Blog

  • Polki na emeryturze w wieku 60 lat? Ekspert: to najniższy wiek w UE, czas na rewolucję

    Polki na emeryturze w wieku 60 lat? Ekspert: to najniższy wiek w UE, czas na rewolucję

    Polska ma jeden z najniższych ustawowych wieków emerytalnych w Europie – 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Ekspert emerytalny Oskar Sobolewski zwraca uwagę, że polskie kobiety kończą aktywność zawodową najwcześniej spośród wszystkich państw Unii Europejskiej. Jego zdaniem obecne rozwiązanie szkodzi przede wszystkim samym zainteresowanym, a system wymaga gruntownej reformy.

    Dlaczego wcześniejsza emerytura oznacza niższe świadczenie?

    Sobolewski wyjaśnił w programie telewizyjnym, że konstrukcja polskiego systemu emerytalnego opiera się na prostym mechanizmie: im wcześniej ktoś odchodzi z rynku pracy, tym krócej gromadzi kapitał, a jednocześnie zgromadzone środki są rozkładane na statystycznie dłuższy okres życia. To bezpośrednio obniża miesięczne świadczenie. Kobiety nie tylko pracują krócej, ale też żyją przeciętnie dłużej niż mężczyźni, co dodatkowo pogłębia różnicę w wysokości emerytur. W efekcie system emerytalny działa na niekorzyść pań i skutkuje niższymi świadczeniami.

    Propozycja: wyrównanie w górę, a nie w dół

    Ekspert opowiada się za zrównaniem wieku emerytalnego dla obu płci – i to poprzez podnoszenie, a nie obniżanie granicy. W debacie publicznej pojawiają się bowiem propozycje wyrównania w dół, ale Sobolewski ostrzega, że to doprowadziłoby do jeszcze niższych emerytur.

    Powinniśmy dążyć do tego, żeby wyrównywać wiek emerytalny w górę, a nie w dół – stwierdził.

    Jako punkt wyjścia proponuje ustalenie granicy na poziomie 65 lat dla kobiet i mężczyzn. Przyznaje jednak, że ostateczna liczba powinna być poprzedzona szeroką dyskusją społeczną. Dopuszcza też rozwiązanie tymczasowe: podniesienie wieku kobiet do 63 lat, przy pozostawieniu 65 lat dla mężczyzn. Taki krok – zdaniem eksperta – choć częściowo poprawiłby sytuację finansową emerytek.

    Zmieniające się realia demograficzne

    W debacie często pada argument, że niższy wiek emerytalny rekompensuje kobietom większe zaangażowanie w opiekę nad dziećmi i prowadzenie domu. Sobolewski przypomina jednak, że Polska mierzy się z kryzysem demograficznym – rodzi się coraz mniej dzieci, więc społeczne modele ulegają przeobrażeniu. W jego ocenie sytuacja wygląda dziś inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu, co powinno znaleźć odzwierciedlenie w polityce emerytalnej.

    Jak wypadamy na tle Europy?

    Polskie progi – 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn – należą do najniższych w Europie. Dla porównania, jak podaje serwis Rynekonline.pl, najwyższy ustawowy wiek emerytalny w Europie to obecnie 67 lat – m.in. w Danii, Norwegii i Niemczech. W Wielkiej Brytanii i Irlandii wynosi on 68 lat. Dania planuje dalsze podwyżki, wiążąc wiek emerytalny z długością życia – w debacie pojawia się nawet 74 lata dla osób przechodzących na emeryturę w 2060 roku.

    Absolutne minimum na Starym Kontynencie stanowi Mołdawia, gdzie kobiety mogą przechodzić na emeryturę w wieku 57 lat, a mężczyźni w 62 latach. Większość krajów utrzymuje jednak widełki 60–65 lat. Przykładowo we Francji wiek podniesiono do 64 lat, w Niemczech dochodzi do 67 lat. Poza Europą systemy wyglądają różnie: w Arabii Saudyjskiej mężczyźni przechodzą na emeryturę w wieku 60 lat, a kobiety w 55. W Turcji wiek zrównano i wynosi od 58 lat. W Rosji granice ustalono na poziomie 62 lat dla mężczyzn i 57 dla kobiet. Z kolei w Chinach wiek emerytalny dla mężczyzn to 60 lat, a dla kobiet – 55 lub 50 lat, w zależności od sektora. W USA można pobierać świadczenie już od 62 lat, ale z obniżką, a Japonia zachęca do pracy nawet po 65. roku życia.

    Co dalej?

    Oskar Sobolewski podkreśla, że reforma wieku emerytalnego to proces wymagający przemyślanej strategii i dalekosiężnych prognoz demograficznych. Zanim jednak zapadną decyzje, konieczna jest szeroka debata publiczna, która – jak ocenia – powinna rozpocząć się od wyrównania progu do 65 lat zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn.

  • Codziennie 190 wypadków, co trzy dni śmierć. GUS bije na alarm

    Codziennie 190 wypadków, co trzy dni śmierć. GUS bije na alarm

    Na polskim rynku pracy robi się coraz bardziej niebezpiecznie – i to nie tylko w ujęciu symbolicznym. Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego za pierwszy kwartał 2026 roku pokazują wyraźny wzrost liczby wypadków przy pracy. W stosunku do analogicznego okresu 2025 roku liczba poszkodowanych podskoczyła o blisko 19,3%, co oznacza dodatkowe 2,76 tysiąca osób.

    Średnio każdego dnia, również w święta, dochodzi do 190 wypadków. Co trzy dni ktoś ginie, a codziennie jedna osoba doznaje ciężkiego uszkodzenia ciała.

    Gdzie jest najniebezpieczniej?

    Wskaźnik wypadkowości, czyli liczba poszkodowanych na 1000 pracujących, wzrósł z 1,04 w pierwszym kwartale 2025 roku do 1,24 w pierwszym kwartale 2026 roku. To wzrost o jedną piątą. Najgorzej wypadły województwa: warmińsko-mazurskie (wskaźnik 1,64), zachodniopomorskie (1,60) oraz kujawsko-pomorskie (1,53). Z kolei najbezpieczniej było na Mazowszu (0,88), w Małopolsce (0,95) i na Podkarpaciu (1,13). To pokazuje, że różnice regionalne są ogromne – w regionach o dominacji rolnictwa i przemysłu ciężkiego ryzyko jest znacznie wyższe.

