Blog

  • Polski sektor bankowy czeka konsolidacja? Eksperci wskazują, kto może być następny

    Polski sektor bankowy czeka konsolidacja? Eksperci wskazują, kto może być następny

    Rok 2026 przyniósł niespotykane od lat ożywienie na rynku fuzji i przejęć w polskim sektorze finansowym. Wśród najgłośniejszych transakcji znalazł się zakup Santander Bank Polska przez austriacką grupę Erste za około 7 mld euro, przejęcie Goldman Sachs TFI przez ING Bank Śląski, a także finalizowane właśnie przejęcie detalicznej części Citi Handlowego przez VeloBank. To ostatnie stawia pytanie: czy to początek trwałego trendu, czy tylko wyjątkowy epizod?

    Czy będzie mniej banków?

    Cezary Stypułkowski, prezes Banku Pekao, od ponad roku forsuje projekt głębokiej transformacji grupy PZU. Zakłada on utworzenie holdingu bankowo-ubezpieczeniowego, na którego czele stanąłby Bank Pekao. Alior Bank – drugi bank w grupie – mógłby zostać sprzedany, połączony z większym podmiotem lub kontynuować samodzielną działalność. Projekt na razie utknął z powodów politycznych, ale pytanie o przyszłość grupy wciąż pozostaje aktualne. Temat ten był przedmiotem debaty zatytułowanej „Fuzje i przejęcia w sektorze bankowym: strategiczny wybór czy rynkowa konieczność?”, którą prezes Stypułkowski poprowadził podczas tegorocznego Europejskiego Kongresu Finansowego.

    Dyskusja w Polsce wpisuje się w szerszy europejski trend. Prezeska Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde opowiada się za większą konsolidacją sektora, by tworzyć instytucje zdolne finansować duże projekty inwestycyjne i konkurować z gigantami z USA i Chin. Symbolem tego podejścia jest UniCredit pod wodzą Andrei Orcela, który prowadzi agresywną ofensywę przejęciową we Włoszech i w Niemczech, gdzie walczy o zwiększenie wpływów w Commerzbanku – właścicielu polskiego mBanku.

    Polski rynek w środku stawki

    Według danych Europejskiego Banku Centralnego na koniec 2024 r. wskaźnik koncentracji CR5 (udział pięciu największych banków w aktywach sektora) wynosił w Polsce 59,4 proc. Według danych Komisji Nadzoru Finansowego z marca 2026 r. spadł do 54,5 proc. Dla porównania – w Grecji przekracza 90 proc., a w Niemczech jest niższy niż 40 proc. Polska znajduje się więc pośrodku, co zdaniem ekspertów pozostawia przestrzeń do dalszej konsolidacji.

    Michael Machaj, dyrektor zarządzający w J.P. Morgan, mówił podczas debaty EKF, że potencjał do przejęć w Polsce istnieje, ale nie uważa, byśmy stali u progu wielkich transgranicznych fuzji. Zwracał uwagę, że banki coraz częściej konkurują technologią, a nie liczbą oddziałów, a inwestycje w cyberbezpieczeństwo i sztuczną inteligencję łatwiej rozłożyć na kilkadziesiąt milionów klientów.

    Łukasz Jańczak, analityk Erste Securities, ocenia, że trend konsolidacyjny jest widoczny, ale nie przebiega liniowo. Wysokie stopy procentowe w ostatnich latach pozwalały bankom odkładać decyzje o fuzjach i przejęciach. Jego zdaniem trudno jednak oczekiwać, by w perspektywie pięciu czy dziesięciu lat liczba banków w Polsce nie malała. Zaznaczył, że mniejszym graczom coraz trudniej będzie utrzymywać udziały w rynku i generować satysfakcjonujące stopy zwrotu, ale nie spodziewa się gwałtownej fali – raczej stopniowego procesu rozłożonego na wiele lat.

    Minusy konsolidacji

    Michał Sobolewski, analityk BOŚ Banku, podkreśla, że konsolidacja ma też swoje minusy. Z punktu widzenia przejmujących banków jest niemal zawsze korzystna, ale z perspektywy klientów mniejsza liczba podmiotów oznacza słabszą konkurencję, co może przekładać się na mniej atrakcyjne oferty depozytowe czy kredytowe. Zwrócił uwagę, że europejskie banki mogą chcieć zwiększać skalę, ale trudno, by dorównały największym grupom z USA czy Chin wyłącznie dzięki przejęciom na europejskim rynku.

