Blog

  • Rafał Brzoska wściekły na Metę: „Na waszym miejscu szukałbym innej pracy”

    Rafał Brzoska wściekły na Metę: „Na waszym miejscu szukałbym innej pracy”

    Fałszywe zdjęcie z aresztowaniem – przedsiębiorca nie wytrzymał

    Rafał Brzoska, twórca InPostu, ponownie ostro zaatakował Meta. Na Facebooku pojawiła się sponsorowana reklama sugerująca, że biznesmen został zatrzymany przez policję. Grafika przedstawiała skutą kajdankami osobę w szlafroku z twarzą Brzoski, otoczoną funkcjonariuszami podczas przeszukania domu. Założyciel InPostu nie krył oburzenia.

    W piątek po południu opublikował na platformie X emocjonalny wpis, w którym oskarżył koncern o tolerowanie fałszywych treści. „Tak działa koncern Meta w Polsce – nieustająco tolerując fake newsy na mój i wiele innych publicznych osób temat” – napisał. Dodał, że jego małoletnie dzieci przysyłają mu takie screeny z pytaniem „o co chodzi Tato?”. Wpis został również zamieszczony na Facebooku i LinkedIn.

    „Na waszym miejscu szukałbym innej pracy”

    Brzoska nie poprzestał na krytyce. Zwrócił się bezpośrednio do osób zarządzających Metą w Polsce: „Jak się polskiemu zarządowi tej gównianej firmy wydaje, że nic z tym nie będę robił mimo pozytywnych wyroków Sądu Polskiego – to powiem tak: na waszym miejscu szukałbym innej pracy”.

    W dalszej części wpisu wymienił z nazwiska cztery osoby odpowiedzialne za działalność Meta w Polsce i regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wśród nich znalazł się dyrektor zarządzający Meta na Polskę i Europę Środkowo-Wschodnią, który – jak podkreślił Brzoska – jest związany z firmą od około dekady i odpowiada za operacyjne kierowanie koncernem w regionie. Wskazał również dyrektora ds. polityki publicznej na Europę Środkowo-Wschodnią, który zajmuje się relacjami z rządem i regulatorami.

    „A Wy bierzecie udział w przestępstwie – i nie będziecie mogli zasłaniać tym, że nie wiedzieliście… wiecie od ponad dwóch lat” – napisał. Prezes InPostu oskarżył kierownictwo Meta w Polsce o bycie „marionetkami” w koncernie, który – jak stwierdził – 16 proc. zysków czerpie z fałszywych wiadomości. „Ambicje zawodowe są ważne – ale twarz ma się tylko jedną!” – dodał.

    Sąd już orzekł na korzyść Brzoski

    Spór między Brzoską a Meta trwa od ponad dwóch lat. W lipcu 2024 roku biznesmen zgłosił koncernowi fałszywe reklamy na Facebooku i Instagramie wykorzystujące jego wizerunek. Sprawa trafiła do Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), który zobowiązał Meta, by na trzy miesiące zaprzestała publikowania w Polsce reklam z użyciem autentycznych danych i wizerunku Brzoski. Chodziło m.in. o deepfake’i, w których rzekomo namawiał do korzystania z platform inwestycyjnych.

    Przełom nastąpił w kwietniu 2026 roku. Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł, że Meta może odpowiadać za nieprawdziwe reklamy z wizerunkiem Brzoski. Tym samym odrzucono argument koncernu, jakoby platforma była wyłącznie „biernym hostingiem” – sąd uznał, że Meta aktywnie uczestniczy w procesie emisji reklam, weryfikuje je i decyduje o ich wyświetlaniu.

    Szerszy kontekst: walka z dezinformacją

    Problem nieprawdziwych treści na platformach Meta dotyczy nie tylko Brzoski. W kwietniu 2024 roku Komisja Europejska rozpoczęła formalne postępowanie w sprawie zwodniczych reklam i kampanii dezinformacyjnych. Kilkanaście miesięcy później nałożyła na Meta karę w wysokości 200 mln euro.

    W Europie wciąż trwa postępowanie dotyczące m.in. mechanizmów zgłaszania nielegalnych treści, ochrony dzieci oraz uzależniającego charakteru Facebooka i Instagrama. Brzoska wielokrotnie w przeszłości padał ofiarą dezinformacji i deepfake’ów – pojawiały się m.in. fałszywe informacje o pobiciu dziennikarki przez męża czy zatrzymaniu przez policję. Jego żona, Omenaa Mensah, również bywała celem podobnych ataków.

  • Dziura w NFZ na 22 mld zł. Ekonomista ostrzega: to dopiero początek spirali kosztów

    Dziura w NFZ na 22 mld zł. Ekonomista ostrzega: to dopiero początek spirali kosztów

    Polska ochrona zdrowia zmierza w kierunku finansowej zapaści, której skala zaczyna przypominać deficyty znane z systemu emerytalnego. Z projektu planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na 2027 rok wynika, że przychody i koszty mają wynieść około 237,3 mld zł, ale według ekspertów do utrzymania obecnego poziomu świadczeń zabraknie od 20 do 22 mld zł. Główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, Łukasz Kozłowski, nie ma wątpliwości – to nie chwilowy kryzys, lecz efekt głębokiego, systemowego niedoszacowania potrzeb Funduszu.

    Składka zdrowotna już nie wystarcza

    Jeszcze kilka lat temu NFZ finansował ze składki zdrowotnej około 95 proc. swojej działalności. Dziś – jak alarmuje Kozłowski – ten model się załamał. W projekcie na 2027 r. ze składki ma pochodzić nieco ponad 194 mld zł, a z dotacji budżetowej 35 mld zł. Tymczasem, aby pokryć pełne koszty wynikające z obowiązujących regulacji, dotacja musiałaby być wyższa o wspomniane 20–22 mld zł.

    Ekonomista zwraca uwagę, że ochrona zdrowia staje się bardziej deficytowa niż system ubezpieczeń społecznych. Do 2028 roku poziom pokrycia wydatków NFZ składką może spaść do 66–67 proc., podczas gdy w ZUS prognozuje się około 76–77 proc. „W ciągu zaledwie kilku lat ochrona zdrowia stała się więc bardziej deficytowa niż tradycyjnie deficytowy system emerytalny” – podkreśla Kozłowski.

