy postawić nas przeciwko pacjentom, a tymczasem stoimy po tej samej stronie – wyjaśnił.

    Jankowski podkreślał, że lekarze mają konkretne propozycje reform, ale brakuje partnera do rozmów. Trzykrotnie prosił premiera Donalda Tuska o spotkanie – ostatni raz w czwartek.

    – Widzimy problemy, widzimy kominy płacowe, widzimy konieczność odpolitycznienia, ale jesteśmy jedynym środowiskiem, które powiedziało: mamy konkretne postulaty, chcemy o nich rozmawiać. Nikt z nami rozmawiać nie chce – oświadczył.

    Nowe środki od NFZ oznaczają realny wzrost wartości kontraktów, jednak środowisko medyczne wciąż czeka na dialog, który – jak podkreśla szef NIL – na razie nie ma miejsca.

  • Trump grozi 100% cłami za podatek cyfrowy. UE odpowiada: mamy suwerenne prawo

    Trump grozi 100% cłami za podatek cyfrowy. UE odpowiada: mamy suwerenne prawo

    Prezydent USA Donald Trump zapowiedział w piątek na platformie Truth Social, że Stany Zjednoczone natychmiast nałożą 100-procentowe cła na wszystkie towary z każdego kraju, który wprowadzi podatek od usług cyfrowych obciążający amerykańskie firmy technologiczne. Jak zauważa agencja Reutera, deklaracja ta pojawia się jako odpowiedź na stanowisko Francji, która nie zamierza wycofywać swojego 3-proc. podatku cyfrowego obowiązującego od 2019 roku.

    „Niech niniejsze oświadczenie posłuży jako oficjalna zapowiedź, że każde państwo, które nałoży taki podatek, natychmiast spotka się ze 100-procentowym cłem na wszystkie towary wysyłane do Stanów Zjednoczonych Ameryki” – napisał Trump. Dodał, że cło to będzie nadrzędne wobec wszelkich umów handlowych zawartych z danym krajem, „niezależnie od tego, czy zostały one wdrożone, podpisane, czy też nie”.

    Trump nie wymienił konkretnych państw, ale jego wpis pojawił się w kontekście dyskusji o unijnym podatku od usług cyfrowych, który ma uderzać w gigantów technologicznych z USA. Prezydent Francji Emmanuel Macron kilka dni wcześniej, przed spotkaniem z Trumpem na szczycie G7 w Évian-les-Bains, zapowiedział, że Francja nie ugnie się pod presją Stanów Zjednoczonych i nie zlikwiduje własnego podatku.

    Komisja Europejska odpowiada

    W odpowiedzi na groźby Trumpa Komisja Europejska wydała w piątek oświadczenie, w którym broni prawa państw członkowskich do regulowania działalności gospodarczej. Przedstawiciele KE podkreślili, że obowiązujące w Europie podatki cyfrowe „z założenia nie mają charakteru dyskryminacyjnego i w równym stopniu dotyczą wszystkich dużych przedsiębiorstw, niezależnie od kraju ich pochodzenia”. Komisja zaznaczyła też, że Unia jest gotowa do szybkiej odpowiedzi na wszelkie nieuzasadnione jednostronne działania, ale jednocześnie pozostaje otwarta na negocjacje w sprawie globalnego rozwiązania uzgodnionego w ramach G7.

    Które kraje są w grze?

    Trump nie sprecyzował, które kraje ma na myśli, ale dyskusje nad wprowadzeniem podatku cyfrowego toczą się w wielu państwach. Według doniesień Euronews wśród nich znajdują się Belgia, Czechy, Łotwa, Słowacja, Słowenia i Norwegia. W Polsce od 2020 roku funkcjonuje 1,5-proc. podatek od platform VOD, obciążający m.in. serwisy streamingowe. Ministerstwo Cyfryzacji ogłosiło plany wprowadzenia szerszego, 3-proc. podatku cyfrowego, ale jak dotąd projekt nie posunął się naprzód. Ambasador USA w Polsce Tom Rose ostrzegał wcześniej przed negatywnymi konsekwencjami takiego ruchu.

