Blog

  • Sikorski stawia ultimatum Muskowi: Albo równe traktowanie Polaków, albo pożegnasz się z 50 mln dolarów

    Sikorski stawia ultimatum Muskowi: Albo równe traktowanie Polaków, albo pożegnasz się z 50 mln dolarów

    Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski wystosował ostrzeżenie wprost do Elona Muska. Jeśli SpaceX nie zmieni nowych zasad korzystania ze Starlinka, które stawiają polskich klientów w gorszej sytuacji niż użytkowników z innych krajów Europy, Warszawa może przestać płacić 50 milionów dolarów rocznie za usługi firmy. To kolejny rozdział napiętych relacji na linii polski rząd – miliarder, tym razem dotyczący bezpośrednio konsumentów.

    „Przestań dyskryminować polskich użytkowników”

    W swoim wpisie na platformie X Sikorski nie owijał w bawełnę. „Elon Musk, wielki człowieku, przestań dyskryminować polskich użytkowników Starlinka, bo inaczej możemy przemyśleć kwestię płacenia Ci 50 mln dol. rocznie za Twoje usługi” – napisał szef MSZ.

    Nowe regulacje SpaceX wchodzą w życie 17 sierpnia. Polska została wyłączona z grupy państw europejskich tworzących jeden wspólny obszar taryfowy. Oznacza to, że korzystanie z usługi poza granicami kraju będzie traktowane jako roamingu międzynarodowy.

    Co to oznacza w praktyce?

    Klienci z pakietem Starlink Roam muszą liczyć się z poważnymi ograniczeniami. Konta zarejestrowane w Polsce będą mogły działać tylko na terenie kraju. Osoby wykupujące abonament „W drodze – bez ograniczeń” będą mogły używać internetu za granicą przez maksymalnie 30 dni w ramach jednej podróży. Po osiągnięciu tego limitu konieczny jest powrót do Polski albo przejście na droższy plan. Ponadto użytkownicy muszą zgłaszać podróże i przechodzić weryfikację dokumentów.

    Reakcja polskiego rządu

    Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski nie pozostał bierny. Jak sam poinformował, skierował do SpaceX oficjalne pismo z żądaniem pilnego przywrócenia równych warunków dla polskich klientów. Podkreślił, że jeśli Musk chce działać na polskim rynku, powinien traktować wszystkich odbiorców uczciwie.

    Poprzednie napięcia: Ukraina i ostra wymiana zdań

    To nie pierwszy raz, gdy relacje między Warszawą a SpaceX się zaostrzają. W marcu 2025 roku doszło do publicznego sporu między Muskiem a Sikorskim, w który włączył się także amerykański senator Marco Rubio. Tematem były wówczas warunki korzystania z systemu Starlink na Ukrainie.

    Wcześniej agencja Reuters donosiła, że administracja USA naciskała na Kijów w sprawie umowy o minerały ziem rzadkich, grożąc odcięciem dostępu do satelitów. Musk skomentował wtedy, że bez jego systemu „cały front w Ukrainie upadnie”. Sikorski odpowiedział, że Polska może poszukać innych dostawców, jeśli SpaceX okaże się niewiarygodny. Musk nazwał Sikorskiego „małym człowiekiem” i „marionetką Sorosa”, zarzucając Polsce, że pokrywa jedynie niewielką część kosztów Starlinka dla Ukrainy. Zapewnił jednak, że nie planuje odcinać Ukrainy od usług.

    Starlink w Ukrainie – skala zaangażowania Polski

    System Starlink, oparty na konstelacji tysięcy satelitów na niskiej orbicie okołoziemskiej, od początku wojny odgrywa kluczową rolę zarówno w operacjach wojskowych, jak i w życiu cywilnym. Według danych z kwietnia 2025 roku, Ukraina korzysta z 50 tysięcy terminali. Aż 29,5 tysiąca z nich przekazała Polska – Warszawa finansuje także bieżące utrzymanie całego systemu. Wśród innych darczyńców są Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Prezydent Wołodymyr Zełenski wielokrotnie podkreślał, jak ważny jest Starlink dla bezpieczeństwa kraju.

    SpaceX obecnie utrzymuje na orbicie około 10 900 aktywnych satelitów, a plany zakładają wysłanie ponad 40 tysięcy jednostek. Niska orbita i duże zagęszczenie satelitów zapewniają niskie opóźnienia i wysoką przepustowość. Najnowsza generacja – Starlink Version 3 – ma oferować nawet 1 Tb/s na łączu downlink i obsługiwać jednocześnie do 2048 wiązek. Satelity są wyposażone w silniki Halla na argon lub krypton oraz komunikują się za pomocą laserów osiągających prędkość do 200 Gb/s. Terminal użytkownika sam śledzi satelity za pomocą anteny z szykiem fazowanym.

    Co dalej?

    Polski minister cyfryzacji oficjalnie zażądał od SpaceX przywrócenia poprzednich warunków dla polskich klientów. Starlink pozostaje największym systemem internetu satelitarnego na świecie, a Polska jest jednym z kluczowych partnerów w jego finansowaniu, zwłaszcza w kontekście wsparcia dla Ukrainy. Nowe regulacje wejdą w życie 17 sierpnia.

  • Polskie kopalnie straciły 11,6 mld zł. Eksperci: koniec wydobycia nawet w 2035 roku

    Polskie kopalnie straciły 11,6 mld zł. Eksperci: koniec wydobycia nawet w 2035 roku

    Cztery państwowe spółki węglowe – Polska Grupa Górnicza, JSW, Bogdanka i Południowy Koncern Węglowy – zanotowały w ubiegłym roku łączną stratę netto w wysokości 11,6 mld zł. To efekt przede wszystkim niskich cen węgla i rosnących kosztów produkcji. Najgłębszy deficyt wykazała JSW (6,2 mld zł na minusie), PGG straciła 4,4 mld zł, PKW 800 mln zł, a Bogdanka 160 mln zł.