    Spirala wynagrodzeń napędza koszty

    Źródłem problemu jest mechanizm waloryzacji płac w służbie zdrowia, wprowadzony w 2022 roku. Minimalne wynagrodzenia personelu medycznego rosną automatycznie, a ich wzrost jest przerzucany na wyceny świadczeń. To z kolei podbija koszty szpitali, co znów napędza oczekiwania płacowe. „Koszty leczenia rosną około 2,5 razy szybciej niż inflacja. Pomimo dokładania pieniędzy do NFZ jesteśmy w stanie leczyć coraz mniej pacjentów, a kolejki się wydłużają” – tłumaczy ekonomista.

    Próby ograniczenia wynagrodzeń, jak proponowane ostatnio przez Ministerstwo Zdrowia, mogą przynieść odwrotny skutek. Ze szpitali już płyną sygnały, że osoby zarabiające mniej będą oczekiwać wyrównania do nowego, maksymalnego pułapu, np. stawki 240 zł brutto za godzinę. Wprowadzenie zmian bez pełnych danych o rzeczywistych zarobkach personelu – które dopiero ma zebrać Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji – to zdaniem Kozłowskiego działanie po omacku.

    Szpitale toną w długach, pacjenci czekają miesiącami

    Kryzys finansowy NFZ już teraz przekłada się na sytuację szpitali. Po pierwszym kwartale 2026 roku zadłużenie publicznych placówek przekroczyło 37 mld zł, a zobowiązania wymagalne (przeterminowane) wzrosły do ponad 5 mld zł. „Zaległości płatnicze rosną w tempie kilkudziesięcioprocentowym kwartał do kwartału” – ostrzega Kozłowski.

    Konsekwencje dla pacjentów są coraz bardziej odczuwalne. W ambulatoryjnej opiece specjalistycznej w III kwartale 2025 r. na pilne wizyty czekało 776,5 tys. osób – to wzrost o ponad 135 proc. od I kwartału 2022 roku. Mediana czasu oczekiwania dla pacjentów pilnych sięga już prawie miesiąca, czyli dwukrotnie więcej niż w latach 2022–2023. „Pod koniec roku szpitale będą wstrzymywać przyjęcia, bo limity z NFZ zaczną się wyczerpywać” – prognozuje ekspert.

    Budżetowa karuzela nowelizacji

    Dotychczasowe próby ratowania płynności NFZ polegają na wielokrotnych nowelizacjach planu finansowego w trakcie roku. W 2025 roku pierwotnie przewidywano dotację w wysokości około 18,3 mld zł, ostatecznie wzrosła ona do około 32,9 mld zł. W 2026 roku początkowo planowano 26 mld zł, a kwota była potem podnoszona. Kozłowski zauważa, że w ciągu roku plan zmieniano już ponad 20 razy, a liczba nowelizacji może zbliżyć się do 40.

    Jednak rezerwy budżetowe kurczą się, a państwo musi jednocześnie finansować obronność, świadczenia społeczne i obsługę długu. „Jeżeli nie wyrwiemy się z tej spirali, sytuacja będzie się dalej pogarszać, a nie poprawiać” – podsumowuje ekonomista. Długoterminowe analizy wskazują, że bez zmiany modelu finansowania deficyt NFZ może w scenariuszu bazowym sięgnąć 171 mld zł w 2040 roku i 434 mld zł w 2060 roku.

    Projekt planu NFZ na 2027 r. przewiduje około 219,9 mld zł bezpośrednio na świadczenia. Najwięcej, bo prawie 108 mld zł, pochłonie leczenie szpitalne. Na podstawową opiekę zdrowotną przeznaczono około 25,6 mld zł, a na ambulatoryjną opiekę specjalistyczną jedynie 17,3 mld zł – kwotę zbliżoną, a nawet nieznacznie niższą niż w planie na 2026 rok. Eksperci ostrzegają, że jeśli nie zmieni się mechanizm waloryzacji płac, kolejki będą rosły, a system będzie leczyć coraz mniej pacjentów za coraz większe pieniądze.

  • Amerykańskie rezerwy ropy na najniższym poziomie od 1938 roku. Spór o bezpieczeństwo podziemnych kawern

    Amerykańskie rezerwy ropy na najniższym poziomie od 1938 roku. Spór o bezpieczeństwo podziemnych kawern

    Rezerwy strategiczne topnieją

    Amerykańskie strategiczne rezerwy ropy naftowej (SPR) osiągnęły poziom, jakiego nie widziano od 1938 roku. Według danych Energy Information Administration (EIA) na 7 sierpnia 2026 r. zapasy wyniosły zaledwie 298,69 mln baryłek. To o około 116 mln baryłek mniej niż pod koniec marca, co oznacza spadek o 28 procent. Wcześniejsze duże uwolnienia – najpierw za administracji Joe Bidena (ok. 270 mln baryłek w związku z sankcjami na Rosję), a później wiosną 2026 r. za Donalda Trumpa – mocno uszczupliły rezerwy. Teraz, w odpowiedzi na zakłócenia dostaw spowodowane wojną z Iranem, USA uwalniają kolejne 172 mln baryłek. Departament Energii szacuje, że po zakończeniu tych operacji SPR będzie liczyć około 243 mln baryłek.

    Zaskoczeniem dla analityków okazały się za to komercyjne zapasy ropy. W ciągu siedmiu dni poprzedzających 7 sierpnia wzrosły one o 17,4 mln baryłek – podczas gdy prognozy zakładały spadek o 1,4 mln. To największy tygodniowy przyrost od stycznia 2023 r. i czwarty najwyższy rezultat od początku prowadzenia tych pomiarów przed czterdziestoma laty. Mimo to zapasy komercyjne w USA wciąż pozostają blisko poziomów najniższych od września 2018 r.

    Cieśnina Ormuz – wąskie gardło światowego rynku

    Sednem globalnych problemów z podażą pozostaje cieśnina Ormuz. Przed wojną przepływało przez nią około 120 statków dziennie, transportujących co piątą baryłkę ropy i tyle samo gazu skroplonego. Teraz ruch zmalał do zaledwie kilkunastu jednostek dziennie – przykładowo w poniedziałek odnotowano 8 tankowców, a we wtorek 14, z czego 11 za zgodą Iranu. Niewielka część ropy jest transportowana alternatywnymi trasami – saudyjskim rurociągiem do Morza Czerwonego oraz szlakiem przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman – jednak te kanały nie rekompensują niedoboru. Światu brakuje kilku milionów baryłek dziennie. Donald Trump stwierdził w serwisie Truth Social, że „USA mają całkowitą kontrolę nad cieśniną Ormuz”. Ze strony irańskiej padła deklaracja, że cieśnina nie zostanie otwarta, dopóki trwa konflikt.

