Blog

  • Brytyjski system energetyczny pod presją. Drugi alert w tydzień przez upały w Europie

    Brytyjski system energetyczny pod presją. Drugi alert w tydzień przez upały w Europie

    Drugi alert w Wielkiej Brytanii

    Brytyjski operator National Energy System Operator (NESO) po raz drugi w ciągu kilku dni ostrzegł przed możliwym niedoborem mocy. W piątek między 19:00 a 22:00 czasu lokalnego prognozowana luka między podażą a popytem ma wynieść około 671 megawatów. NESO wezwał wytwórców i dostawców do uruchomienia dodatkowych mocy, aby zwiększyć rezerwy i ustabilizować system.

    To już drugi taki komunikat w tym tygodniu – pierwszy pojawił się w środę. Kluczowym czynnikiem w obu przypadkach są ekstremalne temperatury w Europie, które wpływają zarówno na popyt, jak i na podaż energii.

    Dlaczego brytyjski system ma problem?

    Fala upałów, która przetacza się przez kontynent, drastycznie zwiększyła zapotrzebowanie na energię z powodu masowego używania klimatyzacji. Jednocześnie ograniczyła podaż. We Francji, gdzie zanotowano rekordowe 44,3°C w miejscowości Pissos, koncern Électricité de France (EDF) musiał zmniejszyć produkcję w elektrowniach jądrowych o około 4,1 GW – to mniej więcej 7% krajowego zapotrzebowania. Przyczyną jest zbyt wysoka temperatura wody w rzekach, która uniemożliwia skuteczne chłodzenie reaktorów. W skrajnym scenariuszu ograniczenia mogą sięgnąć nawet 18 GW.

    Francja jest głównym eksporterem energii elektrycznej do Niemiec, Belgii i Wielkiej Brytanii. Gdy jej eksport spadł o około 7 GW, kraje te musiały uruchomić droższe elektrownie gazowe.

    Ceny energii poszybowały w górę

    Efekt widać na rynkach hurtowych. Według informacji podanych przez The Guardian, w Wielkiej Brytanii koszt importowanej energii w godzinach szczytu sięgnął około 470 funtów za MWh – nawet sześciokrotnie więcej niż rok wcześniej. W Niemczech stawki na rynku spot przekraczały 545 euro za MWh, a we Francji sięgały 268 euro za MWh.

    Również na brytyjskim rynku intraday ceny na piątkowy wieczór wzrosły powyżej poziomów ustalonych podczas aukcji dzień wcześniej, co sugeruje, że uczestnicy rynku wcześniej nie docenili skali napięcia.

    NESO standardowo utrzymuje rezerwę operacyjną na poziomie około 700 MW. W piątek ten bufor jest jednak wyraźnie ograniczony, ponieważ około 1,1 GW dostępnej mocy nie może zostać wliczone do rezerwy z powodu ograniczeń przesyłowych. To realnie zmniejsza margines bezpieczeństwa.

    A co z Polską?

    Polski system elektroenergetyczny jest powiązany z europejskim rynkiem, więc sytuacja na kontynencie ma znaczenie także dla nas. Jak dotąd Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) zapewniają, że krajowy system jest przygotowany na upały. „Obecnie nie występują ograniczenia w pracy elektrowni systemowych wynikające z poziomu lub temperatury wody” – przekazał PAP Maciej Wapiński, rzecznik PSE. Jednocześnie eksperci przestrzegają przed długotrwałą falą upałów.

    Mirosław Panek z Instytutu Sobieskiego zwraca uwagę, że elektrownie węglowe, gazowe i jądrowe wykorzystujące chłodzenie wodą w obiegu otwartym są wrażliwe na niski poziom wód i wysoką temperaturę. Robert Jeszke z Instytutu Ochrony Środowiska dodaje, że upały wpływają także na sieci przesyłowe – przegrzane przewody tworzą tzw. zwisy, co ogranicza zdolności przesyłowe.

    Polska może jednak liczyć na fotowoltaikę. Zainstalowanych jest już prawie 27 GW paneli słonecznych. W słoneczne dni generują one ogromne ilości energii w godzinach południowych, co obniża ceny. 25 czerwca o godzinie 14:00 cena energii na polskim rynku hurtowym wynosiła zaledwie 43 złote za MWh. Jednak gdy słońce zaszło, a popyt na chłodzenie pozostał wysoki, o 21:00 cena skoczyła do 1442 złotych za MWh.

    Dr Izabela Filipiak z Deloitte zauważa, że od czasu kryzysu w 2015 roku w systemie przybyło dużo nowych mocy OZE, ale elektrownie konwencjonalne postarzały się o kolejne 10 lat, co może wpływać na ich awaryjność i sprawność w trudnych warunkach. Minister energii Miłosz Motyka przyznał, że „ekstremalne upały zawsze są wyzwaniem dla systemu” i dodał, że nie ma państwa w pełni przygotowanego na wszystkie zjawiska pogodowe.

    Podsumowanie

    Napięcia w brytyjskim systemie to sygnał, jak bardzo europejska energetyka stała się wrażliwa na ekstremalne zjawiska pogodowe. Upały jednocześnie zwiększają popyt i ograniczają podaż, a połączenia międzysystemowe sprawiają, że lokalne problemy szybko stają się regionalnymi. W Polsce na razie system działa bez zakłóceń, ale dzisiejsze ceny – od 43 zł do 1442 zł za MWh w ciągu jednego dnia – pokazują, jak dynamiczna potrafi być sytuacja.

  • Drogi prezent dla nauczyciela na koniec roku? Możesz narobić mu kłopotów

    Drogi prezent dla nauczyciela na koniec roku? Możesz narobić mu kłopotów

    Zakończenie roku szkolnego to czas, gdy uczniowie i rodzice chcą podziękować wychowawcom. Jednak zanim dołożysz się do szkolnej składki na ekskluzywny zegarek czy weekend w SPA, warto poznać prawne pułapki. Hojny gest może bowiem skończyć się dla nauczyciela poważnymi konsekwencjami – nawet karą do 8 lat więzienia.

    Co prawo pozwala, a czego zakazuje?