    Organizacja Tax Foundation podaje, że w ramach UE podatek od usług cyfrowych obowiązuje obecnie w siedmiu państwach: Francji, Hiszpanii, Włoszech, Austrii, Danii, Węgrzech oraz Portugalii. Poza Unią podobne daniny pobierają Wielka Brytania, Szwajcaria i Turcja. Ich konstrukcja i wysokość różnią się znacząco między poszczególnymi krajami.

    Spór handlowy nabiera tempa

    Tymczasem amerykański Urząd Przedstawiciela Handlowego (USTR) prowadzi postępowanie badające nieuczciwe praktyki handlowe dotyczące rzekomej dyskryminacji amerykańskich firm cyfrowych na rynku UE. To może posłużyć jako podstawa do nałożenia nowych ceł. Dotychczas jednak przedstawiciele Waszyngtonu zapewniali, że jeśli UE wywiąże się z istniejącej umowy handlowej, Stany Zjednoczone utrzymają górny limit ceł na poziomie 15 proc.

    Obecnie bazowe cło na towary z UE wynosi 10 proc., po tym jak Sąd Najwyższy unieważnił większość wcześniejszych ceł Trumpa, a następnie prezydent wprowadził nowe cła globalne. Stawka ta ma się zmienić w lipcu, kiedy obecne cła wygasną i zostaną zastąpione nowymi taryfami opartymi na wynikach dochodzenia USTR. W czwartek Rada UE formalnie przyjęła przepisy wdrażające umowę handlową ze Stanami Zjednoczonymi.

  • Trzaskowski czyści zarządy szpitali. Politycy na bruk po skandalu z uprzywilejowaną ścieżką zdrowia

    Trzaskowski czyści zarządy szpitali. Politycy na bruk po skandalu z uprzywilejowaną ścieżką zdrowia

    Rafał Trzaskowski, prezydent Warszawy, wziął na celownik polityków zasiadających w radach nadzorczych miejskich spółek medycznych. Decyzja zapadła błyskawicznie po tym, jak wyszła na jaw afera w Szpitalu Południowym, dotycząca priorytetowego traktowania członków Koalicji Obywatelskiej przy badaniach.

    Zmiany mają charakter natychmiastowy i obejmują kluczowe placówki w stolicy. Według informacji przekazanych przez ratusz, politycy zniknęli z rad nadzorczych m.in. Szpitala Czerniakowskiego, Grochowskiego, Praskiego, Wolskiego oraz Centrum Kopernika. W tych gremiach dotychczas zasiadali głównie lokalni burmistrzowie i radni.

    Zaufanie ważniejsze niż układy

    Trzaskowski w swoim wpisie na platformie X podkreślił, że sprawa nie ma charakteru personalnego. „To kwestia troski o zaufanie Warszawianek i Warszawiaków do publicznej ochrony zdrowia” – napisał prezydent. Dodał, że formalności zostały dopięte w ciągu kilku dni od zapowiedzi zmian.

    Reakcja władz miasta jest bezpośrednią odpowiedzią na publikację portalu Zero, który ujawnił, że w Szpitalu Południowym funkcjonowała specjalna ścieżka dla polityków KO. Pacjenci z partii rządzącej mieli być przyjmowani poza kolejką, co wywołało ogromne kontrowersje i pociągnęło za sobą lawinę konsekwencji.

    Prokuratura i lekarz z wielomilionowym dochodem

    W centrum afery znalazł się Dawid Kacprzyk, były już radny KO i koordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Szpitalu Południowym. Według doniesień, łącząc funkcje, zarobił w ubiegłym roku 1,6 mln zł. Co więcej, miał wykazywać nierealną liczbę godzin pracy w Szpitalu Bródnowskim.

    Sprawą zajęła się prokuratura. Wszczęto dwa śledztwa – jedno dotyczące oszustwa na kwotę przekraczającą pół miliona złotych, drugie w sprawie nadużycia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych. Co istotne, prokurator generalny Waldemar Żurek zapowiedział, że śledczy sprawdzą, czy o całym procederze wiedział sam Rafał Trzaskowski. W placówce kontrolę prowadzą również Narodowy Fundusz Zdrowia oraz Państwowa Inspekcja Pracy.