    Od końca lipca ceny surowca oscylują w przedziale od 75 do 100 dolarów za baryłkę. Uwagę analityków przykuwają również Chiny – ich import ropy spadł o około jedną trzecią w porównaniu z okresem przedwojennym, a nieoficjalne szacunki mówią o zapasach rzędu 1,2–1,4 mld baryłek.

    Spór o bezpieczeństwo podziemnych zbiorników

    Szybkie opróżnianie SPR budzi obawy o stan fizycznej infrastruktury. Ropa przechowywana jest w 60 kawernach solnych tysiące stóp pod ziemią, w czterech lokalizacjach wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej w Luizjanie i Teksasie.

    Amos Hochstein, starszy doradca ds. energii prezydenta Bidena, w czwartek w programie CNBC „Squawk Box” ostrzegł:

    „Nie wierzcie ludziom z rządu, którzy twierdzą, że zapasy ropy mogą wzrosnąć do 70 mln baryłek. To bzdura. Przy takim poziomie rezerwy zostałyby wyczerpane do punktu, w którym nigdy nie dałoby się ich odtworzyć.”

    Hochstein dodał, że nie zna nikogo, kto wierzy, że można zejść poniżej 300 mln baryłek, a wiele osób uważa, że zbliżenie się do tego progu fizycznie uszkodziłoby jaskinie, w których przechowywana jest ropa.

    Administracja Donalda Trumpa ma jednak odmienne zdanie. Ben Dietderich, rzecznik Departamentu Energii, w oświadczeniu dla CNBC nazwał te twierdzenia fałszywymi:

    „Kawerny są zawsze pełne. Zmienia się jedynie proporcja ropy do wody, która je wypełnia. Administracja Trumpa odpowiedzialnie zarządza SPR jako kluczowym zasobem bezpieczeństwa narodowego.”

    Mechanizm uwalniania ropy polega na pompowaniu wody na dno kawern, co wypiera ropę na powierzchnię. Dlatego, jak tłumaczy Dietderich, podziemne przestrzenie pozostają wypełnione – tyle że wodą zamiast ropy.

    Polskie akcyzy i globalny kontekst

    Globalna układanka ma bezpośrednie przełożenie na ceny paliw w Polsce. Na krajowym rynku w perspektywie najbliższych czternastu dni kierowcy odczują jednak skutki rządowej obniżki stawki VAT na paliwa do 8 procent. Długoterminowo sytuacja na Bliskim Wschodzie i stan amerykańskich rezerw będą jednak kluczowe. Obecnie SPR wynosi 298,69 mln baryłek, a po zakończeniu planowanych uwolnień – jak informuje Departament Energii – ma spaść do około 243 mln baryłek.

  • Chińskie statki ruszają w Arktykę. Nowy szlak omija Bliski Wschód

    Chińskie statki ruszają w Arktykę. Nowy szlak omija Bliski Wschód

    Rosyjski państwowy koncern jądrowy Rosatom udzielił siedmiu zezwoleń dla chińskich statków na przepłynięcie Północną Drogą Morską. To arktyczny szlak łączący Azję Wschodnią z Europą. Decyzja dotyczy jednego z chińskich armatorów, który zamierza rozpocząć regularne przewozy towarowe. Pierwsze rejsy w ramach zapowiedzianego programu mają wystartować już w sierpniu.

    Chiński armator zaczyna w sierpniu

    Informację o wydaniu zezwoleń przekazał Aleksiej Lichaczow, szef Rosatomu. Firma Sea Legend Shipping zapowiada, że jeszcze w 2026 r. uruchomi stałe połączenie. Armator zaplanował osiem letnich rejsów, nazywanych arktycznym ekspresem. Pierwszy z nich wystartuje 15 sierpnia z portu Ningbo-Zhoushan, położonego na wschodnim wybrzeżu Chin.

    Lichaczow tłumaczył, że poprzednie rejsy kontenerowców tym szlakiem miały przeważnie charakter testowy lub jednorazowy. W 2026 r. ma to wyglądać inaczej.

    „W odróżnieniu od poprzednich rejsów kontenerowców tym szlakiem, które miały przeważnie charakter testowy lub jednorazowy, program na rok 2026 przewiduje pełnowartościowe, regularne połączenie, w ramach którego statki pływałyby co tydzień w sezonie nawigacyjnym” – powiedział Lichaczow.

    W praktyce oznacza to, że zamiast pojedynczych, pokazowych przepraw chiński armator zakłada cotygodniowe wypłynięcia w sezonie nawigacyjnym.

    Koreański armator też płynie na północ

    Na tym samym szlaku pojawi się także południowokoreańska linia PanStar Group. Tydzień po starcie chińskiego ekspresu, 22 sierpnia, jej statek wypłynie z Pusan i skieruje się do trzech europejskich portów: Rotterdamu, Hamburga i Gdańska.

    Przedstawiciele firmy szacują, że pokonanie Północnej Drogi Morskiej zajmie 19 dni, czyli mniej więcej połowę czasu, jakiego wymaga klasyczna trasa przez Kanał Sueski.

    Oba rejsy przypadają w sezonie nawigacyjnym: chiński armator zapowiedział osiem letnich kursów, a koreański wypływa 22 sierpnia.

    Najpierw był rejs testowy

    Zanim zapowiedziano regularne kursy, arktyczna trasa była sprawdzana przez chiński kontenerowiec. To był pierwszy chiński kontenerowiec na tej trasie. W 2025 r. jednostka dotarła z Chin do Europy w 20 dni, a 13 października zawinęła do Felixstowe w Wielkiej Brytanii. Port leży na północny wschód od Londynu. Lichaczow porównał ten wynik z trasą przez Kanał Sueski, która zajęłaby 37 dni.

    Północna Droga Morska należy do Przejścia Północno-Wschodniego, opisywanego jako najkrótsza droga morska z Azji Wschodniej do Europy. W porównaniu z Kanałem Sueskim jest krótsza o około jedną trzecią. Ocieplenie klimatu w Arktyce sprawia, że wody tego szlaku są coraz bardziej dostępne dla żeglugi.

    Geopolityczne tło

    Zdaniem Lichaczowa rola Północnej Drogi Morskiej rośnie, bo przewoźnicy szukają alternatyw dla niestabilnej sytuacji na Bliskim Wschodzie. Prezes Rosatomu wskazał na trwającą wojnę USA i Izraela z Iranem jako czynnik, który napędza rozwój tego szlaku. Portal Nikkei Asia odnotowuje z kolei, że postępujące topnienie arktycznego lodu otwiera nowy korytarz transportowy i przyciąga uwagę firm z Azji poszukujących alternatywy wobec niestabilnej sytuacji na Bliskim Wschodzie.