    Wytyczne Ministerstwa Sprawiedliwości oraz przepisy tzw. ustawy Kamilka wprowadzają jasne reguły. Nauczyciele nie mogą przyjmować pieniędzy ani indywidualnych prezentów od uczniów i ich rodziców. Dozwolone są tylko drobne upominki wręczane zbiorowo, np. od całej klasy, podczas oficjalnych uroczystości.

    Za bezpieczne uchodzą kwiaty, książki, drobne przedmioty biurowe lub kosmetyki – których wartość nie przekracza około 100 złotych. W praktyce rodzice często wybierają też fikuśne mydełka, bombonierki, karty podarunkowe do sklepów, bony do SPA czy zestawy kaw i herbat. Problem zaczyna się, gdy wartość podarunku rośnie – wtedy może zostać uznany za korzyść majątkową, a w skrajnych przypadkach nawet za łapówkę. Zgodnie z art. 115 par. 4 Kodeksu karnego za łapówkę uznaje się korzyść majątkową lub osobistą, a także samą jej obietnicę.

    Nauczyciel: „To krępująca sytuacja”

    Jarek Szulski, który od ponad dwóch dekad pracuje w szkole i współtworzy Akademię Psychologii Przywództwa, mówi w rozmowie z Radiem ZET, że w swojej karierze tylko raz otrzymał kosztowny prezent – voucher na lot balonem (jego wartość dziś mogłaby przekraczać tysiąc złotych). Zdecydował się go przyjąć, ale gdy słyszy o planach zakupu drogich upominków, zwykle protestuje.

    „To dla mnie krępująca sytuacja, jakbym otrzymywał od rodziców dodatkowe wynagrodzenie za pracę, na którą sam się zdecydowałem i za którą dostaję pieniądze” – podkreśla Szulski.

    Jak dodaje, najbardziej ceni prezenty o wartości emocjonalnej – na przykład skrzynkę ze zdjęciami opatrzonymi indywidualnymi dedykacjami. „Wspomnienia zawarte w zdjęciach też mają ogromną moc, zwłaszcza w połączeniu z dobrym słowem. To moc na lata” – zaznacza.

    Nie wszyscy rodzice podzielają jednak to podejście. Jedna z matek, pełniąca funkcję przewodniczącej rady rodziców, przekonuje, że nauczyciele są niedoceniani finansowo, dlatego kosztowny upominek to wyraz wdzięczności i inwestycja w dobre relacje. W internetowych dyskusjach pojawiają się propozycje takie jak weekend w apartamencie nad morzem, zegarek klasy premium, tygodniowy pobyt w SPA, rower elektryczny, lot balonem z degustacją win czy bon podróżniczy wart kilka tysięcy złotych. Z drugiej strony podobne pomysły bywają wyśmiewane – internauci ironizują o fundowaniu nauczycielom wakacji na Malediwach, sztabek złota czy prywatnych odrzutowców.

    Jak wynika z doniesień Radia ZET, nauczyciele otrzymywali już drogie przedmioty – na przykład roboty kuchenne Thermomix, ekskluzywne zegarki, bony do salonów jubilerskich, a nawet meble ogrodowe czy torby na laptopy.

    Gdzie kończy się upominek, a zaczyna łapówka?

    Adwokat Iga Parada wyjaśnia, że nie istnieją przepisy, które wprost określałyby dopuszczalną wartość prezentu. Już w latach 80. Sąd Najwyższy uznał, że nie da się wyznaczyć jednoznacznej granicy – każdą sytuację należy oceniać indywidualnie.

    Jeśli klasa wręcza nauczycielowi kosztowny upominek już po zakończeniu roku szkolnego, to – zdaniem prawników – raczej nie powinien on zostać potraktowany jako łapówka, ponieważ nie ma już wpływu na decyzje dotyczące tych uczniów. Inaczej może być w sytuacji, gdy nauczyciel będzie prowadził tę samą klasę w kolejnym roku.

    „Można mieć uzasadnione wątpliwości, czy wręczenie wartościowego prezentu nie będzie miało wpływu na decyzje nauczyciela w przyszłości” – zaznacza Parada. W takim przypadku mogłoby dojść do przestępstwa łapownictwa zagrożonego karą do ośmiu lat pozbawienia wolności.

    Podatek od prezentu – też warto wiedzieć

    Od strony prawnej prezent to darowizna. Może podlegać podatkowi od spadków i darowizn, ale obowiązek zgłoszenia pojawia się dopiero po przekroczeniu kwoty wolnej. Dla osób niespokrewnionych z nauczycielem ten limit wynosi obecnie 5733 zł. Po jego przekroczeniu konieczne jest złożenie deklaracji SD-Z2 w urzędzie skarbowym i zapłacenie należnego podatku.

    Planując prezent dla nauczyciela, lepiej postawić na symboliczny upominek od całej klasy – kwiaty, książkę, coś własnoręcznie wykonanego. Drogie przedmioty, bony czy gotówka mogą narazić nauczyciela na zarzuty karne i kłopoty podatkowe. Pamiętaj: pieniądze i indywidualne upominki są zakazane, a jedynie drobne, zbiorowe upominki mieszczą się w granicach prawa.

  • Polska wywalczyła kluczowy zapis w ETS i zbiera koalicję 13 państw. O co toczy się gra w Brukseli?

    Polska wywalczyła kluczowy zapis w ETS i zbiera koalicję 13 państw. O co toczy się gra w Brukseli?

    Polska odnotowuje kolejne sukcesy w walce o korzystne zmiany w unijnym systemie handlu emisjami (ETS). Najpierw udało się przeforsować zapis w konkluzjach szczytu Rady Europejskiej, który zobowiązuje Komisję Europejską do przedstawienia odrębnej propozycji dotyczącej darmowych uprawnień dla przemysłu. Teraz Warszawa zwołała w Luksemburgu naradę przedstawicieli 13 państw członkowskich, by uzgodnić wspólne stanowisko przed długo wyczekiwaną reformą ETS, którą KE ogłosi 15 lipca.

    Zapis w konkluzjach szczytu – co udało się Polsce?

    Jak wynika z projektu wniosków ze szczytu UE z 18–19 czerwca, do którego dotarła PAP, Rada Europejska wyraziła zadowolenie z zamiaru Komisji, by do połowy lipca 2026 r. przedstawić konkretną propozycję przeglądu ETS, a jednocześnie – co kluczowe – odrębny wniosek dotyczący wskaźników (benchmarków) dla sektorów energochłonnych. Polska od dawna postulowała, by zmiany w sposobie obliczania darmowych uprawnień dla takich branż jak ciepłownictwo czy hutnictwo trafiły do osobnego aktu prawnego, a nie do nowelizacji dyrektywy ETS. Ma to przyspieszyć reformę.