    Sam Kacprzyk nie pozostał bierny – zrezygnował z członkostwa w partii, mandatu radnego i zwrócił szpitalowi pół miliona złotych. Placówka musiała mu początkowo odesłać te pieniądze z powodów formalno-księgowych. Dotychczasowy zarząd i rada nadzorcza Szpitala Południowego zostały odwołane, a stery przejęła nowa prezes, Aneta Gomółka-Siembora.

    Dymisje na szczytach ratusza

    Sprawa nie kończy się na szpitalach. 3 lipca Trzaskowski ogłosił przyjęcie dymisji swoich dwóch zastępczyń – Renaty Kaznowskiej i Aldony Machnowskiej-Góry. Prezydent zaznaczył, że swoją decyzją nie przesądza o winie, ale w sprawach publicznych standardy muszą być wyższe. „Tu chodzi o najwyższe standardy, których oczekują mieszkańcy” – powiedział na konferencji prasowej.

    Polityczna rozgrywka i sesje Rady Miasta

    Afera ma również swoje polityczne reperkusje. Radni Prawa i Sprawiedliwości domagają się zwołania nadzwyczajnej sesji sejmiku województwa mazowieckiego. Już w najbliższy czwartek odbędą się dwie sesje Rady Warszawy, na których Trzaskowski będzie musiał osobiście tłumaczyć się z sytuacji w podległych mu szpitalach.

    Decyzja o usunięciu polityków ze spółek medycznych wpisuje się w zapowiedzi prezydenta, który już wcześniej mówił, że członkowie partii nie powinni zasiadać w tych gremiach. Wraz z przyjęciem dymisji wiceprezydentek staje się jasne, że skala zmian jest znacznie większa, niż początkowo sądzono.

  • Ceny gazu w górę, a magazyny w Europie puste. Katar obiecuje ratunek – ale czy zdąży?

    Ceny gazu w górę, a magazyny w Europie puste. Katar obiecuje ratunek – ale czy zdąży?

    Europejski rynek gazu znowu jest pod presją. Ceny benchmarkowych kontraktów TTF w Amsterdamie poszły w górę, a zapasy w magazynach są znacznie poniżej średniej z ostatnich pięciu lat. Tymczasem Katar – największy producent LNG w regionie Zatoki Perskiej – wciąż nie wznowił normalnej produkcji po zakłóceniach w Cieśninie Ormuz, choć jego premier obiecuje poprawę w ciągu kilku tygodni.

    Magazyny w Europie wołają o pompowanie

    Jak wynika z danych Gas Infrastructure Europe, poziom zapełnienia magazynów gazu w Unii Europejskiej wynosi obecnie 49,1%. To znacznie mniej niż średnia pięcioletnia dla tej pory roku, która sięga 63,9%. W liczbach bezwzględnych w unijnych magazynach znajduje się 555,04 TWh gazu.

    Szczególnie niski poziom widać w kluczowych krajach. Niemieckie magazyny są wypełnione w 41,8% (średnia 5-letnia: 62,9%), a holenderskie zaledwie w 25,7% (średnia: 55,7%). Nawet jeśli spojrzeć na pojemność nominalną, Niemcy mają około 100 TWh przy 41% wypełnienia, a Holandia 36 TWh przy 25%.

    Polska na tym tle wypada lepiej procentowo – mamy 72,1% wypełnienia (26,55 TWh) wobec średniej 5-letniej 73,8%, ale – jak ostrzegają eksperci – to tylko pozorny komfort.

    Katar obiecuje wznowienie produkcji, ale na razie dostawy są niewystarczające

    Głównym powodem niepokoju są wciąż ograniczone dostawy LNG przez Cieśninę Ormuz. Katar, który jest głównym producentem skroplonego gazu w regionie, nie wznowił jeszcze normalnej produkcji. Premier Kataru, szejk Mohammed bin Abdulrahman Al-Thani, w wywiadzie dla „Financial Times” zapowiedział jednak zmianę:

    „W ciągu kilku tygodni produkcja LNG wróci do normy, z wyjątkiem uszkodzonych części obiektów produkcyjnych.”