    Eksperci studzą entuzjazm

    Nie wszyscy podzielają jednak optymizm. Malte Humpert z Arctic Institute wskazuje, że europejskie firmy wycofały się z arktycznej żeglugi.

    „Połączenie obaw o środowisko oraz sankcji nałożonych na Rosję sprawiło, że europejskie interesy żeglugowe w Arktyce zostały głęboko zamrożone” – ocenił ekspert.

    Humpert dodał, że Europie grozi utrata kompetencji w budowie jednostek zdolnych do pływania w trudnych warunkach polarnych oraz w szkoleniu marynarzy specjalizujących się w nawigacji na północnych akwenach.

    Analitycy zalecają ostrożność, bo północny szlak przez długi czas pozostanie kosztowny, sezonowy i obarczony poważnym ryzykiem. Dodatkową niewiadomą jest dostępność ładunków powrotnych z Europy do Azji; jeśli będzie ich za mało, opłacalność rejsów spadnie.

    Na razie najwięksi gracze stronią od tej drogi. Największe europejskie linie transportowe oraz chiński potentat COSCO systematycznie unikają jej ze względu na bezpieczeństwo, wpływ na środowisko i ryzyko sankcji. Władze państw skandynawskich z niepokojem obserwują natomiast rosyjską aktywność militarną i gospodarcze ambicje Chin w Arktyce.

  • 12 ofiar na M3. Właściciel autokaru i minister zabierają głos po tragedii

    12 ofiar na M3. Właściciel autokaru i minister zabierają głos po tragedii

    Koszmarna noc na węgierskiej M3

    Do tragedii doszło w nocy z 15 na 16 sierpnia około godziny 1:00 na autostradzie M3 na Węgrzech. Polski autokar wypadł z drogi i wpadł do przydrożnego rowu. Bilans to 12 ofiar śmiertelnych i co najmniej 20 rannych. Jak przekazał rzecznik polskiego MSZ, siedem osób jest poważnie rannych, a pozostali odnieśli lżejsze obrażenia. Wszyscy pasażerowie to Polacy; w pojeździe znajdowało się 59 osób – 57 turystów i dwóch kierowców.

    Węgierska policja wstępnie podała, że kierowca najprawdopodobniej zasnął za kierownicą. Dokładna przyczyna wypadku nie została na razie ustalona.

    Właściciel firmy: jechali doświadczeni kierowcy

    Autokar należał do przewoźnika „Michael” s.c. z siedzibą w Osieku Jasielskim na Podkarpaciu. Firmą kierują Tadeusz i Teresa Dykas. W rozmowie z Business Insiderem Tadeusz Dykas przyznał: „Potwierdzam, autokar należał do mojej firmy”. Dodał, że na ten moment wiadomo tylko, iż autokar jechał z Medżugorie i prowadziło go dwóch doświadczonych kierowców. Obaj przeżyli wypadek.

    Przewoźnik działa pod marką Michael – Autokary Jasło. Na stronie internetowej deklaruje „28 lat na rynku”, choć dane rejestrowe wskazują na rozpoczęcie działalności w 2007 r. Firma oferuje wynajem autokarów oraz krajowe i zagraniczne przewozy osób. To firma autokarowo-przewozowa, a nie mały przewoźnik busowy. Jest też wymieniona w oficjalnym dokumencie dotyczącym transportu publicznego w powiecie jasielskim jako jeden z przewoźników realizujących przewozy uzupełniające.

    Minister infrastruktury: kontrole i kondolencje

    Do sprawy odniósł się minister infrastruktury Dariusz Klimczak. Na platformie X w niedzielę rano zapowiedział, że zlecił GITD wzmocnione kontrole przewoźników i autokarów. Jak podkreślił, inspektorzy mają sprawdzać m.in. techniczne przygotowanie pojazdów, to, czy kierowcy przestrzegają norm czasu pracy i odpoczynku, oraz jak przewożeni są pasażerowie. Minister dodał, że rozmawiał już z GITD i czeka na wyniki kontroli przewoźnika, którego autobus uległ wypadkowi.

    „Nie ma zgody na kompromisy w kwestii bezpieczeństwa” – napisał Klimczak. W kolejnym wpisie przekazał kondolencje rodzinom ofiar i zapewnił, że myślami jest z poszkodowanymi.

    Co mówią statystyki o autokarach?

    Z analiz Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, Komendy Głównej Policji i Instytutu Transportu Samochodowego wynika, że autokary są obecnie wśród najbezpieczniejszych środków transportu na polskich drogach. Ich kierowcy odpowiadają za około 2 proc. wszystkich wypadków rocznie. W czasie sezonowych kontroli inspektorzy zatrzymują dowody rejestracyjne tylko w kilku procentach przypadków, a awarie wymagające natychmiastowego zatrzymania pojazdu to mniej niż 1 proc. przebadanych aut.

    Najczęstsze usterki to wycieki płynów, zużyte ogumienie, problemy z oświetleniem lub zawieszeniem. Eksperci wskazują jednak, że większym wyzwaniem niż stan techniczny jest przemęczenie kierowców na długich trasach, a także nieprzestrzeganie norm czasu pracy i odpoczynku oraz manipulacje w zapisach tachografów. Przypadki jazdy autokarem pod wpływem alkoholu są marginalne. Do poprawy bezpieczeństwa przyczynia się też rosnąca świadomość pasażerów oraz darmowy system Bezpieczny Autobus, który pozwala przed podróżą sprawdzić ważność badań technicznych i ubezpieczenia pojazdu.

    Nie pierwsza taka katastrofa

    W ciągu ostatnich 26 lat polskie autokary uczestniczyły za granicą w około 38 wypadkach, z czego 21 było śmiertelnych. Łączny bilans to około 124 ofiary śmiertelne i co najmniej 728 poszkodowanych. Najwięcej zdarzeń – 11 – odnotowano w Niemczech. Jak wynika z analiz, wiele najtragiczniejszych wypadków dotyczyło pielgrzymek albo wyjazdów turystycznych. Zdarzały się też takie, w których pasażerowie autokaru nie ucierpieli, a ofiary były w innych pojazdach – w 2012 r. w Serbii zginęło w ten sposób trzech policjantów.

    Do najpoważniejszych należała katastrofa w Chorwacji w 2022 r., kiedy w pobliżu Zagrzebia zginęło 12 pielgrzymów jadących do Medżugorie. Z kolei w 2002 r. w okolicach Balatonu na Węgrzech życie straciło 19 turystów z Lubelszczyzny. Teraz dochodzi do kolejnej tragedii na węgierskiej trasie.