    We wnioskach znalazło się także odniesienie do marcowego listu przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen, w którym zobowiązała się do wyznaczenia bardziej realistycznej ścieżki dekarbonizacji po 2030 r. i uwzględnienia obaw przemysłu przy ustalaniu benchmarków.

    – Chodziło o to, by KE dodatkowo czuła presję ze strony przywódców w sprawie tej reformy. Jest to gwarancja, że reforma pójdzie w stronę, w którą powinna – tłumaczył PAP unijny dyplomata.

    Spotkanie 13 państw – wspólne stanowisko przed reformą

    W czwartek 25 czerwca, na marginesie obrad ministrów środowiska w Luksemburgu, z inicjatywy Polski odbyły się rozmowy przedstawicieli Austrii, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Estonii, Grecji, Malty, Polski, Rumunii, Słowacji, Słowenii, Węgier i Włoch. Polskę reprezentował wiceminister klimatu Krzysztof Bolesta. Tego samego dnia spotkał się także z komisarzem ds. klimatu Wopke Hoekstrą.

    – To ostatni moment na wzmocnienie „szczepionki” przeciwko ETS, zanim KE zaproponuje zmiany – powiedział Bolesta dziennikarzom, dodając, że liczy na silniejszą pozycję więcej niż jednego kraju.

    Fundusz Modernizacyjny i Investment Booster

    Jednym z priorytetów Warszawy jest wzmocnienie po 2030 r. Funduszu Modernizacyjnego, z którego w latach 2021–30 Polska ma otrzymać około 14 mld euro (60 mld zł). Fundusz wspiera inwestycje zeroemisyjne w krajach o niższych dochodach. Jego losy po 2030 r. mają zostać rozstrzygnięte w lipcowym pakiecie reform.

    Polska zabiega również o korzystne warunki dla Investment Booster – funduszu o wartości 30 mld euro, zapowiedzianego przez von der Leyen w marcu 2026 r. Środki miałyby pochodzić ze sprzedaży 400 mln uprawnień z rezerwy ETS.

    Benchmarki i darmowe uprawnienia – spór o technologię

    Obecne przepisy zakładają stopniowe ograniczanie liczby darmowych uprawnień, co ma skłaniać przemysł do inwestowania w czystsze technologie. Polska i inne państwa argumentują jednak, że w wielu sektorach bezemisyjne rozwiązania po prostu jeszcze nie istnieją, co czyni redukcje niemożliwymi do realizacji. Dlatego Warszawa domaga się zmiany punktu odniesienia – zamiast 10% najmniej emisyjnych instalacji, chodzi o bardziej realistyczne wskaźniki.

    – Utrzymywaliśmy bardzo wyraźne stanowisko razem z innymi państwami członkowskimi, aby przekonać Komisję do przyspieszenia prac nad benchmarkami. I będziemy pilnować tej obietnicy – zapowiedział w czwartek Bolesta.

    Dla Polski istotne jest także to, by zmiany działały wstecz i objęły już wskaźniki na lata 2026–2030, które KE zaproponowała w maju, a państwa członkowskie zatwierdziły w poniedziałek.

    Rezerwa stabilności rynkowej – kontrola cen

    Polska oczekuje też dalszych modyfikacji rezerwy stabilności rynkowej (MSR). Bruksela w kwietniu 2026 r. zaproponowała zmiany w tym mechanizmie, ale Warszawa uznaje je za niewystarczające.

    – Chcemy przekształcenia jej w prawdziwy mechanizm kontroli cen – powiedział Bolesta, precyzując, że chodzi o większą pewność planowania dla przemysłu, stabilizację cen uprawnień, ograniczenie nadmiernej zmienności oraz lepszą ochronę konkurencyjności europejskiego przemysłu energochłonnego.

    Co dalej?

    15 lipca Komisja Europejska ma przedstawić pakiet reform ETS, który przesądzi o losach Funduszu Modernizacyjnego, benchmarków i darmowych uprawnień. Polska, uzbrojona w zapisy z konkluzji szczytu i wsparcie 13 państw, będzie pilnować, by brukselskie propozycje rzeczywiście uwzględniały interesy krajów wciąż uzależnionych od węgla.

  • BGK rusza z milionami na odbudowę Ukrainy. Polskie firmy mogą już składać wnioski

    BGK rusza z milionami na odbudowę Ukrainy. Polskie firmy mogą już składać wnioski

    Polski rząd i Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) wchodzą w nowy etap wsparcia dla firm chcących odbudowywać Ukrainę. W Gdańsku, podczas trwającej konferencji Ukraine Recovery Conference, ogłoszono dwa przełomowe instrumenty finansowe, które mają realnie wesprzeć polskich przedsiębiorców.

    Pożyczki nawet do 10 mln zł na preferencyjnych warunkach

    BGK uruchomił specjalny instrument pożyczkowy skierowany do firm działających w Polsce, które chcą rozwijać się za granicą i uczestniczyć w odbudowie ukraińskiej infrastruktury oraz potencjału gospodarczego. Jak poinformował prezes BGK Mirosław Czekaj, maksymalna wartość wsparcia w ramach tego mechanizmu wynosi 10 mln zł, przy oprocentowaniu na poziomie 2% i okresie spłaty do 10 lat.

    Co ważne, dla wybranych branż przewidziano jeszcze bardziej preferencyjne warunki. Dotyczy to niższego oprocentowania oraz wydłużenia okresu spłaty.

    „Na wsparcie z dodatkową preferencją mogą liczyć m.in. firmy z branży medycznej, np. producenci protez i opatrunków” – zaznaczył Mirosław Czekaj.

    Zainteresowanie programem jest już bardzo duże. Wartość podpisanych dotychczas umów sięga 169 mln zł, a najwięcej kontraktów dotyczy firm z sektora przemysłu i handlu. Instrument jest elementem rządowego programu Finansowe Wspieranie Eksportu, a zaangażowanie BGK ubezpiecza KUKE.