    Wzrost płac mimo fatalnych wyników

    Mimo olbrzymich strat w dwóch spółkach przeciętne wynagrodzenia wzrosły. W PGG podwyżka wyniosła średnio 4,9% (do 14,6 tys. zł brutto), a w PKW 4% (do 13,4 tys. zł). Co ciekawe, choć zatrudnienie w obu firmach spadło (w PGG o 1,8 tys. osób, w PKW o 163 osoby), fundusz płac pozostał na niemal niezmienionym poziomie. W JSW i Bogdance średnie pensje nieco obniżono – odpowiednio o 1,3% i 2,2%.

    Nie inaczej jest z kosztami zarządów. W PKW, mimo redukcji liczby członków zarządu z trzech do dwóch (średniorocznie 2,25 etatu), przeciętne wynagrodzenie członka zarządu wzrosło aż o 23,8% – do 116 tys. zł miesięcznie w kosztach pracodawcy. W PGG skład zarządu powiększył się z 3,8 do 5 osób, ale średnia płaca w zarządzie spadła o 24%, co utrzymało łączne wydatki na niezmienionym poziomie.

    Przepaść w wydajności

    Porównanie wydobycia na jednego zatrudnionego uwidacznia ogromne różnice. Najlepiej wypada Bogdanka z wynikiem 1900 ton na pracownika. PKW osiąga 837 ton, PGG zaledwie 601 ton, a JSW – 414 ton (choć trzeba dodać, że JSW produkuje głównie droższy węgiel koksowy oraz koks). Dla porównania: w nowoczesnych kopalniach głębinowych w USA i Australii wydobycie sięga 10–20 tys. ton na pracownika rocznie, a w odkrywkowych amerykańskich kopalniach, jak North Antelope Rochelle, przekracza nawet 50 tys. ton.

    Nakłady inwestycyjne w PKW nie tylko nie spadły, ale wzrosły rok do roku aż o 43% do 1,1 mld zł. Spółka tłumaczy to koniecznością inwestycji odtworzeniowych. Co więcej, po zsumowaniu wszystkich danin państwowych (CIT, PIT, ZUS, dywidenda) oraz dotacji, grupa PKW wykazała ujemny wkład do budżetu – wpłaty były o 89 mln zł niższe od otrzymanych dotacji. W przypadku PGG państwo było jeszcze „na plusie” 2,4 mld zł.

    Kiedy upadną ostatnie kopalnie?

    Oficjalny harmonogram likwidacji górnictwa, zapisany w Umowie Społecznej z 2021 r., zakłada zakończenie wydobycia do 2049 roku. Coraz więcej analiz wskazuje jednak, że wiele zakładów może zostać zamkniętych znacznie wcześniej z powodów ekonomicznych. Zgodnie z prognozami zawartymi w Krajowym Planie na rzecz Energii i Klimatu (KPEiK), już w 2030 r. elektrownie spalą tylko 16–17 mln ton węgla, a całkowite zużycie węgla energetycznego wyniesie 25 mln ton. W 2035 r. zużycie spadnie do 8 mln ton, a w 2040 r. – do 3 mln ton. To zaledwie 26% obecnego wydobycia samej Bogdanki.

    Cały sektor pod kreską

    Dane zebrane przez Fundację Instrat w „Bazie danych o kopalniach w Polsce” pokazują, że cały krajowy sektor węgla kamiennego zamknął 2025 rok stratą netto w wysokości 8,065 mld zł. Zysk odnotowały tylko dwa podmioty: Lubelski Węgiel Bogdanka oraz Polska Grupa Górnicza Południe – nowa spółka wydzielona z PGG. Dwaj najwięksi gracze – JSW (strata 3,9 mld zł) i PGG (2 mld zł) – nadal generują ogromne straty. PGG otwarcie przyznaje, że bez dotacji państwowych straciłaby płynność finansową.

    Wydobycie węgla w Polsce się już nie opłaca – musimy spojrzeć prawdzie w oczy – rynek zweryfikował przyszłość górnictwa. Za kilka lat nasze zapotrzebowanie na węgiel obsłużą 2-3 kopalnie. Ktokolwiek twierdzi inaczej, nie zaglądał w dane – mówi Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat.

    Krajowe wydobycie w 2025 r. wyniosło 42,8 mln ton, czyli o 2,7% mniej niż rok wcześniej. Zatrudnienie w górnictwie spadło o 3,6%, głównie za sprawą odejść emerytalnych. Sektor odnotował też spadek emisji metanu o 21%.

    W styczniu 2026 r. Czechy zamknęły swoją ostatnią czynną kopalnię węgla kamiennego, czyniąc Polskę jedynym państwem Unii Europejskiej nadal eksploatującym to złoże. Jeśli obecne trendy się utrzymają, już około 2030–2035 roku czynnych kopalń może pozostać zaledwie kilka.

  • Potężny wyciek danych medycznych w Polsce. Nawet 19 mln osób może być zagrożonych

    Potężny wyciek danych medycznych w Polsce. Nawet 19 mln osób może być zagrożonych

    Polska stoi w obliczu jednego z największych incydentów cyberbezpieczeństwa w swojej historii. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski potwierdził, że z systemów firmy MyDr wyciekły dane dotyczące blisko 19 milionów obywateli. Skradziona baza danych ma objętość ponad 2 TB.

    Pilne posiedzenie i skala zagrożenia

    Gawkowski zwołał nadzwyczajne posiedzenie Połączonego Centrum Operacyjnego Cyberbezpieczeństwa, które odbyło się w środę w południe. Sprawa jest traktowana z najwyższą powagą ze względu na charakter przechowywanych informacji.

    — Mamy do czynienia z niebywałym i bardzo dużym incydentem w zakresie bezpieczeństwa polskiej infosfery — powiedział wicepremier podczas konferencji prasowej.

    Jak wyjaśnił, firma MyDr obsługiwała lekarzy i gabinety lekarskie, gromadząc dane pacjentów z całego kraju. Wyciek obejmuje osoby, które w różnych kategoriach korzystały ze wsparcia medycznego.

    — To byłoby jednym z największych wycieków danych w historii — podkreślił minister cyfryzacji.