    Śledczy wciąż ustalają, co dokładnie wydarzyło się na M3. Na razie wiadomo, że autokar jechał z Medżugorie, a w chwili wypadku kierowało nim dwóch doświadczonych kierowców.

  • 5,9 mld zł w lipcu. Obligacje wciąż dyktują tempo, ale akcje odrabiają straty

    5,9 mld zł w lipcu. Obligacje wciąż dyktują tempo, ale akcje odrabiają straty

    Lipiec 2026 r. upłynął polskim funduszom inwestycyjnym pod znakiem wyraźnego przyspieszenia. Z danych opublikowanych przez portal Analizy.pl wynika, że napływy netto do funduszy wyniosły 5,9 mld zł, czyli o blisko 1 mld zł więcej niż w czerwcu. To drugi miesiąc z rzędu, w którym łączne saldo przekroczyło 5 mld zł. Do funduszy detalicznych trafiło przy tym 5,3 mld zł, a do funduszy zdefiniowanej daty PPK – ponad 0,6 mld zł.

    Obligacje na czele stawki

    Niezmiennie największym zainteresowaniem cieszyły się fundusze dłużne. W lipcu zgromadziły one 3,4 mld zł netto wobec 2,8 mld zł miesiąc wcześniej, co dało najlepszy wynik tej kategorii od lutego. Tym samym produkty dłużne odpowiadały za ponad połowę wszystkich lipcowych wpłat netto. Większość nowych pieniędzy, bo ponad 2 mld zł, trafiła do funduszy obligacji krótkoterminowych. Do funduszy polskich obligacji średnio- i długoterminowych wpłynęło 0,6 mld zł, a produkty nastawione na dłuższe papiery przyciągnęły dwukrotnie więcej kapitału niż w czerwcu. Napływy do rozwiązań krótkoterminowych pozostały przy tym na podobnym poziomie jak miesiąc wcześniej. Do rekordów sprzed pół roku wciąż jednak nieco brakuje – wówczas wpłaty do funduszy obligacji sięgały nawet 6–7 mld zł.

    Co istotne, lipcowe wpłaty nie ominęły żadnej z głównych kategorii – wszystkie zakończyły miesiąc dodatnim saldem sprzedaży. Mimo wzrostów rentowności obligacji skarbowych, które przełożyły się na spadki cen i cofnęły wyceny wielu funduszy do poziomów sprzed kilku miesięcy, klienci TFI pozostali cierpliwi.

    Na liście najpopularniejszych produktów detalicznych przodowały PKO Obligacji Skarbowych Średnioterminowy oraz PKO Obligacji Uniwersalny. W pierwszej dziesiątce znalazły się wyłącznie fundusze dłużne, a największe odpływy odnotował inPZU Obligacje Rynków Wschodzących.

    Akcje i mieszane w górę

    Lipiec przyniósł też poprawę nastrojów wobec funduszy akcyjnych. Łączne saldo tej grupy wzrosło o 75 mln zł w porównaniu z czerwcem, do 756 mln zł, co jest drugim najlepszym miesięcznym wynikiem w 2026 r. Wcześniej przez trzy miesiące napływy do tej kategorii utrzymywały się w przedziale 0,6–0,7 mld zł. Podobnie jak w poprzednich miesiącach, większa część nowych środków – 451 mln zł – trafiła do funduszy akcji zagranicznych. Fundusze akcji polskich przyciągnęły 305 mln zł wobec 184 mln zł w czerwcu, a cały miesięczny przyrost był wyłącznie ich zasługą. Jak wynika z zestawienia Analizy.pl, dodatnie saldo nie było dziełem pojedynczych funduszy; w obu grupach przewagę wpłat miała szeroka część oferty.

    Jeszcze lepszy wynik zanotowały fundusze mieszane, które pozyskały 884 mln zł netto. To ich drugi najlepszy miesięczny rezultat w tym roku, po styczniu, gdy napływ przekroczył 1 mld zł. Solidnie wypadły też fundusze absolutnej stopy zwrotu (122 mln zł) oraz surowcowe (83 mln zł), które odwróciły czerwcowy odpływ w wysokości 120 mln zł.

    Kto rozdawał karty

    Wśród towarzystw funduszy inwestycyjnych liderem został PKO TFI, do którego funduszy napłynęło netto 1,48 mld zł. Kolejne miejsca zajęły Erste TFI z wynikiem 676 mln zł oraz Pekao TFI z napływem 662 mln zł. Tuż za podium znalazło się TFI PZU z saldem 641 mln zł. W gronie TFI nienależących do grup bankowych ani ubezpieczeniowych najlepiej wypadł Quercus TFI, który zgromadził 175 mln zł netto i wyprzedził m.in. BNP Paribas TFI oraz Alior TFI. Zdecydowana większość towarzystw zakończyła lipiec z przewagą wpłat nad wypłatami.

    Odbudowa po marcowym załamaniu

    Zestawienie Analizy.pl pokazuje, że sprzedaż funduszy wróciła na wyraźną ścieżkę wzrostu po marcowym załamaniu. Miesięczne saldo zwiększyło się z 1,8 mld zł w kwietniu do 2,7 mld zł w maju, 5,0 mld zł w czerwcu i 5,9 mld zł w lipcu. Łącznie od początku 2026 r. polskie fundusze inwestycyjne pozyskały już blisko 27 mld zł netto.

  • Kruk szykuje się do lotu. Rekordowa EBITDA i miliardowe wpływy

    Kruk szykuje się do lotu. Rekordowa EBITDA i miliardowe wpływy

    Kruk opublikował wstępne wyniki za drugi kwartał i pierwsze półrocze 2026 roku. Mimo lekkiego spadku zysku netto, rynek zareagował zwyżką kursu, a w tle pojawiły się rekordowe wartości operacyjne. Notowania spółki w środę oscylowały w okolicach 435 zł, a pretekstem do wzrostów były właśnie nowe dane finansowe.

    Zysk niższy, ale oczekiwany

    W pierwszym półroczu Kruk szacuje zysk netto na poziomie 555 mln zł. Z tego wynika, że sam drugi kwartał przyniósł 293 mln zł zysku. To oznacza spadek o około 12% w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej. Dla rynku nie było to jednak zaskoczeniem – analitycy prognozowali bowiem wynik netto w okolicach 270 mln zł, więc faktyczna wartość okazała się nawet nieco lepsza od oczekiwań.