    BGK dołącza do europejskiego funduszu flagowego

    To nie jedyne wsparcie ogłoszone w Gdańsku. BGK podpisał również umowę przystąpienia do Europejskiego Flagowego Funduszu na rzecz Odbudowy Ukrainy (EU FF). Inicjatywa została powołana przez Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) oraz banki rozwoju z Polski, Niemiec, Włoch i Francji. Polski bank zainwestuje w fundusz 15 mln euro, a środki te pochodzić będą z Finansowego Instrumentu Współpracy Rozwojowej (FIWR). Łącznie w pierwszej rundzie EU FF zebrał około 260 mln euro od instytucji rozwoju z wymienionych krajów oraz EBI.

    Celem funduszu jest mobilizacja kapitału prywatnego na inwestycje w kluczowe obszary ukraińskiej gospodarki: infrastrukturę energetyczną i cyfrową, transport oraz rozwój małych i średnich przedsiębiorstw w sektorach takich jak ochrona zdrowia i farmacja, materiały budowlane, finanse, handel detaliczny i IT. Fundusz ma także przyspieszyć odbudowę Ukrainy i wesprzeć jej drogę do członkostwa w Unii Europejskiej.

    Wsparcie dla eksporterów i gwarancje KUKE

    Od lutego 2022 roku skala wsparcia BGK dla polskich eksporterów w Ukrainie przekroczyła 130 mln zł, a bank zanotował już 60 transakcji. BGK wspiera również polskich przedsiębiorców w rozliczeniach z ukraińskimi kontrahentami – gdy ich banki otwierają akredytywy lub wystawiają regwarancje do gwarancji wystawianych przez BGK.

    Team Poland – wspólna oferta instytucji rozwojowych

    Podczas konferencji w Gdańsku zaprezentowano także ofertę Team Poland. To inicjatywa grupy polskich instytucji rozwojowych: Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK), Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR), Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych (KUKE), Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu (PAIH) oraz Agencji Rozwoju Przemysłu (ARPP). Integruje ona ofertę finansową i pozafinansową dla firm zainteresowanych udziałem w odbudowie Ukrainy.

    BGK i Ukraine Facility – przełomowa umowa z KE

    Warto dodać, że pod koniec marca BGK podpisał z Komisją Europejską umowę gwarancyjną dotyczącą II filaru programu Ukraine Facility. Była to pierwsza umowa dotycząca wsparcia inwestycji prywatnych podpisana przez krajowy bank rozwoju z UE. BGK dysponuje w tym programie największą pulą środków spośród wszystkich zaangażowanych krajowych banków rozwoju. Komisja Europejska podkreśliła, że jest to również pierwsza umowa wprowadzająca mechanizm zabezpieczający przed ryzykiem wojennym.

  • Znikające bony z butelkomatów. Klienci Biedronki donoszą o nietypowych oszustwach

    Znikające bony z butelkomatów. Klienci Biedronki donoszą o nietypowych oszustwach

    Mieszkaniec Siemianowic Śląskich oddał butelki do butelkomatu w sklepie Biedronka, dostał voucher, a następnego dnia przy próbie realizacji okazało się, że bon został już wykorzystany – i to w zupełnie innym mieście. „Nigdy tam nie byłem, a wydruk przez cały czas miałem w portfelu” – napisał w mediach społecznościowych, cytowany przez Bizblog. Jego historia nie jest odosobniona.

    Fala skarg w sieci

    W komentarzach pojawiają się opisy podobnych sytuacji z Radzionkowa i Piekar Śląskich. Schemat jest ten sam: klient zwraca butelki, otrzymuje papierowy bon, a potem dowiaduje się, że został on już zrealizowany gdzieś indziej. Część internautów podejrzewa celowe działanie. Jeden z komentatorów sugeruje, że ktoś może przechwytywać dane z paragonów: „Według mnie ktoś po prostu czerpie z tego zyski. Jeśli z bankomatu można odczytać dane karty za pomocą skimmera, to jaki problem odczytać dane paragonu? Łatwy pieniądz dla kogoś sprytnego”. Dziennikarze wysłali w tej sprawie pytania do Biedronki i czekają na odpowiedź.

    Ministerstwo: system działa, ale ma wyzwania

    Ministerstwo Klimatu i Środowiska jeszcze pod koniec maja podkreślało, że system kaucyjny funkcjonuje. Resort wskazywał wtedy na ponad miliard zebranych opakowań, 57 tysięcy punktów zbiórki oraz fakt, że 88 proc. konsumentów deklaruje zrozumienie zasad systemu. Jednocześnie przyznawano, że tak duże przedsięwzięcie „zawsze wiąże się na początku z wyzwaniami logistycznymi”.

    Dynamiczny rozwój mimo początkowych trudności

    Mimo zgłaszanych problemów system rośnie w szybkim tempie. Podczas czwartkowej konferencji prasowej wiceministra klimatu i środowiska Anita Sowińska przedstawiła bilans po ośmiu miesiącach działania: do końca maja konsumenci oddali 1,6 miliarda butelek i puszek objętych kaucją. To o ponad pół miliarda więcej niż resort podawał w maju. Liczba punktów zbiórki sięgnęła wówczas 57 tysięcy.

    Sowińska potwierdziła także plany rozszerzenia systemu o jednorazowe opakowania szklane, w tym popularne „małpki”. Rząd ma podjąć decyzję w tej sprawie we wrześniu, co wcześniej zapowiedziała minister klimatu Paulina Hennig-Kloska. Sowińska zastrzegła jednak: „Zakładam, że to nie będą tylko »małpki«, ale teraz nie jestem w stanie przewidzieć, jaka będzie ostateczna decyzja”.

    Lato bez wakacji dla systemu

    Operatorzy systemu przygotowują się na wzmożony ruch turystyczny i wyższe spożycie napojów. PolKa (Polska Kaucja) montuje automaty w pobliżu plaż w Mielnie, Gąskach i Sarbinowie. Z kolei Kaucja.pl wprowadza stały monitoring oraz „specjalne okna turystyczne” w kurortach, dzięki którym operatorzy mają szybciej odbierać odpady.

    „Wakacje już za chwilę, ale my nie zwalniamy tempa i system kaucyjny nie idzie na urlop. Okres letni to czas zwiększonego popytu na napoje, a także większej mobilności Polek i Polaków. Powstają nowe, mobilne automaty w miejscowościach turystycznych oraz w miejscach organizacji wydarzeń plenerowych” – powiedziała Sowińska.