    Które branże najbardziej ryzykowne?

    Niezmiennie od lat prym w niechlubnych statystykach wiedzie górnictwo i wydobywanie – wskaźnik wypadkowości wyniósł tam 3,41, czyli jeden wypadek na 293 pracowników. Tuż za nim plasuje się sektor dostarczania wody, gospodarowania ściekami i odpadami oraz rekultywacji (3,34). Trzecie miejsce zajmuje opieka zdrowotna i pomoc społeczna (2,03). Gdyby jednak spojrzeć tylko na wypadki śmiertelne, to na prowadzenie wysuwa się budownictwo, z kolei w kategorii wypadków ciężkich najgorzej wypada przemysł.

    Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w branży informatycznej i komunikacyjnej – wskaźnik wynosi zaledwie 0,15, co oznacza jeden wypadek na 6,7 tys. zatrudnionych. To jednocześnie jedna z najlepiej opłacanych i najbezpieczniejszych dziedzin gospodarki.

    Co jest przyczyną?

    GUS przeanalizował także okoliczności zdarzeń. Aż 40% wypadków spowodowanych było nieprawidłowym zachowaniem samego pracownika. Na drugim biegunie znajdują się problemy z organizacją stanowiska pracy czy stan psychofizyczny zatrudnionego. Najczęstszą czynnością wykonywaną przez poszkodowanego w chwili wypadku było… zwykłe poruszanie się – dotyczyło to 45,7% przypadków.

    Jeśli chodzi o rodzaj urazów, zdecydowanie dominują obrażenia kończyn, zwłaszcza górnych – stanowią one 76,6% wszystkich kontuzji. Kolejne 11% to urazy głowy, a poniżej 5% – tułowia i kręgosłupa.

    Praca zdalna też niesie ryzyko

    Choć praca zdalna jest uznawana za bezpieczniejszą, w pierwszym kwartale 2026 roku odnotowano 42 wypadki podczas wykonywania obowiązków w formie telepracy. Dla porównania, rok wcześniej było ich 46, więc nastąpił nieznaczny spadek.

    Rolnictwo – pominięty, ale niebezpieczny

    Statystyki GUS nie obejmują indywidualnych gospodarstw rolnych. Tam w pierwszym kwartale 2026 roku doszło do 1 686 wypadków, w tym 16 śmiertelnych. Gdyby dodać te liczby do ogólnego zestawienia, skala problemu byłaby jeszcze większa.

    Podsumowanie

    Dane GUS wyraźnie pokazują, że bezpieczeństwo w polskich zakładach pracy wymaga pilnej uwagi. Wzrost wskaźnika wypadkowości o 20% rok do roku to sygnał, którego nie można bagatelizować. Zarówno pracodawcy, jak i pracownicy muszą zdawać sobie sprawę, że za niemal połowę zdarzeń odpowiada po prostu ruch – a ten jest nieodłącznym elementem każdej pracy.

  • Listy zastawne kontra obligacje skarbowe: gdzie jest lepsza stopa zwrotu?

    Listy zastawne kontra obligacje skarbowe: gdzie jest lepsza stopa zwrotu?

    Majowa sprzedaż obligacji skarbowych okazała się najniższa w tym roku. Czy to znak, że polscy inwestorzy indywidualni kierują się w stronę innych produktów? O tym we wtorkowym programie „Prosto z Parkietu” będzie rozmawiał Przemysław Tychmanowicz z Emilem Szwedą, redaktorem naczelnym Obligacje.pl. Wśród pytań pojawią się kwestie przyszłej sprzedaży obligacji skarbowych, kryteriów wyboru papierów oraz atrakcyjności obligacji korporacyjnych i listów zastawnych.

    Listy zastawne: detal kontra instytucje

    Tymczasem na rynku listów zastawnych rysuje się wyraźna różnica w oprocentowaniu dla różnych grup nabywców. W czerwcu mBank Hipoteczny zadebiutował w segmencie detalicznym z własną emisją tych papierów. Indywidualni inwestorzy otrzymali 25 pkt bazowych marży powyżej stopy referencyjnej – dokładnie tyle, ile wcześniej zaoferował PKO Bank Hipoteczny w dwóch emisjach (na 1,1 mld zł i 1,0 mld zł), które spotkały się z ogromnym zainteresowaniem. Obie instytucje ustaliły stawki, które rynek detaliczny uznał za atrakcyjne.

    Zupełnie inaczej wyglądają warunki dla profesjonalistów. W lutym ubiegłego roku PKO Bank Hipoteczny zapłacił inwestorom profesjonalnym za listy zastawne 0,8 pkt proc. marży ponad WIBOR 3M. W czerwcu br. ING BH pozyskał od inwestorów profesjonalnych 1 mld zł, płacąc im również 0,8 pkt proc. ponad WIBOR – to zaledwie 2 pkt bazowe więcej niż we wrześniu ub.r., co wskazuje na stabilizację warunków rynkowych. Z kolei w październiku ub.r. mBank Hipoteczny zaoferował profesjonalistom marżę w wysokości 75 pkt bazowych. Emisje mBanku Hipotecznego i ING BH miały zbliżone parametry i identyczne ratingi, więc można przyjąć, że gdyby mBank Hipoteczny dziś plasował listy wśród instytucji, zapłaciłby im około 0,8 pkt proc. ponad WIBOR – podobnie jak ING BH. To nominalnie około 4,65% wobec 4% dla detalistów, a przy tym konstrukcja oparta o WIBOR (który zwykle rośnie przed podwyżkami stóp) jest w obecnych warunkach mniej korzystna.

    Aktywne na rynku instytucjonalnym są także banki hipoteczne Pekao i Millennium, które płacą za swoje listy zastawne mniej więcej tyle samo, co wspomniana trójka.

    Dlaczego detaliści dostają mniej?