    Kto stoi za atakiem? Służby w akcji

    Obecnie trwa intensywne śledztwo mające ustalić sprawców oraz dokładny przebieg ataku. Gawkowski poinformował, że na ten moment nic nie wskazuje na atak zewnętrzny ze strony innego państwa. To sugeruje, że przestępcy mogli działać wewnątrz kraju lub organizacji.

    W sprawę zaangażowane zostały odpowiednie służby, w tym Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości, które sprawuje kontrolę nad operacyjną częścią śledztwa i pozostaje w kontakcie z prokuraturą. Wicepremier pozostaje w stałym kontakcie z ministrem koordynatorem służb specjalnych Tomaszem Siemoniakiem, minister zdrowia Jolantą Sobierańską-Grendą oraz prezesem Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosławem Wróblewskim.

    — Działania zostały skoordynowane i polskie państwo zabezpiecza wszystko, co jest związane z incydentem cyberbezpieczeństwa — zapewnił Gawkowski.

    Co zrobić, jeśli Twoje dane wyciekły?

    Systemy firmy MyDr zostały już zablokowane i działają bezpiecznie w normalnym trybie. Rozpoczęto również procedurę informowania wszystkich lekarzy korzystających z tego oprogramowania — chodzi o około 12 tys. placówek w całej Polsce.

    Wdrożono specjalną procedurę mającą zabezpieczyć wyciekłe dane. Zostaną one przeniesione do bazy Bezpieczne Dane dostępnej na stronie bezpiecznedane.gov.pl, gdzie każdy obywatel będzie mógł sprawdzić, czy jego dane znalazły się wśród wykradzionych.

    Minister Gawkowski zaapelował o natychmiastowe podjęcie działań ochronnych.

    — W pierwszej kolejności trzeba zastrzec numer PESEL. To jest pierwsza, podstawowa, elementarna higiena cyfrowa. Zastrzeżenie numeru PESEL dzisiaj w mObywatelu trwa pięć sekund — wyjaśnił, dodając, że można to również zrobić w urzędzie gminy.

    Dane medyczne – szczególnie cenne

    Minister zwraca uwagę, że dane medyczne i informacje dotyczące pacjentów mają ogromną wartość. Mogą być interesujące nie tylko dla cyberprzestępców, ale także dla innych podmiotów, które chciałyby wykorzystać je do analizy zachowań ludzi, szantażu lub innych działań.

    — To są cenne dane, które nie tylko przestępcy, ale różne instytucje mogą chcieć kupić, żeby mieć o nas wiedzę — ostrzegał Gawkowski.

    Bezprecedensowa skala i zapowiedź konsekwencji

    Wicepremier zapowiedział, że sprawcy ataku mogą spodziewać się bezwzględnego ścigania.

    — Tu nikt nie będzie z nikim dyskutował. Nikt nie podda się też żadnym szantażom. Każda osoba, która stoi za tym atakiem będzie bezwzględnie ścigana i musi liczyć się z tym, że bezwzględność polskich służb i prokuratury będzie ostateczna — zaznaczył.

    Śledztwo w sprawie największego w historii polskiej infosfery wycieku danych medycznych trwa. Służby analizują przebieg ataku, a prokuratura oraz Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości poszukują podejrzanych.

  • Turcja zaciska kurtynę na Morzu Czarnym. Staje się to problemem dla handlu zbożem

    Turcja zaciska kurtynę na Morzu Czarnym. Staje się to problemem dla handlu zbożem

    Turcja wstrzymuje wydawanie zezwoleń na tranzyt przez cieśninę Dardanele dla statków handlowych płynących do rosyjskiego portu w Noworosyjsku. To najnowszy, a zarazem najbardziej niepokojący sygnał eskalacji presji na żeglugę w regionie Morza Czarnego.

    Decyzja – jak podaje Bloomberg – zapadła w Dyrekcji Generalnej ds. Bezpieczeństwa Wybrzeża, która poinformowała kilka jednostek, że obecnie nie wydaje pozwoleń na przepłynięcie lub potrzebuje więcej czasu na rozpatrzenie wniosków. Dotyczy to przede wszystkim statków zmierzających do kluczowego ośrodka eksportu ropy i zbóż w Noworosyjsku. Władze nie podały oficjalnego wyjaśnienia, a Ministerstwo Transportu i Infrastruktury w Ankarze nie odpowiedziało na prośby o komentarz.

    Eskalacja ataków i tureckie żądania

    Wprowadzone ograniczenia są bezpośrednią odpowiedzią na gwałtowny wzrost liczby ataków na żeglugę handlową na Morzu Czarnym. Na początku tygodnia Ministerstwo Spraw Zagranicznych Turcji poinformowało, że w wyniku ataków dronów na dwa statki należące do tureckich armatorów rannych zostało kilku członków załóg, w tym obywatele Turcji. W odpowiedzi Ankara wydała oświadczenie, w którym wezwała wszystkie zainteresowane strony, a w szczególności strony konfliktu, do podjęcia pilnych działań na rzecz bezpieczeństwa żeglugi.

    — Ponawiamy apel do wszystkich zainteresowanych stron, a w szczególności do stron konfliktu, o pilne podjęcie konkretnych działań w celu zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi na Morzu Czarnym — głosiło wtorkowe oświadczenie tureckiego MSZ, ostrzegając, że dalsza eskalacja będzie miała „wielowymiarowe negatywne konsekwencje”, w tym dla bezpieczeństwa żywnościowego.

    Według źródeł, na które powołuje się Bloomberg, ograniczenia mogą dotyczyć nie tylko statków płynących do Rosji, ale także tych kierujących się do portów Ukrainy.

    Testowanie granic i nowe zasady gry

    To nie pierwsza tego typu sytuacja w tym roku. Na początku sierpnia Ankara wprowadziła krótkotrwałe restrykcje w przepływie jednostek handlowych przez Bosfor i Dardanele. Tłumaczono je wówczas jako tymczasowe procedury ochronne po nasileniu się rosyjskich ataków na ukraińską infrastrukturę portową. Przez wielu ekspertów zostały one odebrane jako demonstracja siły.