    Nowe formy zwrotu kaucji

    Operatorzy pracują również nad nowymi rozwiązaniami wypłaty kaucji. Wiceministra wymieniła wśród planowanych opcji przelewy na kartę płatniczą, aplikacje mobilne oraz opaski RFID, znane na razie z parków wodnych. Sowińska mówiła o tych rozwiązaniach podczas czwartkowej konferencji, nie łącząc ich jednak z przypadkami niewłaściwego wykorzystania voucherów.

    Podsumowanie

    System kaucyjny w Polsce, po ośmiu miesiącach działania, zebrał 1,6 miliarda opakowań, ale wciąż boryka się z wyzwaniami – zarówno logistycznymi, jak i związanymi z bezpieczeństwem papierowych bonów. Rząd planuje we wrześniu podjąć decyzję o ewentualnym rozszerzeniu系统u o szkło jednorazowe, a operatorzy na lato uruchamiają dodatkowe punkty zbiórki w popularnych kurortach.

  • Polska goni Europę cenami. W dekadę dystans skurczył się o 15 pkt proc.

    Polska goni Europę cenami. W dekadę dystans skurczył się o 15 pkt proc.

    Robiąc zakupy w polskich sklepach, coraz mniej odczuwamy różnicę w porównaniu z bogatszymi krajami Unii Europejskiej. Najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) pokazuje, że w ciągu dekady dystans cenowy między Polską a resztą wspólnoty wyraźnie się skurczył. W 2025 roku przeciętny koszyk konsumpcyjny nad Wisłą kosztował już 73,3 proc. unijnej średniej, podczas gdy w 2015 roku było to niespełna 58 proc.

    Energia i żywność napędzają wzrost

    Proces ten znacząco przyspieszył w ostatnich latach. Instytut zwraca uwagę, że szczególnie dynamiczny wzrost relatywnego poziomu cen nastąpił w latach 2020-2025. Wówczas Polska, obok Estonii, znalazła się wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej najszybciej zmniejszających dystans do Europy Zachodniej.

    Za przyspieszeniem stoją konkretne czynniki. Przede wszystkim Polska mocniej odczuła szok energetyczny niż Zachód – wynika to z wysokiej energochłonności naszej gospodarki oraz dużego udziału energii i żywności w koszyku konsumpcyjnym. PIE podaje, że w ostatnich pięciu latach ceny gazu i energii elektrycznej wzrosły niemal dwukrotnie. Równocześnie dynamicznie rosły wynagrodzenia, co generowało wyższe koszty pracy i przekładało się na wzrost cen, zwłaszcza w sektorze usług.

    Efekt? Usługi fryzjerskie, stomatologiczne czy remontowo-wykończeniowe podrożały o blisko 70 proc. W tym samym czasie ceny wielu produktów przemysłowych pozostawały relatywnie stabilne.

    Wciąż w czołówce najtańszych

    Mimo szybkiego tempa zmian Polska wciąż pozostaje jednym z najtańszych krajów w Unii. Jak wynika z raportu, niższe ceny od polskich odnotowano tylko w Rumunii (65,1 proc. średniej UE) i Bułgarii (62,5 proc.).

    Co ciekawe, w segmencie usług konsumpcyjnych nadal jesteśmy wyraźnie tańsi od Zachodu – w ubiegłym roku ich poziom wynosił około 60 proc. średniej unijnej. Z kolei ceny odzieży, samochodów czy sprzętu AGD są już niemal na równi z innymi gospodarkami UE.

    Na przeciwległym biegunie znajdują się Dania, Irlandia i Luksemburg, gdzie od 2018 roku ceny utrzymują się powyżej 130 proc. unijnej średniej.

    Dlaczego u nas jest taniej?

    Eksperci PIE wskazują, że relatywnie niższe ceny w Polsce na tle innych gospodarek regionu wynikają m.in. z efektu głębokiego rynku. Sprzyja on konkurencji i ogranicza poziom marż w handlu detalicznym.

    W dłuższej perspektywie doganianie Zachodu to efekt członkostwa we wspólnym rynku europejskim. Jak wyjaśniono w raporcie, czynniki strukturalne – brak barier handlowych, swobodny przepływ towarów, osób, usług i kapitału oraz stopniowe ujednolicanie regulacji – sprzyjają zanikaniu różnic w cenach dóbr w ramach UE.

    Płace napędzają ceny usług

    Instytut zwraca również uwagę na mechanizm związany z produktywnością. Szybszy wzrost produktywności w sektorze eksportowym gospodarek o niższym poziomie rozwoju prowadzi do presji płacowej w segmencie usług, które nie podlegają handlowi międzynarodowemu. To z kolei winduje ceny w tej części gospodarki.

    „W rezultacie, wraz z doganianiem bogatszych krajów pod względem dochodu i produktywności, polskie ceny naturalnie zbliżają się również do ich poziomu cen” – wskazano w raporcie PIE.

    Raport potwierdza więc coś, co wielu z nas odczuwa na co dzień: Polska gospodarka dogania Zachód, a wraz z nią rosną ceny w sklepach i usługach. Wciąż jednak pozostajemy jednym z tańszych zakątków Unii.

  • Systemowa zapaść w ochronie zdrowia? „NFZ to wiadro bez dna”

    Systemowa zapaść w ochronie zdrowia? „NFZ to wiadro bez dna”

    Dziennikarze Business Insider Polska w najnowszym odcinku podcastu Biznes i Pieniądze nie pozostawiają suchej nitki na polskim systemie ochrony zdrowia. Choć punktem wyjścia do rozmowy była głośna afera w Szpitalu Południowym, Bartek Godusławski i Grzegorz Kowalczyk zgodnie podkreślają, że skandal to tylko wierzchołek góry lodowej.

    „To nie jest nawet dziurawe wiadro”

    Jak wskazują rozmówcy, prawdziwe problemy są systemowe i głęboko zakorzenione. Chodzi przede wszystkim o zbyt wolną cyfryzację, która umożliwia omijanie kolejek, brak przejrzystości kontraktów oraz całkowicie rozregulowany system wynagrodzeń. Kowalczyk w rozmowie stwierdza wprost:

    Nie byłoby tej afery, nie byłoby w takiej skali, gdyby nie duże błędy systemowe.