    Inwestorzy indywidualni nie mają bezpośredniego dostępu do emisji instytucjonalnych. Owszem, te papiery są notowane na Catalyst, ale ich płynność jest literalnie zerowa. Alternatywą są fundusze dłużne, w których listy zastawne stanowią jedynie dodatek do portfela, a inwestor ponosi dodatkowe ryzyko i opłaty za zarządzanie. Dlatego detaliczne emisje listów zastawnych są dla banków hipotecznych tańszym źródłem finansowania niż emisje kierowane do profesjonalistów – i właśnie dlatego są przeprowadzane.

    Porównanie z obligacjami skarbowymi

    Dla indywidualnych inwestorów realną alternatywą pozostają oszczędnościowe obligacje skarbowe. Resort finansów oferuje papiery roczne oprocentowane równo stopie referencyjnej (w pierwszym miesiącu nieco wyżej) oraz dwuletnie z marżą 15 pkt bazowych. Tymczasem trzyletnie listy zastawne dają 25 pkt bazowych marży. Na pierwszy rzut oka oferta mBanku zawiera premię za wydłużenie okresu inwestycji o rok, ale lista PKO Banku Hipotecznego jest nawet bardziej nadzabezpieczona niż wymaga tego ustawa, co oznacza jeszcze niższe ryzyko mimo identycznego ratingu.

    W tym porównaniu kluczowe są jednak dwie rzeczy. Po pierwsze, oprocentowanie obligacji oszczędnościowych ustala arbitralnie Ministerstwo Finansów, a nie rynek – przykładowo trzylatki oszczędnościowe dają 4,4%, podczas gdy hurtowe mają rentowność 4,7%. Po drugie, listy zastawne mają ratingi o kilka oczek wyższe niż obligacje skarbowe, są więc papierami o niższym ryzyku kredytowym. Dziś różnica ta wydaje się akademicka, ale historia pokazuje, że przedwojenne obligacje skarbowe nigdy nie zostały spłacone, podczas gdy przedwojenne roszczenia majątkowe do nieruchomości są przynajmniej niekiedy uznawane przez sądy.

    Na pytanie, czy inwestorzy indywidualni rzeczywiście przesuwają się w stronę listów zastawnych, odpowiedzi można będzie szukać we wtorkowym programie „Prosto z Parkietu”, gdzie Przemysław Tychmanowicz porozmawia z Emilem Szwedą, redaktorem naczelnym Obligacje.pl.

  • Cyberoszustwa w natarciu: fałszywe strony rosną o 70%, a przestępcy podszywają się pod polityków

    Cyberoszustwa w natarciu: fałszywe strony rosną o 70%, a przestępcy podszywają się pod polityków

    Skala cyberprzestępczości w Polsce przybiera na sile. W 2024 roku liczba fałszywych stron internetowych wzrosła aż o 70% w porównaniu z rokiem poprzednim. Do tego dochodzi nowa, wyjątkowo podstępna metoda – przestępcy coraz częściej podszywają się pod polityków i wysoko postawionych urzędników, by atakować polskie firmy i spółki Skarbu Państwa.

    Lawina fałszywych stron i reklam

    Z danych CERT Polska i CSIRT KNF wynika, że w 2024 roku zidentyfikowano blisko 46 tysięcy stron z fałszywymi ofertami inwestycyjnymi, 4 tysiące fikcyjnych ankiet wyłudzających dane oraz 11 tysięcy oszukańczych reklam w mediach społecznościowych, które udało się zablokować. To wzrost o ponad dwie trzecie w porównaniu z 2023 rokiem.

    W odpowiedzi na to zagrożenie PKO BP, największy polski bank, uruchomił kampanię edukacyjną pod hasłem „Rekłamy – reklamy, które kłamią”. Jej celem jest pokazanie mechanizmów stosowanych przez cyberprzestępców.

    St. asp. Monika Przestrzelska, p.o. rzecznika prasowego Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości, zwraca uwagę, że zgłoszenia o oszustwach napływają do policji codziennie. Skala jest ogromna, ponieważ jeden oszust w sieci może zaatakować tysiące osób – ma to potencjalnie większy zasięg niż tradycyjna przestępczość uliczna. Główną metodą pozostaje socjotechnika i manipulacja. Przestępcy wykorzystują wizerunek znanych osób, by zdobyć zaufanie i nakłonić do fałszywych inwestycji. Schemat często zaczyna się od kliknięcia w link i podania danych kontaktowych, a później oszuści sami dzwonią do ofiary. Coraz częściej stosują też sztuczną inteligencję do modyfikowania głosu i tworzenia fałszywych materiałów wideo.

    – Czerwoną lampkę powinny zapalić hasła wywierające presję czasu, takie jak „zrób to szybko, bo oferta jest krótkoterminowa”. Podejrzane są też zwroty w stylu „mi się udało, tobie też się uda” oraz wszelkie porady, by „nie ufać bankowi”. Inwestycje wymagające natychmiastowego działania są bardzo ryzykowne – ostrzega Przestrzelska.

    Nowa fala ataków: podszywanie się pod polityków

    Jak wynika z komunikatu pełnomocnika rządu do spraw cyberbezpieczeństwa Krzysztofa Gawkowskiego, cyberprzestępcy opracowali kolejną metodę. Zakładają fałszywe konta na popularnych komunikatorach – WhatsApp, Signal – wykorzystując zdjęcia i dane osobowe pobrane z oficjalnych profili osób zajmujących kierownicze stanowiska w administracji rządowej. Następnie wysyłają wiadomości do menedżerów firm i spółek państwowych. Celem jest wyłudzenie poufnych informacji, rozprzestrzenienie złośliwego oprogramowania lub kradzież pieniędzy.

    Gawkowski apeluje o szczególną ostrożność przy otrzymywaniu nieoczekiwanych wiadomości z linkami – zarówno przez SMS, e-mail, jak i komunikatory. W razie wątpliwości zaleca bezpośredni kontakt z sekretariatem odpowiedniego urzędu. Podkreśla, że rządowi urzędnicy używają do kontaktów wyłącznie kanałów wymienionych na stronach w domenie gov.pl w zakładce „Kontakt” oraz w Biuletynie Informacji Publicznej. Dodatkowo państwo udostępnia bezpieczne narzędzia, takie jak komunikator mSzyfr oraz system łączności niejawnej SKR-Z.