    Na szacowane wyniki negatywny wpływ miało osłabienie kursu rumuńskiego leja (RON) względem euro (EUR) – wskazuje Piotr Krupa, prezes i CEO Kruka. Analityk Trigon DM w swojej prognozie zakładał ujemne bilansowe różnice kursowe netto na poziomie około 50 mln zł w drugim kwartale 2026 roku, wobec 30 mln zł w drugim kwartale 2025 roku. W materiałach źródłowych jeden z analityków Trigon DM, Maciej Marcinowski, przedstawił szczegółową prognozę zakładającą negatywne różnice kursowe netto w wysokości około 50 mln zł, podczas gdy w innym źródle podobną prognozę przypisano Grzegorzowi Kujawskiemu z Trigon DM. Oba źródła są traktowane jako pierwotne, co oznacza, że przypisanie konkretnej prognozy do konkretnego analityka może być niejednoznaczne.

    Rekordowa EBITDA i miliardowe wpływy

    Mimo słabszego zysku netto, spółka może pochwalić się rekordowymi wynikami operacyjnymi. Jak poinformował Piotr Krupa, firma szacuje, że w pierwszym półroczu osiągnie blisko 1,4 mld zł gotówkowej EBITDA, co byłoby najlepszym wynikiem w historii.

    Prezes Kruka podkreślił:

    Zainwestowaliśmy ponad 860 mln zł w portfele wierzytelności oraz odnotowaliśmy najwyższe w historii pierwszego półrocza spłaty z portfeli nabytych, łącznie ponad 2 mld zł, i to pomimo ograniczonych inwestycji w Hiszpanii.

    Pozytywne odchylenia spłat od założeń księgowych wyniosły w drugim kwartale 5% – nieco mniej niż przed rokiem, ale lekko więcej niż w pierwszym kwartale. W efekcie w drugim kwartale saldo pozytywnych rewaluacji wyniosło około 135 mln zł, co stanowiło 1,1% wartości portfela, wobec 1,3% przed rokiem.

    Co na to analitycy?

    Analitycy nie są zaskoczeni tempem hamowania zysku. Jeden z analityków Trigon DM, cytowany w materiałach, zwraca uwagę, że poziom lewara spółki pozostaje stabilny, a strategia utrzymania wskaźnika ND poniżej 3x cash EBITDA ogranicza istotny wzrost inwestycji w portfele. Na tym tle – zdaniem analityka – konkurencja prezentuje się lepiej niż jeszcze kilka kwartałów temu. Przykładowo Hoist Finance, dla którego Polska jest trzecim rynkiem pod kątem wartości globalnego portfela wierzytelności (14% portfela), w drugim kwartale 2026 roku miał CET-1 na poziomie 13% wobec wymogu regulatora na poziomie 8,8% i celu zarządu wynoszącego 11-12%. B2Impakt, gdzie Polska stanowi 33% globalnego ERC z portfeli niezabezpieczonych, ma po pierwszym kwartale 2026 roku wskaźnik ND/cash EBITDA na poziomie 2x. Intrum – najbardziej zadłużona spółka z branży w Europie spośród notowanych – zakończyła w czerwcu emisję akcji o wartości 7,5 mld SEK, choć lewar po tej operacji przekroczy 3,5x cash EBITDA, a celem do 2028 roku jest mnożnik 3x.

    Grzegorz Kujawski z Trigon DM podchodzi do całościowych wyników neutralnie i stwierdza, że konieczne są szczegółowe dane, aby ocenić zachowanie poszczególnych rynków i ewentualne zmiany w założeniach modelowych, które będą raczej wykraczały poza 2026.

    Mimo że Kruk pozostaje „wymagającą” spółką, trzy ostatnie rekomendacje analityków zalecają kupno akcji. Najbardziej optymistyczna wycena, autorstwa Grzegorza Kujawskiego, zakłada cenę docelową na poziomie 550 zł.

    Co dalej?

    Pełny raport za pierwsze półrocze 2026 roku ma zostać opublikowany 26 sierpnia. Dzień później spółka zaplanowała konferencję wynikową, na której zarząd przedstawi szczegółowy komentarz do osiągniętych rezultatów i perspektyw na kolejne okresy.

  • Koniec abonamentu RTV? Ministerstwo pokazuje opłatę ~9 zł rozliczaną w PIT

    Koniec abonamentu RTV? Ministerstwo pokazuje opłatę ~9 zł rozliczaną w PIT

    Ministerstwo Kultury przedstawiło projekt, w którym abonament RTV ma zniknąć i zostać zastąpiony nową opłatą audiowizualną. Obecnie abonament kosztuje 30,50 zł miesięcznie za telewizor lub telewizor z radiem i 9,50 zł za samo radio. W projektowanym systemie rozważana jest opłata około 9 zł, powiązana z rozliczeniem PIT. Zmiana ma też uwolnić posiadaczy odbiorników od obowiązku ich rejestracji.

    Opłata audiowizualna zamiast abonamentu

    Projekt zakłada, że media publiczne otrzymają 2,5 mld zł rocznie. W wariancie opisanym przez Ministerstwo Kultury nowa opłata audiowizualna wynosiłaby około 9 zł i byłaby rozliczana razem z rocznym zeznaniem podatkowym PIT. W obecnym systemie opłata jest przypisana do posiadanego sprzętu – telewizora lub radia – i to ma się zmienić. Zniknąć ma także obowiązek rejestracji odbiorników, który dziś ciąży na posiadaczach telewizorów i radioodbiorników.

    Resort kultury argumentuje, że media są dziś dostępne nie tylko przez tradycyjny telewizor czy radio, ale także w internecie.

    „Media są dziś dostępne nie tylko za pośrednictwem tradycyjnego telewizora czy radia, ale również przez Internet” – argumentuje resort kultury.

    Kiedy reforma?

    Zgodnie z projektem nowe zasady mogłyby obowiązywać od 1 stycznia 2027 roku. Dokument jest dopiero na etapie prac rządowych. Zanim reforma wejdzie w życie, projekt musi przyjąć Rada Ministrów, następnie uchwalić Sejm i Senat, a na końcu podpisać prezydent. Dopiero potem Poczta Polska przestałaby upominać się o comiesięczne opłaty.

    Jak dziś wyglądają kontrole?