    Obecnie udało się wyeksportować tylko kilka dostaw do Azji dzięki „maskowaniu” lokalizacji gazowców ze względów bezpieczeństwa, ale wolumeny są znacznie niższe niż zwykle. Powrót podaży do poziomu sprzed kryzysu pomógłby złagodzić globalny kryzys paliwowy, zwłaszcza że wiele krajów stara się odbudować zapasy przed zimą.

    Szansa na 90% wypełnienia? Eksperci studzą optymizm

    Unijne rozporządzenie wymaga, by magazyny gazu były wypełnione w 90% między 1 października a 1 grudnia. Czy to realne? Tomasz Niewiński z Biura Strategii Rynkowych PKO BP nie ma wątpliwości:

    „Ryzyko, że UE nie osiągnie zakładanego poziomu (90%) napełnienia magazynów gazu przed zimą jest wysokie.”

    Z kolei Dawid Czopek, ekspert rynku paliwowego z Polaris FIZ, zwraca uwagę na czynniki łagodzące: stopniowy powrót dostaw z Bliskiego Wschodu, spadek cen w ostatnich dniach oraz planowane uruchomienie nowych mocy eksportowych LNG w Ameryce Północnej jesienią. To powinno zwiększyć globalną podaż. Czopek przypomina, że przed zawirowaniem rynek obawiał się wręcz nadpodaży LNG, co odzwierciedlały niskie ceny TTF pod koniec ubiegłego roku.

    Polska: wysoki procent, ale małe magazyny

    Karina Szostak, prezes Gas Storage Poland, zapewnia, że osiągnięty w lipcu poziom 72,1% potwierdza zaawansowane przygotowanie do sezonu zimowego. Jednak Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz XTB, studzi entuzjazm:

    „Polskie magazyny gazu na tle Europy są bardzo małe, dlatego wypełnienie ich w niemal 100% nie będzie jakimkolwiek wyzwaniem.”

    Nominalnie w Polsce mamy 26,55 TWh, podczas gdy Niemcy przy 41% wypełnienia dysponują około 100 TWh. Zuzanna Nowak, niezależna analityk ds. bezpieczeństwa energetycznego, podkreśla, że nie jesteśmy w sytuacji alarmowej, ale „obecny status nie powinien być mylony z pełnym komfortem”. Prawdziwe bezpieczeństwo zależy od elastyczności portfela dużych graczy i odporności systemu na zimową kumulację ryzyk: długotrwałe mrozy, rywalizację z Azją o LNG czy nagłe awarie infrastruktury.

    Co dalej z cenami gazu?

    Analitycy przewidują, że im bliżej zimy, tym presja na wzrost cen będzie większa. Dodatkowym czynnikiem jest rywalizacja Europy z Azją o dostępne dostawy – azjatycki benchmark JKM od marca notowany jest z premią. Tomasz Niewiński ocenia, że nawet po wznowieniu dostaw z Bliskiego Wschodu ceny poniżej 30 euro za MWh są na razie nieosiągalne. Uczestnicy rynku spodziewają się w II połowie roku przedziału 36–55 euro za MWh.

    Dla polskich gospodarstw domowych bezpośrednie przełożenie na ceny energii może być ograniczone – gaz w Polsce nie wyznacza cen prądu w takim stopniu jak w Niemczech. Jednak wzrost kosztów paliwa uderzy w przemysł, zwłaszcza w produkcję nawozów (70% kosztów to gaz) oraz ogrodnictwo, co może przełożyć się na ceny żywności i inflację.

    Na razie wszystko wisi na włosku – jeśli Katar faktycznie zwiększy eksport w ciągu kilku tygodni, a nowe terminale LNG w Ameryce ruszą zgodnie z planem, zimowe ryzyko może zostać opanowane. Jeśli nie – ceny gazu mogą ponownie wystrzelić.

  • Czerwone flagi nad Wall Street. Bank of America ostrzega przed bessą i korektą

    Czerwone flagi nad Wall Street. Bank of America ostrzega przed bessą i korektą

    Główni stratedzy Bank of America nie mają dobrych wieści dla amerykańskiego rynku akcji. Dwóch niezależnych ekspertów tej instytucji – Savita Subramanian i Paul Ciana – opublikowało w ostatnich dniach notatki, które sugerują, że inwestorzy powinni poważnie rozważyć defensywną strategię.