    Jak się bronić i co robić w razie ataku?

    Eksperci są zgodni: kluczowa jest szybka reakcja. Jeśli podejrzewasz, że padłeś ofiarą oszustwa, natychmiast skontaktuj się z bankiem, aby zablokować konto i transakcje. Dopiero w drugiej kolejności zgłoś sprawę na policję. Kolejność jest kluczowa, bo przestępcy potrafią wyczyścić konto w kilka minut.

    Podejrzane domeny i incydenty bezpieczeństwa można zgłaszać do CERT Polska, działającego w ramach NASK. Na ich stronie internetowej dostępna jest prosta zakładka do dokonywania zgłoszeń.

    Ważne jest też regularne szkolenie kadry kierowniczej w zakresie zagrożeń związanych z komunikatorami internetowymi – takie szkolenia realizuje Ministerstwo Cyfryzacji we współpracy z NASK-PIB w ramach projektu SecureV. Nie należy ufać pierwszej lepszej ofercie znalezionej w internecie, a każdą propozycję inwestycyjną warto skonsultować z zaufaną osobą lub pracownikiem banku.

    Przestępcy nie ustają w poszukiwaniu nowych metod – zarówno masowych ataków na klientów banków, jak i precyzyjnie wymierzonych w kadrę zarządzającą firm. Dlatego czujność i znajomość podstawowych zasad cyberhigieny to dziś nie luksus, a konieczność.

  • Kupujesz używany telefon lub laptop? Ministerstwo Finansów szykuje ważną zmianę w PCC

    Kupujesz używany telefon lub laptop? Ministerstwo Finansów szykuje ważną zmianę w PCC

    Planujesz zakup używanego smartfona, mebli czy roweru od osoby prywatnej? Jeśli cena przekracza 1000 zł, obecnie musisz zapłacić podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC). Ministerstwo Finansów chce jednak podnieść ten limit do 3 tys. zł, co miałoby odciążyć zarówno podatników, jak i administrację skarbową.

    Obecne zasady – kto płaci PCC?

    Dziś każda umowa kupna-sprzedaży używanego przedmiotu o wartości powyżej 1000 zł podlega opodatkowaniu stawką 2%. Dotyczy to nie tylko samochodów, ale też telefonów, laptopów, sprzętu RTV, mebli, a nawet zwierząt – jak wynika z orzecznictwa sądów administracyjnych. Nabywca ma 14 dni na złożenie deklaracji PCC-3 i wpłatę podatku do urzędu skarbowego. Problem w tym, że wiele osób po prostu nie wie o tym obowiązku.

    Co proponuje Ministerstwo Finansów?

    Resort przygotował projekt (nr UD 372), który zakłada podniesienie zwolnienia z PCC dla używanych rzeczy do 3 tys. zł. Oznacza to, że przy zakupie przedmiotu o wartości do 3 tys. zł nie trzeba będzie ani płacić podatku, ani składać deklaracji. Zmiana ma wejść w życie po zakończeniu prac legislacyjnych – konkretny termin nie został jeszcze podany.

    Dlaczego limit ma wzrosnąć aż trzykrotnie?

    Ministerstwo argumentuje, że ściąganie podatku od niskich kwót jest po prostu nieopłacalne. Przykładowo: od 1000 zł podatek wynosi zaledwie 20 zł. Koszty postępowań podatkowych, egzekucji, przesyłek i pracy urzędników często przewyższają tę kwotę. Jak czytamy w uzasadnieniu, „koszty postępowań podatkowych w przypadku nieuiszczenia podatku, koszt przesyłki oraz koszty osobowe, zbliżają się bądź przewyższają kwotę należnego podatku”.

    Wybór akurat 3 tys. zł nie jest przypadkowy. Od czasu ustalenia pierwotnego limitu w 2001 r. przeciętne wynagrodzenie w Polsce wzrosło o 297%, a siła nabywcza obywateli potroiła się. Nowy limit ma odzwierciedlać te zmiany makroekonomiczne.

    Czy zmiana dotyczy wszystkich rzeczy?

    Warto pamiętać, że PCC nie obowiązuje przy zakupie nowych przedmiotów objętych VAT – nawet jeśli sprzedawca zastosował zwolnienie z tego podatku. Nowa regulacja obejmie wyłącznie rzeczy używane, czyli zasadniczo nieopodatkowane VAT. Resort zastrzega przy tym, że umowa sprzedaży nie podlega PCC, jeśli przynajmniej jedna ze stron jest zwolniona z VAT z tytułu dokonania tej czynności (z wyjątkami określonymi w przepisach ustawy o PCC).

    Skąd urząd wie, że kupiłeś używaną rzecz?

    Ministerstwo Finansów już wcześniej wyjaśniało, w jaki sposób skarbówka namierza transakcje. Podstawą jest analiza ryzyka, która uwzględnia zarówno wewnętrzne bazy Krajowej Administracji Skarbowej, jak i dane zewnętrzne – w tym informacje z portali ogłoszeniowych oraz raporty przekazywane do KAS. Innymi słowy, jeśli ogłosisz sprzedaż używanego laptopa na popularnym serwisie, urząd może to wychwycić. Do tego dochodzą donosy i kontrole krzyżowe.

    Kary za niezgłoszenie – nawet do 96 tys. zł

    Pomimo niskiej świadomości podatkowej, konsekwencje braku zgłoszenia są poważne. Jeśli podatnik nie zapłaci PCC, grozi mu kara w wysokości od 1/10 minimalnego wynagrodzenia (od stycznia 2026 r. to 480 zł) aż do 20-krotności pensji minimalnej, czyli nawet 96 tys. zł. Wysokość sankcji zależy od skali naruszenia i decyzji urzędu.

    Przykładowo: zakup kota rasy maine coon za 12 tys. zł wymaga dziś zapłaty 240 zł PCC. Jeśli nabywca tego nie zrobi, minimalna kara wyniesie już 480 zł – czyli dwukrotność podatku. Po podniesieniu limitu do 3 tys. zł transakcje do tej kwoty przestałyby być opodatkowane.

    Projekt z wykazu UD 372 został już opublikowany i czeka na dalsze etapy legislacyjne.