    Bohdan Kostecki, analityk z Barva Invest, ocenił, że był to sygnał wysłany zarówno Kijowowi, jak i Moskwie o realnej zdolności Turcji do ingerencji w morski handel. Podstawę prawną takich działań stanowią tureckie regulacje żeglugowe, które pozwalają na wstrzymanie ruchu w sytuacji bezpośredniego zagrożenia dla statków, załóg lub ładunków.

    Co ciekawe, po tamtej demonstracji Turcja szybko przywróciła normalny ruch przez cieśniny. Konstantyn Sobol, założyciel Marelis Navigation, sugerował w rozmowie z 24tv.ua, że krótkie opóźnienia mogły służyć testowaniu reakcji rynku. Szybki powrót do normy wskazuje też na niechęć Ankary do jawnego łamania postanowień Konwencji z Montreux.

    Konsekwencje dla handlu zbożem

    Obecna niepewność wokół cieśnin to cios dla ukraińskiego handlu zbożem. Jak donosi „Ukrainian Shipping Magazine”, międzynarodowi handlowcy nie czekają na oficjalne blokady i już wprowadzają do kontraktów rozbudowane klauzule dotyczące zagrożeń wojennych i siły wyższej.

    Kupujący zyskują możliwość odstąpienia od transakcji w razie pogorszenia warunków bezpieczeństwa, co przerzuca większość ryzyka na ukraińskich dostawców.

    — To coś w rodzaju opcji po stronie kupującego: jeśli warunki pozostają korzystne, transakcja dochodzi do skutku, ale jeśli okoliczności gwałtownie się pogorszą, kupujący może się wycofać przy minimalnych stratach — wyjaśnia Kostecki.

    W praktyce przekłada się to na wyższe wydatki związane z logistyką i ubezpieczeniami oraz ostrzejsze warunki umów. Eksporterzy z Europy Wschodniej muszą liczyć się ze zwiększonymi kosztami, nawet jeśli sama infrastruktura portowa pozostaje sprawna.

    Szukanie alternatyw

    W odpowiedzi na presję ze strony Turcji Ukraina poszukuje alternatywnych szlaków eksportowych. Kijów prowadzi negocjacje z Kiszyniowem w sprawie preferencyjnych warunków przewozu kolejowego przez terytorium Mołdawii do rumuńskiego portu w Konstancy. Rozważane stawki tranzytowe mogłyby być niższe nawet o 50 proc. od standardowych taryf, co stanowiłoby realną alternatywę dla transportu morskiego przez kontrolowane przez Turcję szlaki wodne.

  • Miliardowa dotacja wstrzymana. Minister Domański: „Ani jedna złotówka nie popłynęła”

    Miliardowa dotacja wstrzymana. Minister Domański: „Ani jedna złotówka nie popłynęła”

    Wielkie pieniądze, wielkie wątpliwości

    Elemental Holding, jeden z największych graczy na polskim rynku recyklingu, znalazł się w ogniu pytań po tym, jak dziennikarze „Superwizjera” ujawnili podejrzenia o fałszowanie dokumentów dotyczących transportu odpadów. Sprawa nabrała jeszcze większego ciężaru, bo firma – mimo tych doniesień – uzyskała decyzję o wsparciu publicznym na kwotę ponad miliarda złotych. Chodzi o projekt odzyskiwania metali ziem rzadkich o nazwie POLVOLT.

    Co ujawnili dziennikarze?

    Według reportażu TVN24, ciężarówki należące do Elemental Holding miały przewozić odpady jedynie na papierze. W rzeczywistości transporty nie miały miejsca, ale w państwowym systemie pojawiały się potwierdzenia fikcyjnych operacji. Dziennikarze udokumentowali konkretne przypadki fabrykowania dokumentów. Były menedżer jednej ze spółek z grupy usłyszał już zarzuty udziału w fałszowaniu ponad 4 tys. dokumentów związanych z przewozem odpadów. Sprawą zajmują się Prokuratura Krajowa i Centralne Biuro Śledcze Policji.

    Minister finansów zabiera głos

    Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański w rozmowie z TVN24 stanowczo zaprzeczył, jakoby jakiekolwiek pieniądze z dotacji zostały przekazane firmie.

    — Żadne pieniądze do tej firmy nie popłynęły. Nawet złotówka. I nawet złotówka do tej firmy nie popłynie do momentu wyjaśnienia wszelkich wątpliwości.

    Domański podkreślił jednocześnie, że projekt POLVOLT od strony merytorycznej został bardzo dobrze oceniony – pozytywne opinie wydały m.in. Komisja Europejska (dofinansowanie z Europejskiego Funduszu Innowacyjnego) oraz Europejski Bank Inwestycyjny. Umowa uzyskała też aprobatę Prokuratorii Generalnej RP. Minister dodał, że poprosił Tomasza Siemoniaka, ministra koordynatora służb specjalnych, o objęcie sprawy szczególnym nadzorem służb.

    Resort rozwoju i technologii: kontrola i wstrzymanie wypłat

    Ministerstwo Rozwoju i Technologii w oficjalnym oświadczeniu z 11 sierpnia 2026 r. potwierdziło, że spółka Elemental Battery Metals Sp. z o.o. (beneficjent wsparcia) nie otrzymała ani złotówki. Resort prowadzi regularne kontrole, a do czasu pełnego wyjaśnienia sprawy wypłata środków jest wstrzymana. Wsparcie przyznano na podstawie rozporządzenia z września 2023 r. dotyczącego pomocy publicznej dla inwestycji o strategicznym znaczeniu dla transformacji w kierunku gospodarki zeroemisyjnej. Procedura nie ma charakteru konkursowego, a każdy wniosek analizowany jest indywidualnie.

    Stanowisko Elemental Holding

    Spółka Elemental Holding SA nie pozostaje bierna. W przesłanym PAP oświadczeniu firma poinformowała o podjęciu kroków prawnych wobec redaktora naczelnego i zarządu TVN. Domaga się usunięcia materiału oraz publikacji sprostowania. Zdaniem spółki reportaż zawiera „szereg informacji nieprawdziwych, nieścisłych i wprowadzających w błąd”.