    70% sygnałów bessy aktywnych

    Savita Subramanian, dyrektor ds. strategii ilościowej i akcji w USA w Bank of America, w swojej nocie zatytułowanej „Zbyt wiele sygnałów ostrzegawczych. Realizacja zysków” wylicza, aż 70% jej zespołowych sygnałów ostrzegawczych przed bessą jest obecnie aktywowanych.

    Nasze sygnały ostrzegawcze przed bessą – czynniki zazwyczaj poprzedzające szczyt indeksu S&P 500 – sugerują, że należy zachować szczególną ostrożność. Obecnie 70 proc. naszych sygnałów ostrzegawczych jest aktywowanych, co jest zgodne ze średnią obserwowaną w poprzednich szczytach rynkowych – napisała Subramanian.

    Do sygnałów tych należą m.in. ekstremalnie wysokie oczekiwania dotyczące długoterminowego wzrostu zysków, bardzo łatwe warunki kredytowe oraz skrajna dyspersja między wynikami akcji o wysokich i niskich wskaźnikach ceny do kapitału własnego.

    Największe rozproszenie od 2000 roku

    Największą przepaść Subramanian dostrzega w sektorze technologicznym. Różnica między medianą akcji z najlepszych i najgorszych kwintyli w tej branży sięga aż +120 punktów procentowych – to najwięcej od lutego 2000 roku, kiedy przed szczytem rynkowym z 24 marca 2000 roku wynosiła +130 pkt.

    Ta dyspersja to efekt gigantycznej przepaści między dwiema grupami firm:

    • Producenci sprzętu i infrastruktury AI (półprzewodniki, pamięci, telekomunikacja) notują średnią stopę zwrotu na poziomie +73,86%, napędzani przez nieustanne wydatki hiperskalowalnych firm kupujących układy scalone i infrastrukturę centrów danych.
    • Firmy software’owe i SaaS osiągają średnią stopę zwrotu zaledwie -1,68%, zmagając się z obawami, że generatywna AI zastąpi licencje na stanowiska i upowszechni tradycyjny kod.

    Aż 80% budżetów przedsiębiorstw na sztuczną inteligencję jest dziś blokowane w zakupach sprzętu fizycznego. Skrajność widać też w codziennych wahaniach: podczas jednej sesji akcje Apple spadły o 6,1%, a Micron zyskał 15,7%. Akcje technologiczne stanowią rekordowe 38% całkowitej kapitalizacji amerykańskiego rynku, co sprawia, że S&P 500 jest silnie uzależniony od ekstremalnych zwycięzców.

    Trójfalowa korekta według Ciany

    Paul Ciana, szef analizy technicznej Bank of America, idzie o krok dalej. W czwartkowym raporcie ostrzega przed „trójfalową korektą” indeksu S&P 500 w nadchodzących miesiącach.

    Letnia mapa drogowa to trójfalowa korekta – napisał Ciana.

    Analityk wskazuje, że rajd S&P 500 od marcowych dołków (wzrost o blisko 17%) wykazuje oznaki wyczerpania od szczytu z 2 czerwca. Jego zdaniem zachowanie cen jest „rozciągnięte”, a momentum się pogarsza, co uzasadnia defensywne nastawienie od lipca do września. Ciana wyznacza trzy poziomy wsparcia: 7200, 7025 i ostatecznie 6850 punktów. Nowe maksimum na poziomie 7741 punktów może okazać się fałszywym sygnałem, a korekta może przeciągnąć się aż do października.

    Inne głosy z Wall Street

    Ostrzeżenia z Bank of America kontrastują z byczym nastawieniem innych instytucji. Stratedzy Societe Generale podnieśli właśnie prognozę na koniec 2026 roku do 8000 punktów (z wcześniejszych 7300). Byczo nastawieni pozostają także JPMorgan Chase i Fundstrat. Z kolei Mike Wilson z Morgan Stanley uznał, że korekta była „nieunikniona i ostatecznie zdrowa”, jeśli hossa ma utrzymać się do końca roku.