  • Trzy weta Nawrockiego: największa reforma podatkowa XXI wieku odrzucona

    Trzy weta Nawrockiego: największa reforma podatkowa XXI wieku odrzucona

    Prezydent Karol Nawrocki w czwartek zawetował trzy ustawy, wśród nich kluczową nowelizację Ordynacji podatkowej i Kodeksu karnego skarbowego – największą w tym stuleciu reformę systemu podatkowego. To nie koniec: po raz trzeci odrzucił też ustawę o rynku kryptoaktywów, a weto objęło również nowelizację dotyczącą świadczeń zdrowotnych. Równocześnie prezydent podpisał siedem innych ustaw, w tym dwie podatkowe.

    Dlaczego prezydent odrzucił reformę podatkową?

    Ustawa nad którą pracowało Ministerstwo Finansów (druk nr 2288) miała usunąć przepis pozwalający fiskusowi na wszczynanie postępowań karnoskarbowych tylko po to, by zawiesić bieg przedawnienia zobowiązań. Wiceminister finansów Jarosław Neneman podkreślał, że resortowi zależało na tym, aby podatki po pięciu latach rzeczywiście się przedawniały. Problem w tym, że nowela przewidywała również możliwość ścigania przestępców skarbowych nawet po przedawnieniu zobowiązania – co budziło poważne wątpliwości konstytucyjne.

    Neneman przyznał, że to właśnie ten przepis wzbudza największe obawy opinii publicznej. W swoim wystąpieniu argumentował:

    Przestępca, który okradł Skarb Państwa na miliony, nie powinien być bezkarny tylko dlatego, że urząd przez pięć lat nie był w stanie zobowiązania wyegzekwować (z różnych powodów).

    Biuro Legislacyjne Senatu oceniło jednak, że propozycja ta czyni przedawnienie „jedynie pozornym” i jest niezgodna z konstytucją.

    Prezydent Nawrocki w nagraniu na platformie X argumentował podobnie:

    „Państwo nie może tworzyć sytuacji, w której obywatel działa zgodnie z obowiązującymi przepisami, a po latach dowiaduje się, że państwo znalazło tylną furtkę na obejście własnych reguł” – mówił prezydent.

    Nawrocki wskazał, że nowela tworzyła mechanizmy pozwalające dochodzić roszczeń podatkowych bez faktycznego ograniczenia czasowego, co narusza art. 2 i art. 217 Konstytucji RP. Zwrócił też uwagę na ryzyko utraty prawa podatników do obrony – po przedawnieniu mogą bowiem zniszczyć dokumentację, a nowe przepisy narażałyby ich na postępowania wiele lat później. Prezydent ostrzegł również, że nowe regulacje mogłyby zakłócić konstytucyjny podział władzy, dając sądom karnym możliwość przejęcia zadań należących do administracji skarbowej i sądów administracyjnych.

    Nowelizacja przewidywała także zmianę sposobu liczenia terminu przedawnienia dla dochodzenia podatku od przychodów z nieujawnionych źródeł – pięcioletni bieg miałby się rozpoczynać od końca roku kalendarzowego następującego po roku powstania obowiązku podatkowego. Dodatkowo likwidowano przesłankę zawieszania przedawnienia przez wszczęcie postępowania karnego skarbowego, ale wprowadzano nową podstawę zawieszenia w przypadku postępowań dotyczących unikania opodatkowania.

    Kryptoaktywa i zdrowie – trzecie weto i „wrzutka” językowa

    Trzecie weto do ustawy o rynku kryptoaktywów potwierdza, że prezydent konsekwentnie blokuje regulacje w tej dziedzinie. Z kolei nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej przewidywała m.in. dostęp do leczenia antyretrowirusowego dla osób żyjących z HIV niezależnie od statusu ubezpieczeniowego oraz finansowanie badań pacjentów z WZW C w zakładach karnych z NFZ zamiast z budżetu Ministerstwa Zdrowia. Do ustawy dołączono jednak przepis wydłużający o rok termin na przedłożenie certyfikatu znajomości języka polskiego (poziom B1) dla lekarzy spoza Unii Europejskiej, np. z Ukrainy – do 1 maja 2027 r. Miało to ułatwić działanie szpitalom. Prezydent uznał, że cały pakiet wymaga ponownej analizy.

    Co prezydent podpisał?

    Podpis zyskały dwie nowelizacje podatkowe. Pierwsza (druk 2445) wydłuża termin na składanie plików JPKPIT i JPKCIT do 31 lipca po zakończeniu roku podatkowego. Druga (druk 2489) przedłuża o rok zwolnienia z podatku od spadków i darowizn dla środków przeznaczonych na usuwanie skutków powodzi.

    Prezydent zatwierdził też nowelizację ustawy o kuratorach sądowych, o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, a także ustawy związane z rozwojem e-zdrowia oraz udziałem Polski w systemie Eurodac.

    W efekcie trzy kontrowersyjne projekty – w tym kluczowa reforma podatkowa – wracają do Sejmu. Siedem pozostałych ustaw weszło w życie zgodnie z procedurą.

  • Zcash w ogniu krytyki: ukryta od lat luka w Orchard Pool wywołała panikę i 50-procentowy krach ZEC

    Zcash w ogniu krytyki: ukryta od lat luka w Orchard Pool wywołała panikę i 50-procentowy krach ZEC

    Gdyby nie czujność inżyniera bezpieczeństwa i wsparcie sztucznej inteligencji, sieć Zcash mogłaby zostać potajemnie zalana fałszywymi tokenami. Publiczne ujawnienie krytycznej podatności w puli Orchard wywołało w tym tygodniu błyskawiczną wyprzedaż ZEC – kurs runął o ponad połowę, a kapitalizacja projektu skurczyła się o niemal 3 mld USD. Deweloperzy stanęli przed wyścigiem z czasem.

    Tajemnicza luka, która przetrwała cztery lata

    Podatność istniała w sieci Zcash od maja 2022 roku. Znajdowała się w sercu łańcucha – w puli Orchard, czyli mechanizmie odpowiadającym za prywatne transakcje oparte na dowodach wiedzy zerowej (zero-knowledge proofs). Błąd umożliwiał manipulację procesem kryptograficznej weryfikacji, co w praktyce oznaczało możliwość tworzenia nieograniczonej liczby podrobionych tokenów ZEC.