    Firma wskazała, że opisane w materiale incydenty dotyczą działalności małych spółek zależnych, których wpływ na Grupę jest pomijalny – wynosi zaledwie 1,5% ogólnych przychodów. Elemental Holding zapewnia, że działa w oparciu o rozbudowane systemy nadzoru i podlega licznym kontrolom oraz audytom, które do tej pory nie wykazały sugerowanych nieprawidłowości.

    Co dalej?

    Minister Domański zapowiedział, że dopóki wszystkie wątpliwości nie zostaną rozwiane, pieniądze pozostaną w budżecie. Krajowa Administracja Skarbowa i Ministerstwo Rozwoju i Technologii prowadzą kontrole, a Główny Inspektor Środowiska – jak przekazała minister klimatu Paulina Hennig-Kloska – również zajmuje się tematem. Ostateczny werdykt mają wydać organy ścigania. Na razie miliard złotych na strategiczny projekt odzysku metali czeka w zawieszeniu.

  • Renta wdowia w górę. Nawet 400 zł więcej od stycznia 2027

    Renta wdowia w górę. Nawet 400 zł więcej od stycznia 2027

    Ponad milion osób w Polsce już pobiera rentę wdowią. Od stycznia 2027 r. czeka ich spora podwyżka – wskaźnik drugiego świadczenia wzrośnie z 15 do 25 proc. To oznacza realne przelewy wyższe nawet o 400 zł miesięcznie.

    Podwyżka od 150 do 400 zł

    1 stycznia 2027 r. wchodzi w życie drugi etap reformy renty wdowiej. Osoby owdowiałe, które pobierają jedno pełne świadczenie (np. swoją emeryturę) i dodatek 15 proc. renty rodzinnej po zmarłym małżonku, od nowego roku dostaną już 25 proc. drugiego świadczenia. Średnia podwyżka wyniesie około 230 zł miesięcznie, ale w zależności od indywidualnej sytuacji podwyżki mogą się wahać od 150 do 400 zł.

    Dane z czerwca 2026 r. pokazują, że przeciętna miesięczna wypłata w ramach programu to 3949,43 zł, z czego średnio 379,10 zł pochodziło z doliczenia 15 proc. drugiego świadczenia. Po podwyżce ta część wyraźnie urosnie.

    ZUS zrobi wszystko za Ciebie

    Osoby, które już pobierają rentę wdowią, nie muszą składać żadnych nowych wniosków. Zakład Ubezpieczeń Społecznych przeliczy świadczenia automatycznie. Pierwsze wyższe przelewy trafią na konta seniorów wraz ze styczniowymi wypłatami.

    Obowiązuje jednak górny limit łącznej kwoty obu świadczeń. Po marcowej waloryzacji 2027 r. wyniesie on 6142,02 zł. Jeśli suma wypłat przekroczy ten próg, nadwyżka zostanie automatycznie obcięta. Obecnie limit wynosi 5935,47 zł brutto, czyli trzykrotność najniższej emerytury.

    Kto może skorzystać?

    Program działa od lipca 2025 r. i pozwala uprawnionym na łączenie dwóch świadczeń: jednego w pełnej wysokości i 15 proc. drugiego (od stycznia 2027 – 25 proc.). Jednym z nich musi być renta rodzinna po zmarłym małżonku. Beneficjent może wybrać wariant: 100 proc. renty rodzinnej i 15 proc. własnego świadczenia lub odwrotnie.

    Warunkiem jest osiągnięcie wieku emerytalnego – 60 lat dla kobiet, 65 lat dla mężczyzn. Wymagane jest też pozostawanie we wspólności małżeńskiej do dnia śmierci współmałżonka oraz nabycie prawa do renty rodzinnej nie wcześniej niż po ukończeniu 55 lat (kobieta) lub 60 lat (mężczyzna). Osoby uprawnione nie mogą pozostawać w nowym związku małżeńskim – zawarcie małżeństwa oznacza utratę prawa do łączenia świadczeń.

    Skala programu

    Z danych ZUS wynika, że w czerwcu 2026 r. rentę wdowią otrzymywało 993,4 tys. osób. Od startu programu przynajmniej jedną wypłatę odebrało około 1,1 mln wdów i wdowców. W pierwszym półroczu 2026 r. ZUS przeznaczył na ten cel ponad 22,8 mld zł, z czego 1,93 mld zł pochodziło z doliczenia 15 proc. drugiego świadczenia.

    Reforma renty wdowiej została uchwalona w lipcu 2025 r. Seniorzy, którzy chcą sprawdzić swoje uprawnienia, mogą skorzystać z kalkulatora renty wdowiej dostępnego na stronie internetowej ZUS. Narzędzie to pozwala oszacować wysokość przyszłej wypłaty i wskazuje najkorzystniejszy wariant połączenia świadczeń. Dla osób zainteresowanych programem przygotowano także ankietę, która pomaga ustalić, czy spełniają warunki do otrzymania świadczenia – wystarczy odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących wieku, sytuacji rodzinnej oraz pobieranych świadczeń.

  • Huti znów atakują tankowce. Morze Czerwone staje się pułapką dla światowego handlu

    Huti znów atakują tankowce. Morze Czerwone staje się pułapką dla światowego handlu

    Jemeńscy rebelianci Huti po raz kolejny sięgnęli po rakiety i drony, uderzając w tankowce na Morzu Czerwonym. Ugrupowanie, wspierane przez Iran, grozi zamknięciem strategicznej Cieśniny Bab al-Mandab. To nie tylko eskalacja wobec Arabii Saudyjskiej, ale bezpośrednie zagrożenie dla jednego z najważniejszych szlaków morskich świata.

    Fala ostrzeżeń i ataków

    Huti zaczęli od ostrzeżeń radiowych – wzywali statki cywilne, by nie wpływały do saudyjskich portów. Część jednostek zawróciła i zrezygnowała z przepłynięcia przez cieśninę. W nocy ze środy na czwartek rebelianci zaatakowali dwa tankowce rakietami i dronami, wywołując pożar na jednym z nich.