    Niezależnie od optymizmu części domów maklerskich, dwa niezależne ostrzeżenia z Bank of America sugerują, że rynek wchodzi w newralgiczny okres. Weryfikacja prognoz technicznych Ciany nastąpi już w najbliższych tygodniach – kluczowe będzie, czy S&P 500 zdoła obronić strefę 7200 punktów.

  • Binance wygasza kluczowe usługi w Polsce. Od lipca bez handlu i stakingu – oto co musisz zrobić

    Binance wygasza kluczowe usługi w Polsce. Od lipca bez handlu i stakingu – oto co musisz zrobić

    Największa giełda kryptowalut na świecie, Binance, właśnie ogłosiła decyzję, która bezpośrednio uderza w polskich użytkowników. Od 1 lipca platforma wyłącza większość usług inwestycyjnych w naszym kraju. Powód? Brak wymaganej licencji MiCA, której Binance nie zdążyło uzyskać w Grecji.

    Dlaczego Binance wycofuje wniosek z Grecji?

    Binance wycofał wniosek o rejestrację złożony do greckiej Komisji Rynku Kapitałowego (HCMC). Decyzję ogłoszono 24 czerwca 2026 roku na oficjalnym profilu giełdy na Twitterze. Firma tłumaczy, że proces rozpatrywania dokumentacji przeciągał się zbyt długo, co uniemożliwiło uzyskanie zgody przed wejściem w życie unijnego rozporządzenia MiCA. Zamiast dalej czekać, giełda zmieniła strategię i teraz ubiega się o licencję w innym, nieujawnionym jeszcze państwie członkowskim UE. Po uzyskaniu autoryzacji Binance chce skorzystać z mechanizmu paszportowania, który pozwoli świadczyć usługi w całej Unii Europejskiej na podstawie jednego zezwolenia.

    W oficjalnym oświadczeniu Binance wyjaśnia, że decyzja została podjęta po wnikliwej analizie harmonogramu procesu w Grecji, przy uwzględnieniu najlepszego interesu użytkowników. Firma przez wiele miesięcy prowadziła konstruktywny dialog z HCMC, jednak wobec braku formalnej decyzji w momencie, gdy kończy się okres przejściowy MiCA, obrała bardziej pragmatyczną ścieżkę. Jak czytamy: „Binance podjęło decyzję o wycofaniu wniosku o uzyskanie licencji MiCA złożonego do Greckiej Komisji Rynku Kapitałowego (Hellenic Capital Market Commission – HCMC), a jednocześnie decyzję o ubieganiu się o autoryzację w innym państwie członkowskim Unii Europejskiej. Gdy będziemy gotowi ogłosić, o które państwo chodzi, poinformujemy o tym publicznie.”

    Jakie usługi znikną dla Polaków od 1 lipca?

    Zmiany są dotkliwe. Binance Poland rozpocznie wygaszanie kluczowych funkcji. Nie będzie można składać nowych zleceń handlowych Spot – stare zostaną anulowane po 48 godzinach, a boty handlowe wyłączone. Zniknie handel z dźwignią (Margin), w tym możliwość zaciągania pożyczek margin – choć nadal będzie można uzupełniać zabezpieczenie istniejących pozycji. Wyłączony zostanie staking Ethereum i Solany, a także Soft Staking, Zyski On-Chain, Binance Pool, Pool Savings i Cloud Mining – aktywa zostaną zwrócone wraz z naliczonymi nagrodami.

    Przestaną działać subskrypcje Simple Earn, nowe przelewy i płatności Binance Pay, usługa P2P, a także Launchpool i Launchpad. Nowe tokeny z Launchpool i Launchpad nie będą dostępne. Uprawnienia API dla nowych zleceń Spot i Margin zostaną cofnięte. Konwersje będą dostępne wyłącznie w formie sprzedaży na PLN, EUR lub USDC – inne nowe zlecenia konwersji nie będą możliwe. Nie będzie można otwierać nowych pozycji pożyczkowych, ale uzupełnianie zabezpieczenia pozostanie dostępne. Binance zaleca również, aby nie wpłacać nowych środków na konto po 1 lipca. Co ważne, wypłata środków – zarówno kryptowalut, jak i walut fiducjarnych – pozostanie możliwa w każdej chwili.