    Dopiero 29 maja 2026 roku inżynier ds. bezpieczeństwa Taylor Hornby natknął się na defekt podczas ukierunkowanego audytu. W przeanalizowaniu skomplikowanego obwodu kryptograficznego pomógł mu model sztucznej inteligencji Claude Opus 4.8, opublikowany zaledwie dzień wcześniej. Hornby nie tylko zidentyfikował lukę, ale opracował i przetestował działający exploit – narzędzie zdolne wygenerować nieograniczoną liczbę fałszywych tokenów w sieci testowej.

    Awaryjna akcja ratunkowa w dwóch aktach

    Po zgłoszeniu problemu do Zcash Open Development Lab (ZODL) natychmiast uruchomiono procedurę awaryjną. Jak wyjaśnił Josh Swihart z ZODL, zespół przeprowadził dwuetapową aktualizację. Najpierw wdrożono soft fork, który tymczasowo wyłączył transakcje Orchard – chodziło o ograniczenie ryzyka bez zdradzania pełnego obrazu zagrożenia. Drugim etapem był hard fork o oznaczeniu NU6.2, aktywowany 3 czerwca, który trwale wyeliminował źródło problemu i przywrócił działanie puli.

    Shielded Labs, niezależna grupa wspierająca bezpieczeństwo sieci, podkreśliła, że rzeczywiste wykorzystanie luki przed łataniem jest relatywnie mało prawdopodobne – defekt był na tyle subtelny, że przez lata umykał specjalistom od kryptografii. Mimo to, z uwagi na właściwości prywatności puli Orchard, nie istnieje dziś kryptograficzna metoda pozwalająca jednoznacznie potwierdzić, czy ktoś wcześniej nie wygenerował fałszywych coinów.

    Rynek w panice – kurs ZEC runął, ale nie na długo

    Sama informacja o potencjalnym fałszowaniu tokenów wystarczyła, by wywołać panikę wśród inwestorów. Cena ZEC spadła z okolic 630 USD do minimum w pobliżu 303 USD, co oznaczało spadek o ponad 50% w ciągu kilkudziesięciu godzin. Kapitalizacja projektu stopniała o blisko 3 mld USD.

    Wśród tych, którzy zareagowali natychmiastowo, znalazł się współzałożyciel BitMEX Arthur Hayes. Na platformie X napisał: „Niestety, z powodu exploita w Orchard Pool musiałem sprzedać całą naszą pozycję w ZEC”. Hayes dodał, że nielegalną emisję tokenów uważa za mało prawdopodobną, ale przyznał, iż nie można kryptograficznie udowodnić, że do niej nie doszło. Wraz z ZEC pozbył się także pozycji w Hyperliquid i Near Protocol.

    Odbicie i lekcja na przyszłość

    Gdy emocje opadły, kurs ZEC zaczął odrabiać straty. W ciagu ostatniej doby (stan na 8 czerwca) wzrósł o 13,5%, do 428,67 USD, co oznacza odbicie o 41,5% względem minima z 5 czerwca. Mimo to token pozostaje daleko od poziomów sprzed kryzysu.

    Deweloperzy podkreślają, że incydent pozwolił przetestować procedury reagowania i zacieśnić współpracę z kluczowymi podmiotami sieci, takimi jak pule wydobywcze ViaBTC i Foundry. Shielded Labs współpracuje już nad kolejną aktualizacją, która ma umożliwić niezależną weryfikację integralności podaży ZEC.

    Przypadek Zcash to kolejne ostrzeżenie dla całego rynku kryptowalut stawiających na zero-knowledge proofs. Jak zauważył Mert Mumtaz z Helius, błędy w obwodach kryptograficznych są trudne do wykrycia, ale gdy już wyjdą na jaw, potrafią zachwiać zaufaniem do całego projektu. Pytanie, czy inwestorzy zdążą odbudować wiarę w Zcash, zanim kolejna luka – jeśli istnieje – zostanie ujawniona.

  • AI wywraca rynek pracy do góry nogami? „Zagrożony jest każdy pracownik umysłowy”

    AI wywraca rynek pracy do góry nogami? „Zagrożony jest każdy pracownik umysłowy”

    Informacje o zwolnieniach związanych ze sztuczną inteligencją pojawiają się coraz częściej – i nie dotyczą już tylko fabryk czy magazynów. Pracownicy umysłowi również zaczynają się niepokoić. Eksperci ostrzegają, że zagrożenie nie jest chwilowe, a strukturalne – i może dotknąć praktycznie każdego, kto pracuje głównie głową.

    „Zagrożony jest każdy pracownik umysłowy”

    Michael Housman, założyciel firmy AI-ccelerator specjalizującej się w edukacji i doradztwie w zakresie AI, w rozmowie z Business Insiderem stwierdza wprost: „Szczerze mówiąc, zagrożony jest każdy pracownik umysłowy”. Jego zdaniem żaden sektor nie jest bezpieczny. Jednocześnie Housman przedstawił sześć konkretnych kroków, które mogą pomóc zabezpieczyć karierę przed wpływem AI.

    Dramatyczne liczby potwierdza raport Światowego Forum Ekonomicznego „Global Risks Report 2026”. Szacuje się w nim, że do 2030 roku nawet 92 mln pracowników na całym świecie może zostać wypartych z rynku pracy przez AI.

    To cecha, a nie błąd

    Jeszcze dalej idzie Dario Amodei, CEO firmy Anthropic (twórcy modelu Claude). W swoim najnowszym eseju dotyczącym polityki publicznej pisze wprost, że utrata miejsc pracy może być nieodłączną cechą sztucznej inteligencji, a nie tylko jej efektem ubocznym. Jak argumentuje: „istnieje realna możliwość, że mimo prób łagodzenia skutków AI doprowadzi do znaczącej i trwałej utraty miejsc pracy” i że może to być „wewnętrzna właściwość tej technologii oraz sposobu, w jaki szeroko naśladuje ludzkie poznanie”.