    To nie jedyne uderzenia. 29 lipca bezprecedensowy atak dronów trafił w dwa zbiornikowce gazu w egipskim porcie Damietta, położonym w pobliżu Kanału Sueskiego. Jedna jednostka należała do armatora amerykańskiego, druga – greckiego. Kilka dni wcześniej, według jemeńskiego rządu, Huti przeprowadzili podwójny atak na statek handlowy w Bab al-Mandab, zabijając czterech członków załogi i dwóch ratowników.

    Dlaczego to ma znaczenie

    Morze Czerwone to nie miejsce na lokalną przepychankę. Każdego roku tym szlakiem – od Kanału Sueskiego po Bab al-Mandab – przepływa od 12 do 15 proc. światowego handlu morskiego. Transportowane są tędy surowce energetyczne z Bliskiego Wschodu do Azji i Europy, zboża, nawozy, elektronika i części samochodowe.

    Sam Kanał Sueski to już prawdziwa arteria. Jak ujął to John Deni, starszy rangą przedstawiciel Akademii Obrony NATO:

    „Kanał Sueski to kluczowa arteria transportu towarów – rocznie przepływa przez niego około 30 proc. światowego ruchu kontenerowego. Dlatego jest on dla gospodarki światowej równie ważny, co cieśnina Ormuz dla światowych rynków energii.”

    Iran zamknął cieśninę Ormuz już pod koniec lutego, w następstwie wybuchu wojny USA i Izraela przeciwko Teheranowi. Teraz, za pośrednictwem Huti, dąży do sparaliżowania kolejnego wąskiego gardła.

    Iran pociąga za sznurki

    Według ekspertów cytowanych przez media, Teheran próbuje rozszerzyć konflikt na obszar Morza Czerwonego, aby zwiększyć koszty wojny dla Stanów Zjednoczonych. Ahmad Yusuf, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Kairze, wyjaśnia:

    „Irańczycy chcą zablokować powstające alternatywne szlaki energetyczne. Działają tak, by zmusić mocarstwa regionalne i międzynarodowe do wywarcia presji na USA, aby te zaprzestały ataków i blokady morskiej wymierzonych w Iran.”

    Sam Iran zaprzecza udziałowi w ataku w Damietcie. Minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi ostrzegał przed izraelskimi operacjami „fałszywej flagi”, pisząc w serwisie X, że „Egipt jest ważnym przyjacielem i partnerem w regionie, a jego bezpieczeństwo ma dla nas kluczowe znaczenie”.

    Skutki dla żeglugi i cen

    Już teraz coraz więcej przewoźników rezygnuje z trasy przez Morze Czerwone na rzecz szlaku wokół Przylądka Dobrej Nadziei. Oznacza to dłuższe rejsy, wyższe koszty paliwa i w konsekwencji wzrost cen towarów. Jeśli zakłócenia w przepływie przez Kanał Sueski się utrzymają, tendencja ta może się jeszcze nasilić.

    W tym chaosie Egipt wyrasta na ważną alternatywną trasę eksportu ropy z państw Rady Współpracy Zatoki Perskiej, zwłaszcza z Arabii Saudyjskiej. Królestwo w coraz większym stopniu polega na rurociągu Wschód-Zachód, który biegnie na dystansie ponad 1200 kilometrów do portu Janbu nad Morzem Czerwonym.

    Obecna eskalacja ze strony Huti i ich irańskich patronów sprawia, że Morze Czerwone znów staje się akwenem wysokiego ryzyka. Każda kolejna przerwa w żegludze przez Kanał Sueski może tylko przyspieszyć zmianę globalnych szlaków handlowych – i odbić się na cenach towarów na całym świecie.

  • Dimon ostrzega: ukryta dźwignia finansowa bije rekordy, a to nie koniec ryzyk

    Dimon ostrzega: ukryta dźwignia finansowa bije rekordy, a to nie koniec ryzyk

    Jamie Dimon, prezes JPMorgan Chase, nie pozostawia złudzeń – poziom lewarowania na rynkach finansowych jest najwyższy w historii, a znaczna część tego zadłużenia pozostaje niewidoczna dla inwestorów. W rozmowie z CNBC szef największego amerykańskiego banku wskazał, że sytuacja ta zwiększa ryzyko nagłych zawirowań, choć zaznaczył, że nie musi to prowadzić do powtórki z kryzysu z 2008 roku.

    Dźwignia rekordowa, ale ukryta

    Dimon podkreślił, że zadłużenie na rachunkach maklerskich jest obecnie najwyższe w historii. Duża część tej dźwigni nie funkcjonuje jednak pod nazwą długu maklerskiego – kryje się pod innymi określeniami. Jako źródła ukrytego lewarowania prezes wymienił prime brokerów, fundusze hedgingowe, fundusze ETF oraz strategie arbitrażu na obligacjach skarbowych.

    „Lewar bywa zarówno jawny, jak i ukryty” – zauważył Dimon. Jego zdaniem ogólny poziom dźwigni na rynku jest „dość wysoki”. W połączeniu z wysokimi wycenami akcji, bliską rekordu dźwignią funduszy hedgingowych oraz dużymi transakcjami bazowymi na obligacjach skarbowych budzi to obawy o narastające podatności w niektórych segmentach rynku.

    Upadek funduszu jako test dla rynku

    Prezes JPMorgan odniósł się do niedawnego upadku lewarowanego funduszu Situational Awareness, który poniósł dotkliwe straty, gdy lewarowane zakłady na spółki technologiczne obróciły się przeciwko niemu. Wezwania do uzupełnienia depozytów zmusiły fundusz do wyprzedaży znacznej części portfela akcji giełdowych, a JPMorgan był jednym z jego prime brokerów.

    W ocenie Dimona, ten epizod udowodnił, że rynek potrafi poradzić sobie z pojedynczą porażką, nie powodując rozległych turbulencji. Zastrzegł jednak, że nie oznacza to, iż wysoki poziom lewarowania można ignorować – ale na razie nie stanowi on zagrożenia systemowego.