    Efekt tych zaniedbań jest druzgocący dla finansów publicznych. Jak podkreśla Grzegorz Kowalczyk, roczne wydatki na ochronę zdrowia w Polsce sięgają blisko 300 mld zł, co stanowi równowartość około jednej trzeciej całego budżetu państwa. Mimo to NFZ jest w permanentnym deficycie, a jego finanse Godusławski porównuje do naczynia bez dna.

    Paradoks podwyżek: lekarze zarabiają więcej, pacjenci czekają dłużej

    Jednym z kluczowych mechanizmów patologii, opisanych w podcaście, jest sposób finansowania wzrostu wynagrodzeń. Wprowadzono przepisy gwarantujące coroczne podwyżki, ale aby je sfinansować, zwiększono wyceny poszczególnych procedur w NFZ, a nie liczbę wykonywanych świadczeń. Godusławski wyjaśnia:

    W ten cudowny sposób lekarze zarabiają więcej, ale ludzie z tego tytułu nie mają większych limitów, krótszych kolejek i większej dostępności do systemu opieki zdrowotnej.

    Dziś w wielu szpitalach 90-100 proc. budżetu pochłaniają wynagrodzenia. To pozostawia zerową przestrzeń na inwestycje, nowy sprzęt czy poprawę jakości usług. Kowalczyk dodaje, że szpitale zaczęły konkurować o specjalistów jak firmy na rynku pracownika, co prowadzi do licytacji, w której wybrani lekarze mogą osiągać miesięczne kontrakty sięgające setek tysięcy złotych.

    Lekarze nie chcą być frajerami, ale system zachęca do nadużyć

    Godusławski zwraca uwagę, że zarówno dyrektorzy szpitali, jak i lekarze często działają racjonalnie w ramach reguł gry, które stworzyło im państwo. Specjaliści z deficytowych dziedzin, jak interna czy pediatria, pozostają niedofinansowani, podczas gdy specjaliści od wysoko wycenianych procedur mogą pracować na wielu kontraktach jednocześnie.

    Dziennikarze zgodnie podkreślają, że sama wysokość zarobków lekarzy nie jest patologią. Problemem jest brak przejrzystości oraz brak kontroli realnego czasu pracy, zwłaszcza na kontraktach B2B. Godusławski proponuje radykalne, choć proste rozwiązanie:

    Może wprowadźmy po prostu lekarzom tachografy.

    Jego zdaniem ewidencjonowanie czasu pracy także na kontraktach B2B mogłoby przeciąć patologię łączenia kilku etatów, często w tych samych godzinach.

    Upolitycznione szpitale i niejawne umowy

    Kolejnym poważnym problemem, który wybrzmiał w podcaście, jest upolitycznienie zarządów publicznych placówek. Kowalczyk mówi wprost o „upolitycznionej czapie zarządzającej” polskimi szpitalami. Mechanizm obsadzania stanowisk na podstawie legitymacji partyjnej, a nie kompetencji, działa zarówno na poziomie lokalnym, jak i wojewódzkim.

    Godusławski podkreśla, że problem nie ma barw partyjnych:

    W zależności od tego, kto rządzi w danym samorządzie, patologie są takie same. Jest to system wynagradzania swoich.

    Dziennikarze alarmują też o braku transparentności kontraktów. Publiczny szpital, finansowany z publicznych pieniędzy, może podpisać niejawną umowę z lekarzem prowadzącym działalność gospodarczą. Kowalczyk pyta retorycznie: jak to możliwe, że publiczny podmiot dysponuje tajnymi kontraktami?

    Afer będzie coraz więcej

    Podcast kończy się pesymistyczną diagnozą. Zdaniem Godusławskiego, jeśli państwo nadal będzie reagować na skandale jedynie efektownymi, ale pustymi gestami, sytuacja będzie się pogarszać. Obawia się on, że politycy w odpowiedzi na aferę sięgną po górny limit wynagrodzeń, który łatwo będzie obejść. Rozmówcy są zgodni, że bez kompleksowej reformy systemu finansowania, zarządzania i transparentności, publiczna służba zdrowia czeka lawina kolejnych skandali.

    Godusławski podsumowuje: „To już nie jest bomba z opóźnionym zapłonem, bo ona już zaczyna wybuchać i będzie wybuchała coraz bardziej. To jest pole minowe.”

  • Micron bije rekordy i zmienia reguły gry. Konsumenci zapłacą za to więcej

    Micron bije rekordy i zmienia reguły gry. Konsumenci zapłacą za to więcej

    Gdy późnym wieczorem w środę na Wall Street pojawiły się wyniki Microna, wielu inwestorów odetchnęło z ulgą. Producent pamięci komputerowych nie tylko przebił oczekiwania analityków, ale też ogłosił fundamentalną zmianę w swoim modelu biznesowym. Dla przeciętnego konsumenta oznacza to jednak jedno: wysokie ceny elektroniki zostaną z nami na dłużej.

    Rekordowe liczby, które zmieniły nastroje

    Micron za III kwartał roku fiskalnego 2026 osiągnął przychody w wysokości 41,46 mld dolarów, podczas gdy rynek spodziewał się około 35,5 mld dolarów. Zysk netto według GAAP sięgnął 28,24 mld dolarów, a marża brutto GAAP wyniosła aż 84,6% – rok wcześniej było to zaledwie 37,7%. To pokazuje, jak bardzo rentowność produkcji pamięci wystrzeliła w górę.

    Co więcej, prognoza na IV kwartał zakłada przychody w okolicach 50 mld dolarów i marżę brutto bliską 86%. Zysk na akcję non-GAAP ma wynieść około 31 dolarów.

    Nie chodzi tylko o liczby – Micron zmienia model

    Najważniejszą informacją nie są jednak same wyniki finansowe, lecz zapowiedź nowej strategii. CEO Sanjay Mehrotra ogłosił, że spółka podpisała już 16 długoterminowych strategicznych umów z klientami, obejmujących okres 3–5 lat. W kontraktach zawarto zarówno minimalne, jak i maksymalne ceny zakupu pamięci. Minimalna cena gwarantuje Micronowi utrzymanie obecnych marż, a maksymalna chroni kupujących przed dalszymi wzrostami.