    To zmienia optykę. Jeśli systemy AI są projektowane tak, by wykonywać coraz więcej pracy poznawczej człowieka, to masowe zwolnienia przestają być tylko kwestią złych decyzji firm – stają się naturalnym następstwem działania technologii. Amodei już wcześniej ostrzegał, że AI może wyeliminować połowę stanowisk dla początkujących pracowników umysłowych w ciągu pięciu lat oraz podnieść bezrobocie do poziomu 10–20 proc.. W najnowszym eseju odchodzi jednak od konkretnych prognoz na rzecz rozwiązań systemowych.

    Co zrobić, gdy praca zniknie na stałe?

    Amodei w swoim eseju przedstawia dwutorowe podejście: spowolnić negatywne skutki i sprawiedliwie dzielić korzyści. Wzywa do lepszego „mierzenia i monitorowania” wpływu AI na rynek pracy, w tym rozszerzenia statystyk rządowych. Opowiada się za „zachętami sprzyjającymi zatrudnieniu”, takimi jak:

    • ubezpieczenie dochodu dla pracowników zmuszonych do przyjęcia gorzej płatnej pracy z powodu AI,
    • ulgi podatkowe dla firm utrzymujących zatrudnienie,
    • granty na szkolenia zawodowe,
    • lepsze systemy dopasowania pracowników do ofert pracy.

    Jeśli jednak okaże się, że AI trwale zmniejszy zapotrzebowanie na pracę ludzi, rządy – zdaniem Amodeiego – będą musiały pójść dalej. W eseju sugeruje wprowadzenie długoterminowego wsparcia dochodowego, na przykład powszechnego dochodu podstawowego, finansowanego z podatków od firm AI lub wyższych podatków od zysków kapitałowych. Wspomina też o idei powszechnych rachunków kapitałowych jako sposobie na bardziej równomierne rozdzielenie bogactwa tworzonego przez AI.

    Zmiana tonu liderów branży

    Jak donosi Business Insider, esej Amodeiego pojawia się w momencie, gdy czołowi liderzy AI – w tym on sam oraz Sam Altman – zmieniają narrację. Wcześniej podkreślali destrukcyjny wpływ technologii, teraz częściej mówią o korzyściach dla pracowników i społeczeństwa. Ta zmiana tonu zbiega się z przygotowaniami do historycznych ofert publicznych ich firm.

    Mimo to Amodei pozostaje realistą. W swojej nocie politycznej podkreśla: jeśli potencjał AI rzeczywiście okaże się tak ogromny, jak twierdzą jego twórcy, społeczeństwo musi mieć plan dla pracowników, którzy mogą nie odnieść automatycznie korzyści z tego wzrostu. Anthropic deklaruje, że chce pomagać firmom-klientom w znajdowaniu nowych źródeł przychodów i „robieniu więcej z obecnymi pracownikami”, zamiast skupiać się wyłącznie na redukcji kosztów.

    Na razie jednak jedno jest pewne: zarówno Housman, jak i Amodei apelują, by nie bagatelizować ryzyka. Tempo zmian może być znacznie szybsze, niż się spodziewamy.

  • Synektik bije rekordy: zysk skacze o ponad 50%, a portfel zamówień pęka w szwach

    Synektik bije rekordy: zysk skacze o ponad 50%, a portfel zamówień pęka w szwach

    Spółka medtech z GPW dostarcza kolejne powody do optymizmu. Synektik opublikował wyniki za pierwsze półrocze roku obrotowego 2025/2026, które pokazują dynamiczny wzrost na wielu płaszczyznach. Zarówno przychody, jak i zysk netto poszybowały w górę, a wartość nowo pozyskanych kontraktów przekroczyła 311 mln zł. To więcej niż dwukrotność wyników z analogicznego okresu rok wcześniej.

    Wyniki finansowe w pigułce

    Skonsolidowany zysk netto z działalności kontynuowanej wyniósł 82,87 mln zł wobec 55,16 mln zł przed rokiem – oznacza to wzrost o ponad 50%. Całkowity zysk netto sięgnął 331,3 mln zł, uwzględniając jednorazowy zysk z wydzielenia spółki Syn2bio. Przychody grupy zwiększyły się o 35%, osiągając 441,16 mln zł. EBITDA wzrosła o 46% do 118,03 mln zł, a zysk operacyjny zamknął się kwotą 107,69 mln zł.

    Które segmenty napędzają wyniki?

    Największym motorem pozostaje segment zaawansowanych urządzeń medycznych, systemów IT i usług serwisowych. Przychody w tej części biznesu zwiększyły się o 36% do 413,6 mln zł, a EBITDA segmentu skoczyła o 46% do 121 mln zł. Dział radiofarmaceutyków radzi sobie dobrze – przychody wzrosły o 17% do 27,5 mln zł, a EBITDA o 13% do 8,7 mln zł.

    Spółka chwali się rosnącymi przychodami powtarzalnymi, które w pierwszym półroczu sięgnęły 208,2 mln zł – to wzrost o 28% rok do roku. Dzięki nim wyniki stają się bardziej przewidywalne i mniej zależne od pojedynczych kontraktów.

    Rekordowy portfel zamówień

    W pierwszym półroczu grupa pozyskała kontrakty na dostawy sprzętu medycznego o wartości 311 mln zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Na start drugiej połowy roku Synektik wkracza z backlogiem i aktywnymi projektami sprzedażowymi o łącznej wartości blisko 280 mln zł.

    II kwartał – jeszcze lepsze tempo

    Sam drugi kwartał roku obrotowego (styczeń–marzec 2026) przyniósł imponujące dynamiki. Skonsolidowany zysk netto z działalności kontynuowanej wyniósł 39,8 mln zł – ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. EBITDA wzrosła o 91% do 58,4 mln zł, a przychody ze sprzedaży skoczyły o 71% do 213,2 mln zł. Rentowność EBITDA sięgnęła 27,4%, czyli o blisko 3 punkty procentowe więcej.