    Póki co obowiązują dotychczasowe przepisy. Kontrole abonamentu prowadzą upoważnieni pracownicy Poczty Polskiej, a zadania z tym związane realizuje Centrum Obsługi Finansowej. Zwykły listonosz, który doręcza przesyłkę albo emeryturę, nie jest kontrolerem – do przeprowadzania kontroli potrzebne jest odpowiednie upoważnienie. Wokół abonamentowych kontroli narosło zresztą wiele mitów, szczególnie wokół listonoszy; Poczta Polska podkreśla przy tym, że czynności sprawdzające wykonują wyłącznie pracownicy z upoważnieniem.

    Przed rozpoczęciem kontroli pracownik powinien przedstawić upoważnienie do wykonywania czynności kontrolnych oraz legitymację służbową. Na żądanie musi też okazać dowód osobisty.

    Przy kontroli nie liczy się to, co akurat jest na ekranie. Kluczowe jest, czy w miejscu kontroli znajduje się odbiornik, czy jest technicznie zdolny do natychmiastowego odbioru programu i czy został zarejestrowany. Zgodnie z ustawą, kto ma sprawny odbiornik, jest traktowany tak, jakby go używał. Deklaracja, że ktoś nie ogląda telewizji, nie zwalnia z abonamentu – również wtedy, gdy telewizor służy wyłącznie do serwisów streamingowych.

    Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 7 marca 2023 r. (sygn. II GSK 94/20) wskazał, że kontroler powinien ustalić obecność urządzenia, jego zdolność do natychmiastowego odbioru programu, fakt rejestracji oraz okres używania. Ustawa przewiduje na rejestrację 14 dni.

    Czy kontroler może wejść do mieszkania?

    Uprawniony pracownik Poczty Polskiej nie ma takich kompetencji jak policjant czy organy skarbowe. Przepisy o abonamencie nie pozwalają mu wejść do prywatnego mieszkania wbrew woli mieszkańca ani żądać dostępu do niego w celu sprawdzenia odbiorników. Odmowa wpuszczenia kontrolera nie sprawia jednak, że obowiązek płacenia znika. Jeśli ktoś ma sprawny odbiornik, powinien go zarejestrować i opłacać abonament niezależnie od wizyt kontrolerów.

    Obowiązek dotyczy też radioodbiorników w samochodach. Kontrolerzy mogą udokumentować ich obecność, fotografując pojazd przez szybę; zdjęcie z widocznym numerem rejestracyjnym może być materiałem dowodowym w sprawie.

    Jakie kary?

    Kara za brak abonamentu to 30-krotność podstawowej opłaty miesięcznej. Przy radioodbiorniku, za który w 2026 roku płaci się 9,50 zł miesięcznie, daje to 285 zł. Przy telewizorze, gdzie stawka wynosi 30,50 zł, kara sięga 915 zł i jest powiększana o zaległe miesiące. Zaległości mogą być naliczane nawet za pięć lat wstecz.

    Co dalej?

    Projekt likwidacji abonamentu to na razie propozycja w trakcie prac rządowych, a nie obowiązujące prawo. Do czasu zakończenia procesu legislacyjnego posiadacze odbiorników w Polsce nadal muszą rejestrować sprzęt i płacić abonament w dotychczasowych stawkach.

  • Amerykański dług coraz droższy. 30-letnie obligacje najdroższe od 2001 roku

    Amerykański dług coraz droższy. 30-letnie obligacje najdroższe od 2001 roku

    Amerykański rząd płaci dziś za pożyczanie pieniędzy najwięcej od ponad dwóch dekad. W czwartek Departament Skarbu USA sprzedał 30-letnie obligacje po rentowności, jakiej nie widziano od 2001 roku. To sygnał, że koszt obsługi gigantycznego długu Stanów Zjednoczonych gwałtownie rośnie, co odbija się na całej gospodarce i budżecie federalnym.

    30-letnie obligacje z rentownością 5,24% – najwyżej od 25 lat

    Nowa emisja 30-letnich obligacji o wartości 25 mld USD została wyceniona na około 5,24%. To najwyższy koszt pożyczki dla Waszyngtonu od 2001 roku. Dzień wcześniej, w środę 12 sierpnia, aukcja 10-letnich obligacji zakończyła się rentownością 4,683% – najwyższą od czasu globalnego kryzysu finansowego z 2007 roku. Na obu aukcjach popyt był obecny, ale inwestorzy domagali się znacznie wyższej premii za ryzyko.

    Inflacja powyżej celu Rezerwy Federalnej oraz rosnące deficyty budżetowe to główne czynniki windujące rentowności długoterminowych papierów skarbowych. Do tego dochodzi wzrost cen ropy naftowej napędzany napięciami na Bliskim Wschodzie, który grozi utrzymaniem presji inflacyjnej. Silny wzrost amerykańskiej gospodarki z kolei osłabia tradycyjny popyt na obligacje jako bezpieczną przystań, a duża liczba emisji obligacji korporacyjnych zmusza rząd do ostrzejszej konkurencji o kapitał inwestorów.

    Chiński popyt słabnie, japońskie obligacje kuszą

    Struktura globalnego popytu na amerykański dług ulega zmianie. Chiny, które jeszcze dekadę temu posiadały ponad 1,27 bln USD w amerykańskich obligacjach, według danych z maja 2026 roku zredukowały stan posiadania do około 659 mld USD. Japonia pozostaje największym zagranicznym wierzycielem USA z około 1,14 bln USD, ale rosnące rentowności japońskich obligacji rządowych (JGB) zwiększają atrakcyjność lokowania kapitału na własnym rynku. To ogranicza jedno z kluczowych źródeł popytu zagranicznego na amerykańskie treasuries.

    „To ostrzeżenie” – mówi zarządzający funduszem

    „Nie jesteśmy jeszcze na poziomie, na którym ludzie wydają się szaleć, mówiąc: 'Chcę kupić 30-letnie obligacje’, i to powinno być ostrzeżeniem” – powiedział John Fath, partner zarządzający w BTG Pactual Asset Management US LLC. Jego zdaniem sekretarz skarbu Scott Bessent może próbować zmniejszyć podaż obligacji długoterminowych, ale problem nie leży tylko w nowych emisjach – na rynku pojawiają się nowi sprzedawcy.

    Koszty obsługi długu sięgnęły 1,17 bln USD

    Rosnące oprocentowanie długu publicznego przekłada się bezpośrednio na budżet. W bieżącym roku fiskalnym koszty odsetkowe netto USA sięgnęły 1,17 bln USD – to wzrost o 15% w porównaniu z poprzednim okresem, częściowo właśnie z powodu wyższych rentowności. Tylko w pierwszym kwartale roku fiskalnego 2026 odsetki przekroczyły 270 mld USD. W całym FY2026 wydatki na obsługę długu mogą przekroczyć 1 bln USD, co stanowi około 3,3% PKB Stanów Zjednoczonych.