    Umowy te dotyczą obecnie 20% produkcji pamięci DRAM i około jednej trzeciej produkcji NAND flash. Łączna wartość przychodów z tych kontraktów ma wynieść co najmniej 100 mld dolarów. Często są one powiązane z przedpłatami.

    – Jeśli chodzi o podaż, nasi klienci dostrzegają, że niedobory podaży w obszarze pamięci i pamięci masowej będą wymagały znacznego czasu, aby ulec poprawie – powiedział Sanjay Mehrotra. – Nawet jeśli spodziewamy się, że podaż w branży będzie stopniowo poprawiać się w 2028 r., obecnie nie widzimy jeszcze momentu, w którym podaż pamięci będzie w stanie dogonić rosnący popyt.

    SK Hynix idzie w ślady Microna

    Tego samego dnia południowokoreański SK Hynix złożył do amerykańskiej SEC dokument F-1, przygotowując się do debiutu na giełdzie w USA. Choć jego narracja jest nieco ostrożniejsza – wspomina o cykliczności rynku i ryzyku spowolnienia – to w głównych punktach uderza w ten sam ton: popyt przewyższa podaż, ceny rosną, a zwiększenie mocy wymaga lat.

    Reakcja rynku – euforia na Wall Street

    Po publikacji wyników akcje Microna w handlu przedsesyjnym skoczyły o ponad 17%. Kontrakty na indeks Nasdaq 100 wzrosły o 2,23%, co pokazuje, że pozytywny sentyment objął cały sektor technologiczny. Inwestorzy uznali, że boom na sztuczną inteligencję jest silniejszy niż ktokolwiek zakładał.

    Druga strona medalu: wyższe ceny dla konsumentów

    Spektakularne wyniki Microna mają jednak swoją ciemną stronę. Wzrost marż i cen pamięci oznacza, że droga elektronika nie stanieje szybko. Nawet Tim Cook z Apple niedawno przyznał w wywiadzie dla „WSJ”, że rosnące koszty pamięci stanowią wyzwanie dla jego firmy. Jeśli Apple, mając ogromną siłę przetargową, musi płacić więcej, to mniejsi producenci będą w jeszcze gorszej sytuacji. Ostatecznie te koszty trafią do portfeli klientów.

    W praktyce oznacza to, że wysokie ceny pamięci konsumenckiej – a co za tym idzie, wyższe ceny smartfonów, komputerów i innych urządzeń – utrzymają się jeszcze przez dłuższy czas. Dopóki podaż nie dogoni popytu, co według szefa Microna może nastąpić najwcześniej w 2028 roku, producenci elektroniki będą zmuszeni do płacenia więcej lub ryzykowania niedoborów.

  • Polska spada na dno elektromobilności. Tylko Chorwaci mniej chętni na elektryki

    Polska spada na dno elektromobilności. Tylko Chorwaci mniej chętni na elektryki

    Polski rynek samochodów elektrycznych przeżywa wyraźne ochłodzenie. Po wygaśnięciu rządowych dopłat sprzedaż BEV w maju runęła, a Polska osunęła się na przedostatnie miejsce w Unii Europejskiej pod względem udziału aut na prąd w nowych rejestracjach. Gorzej jest tylko w Chorwacji.

    Zaledwie 4,1 proc. nowych aut to elektryki

    Z najnowszych danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) wynika, że w maju Polacy zarejestrowali 2015 nowych samochodów w pełni elektrycznych. To o 803 sztuki mniej niż rok wcześniej, co oznacza spadek o 28,5 proc. Udział elektryków w całkowitej liczbie nowych rejestracji wyniósł zaledwie 4,1 proc. – jeden z najgorszych wyników w Europie.

    Tylko na Łotwie odnotowano w maju roczny spadek popularności elektryków. Reszta krajów Wspólnoty odnotowała wzrosty. Co więcej, Polskę pod względem udziału BEV wyprzedziły już nawet Rumunia (8,3 proc.), Bułgaria (7,6 proc.) i Słowacja. Dla porównania – w Norwegii auta elektryczne stanowiły w maju 97,8 proc. wszystkich rejestracji, w Danii ok. 80 proc., a w Niemczech 25 proc.

    Dopłaty wygasły – sprzedaż stanęła

    Główną przyczyną załamania jest wyczerpanie budżetu programu „NaszEauto”, który zakończył się na początku 2026 roku. Bez dodatkowego finansowego bodźca popyt na elektryki w Polsce gwałtownie wyhamował. W maju po raz pierwszy od listopada 2024 r. liczba rejestracji BEV była niższa niż rok wcześniej. Efekt widać także w danych za pierwsze pięć miesięcy – udział elektryków w nowych rejestracjach wynosi 5,3 proc., z tendencją spadkową poniżej granicy 5 proc.

    Tymczasem w krajach, które utrzymały lub wprowadziły inne formy wsparcia, sprzedaż rośnie. We Francji liczba rejestracji BEV wzrosła w maju o 93 proc. rdr (do 37,4 tys.), w Wielkiej Brytanii o 34 proc. (do niemal 44 tys.), a w Niemczech o 17 tys. sztuk (do ok. 60 tys.).

    Hybrydy ratują obraz rynku

    Gdy spojrzeć na cały segment napędów alternatywnych, polski rynek nie wygląda już tak źle. Kluczową rolę odgrywają hybrydy – tych (klasycznych i miękkich) zarejestrowano w maju 29,4 tys. sztuk, co stanowi 59,3 proc. wszystkich nowych aut. To jeden z najwyższych udziałów w UE – wyższy odnotowano tylko w Rumunii, Estonii, Grecji, Litwie i na Węgrzech.

    Hybrydy plug-in (ładowane z gniazdka) również zyskują na popularności, mimo że nie były objęte dopłatami. Ich udział w maju przekroczył 9 proc., a liczba rejestracji wzrosła aż o 92,5 proc. rdr (o 2,2 tys. sztuk). Dla porównania – diesle straciły 16,5 proc. rdr, a ich udział spadł do 6,1 proc.