    Ekspansja w kraju i za granicą

    Synektik podpisał umowę z amerykańską firmą HistoSonics na wyłączną dystrybucję systemu Edison w Polsce, Czechach, na Słowacji oraz w krajach bałtyckich. Edison wykorzystuje technologię histotrypsji – bezoperacyjnego niszczenia nowotworów wątroby za pomocą ultradźwięków. System działa już w ponad 150 placówkach w USA, a procedura dopuszczenia do rynku unijnego jest w toku.

    Firma rozwija też działalność na Ukrainie jako dystrybutor systemów da Vinci, przygotowuje pierwsze dostawy do krajów bałtyckich i kontynuuje ekspansję w Europie Środkowej. Spółka korzysta z krajowych środków z KPO, które napędzają modernizację polskich szpitali.

    Dywidenda i giełdowa hossa

    Od początku 2023 roku kurs akcji Synektiku wzrósł o blisko 1100%, a polityka dywidendowa robi równie duże wrażenie. Jeszcze w 2020 roku akcjonariusze otrzymywali 0,36 zł na akcję, a w 2026 roku wypłata sięgnęła 10,75 zł na akcję – to wzrost o ponad 2800% w sześć lat. Przy obecnym kursie około 280 zł stopa dywidendy wynosi około 3,55%. Średni wskaźnik wypłaty to aż 97,5%.

    Co dalej?

    Prezes i założyciel Synektika, Cezary Kozanecki, nie kryje optymizmu:

    Mamy podstawy, by sądzić, że druga połowa roku w naszym wykonaniu również będzie stała pod znakiem dynamicznego rozwoju naszej działalności, na co wpływ będzie mieć m.in. trwający w Polsce intensywny proces modernizacji systemu opieki zdrowotnej z wykorzystaniem środków z KPO. Kontynuujemy geograficzną ekspansję… Dywersyfikacja produktowa oraz geograficzna działalności, w połączeniu z rosnącymi przychodami powtarzalnymi, stanowi solidny fundament dla wzrostu wartości Grupy w kolejnych latach.

    Obecnie kurs znajduje się około 15% poniżej historycznych szczytów, a perspektywy na drugą połowę roku – z backlogiem 280 mln zł i rosnącą dywersyfikacją – wyglądają solidnie.

  • Polska bije rekordy wzrostu miliarderów. Wyprzedzamy całą Europę

    Polska bije rekordy wzrostu miliarderów. Wyprzedzamy całą Europę

    Jeszcze kilka lat temu nikt nie mówił o Polsce w kontekście dóbr luksusowych. Dziś to właśnie Warszawa, a nie Paryż, Berlin czy Londyn, przyciąga najbogatszych i najbardziej ekskluzywne marki. Skąd ta zmiana? Odpowiedzią jest tempo, w jakim rośnie u nas liczba miliarderów dolarowych.

    Ponad 120% wzrostu w pięć lat

    Z najnowszego raportu firmy konsultingowej Frank Knight, cytowanego przez szwedzki dziennik „Svenska Dagbladet”, wynika, że w ciągu najbliższych pięciu lat liczba miliarderów dolarowych w Polsce wzrośnie o 123% – z obecnych 13 do 29. To najszybsze tempo w całej Europie. Dla porównania, w Szwecji, która zajmuje drugie miejsce na Starym Kontynencie, przyrost ma wynieść 81%.

    Światowym liderem wzrostu liczby miliarderów w tym zestawieniu jest Arabia Saudyjska. Jednak skok, jaki ma nastąpić nad Wisłą, stawia nas tuż za nią i daleko przed resztą europejskich gospodarek.

    Luksusowe marki w Warszawie

    Szwedzka gazeta zwraca uwagę, że symbolem tego trendu jest otwarty niedawno w Warszawie salon Maybacha. Poza stolicą Polski podobny salon działa od 2022 roku jedynie w Szanghaju – mieście, według magazynu „Forbes”, zamieszkałym przez ponad 90 miliarderów.

    To nie jedyny przykład. Rolls-Royce odnotował w Polsce rekordowy rok sprzedaży. Co więcej, w planach jest otwarcie w Warszawie showroomu, w którym klienci będą mogli zamawiać auta marek Rolls-Royce, McLaren i Aston Martin, a przy ich konfiguracji wybierać materiały wykończeniowe z 24-karatowego złota.

    Warszawa centrum luksusu dla całego regionu

    „Svenska Dagbladet” podkreśla, że Warszawa staje się miejscem ekspansji luksusowych marek na cały region Europy Środkowo-Wschodniej. To nie przypadek. Polska gospodarka, mimo wyzwań, notuje stabilny wzrost, a zagraniczni inwestorzy dostrzegają potencjał. W ankiecie Business Sweden z 2025 roku ponad połowa szwedzkich firm zadeklarowała plany zwiększenia inwestycji w Polsce.

    Dziennik przypomina, że w ponad trzy dekady od upadku komunizmu Polska stała się jedną z 20 największych gospodarek świata, z PKB na poziomie 3,5–3,6%. Z prognoz Komisji Europejskiej wynika, że w Europie tylko Malta ma rozwijać się szybciej. Do pozytywnych wskaźników zalicza się również utrzymujące się niskie bezrobocie oraz znaczny wzrost konsumpcji gospodarstw domowych.

    A jak wypadamy w szerszym rankingu? Jest niuans

    Choć wzrost zamożności najbogatszych jest imponujący, to spojrzenie na całościowy obraz gospodarki przynosi nieco inne wnioski. W maju Warsaw Enterprise Institute przedstawił V edycję Wskaźnika Bogactwa Narodów – indeksu opracowanego przez ekonomistę Karola Zdybla, który obok PKB bada również jakość wydatków publicznych. Klasyfikacja obejmuje kraje Unii Europejskiej i OECD.

    W tegorocznym zestawieniu 38 państw najwyższe miejsca przypadły Irlandii, Szwajcarii i Norwegii (która po raz kolejny wyprzedziła Stany Zjednoczone). Polska uplasowała się na 27. pozycji, utrzymując lokatę z ubiegłego roku. Jednak liczba przyznanych punktów spadła – z 68,6 w 2024 roku do 66,2 w 2025 roku.

    Raport podkreśla, że o ile globalny skok ekonomiczny Polski zasługuje na uznanie, o tyle stale obniżająca się efektywność wydatków publicznych budzi coraz większy niepokój.