    Kiedy tak się dzieje, rośnie prawdopodobieństwo, że ktoś w szybki sposób zaburzy rynek, a ludzie zaczną się tym denerwować – powiedział Dimon.

    Czy to powtórka z 2008 roku?

    Prezes JPMorgan wyraźnie odróżnił obecną sytuację od kryzysu finansowego sprzed blisko dwóch dekad. Argumentował, że sam lewar niekoniecznie wywołuje napięcia systemowe.

    Najgorsze są rzeczywiste straty na rynku. To nie dźwignia była problemem, lecz skala strat, które miały się zmaterializować na kredytach hipotecznych – stwierdził Dimon.

    Dimon zwrócił uwagę, że w warunkach podwyższonej zmienności instytucje finansowe, takie jak izby rozliczeniowe i banki, zazwyczaj zaostrzają wymogi dotyczące depozytów zabezpieczających. Można się więc spodziewać, że podobne działania zostaną podjęte także w obecnej sytuacji.

    Inflacyjne ryzyka na horyzoncie

    Prezes JPMorgan wskazał także na strukturalne czynniki, które mogą ponownie rozpalić inflację. Wśród nich wymienił deficyty budżetowe, inwestycje infrastrukturalne oraz globalne wydatki na zbrojenia. Jego zdaniem „remilitaryzacja świata byłaby inflacyjna”, co mogłoby przełożyć się na wyższe długoterminowe stopy procentowe.

    Dimon powtórzył swoją wcześniejszą tezę, że taka dynamika może okazać się czynnikiem „psującym całą zabawę”. Ryzyko zmaterializuje się, jeśli inwestorzy zaczną domagać się wyższej rekompensaty za utrzymywanie długoterminowych obligacji.

    Dolar na szali

    W osobnym wywiadzie dla PBS Dimon odniósł się do przyszłości dolara, stwierdzając, że jego status waluty rezerwowej nie jest dany raz na zawsze. Uważa, że u podstaw pozycji amerykańskiej waluty leży siła gospodarcza i militarna USA.

    Jeśli za 25 lat nie będziemy najsilniejszą armią i najsilniejszą gospodarką, nie będziemy też walutą rezerwową – powiedział Dimon.

    Prezes JPMorgan podkreślił też, że przewaga USA powinna wynikać z braku zależności od towarów pochodzących od potencjalnych przeciwników. Nawiązał do dominacji Chin na globalnym rynku metali ziem rzadkich, odgrywających kluczową rolę w produkcji najnowocześniejszych urządzeń. Według Dimona, władze USA popełniły błąd – powinny zorientować się już 10–15 lat temu o rosnącej zależności od Chin.

  • Wyniki LPP i Modivo: przepaść między gigantami odzieżowymi

    Wyniki LPP i Modivo: przepaść między gigantami odzieżowymi

    Wstępne wyniki za drugi kwartał roku obrotowego pokazały ogromną różnicę między dwoma największymi polskimi graczami odzieżowymi. O ile LPP zaskoczyło pozytywnie, potwierdzając wzrostową ścieżkę, o tyle Modivo Platforms rozczarowało inwestorów gwałtownym spadkiem zysku operacyjnego.

    LPP: wzrost mimo wyzwań

    Gdańska grupa LPP opublikowała wstępne dane za okres maj–lipiec 2026 r., zakończony 31 lipca. Wyniki okazały się zgodne z oczekiwaniami analityków. Przychody sklepów stacjonarnych – zarówno odzieżowych, jak i z wyposażeniem domów – ponownie odnotowały wysoki, kilkunastoprocentowy wzrost rok do roku. Zysk operacyjny i netto powiększyły się o około 40% w porównaniu z analogicznym okresem 2025 r.

    Po publikacji kurs akcji LPP powoli rósł, osiągając w piątek poziom 22,58 tys. zł, co dało kapitalizację rynkową zbliżoną do 42 mld zł. Wzrost notowań następował jednak ostrożnie, m.in. ze względu na doniesienia o sporach z dostawcami w Bangladeszu.

    Modivo: porządki w magazynach i spadek zysków

    Zupełnie inaczej wygląda obraz polkowickiej Modivo Platforms. W drugim kwartale grupa wygenerowała 3,05 mld zł przychodu – to tylko 3% więcej niż przed rokiem, mimo że powierzchnia handlowa wzrosła o 36%, a liczba sklepów o 42%. Zysk operacyjny spadł o 66% – do 111 mln zł. Raportowana EBITDA obniżyła się o 32% (do 340 mln zł), a skorygowana EBITDA (bez wyników sieci Worldbox) wzrosła o 2% – do 390 mln zł.

    Inwestorzy zareagowali gwałtownie: kurs akcji Modivo spadł nawet o 9,6%, do 89,7 zł, a kapitalizacja wyniosła niespełna 7 mld zł.

    Przyczyny rozczarowania

    Wiceprezes ds. finansowych Modivo Łukasz Stelmach tłumaczył słabsze wyniki przede wszystkim porządkowaniem zapasów w segmencie CCC.

    „Naszym priorytetem w drugim kwartale było uporządkowanie zapasów w segmencie CCC, stąd też brak wzrostu skorygowanej EBITDA tego segmentu. W kolejne sezony wchodzimy ze zdrowym poziomem zapasu, który nie będzie obniżał marży brutto” – mówił Stelmach.

    Dodatkowym obciążeniem były straty nowego nabytku – sieci Worldbox (wraz z Kaes), która obniżyła raportowaną EBITDA grupy o 26 mln zł. Stelmach zapewnił jednak, że do końca roku wpływ Worldboxu na wyniki będzie dodatni. Grupa wstrzymuje rozwój tej sieci, a decyzję o odmrożeniu planów może podjąć na przełomie roku.

    Kolejnym czynnikiem były koszty kampanii wizerunkowej sklepów Modivo, które wyniosły 30 mln zł. Celem kampanii była promocja marki, ale – jak zaznaczył Stelmach – przyniosła ona też efekt w postaci promocji innych marek z grupy.