    Co radzi Binance i co robi konkurencja?

    W e-mailach oraz powiadomieniach push do polskich klientów Binance zaleca przeniesienie kryptowalut na własny portfel typu self-hosted (niepowierniczy) lub do innego dostawcy usług kryptoaktywów. Firma zapewnia, że środki są bezpieczne, a w oświadczeniu podkreśla: „Wszystkie środki użytkowników pozostają bezpieczne. Naszym priorytetem jest ograniczenie potencjalnych niedogodności do minimum, zapewnienie użytkownikom pełnej przejrzystości oraz dalsze budowanie zaufanego i zgodnego z regulacjami ekosystemu aktywów cyfrowych na całym świecie.”

    Tymczasem konkurencja nie śpi. OKX oferuje bonus do 8% wartości depozytu, a Kraken uruchomił kampanię z pulą nagród 1 mln euro. Według portalu CoinGecko, który śledzi 179 giełd kryptowalut i szereguje je według własnego algorytmu Trust Score (uwzględniającego m.in. płynność, skalę operacji i cyberbezpieczeństwo), wśród giełd z TOP10 posiadających już licencję MiCA są: Coinbase, Kraken, OKX, Bitstamp (Robinhood), Gate, Bybit oraz HashKey. Licencję ma także Crypto.com oraz polska platforma Kanga Exchange. Z kolei giełda Bitget – według serwisu BitHub – jest na finiszu procesu licencyjnego.

    Co dalej z Binance w Europie?

    Binance podkreśla, że Europa pozostaje dla niego kluczowym rynkiem, a jego ambicje związane z rynkiem europejskim nie uległy zmianie. Firma dąży do uzyskania licencji MiCA w nadchodzących miesiącach i zapowiada, że poinformuje publicznie, w którym kraju UE będzie się o nią ubiegać. Współdyrektor generalny Binance Richard Teng zapewnił, że środki użytkowników są bezpieczne, a platforma dąży do uzyskania licencji zgodnej z rozporządzeniem MiCA w najbliższych miesiącach, co pozwoli na pełne wznowienie działalności na rynku europejskim. Na razie jednak polscy użytkownicy muszą przygotować się na ograniczenia od 1 lipca. Binance zapowiada, że będzie nadal współpracować z organami regulacyjnymi, aby wypracować najlepszą ścieżkę dalszego rozwoju w Unii Europejskiej, a użytkownicy mogą kontaktować się z działem obsługi klienta w celu uzyskania indywidualnych informacji.

  • Unijni liderzy mierzą się z chińskim zalewem. Polska naciska na rewizję ETS

    Unijni liderzy mierzą się z chińskim zalewem. Polska naciska na rewizję ETS

    Przywódcy państw Unii Europejskiej zasiadają do dwudniowego szczytu Rady Europejskiej, a w centrum uwagi znajduje się jedno kluczowe pytanie: jak odpowiedzieć na rosnącą lawinę dotowanego importu z Chin? Polskę na szczycie reprezentuje premier Donald Tusk, a obrady rozpoczną się w czwartek o godzinie 19:45. Wcześniej zaplanowano spotkanie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Choć głównym tematem są globalne nierównowagi makroekonomiczne, konkretnych decyzji na tym etapie raczej nie należy się spodziewać.

    Chiny zalewają Europę

    Unijny deficyt handlowy z Chinami sięgnął w 2025 roku około 360 miliardów euro – import znacznie przewyższa eksport. To nie tylko statystyka, ale realny problem dla europejskiego przemysłu. Doskonałym przykładem jest branża chemiczna. Według Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego, w następstwie kryzysu energetycznego i wojny w Ukrainie, europejski rynek został zalany dostawami z zagranicy, głównie z Chin i Turcji. Efekt? Od 2022 roku w Europie zamknięto 37 milionów ton mocy produkcyjnych w przemyśle chemicznym, co zagraża około 110 tysiącom miejsc pracy, zarówno bezpośrednich, jak i pośrednich.