    Zróżnicowany europejski rynek

    Według danych ACEA w całej Unii Europejskiej hybrydy stanowią 37,8 proc. rejestracji, auta w pełni elektryczne – 20 proc., hybrydy plug-in – 9,7 proc., pojazdy benzynowe – 22,4 proc., a z silnikiem Diesla – 7,6 proc. W Polsce udział benzyny wynosi 26,9 proc., a diesla około 6 proc., co oznacza, że kraj wciąż w dużym stopniu opiera się na napędach konwencjonalnych. Wysoki odsetek hybryd przesuwa jednak Polskę do środka unijnej stawki.

    W danych ACEA widać wyraźne rozejście się dwóch trendów. Segment aut w pełni elektrycznych w Polsce skurczył się po odcięciu dopłat. Z drugiej strony, w segmencie hybryd widać systematyczny wzrost, utrzymujący się od kilku miesięcy powyżej udziału diesli. Jak pokazują dane, w maju łącznie 59,3 proc. wszystkich rejestracji stanowiły hybrydy (zwykłe i plug-in).

  • Upały w Polsce uderzają w plony i gospodarkę. Będzie 40°C

    Upały w Polsce uderzają w plony i gospodarkę. Będzie 40°C

    Polska stoi w obliczu ekstremalnej fali upałów, która według prognoz może przynieść temperatury sięgające nawet 40-41°C. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMGW) wydał w czwartek rano ostrzeżenia I i II stopnia dla całego kraju. Już teraz widać, że skutki będą odczuwalne nie tylko dla naszego samopoczucia, ale także dla portfeli i całej gospodarki.

    Gospodarka w ogniu

    Utrzymujące się upały to realne straty ekonomiczne. Jak wynika z szacunków firmy Allianz Trade, opartych na zeszłorocznych falach gorąca, Produkt Krajowy Brutto dla całej Europy mógłby rosnąć o 0,5 pkt proc. szybciej, gdyby nie ekstremalne temperatury. Dla całego globu ubytek ten sięgał 0,6 pkt proc.

    Według tegorocznego raportu Allianz Trade, największe spadki PKB – o niemal jeden punkt procentowy (równowartość około 20-25 mld euro) – mogą odnotować Chiny, Hiszpania, Włochy i Grecja. Stany Zjednoczone i Rumunia mogą stracić około -0,6 pkt proc., a Francja nawet jedną trzecią punktu procentowego. Wpływ na Niemcy szacowany jest na minimalne 0,1 pkt proc.

    Eksperci Allianz Trade podkreślają, że obecne temperatury w Europie są jeszcze wyższe niż w 2025 roku. We Francji odnotowano już rekordowe wartości w historii pomiarów.

    Głównym powodem strat jest spadek wydajności pracy. Badania pokazują, że przy 32°C produktywność spada nawet o 40 proc., a przy 39°C – aż o dwie trzecie. Oznacza to, że za to samo wynagrodzenie powstaje mniej dóbr i usług.

    System energetyczny wytrzyma? Nie jak w 2015 roku

    Po blackoucie z sierpnia 2015 roku wielu Polaków obawia się powtórki, ale operator krajowej sieci uspokaja. — Obecnie nie występują ograniczenia w pracy elektrowni, a system elektroenergetyczny jest przygotowany na nadchodzące upały — mówi Maciej Wapiński, rzecznik prasowy Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE).

    PSE zapewniają, że nawet przy ograniczonej pracy niektórych elektrowni węglowych i gazowych nie będzie zagrożenia dla bezpieczeństwa systemu. Od 2015 roku przeprowadzono inwestycje zabezpieczające, a w kraju rozwinęła się energetyka odnawialna. Łączna moc instalacji fotowoltaicznych w Polsce sięgnęła już ponad 27 GW.

    Operator zaleca jednak rozsądne zarządzanie energią. — Jeżeli ktoś oprócz instalacji fotowoltaicznej dysponuje klimatyzacją, to zachęcamy do wykorzystania energii elektrycznej produkowanej w ciągu dnia do schłodzenia domu i mieszkania oraz ograniczenia jej wykorzystania w ok. godz. 19-21 — dodaje Wapiński.

    Plantatorzy w panice: Owoce się „gotują”

    Upały uderzają również w polskie rolnictwo. Na plantacjach owoców miękkich sytuacja jest alarmująca. Portal Sadyogrody.pl informuje, że porzeczki dosłownie „gotują się na krzakach”. Zbiory miały ruszyć za 1-2 tygodnie, ale po fali upałów może nie być czego zbierać.

    — Na plantacjach dochodzi do masowego opadania owoców porzeczki czarnej w wyniku poparzenia słonecznego — alarmuje Stanisław Trzonkowski, plantator czarnej porzeczki i wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Plantatorów Porzeczek, cytowany przez Sadyogrody.pl.

    Upalny czerwiec nie cieszy także plantatorów truskawek. — Nadchodząca fala intensywnych upałów wywołuje poważny niepokój wśród producentów rolnych. Szczególne obawy dotyczą sektora owoców miękkich — mówi Maciej Kmera, ekspert rynku hurtowego w Broniszach. Wiele wskazuje na to, że obecne zbiory truskawek mogą być już ostatnimi w tym sezonie.

    Inspekcje w zakładach pracy

    W związku z zagrożeniem dla zdrowia pracowników, ministra pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zwróciła się do Głównego Inspektora Pracy o wzmożone kontrole. Inspektorzy sprawdzą, czy pracodawcy przestrzegają przepisów bhp podczas upałów.

    Przepisy zobowiązują pracodawców do zapewnienia nieodpłatnych napojów pracownikom pracującym na otwartej przestrzeni przy temperaturze powyżej 25°C oraz w pomieszczeniach, gdy temperatura przekracza 28°C. W pomieszczeniach, gdzie temperatura stale przekracza 30°C, należy zapewnić pracownikom pomieszczenia do wypoczynku z urządzeniami chłodzącymi. Pracownicy młodociani nie mogą pracować w pomieszczeniach o temperaturze powyżej 30°C, a kobiety w ciąży i karmiące mają ograniczenia dotyczące pracy w mikroklimacie gorącym.

    Pracodawcy muszą się szykować na możliwe protesty pracowników. Zgodnie z Kodeksem pracy, każdy pracownik ma prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, jeśli warunki stwarzają bezpośrednie zagrożenie dla jego zdrowia lub życia – i zachowuje wtedy prawo do wynagrodzenia.