    Plany na przyszłość

    Mimo słabszego kwartału zarząd Modivo podtrzymuje średnioterminowy plan rozwoju, zakładający prowadzenie 3,6 tys. sklepów w 2030 r. Firma zwiększyła plany otwarcia nowej sieci ShockPrice – zamiast 20 sklepów jeszcze w tym roku ma zostać uruchomionych 43 lokalizacje.

    Na 2027 r. grupa prognozuje wzrost EBITDA i wyniku operacyjnego, poprawę przepływu gotówki oraz poziomu zadłużenia. Stelmach nie spodziewa się natomiast wzrostu przychodów z e-commerce w przyszłym roku.

    Analityk Janusz Pięta z biura maklerskiego mBanku zwrócił uwagę na wzrost zapasów i ograniczenie faktoringu odwrotnego, co mogłoby sugerować redukcję limitów przez instytucje finansowe. Stelmach zaprzeczył, by banki ograniczyły limity – podkreślił, że to decyzja spółki.

    Podsumowanie

    Różnica między LPP a Modivo jest widoczna nie tylko w skali przychodów, ale przede wszystkim w rentowności. Podczas gdy LPP zanotowało około 40-proc. wzrost zysków, Modivo musiało przełknąć 66-proc. spadek zysku operacyjnego. W piątek akcje LPP kosztowały około 22,58 tys. zł, a kapitalizacja gdańskiej grupy sięgała 42 mld zł. Dla porównania, Modivo Platforms wyceniano na niespełna 7 mld zł.

  • Lipiec na GPW: hossa nabiera tempa, a eksperci gonią rynek

    Lipiec na GPW: hossa nabiera tempa, a eksperci gonią rynek

    Lipiec przyniósł inwestorom na warszawskiej giełdzie znakomite wyniki. Główne indeksy wspięły się na nowe szczyty, a dobre nastroje utrzymały się również w sierpniu, kiedy to padły kolejne historyczne rekordy.

    Rekordowy miesiąc i początek sierpnia

    Szeroki indeks WIG zyskał w lipcu blisko 9% (według zamknięcia miesiąca 8,7%), co dało mu najlepszy tegoroczny wynik w ujęciu miesięcznym. Wzrosty były powszechne – zarówno w segmencie największych spółek, jak i średnich. Sierpień zaczął się jeszcze lepiej. Podczas sesji 5 sierpnia indeks WIG20 po raz pierwszy w swojej 35-letniej historii przekroczył barierę 4000 punktów. W kolejnych dniach poprawił rekord śródsesyjny, sięgając 4037 pkt.

    Obecna hossa na WIG20 rozpoczęła się na poziomie 1337 punktów. Od tego czasu indeks potroił wartość, mimo wyzwań takich jak wojna w Ukrainie i zmiany polityczne w USA. Poprzednio w 2007 roku indeks był blisko 4000 pkt (3940 pkt), ale zatrzymał go wówczas kryzys wywołany załamaniem na amerykańskim rynku nieruchomości.

    Eksperci kontra rynek – kto wygrał?

    Mimo znakomitych wyników rynku, nie wszyscy eksperci biorący udział w konkursie portfeli fundamentalnych ‚Parkietu’ w pełni wykorzystali lipcową szansę. Średnia stopa zwrotu z portfeli siedmiu biur maklerskich wyniosła 4,5% – to wyraźnie mniej niż 8,7% wzrostu WIG-u w tym samym okresie. Tylko dwóm portfelom udało się pokonać rynek.

    Najlepiej poradzili sobie analitycy z Oanda TMS Brokers, którzy uzyskali blisko 12,6% zysku. Głównie dzięki trafnym inwestycjom w spółki z WIG20, takie jak Allegro, LPP czy CD Projekt. Drugie miejsce przypadło ekspertom z BM BNP Paribas BP z wynikiem 9,2%, a trzecie – analitykom Ipopemy (4,3%).

    Długoterminowa strategia: stawka na największych

    Po siedmiu miesiącach rywalizacji na prowadzenie zdecydowanie wysunęli się eksperci BM BNP Paribas BP, którzy mogą pochwalić się stopą zwrotu portfela sięgającą blisko 47%. Drugie miejsce zajmuje BM Banku Millennium (33,4%), a trzecie – Oanda TMS Brokers (18,1%). Łącznie od początku roku średnia stopa zwrotu wszystkich portfeli wynosi 16,6% – to jednak o około 9 punktów procentowych mniej niż zysk WIG-u, który w tym samym okresie wzrósł o blisko 26%. W lipcu różnica ta zwiększyła się o prawie 5 punktów procentowych.

    W górę zaufanie do rynku akcji

    Lipcowe wzrosty wpłynęły również na strategie zarządzających funduszami. W cyklicznym badaniu ośmiu zespołów doradczych średni udział funduszy akcji w portfelach wzrósł do niemal 67% – to najwyższy poziom w obecnej, trwającej 11 miesięcy edycji. Eksperci najmocniej angażują się w fundusze akcji rynków rozwiniętych, przesuwając nawet część środków z amerykańskich akcji. Udział polskich obligacji w portfelach znacząco spadł.

    Co w portfelach na sierpień?

    Większość ekspertów postanowiła nie rewolucjonizować swoich składów na sierpień. Wśród nowych typów znalazły się niemal wyłącznie spółki z szerokiego rynku, a wyjątkiem jest Dino, którego akcje wróciły do łask po długiej korekcie. Kluczowym kryterium przy typowaniu jest rozpoczęty sezon publikacji wyników za II kwartał. Eksperci liczą na dobre raporty takich firm jak Asbis, Grodno, Mo-Bruk czy Newag. W portfelach pojawiły się też nowe nazwy, m.in. Cloud Technologies, Voxel, CI Games czy Ten Square Games.

    Zasady konkursu: Każdy z portfeli składa się z 5-10 spółek z rynku głównego GPW (z wyłączeniem akcji poniżej 1 zł). Udziały są równe, nie ma gotówki. Modyfikacje możliwe raz w miesiącu. Stopy zwrotu liczone od zamknięcia ostatniej sesji miesiąca, z uwzględnieniem dywidend, bez kosztów transakcji.