    Jak wynika z doniesień, głównym przedmiotem debaty będą właśnie te nierównowagi makroekonomiczne. Źródła zbliżone do rządu wskazują, że kluczowe będzie pytanie o to, czy Europa wybierze bardziej, czy mniej asertywne podejście wobec Pekinu. Poza Hiszpanią i Węgrami, które mają silne więzi handlowe z Chinami, reszta państw zdaje się popierać twardsze stanowisko. Szczególną uwagę przykuje postawa nowego kanclerza Niemiec – to właśnie zachowanie Niemiec ma być „clue” tego szczytu.

    Efektem rozmów ma być zapowiedź przygotowania przez Komisję Europejską rozwiązań służących skuteczniejszej ochronie unijnego rynku. Choć nadzieję budził przedstawiony w marcu przez KE Industrial Accelerator Act (IAA), pojawiają się obawy, że Francja próbuje uczynić z niego narzędzie do dzielenia rynku wewnętrznego, forsując rozwiązania niekorzystne dla Polski z jej wciąż emisyjnym miksem energetycznym. W tle pobrzmiewają sceptyczne głosy, że UE może nie wypracować wystarczająco twardego stanowiska, a brak adekwatnej odpowiedzi na chińskie zagrożenie trwa od lat.

    Polska bierze na celownik ETS

    Warszawa ma jednak własny, ostry temat do przeforsowania. W ramach debaty o konkurencyjności Polski rząd zamierza podnieść kwestię reformy systemu handlu emisjami (ETS). Chodzi o to, by skłonić KE do ambitnej rewizji. Komisja ma przedstawić swoją propozycję w połowie lipca, a Warszawa chce, by był to prawdziwy „investment booster”, czyli impuls inwestycyjny.

    Argumentem Polski jest to, że ETS pompuje ceny energii, podczas gdy trzeba je obniżać, by chronić przemysł w Europie. W tym postulacie nie jesteśmy osamotnieni. Zwolennikami głębokiej reformy ETS są także Włochy, Czechy, Słowacja, Węgry, Bułgaria, Rumunia, a często również Grecja, Austria i Belgia.

    Eksperci Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego podkreślają, że rewizja powinna opierać się na większym pragmatyzmie i uwzględniać nowe realia gospodarcze i geopolityczne. Tempo zwiększania ambicji systemu po 2030 roku musi iść w parze z realnymi możliwościami technologicznymi i finansowymi przemysłu. Dla branży chemicznej kluczowe jest utrzymanie silnych mechanizmów ochrony przed ucieczką emisji, odpowiedni poziom darmowych uprawnień, zachowanie rekompensat kosztów pośrednich oraz reforma rezerwy stabilności rynkowej (MSR), aby faktycznie stabilizowała rynek, a nie sztucznie ograniczała podaż. Wycofywanie darmowych uprawnień nie może wyprzedzać stworzenia skutecznych instrumentów ochronnych – to wspólne stanowisko organizacji branżowych z Polski, Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii.

    Budżetowe przeciąganie liny

    Trzecim, nie mniej ważnym tematem szczytu są negocjacje nad kolejnym wieloletnim budżetem UE na lata 2028-2034. Cypr zaproponował ramy negocjacyjne, ale w obszarach takich jak Fundusz Konkurencyjności, polityka spójności i polityka rolna osiągnięto jedynie częściowe porozumienie. Podczas szczytu dojdzie do klasycznego sporu: płatnicy netto (Niemcy, kraje nordyckie, Holandia) będą się sprzeciwiać propozycjom, a beneficjenci, w tym Polska, będą postulować ambitny budżet. Do ostatecznego kompromisu jeszcze daleka droga – oczekuje się go przed francuskimi wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na wiosnę 2027 roku. Dyskusja dotknie także tzw. zasobów własnych, czyli źródeł wpływów do unijnej kasy. Kluczowym pytaniem pozostaje, czy propozycja Cypru stanie się podstawą do dalszych prac dla przyszłej prezydencji irlandzkiej, która przejmie stery od lipca.