    Fed nie ratuje już długiego końca krzywej

    Rezerwa Federalna zakończyła program ilościowego zacieśniania (QT) 1 grudnia 2025 roku, a następnie rozpoczęła zakupy w ramach zarządzania rezerwami. Fed kupuje głównie krótkoterminowe bony skarbowe (treasury bills), ale nie prowadzi obecnie programu skupu aktywów na wzór pandemicznego QE, który bezpośrednio wspierałby rentowności 10- i 30-letnich obligacji. Długi koniec krzywej musi zatem sam znaleźć równowagę między podażą a oczekiwaniami inwestorów.

    Mechanizm spirali długu – elementy widoczne w danych

    Eksperci zwracają uwagę na niepokojącą zależność: większy deficyt wymaga większej emisji obligacji, większa podaż winduje rentowności, a wyższe rentowności zwiększają koszty obsługi długu, co z kolei powiększa deficyt. Poszczególne elementy tego mechanizmu są już widoczne w danych. Departament Skarbu w znacznym stopniu opiera się na krótkoterminowych emisjach, co ułatwia absorpcję długu, ale czyni budżet bardziej wrażliwym na przyszły poziom stóp procentowych. USA wciąż mogą pożyczać ogromne kwoty, ale cena tego finansowania, jak pokazują ostatnie aukcje, jest najwyższa od lat.

  • Norweski fundusz majątkowy bije rekordy. Azjatyckie spółki technologiczne motorem wzrostu

    Norweski fundusz majątkowy bije rekordy. Azjatyckie spółki technologiczne motorem wzrostu

    Największy na świecie państwowy fundusz majątkowy – zarządzany przez Norges Bank Investment Management – właśnie pochwalił się rekordowymi wynikami za pierwsze półrocze 2026 roku. Wartość portfela sięgnęła 22,7 biliona koron norweskich (równowartość około 2,4 biliona dolarów), a zysk netto wyniósł około 176,3 miliarda dolarów.

    Stopa zwrotu funduszu osiągnęła 9,4% i była o 0,22 pkt proc. wyższa od przyjętego indeksu porównawczego. Różnica ta przełożyła się na około 4,5 miliarda dolarów dodatkowego zysku.

    „Niezwykłe półrocze” – mówi szef funduszu

    – To było niezwykłe półrocze. W wiadomościach obserwowaliśmy wiele dramatycznych wydarzeń. Wartość funduszu jednak wzrosła, a kwota 2,285 bln USD jest najwyższą odnotowaną kiedykolwiek na koniec kwartału – powiedział podczas konferencji prasowej w Arendal dyrektor generalny Nicolai Tangen.

    Dodał, że świetne wyniki to przede wszystkim zasługa azjatyckich spółek technologicznych, które w pierwszej połowie roku odnotowały bardzo silne zwyżki.

    Jak rozłożyły się zyski?

    Akcje przyniosły funduszowi 13% zwrotu, a obligacje – 0,9%. Jeśli chodzi o nieruchomości, jedno ze źródeł podaje zwrot na poziomie 5,9%, podczas gdy inne mówi o 3% – różnica wynika prawdopodobnie z odmiennego zakresu ujętych aktywów. Inwestycje w niezarejestrowaną infrastrukturę energetyki odnawialnej przyniosły stratę na poziomie 0,2%.

    Najwyższe stopy zwrotu z akcji odnotowano w regionie Azji i Oceanii – aż 31,3%. Liderami były tam firmy telekomunikacyjne i technologiczne.

    W portfelu dominują akcje (72,1% całego funduszu). Na czele listy największych udziałów znajdują się Nvidia Corp., Microsoft Corp. i Apple Inc. Łącznie dziesięć największych spółek stanowi już ponad 20% całego portfela akcyjnego.

    Nowa inwestycja: SpaceX

    W pierwszym półroczu fundusz nabył udziały w SpaceX o wartości 1,2 miliarda dolarów, co odpowiada około 0,05% akcji prywatnej spółki Elona Muska.

    Co z polskimi inwestycjami?

    Norweski gigant pozostaje aktywnym inwestorem nad Wisłą. Na koniec czerwca miał udziały w 75 polskich spółkach o łącznej wartości około 2,36 miliarda dolarów. Największą pozycją było Allegro (ok. 504 mln USD), a w pierwszej piątce znalazły się również PKO BP, LPP, Benefit Systems i CD Projekt.

    Fundusz posiadał też polskie obligacje o wartości 1,38 miliarda dolarów – głównie skarbowe (1,31 mld USD), ale także emitowane przez Bank Gospodarstwa Krajowego (40,5 mln USD) i PKO Bank Hipoteczny (31,8 mln USD). Warto odnotować, że zaangażowanie w Orlen systematycznie spadało: z 0,17% akcji (ok. 53,9 mln USD) w styczniu 2026 r. do niespełna 0,1% (ok. 35,8 mln USD) na koniec czerwca.

    Ostrzeżenie: bańka AI i wojna handlowa

    Mimo rekordu Nicolai Tangen nie ukrywa obaw. Jego zdaniem wartość funduszu może się gwałtownie skurczyć w przypadku pęknięcia bańki związanej ze sztuczną inteligencją połączonej z eskalacją wojny handlowej między USA a Chinami. NBIM wylicza, że w scenariuszu zbliżonym do Wielkiego Kryzysu z 1929 roku majątek mógłby spaść z ponad 2,22 bln USD do mniej niż 1,01 bln USD.

    – Czy fundusz naftowy może zniknąć? Tak. Najgorsze jest to, że w świecie, w którym obecnie żyjemy, nie jest to zupełnie nieprawdopodobne. Żadne państwo w historii nie zdołało na dłuższą metę zachować tak wielkiego majątku – przestrzegł Tangen.

    Krótka historia i skala

    Norweski fundusz majątkowy (Statens pensjonsfond) to państwowa jednostka utworzona w 1990 roku przez parlament; pierwsze pieniądze wpłynęły w 1996 r. Jego zadaniem jest ochrona gospodarki przed wahaniami cen ropy i gazu oraz budowanie oszczędności dla przyszłych pokoleń. Dziś fundusz posiada około 1,5% wszystkich notowanych na giełdach akcji na świecie i jest jednym z największych globalnych inwestorów w spółki związane ze sztuczną inteligencją. Gdyby nie umocnienie korony norweskiej po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej, wzrost wartości byłby jeszcze większy – różnice kursowe obniżyły aktywa o około 43 mld USD.