    Kto może być celem przejęć?

    Eksperci są zgodni, że największe banki – PKO BP i Bank Pekao – to przede wszystkim potencjalni nabywcy. PKO BP jest nawet wymieniany jako podmiot mogący uczestniczyć w przyszłej konsolidacji sektora bankowego w Ukrainie. Jeśli chodzi o Pekao, najczęściej pojawia się scenariusz połączenia z Alior Bankiem. Potencjał do kolejnych przejęć mają także Erste Group oraz ING Bank Śląski.

    W gronie instytucji, które analitycy najczęściej wymieniają jako potencjalne cele przejęć, znaleźli się Alior Bank, Bank Millennium i VeloBank. Ten ostatni budzi szczególne zainteresowanie – w spekulacjach pojawia się zarówno jako kandydat do przejęcia przez większy podmiot, jak i jako gracz zdolny do przeprowadzania własnych akwizycji, na przykład wśród banków spoza pierwszej dziesiątki, takich jak Nest Bank. Sam VeloBank zapowiada, że zamierza awansować do pierwszej szóstki największych banków w Polsce, przygotowuje się do debiutu na giełdzie i nie wyklucza kolejnych przejęć.

  • Rewolucja w raportowaniu: Listing Act dzieli informację poufną na dwa etapy

    Rewolucja w raportowaniu: Listing Act dzieli informację poufną na dwa etapy

    Od 5 czerwca 2026 r. emitenci działają w nowej rzeczywistości regulacyjnej. Unijny Listing Act (rozporządzenie 2024/2809) wprowadził fundamentalną zmianę w sposobie traktowania informacji poufnych – zamiast automatycznej publikacji każdego istotnego zdarzenia, priorytetem staje się zarządzanie procesem w czasie.

    Kluczowa zmiana: identyfikacja nie równa się publikacji

    Dotychczas model był prosty – uznanie zdarzenia za informację poufną nakładało obowiązek natychmiastowego raportu (lub formalnego opóźnienia). Listing Act rozdziela te dwa elementy. Teraz informacja może pozostawać poufna przez dłuższy okres bez konieczności ujawniania, o ile rozwija się w ramach tzw. procesu rozciągniętego w czasie. Obowiązek publikacji powstaje dopiero po osiągnięciu zdarzenia końcowego lub końcowej okoliczności.

    Dla emitentów oznacza to większą swobodę w komunikacji z rynkiem, ale jednocześnie większą odpowiedzialność za właściwe rozpoznanie momentu, w którym wewnętrzny proces staje się na tyle zaawansowany, że wymaga ujawnienia.

    Otwarty katalog 35 przykładów – pomoc, ale nie gotowiec

    Komisja Europejska przygotowała „otwarty wykaz” 35 typowych procesów wraz z odpowiadającymi im zdarzeniami końcowymi. Znajdziemy w nim sytuacje takie jak procesy inwestycyjne, transakcje kapitałowe czy działania operacyjne. To wygodny punkt odniesienia, jednak lista nie wyczerpuje wszystkich możliwych sytuacji – wiele złożonych przypadków, zwłaszcza branżowych, wymaga indywidualnej oceny przez emitenta. Emitent musi wtedy dokonać własnej kwalifikacji, często posiłkując się analogią lub rozmowami z interesariuszami.

    Nowy test dla opóźniania publikacji

    Zmiany objęły także mechanizm opóźniania raportów z art. 17 ust. 4 MAR. Do trzech dotychczasowych warunków (uzasadniony interes, poufność, brak wprowadzenia w błąd) doszedł istotny nowy element: opóźniana informacja nie może pozostawać w sprzeczności z ostatnim publicznym komunikatem emitenta dotyczącym tej samej sprawy.

    To brzmi intuicyjnie, ale w praktyce rodzi wyzwania. „Wcześniejsza komunikacja emitenta” obejmuje teraz znacznie szerszy katalog niż tylko raporty ESPI i EBI. Chodzi o wszystkie publiczne wypowiedzi – komunikaty prasowe, wpisy w mediach społecznościowych, wywiady zarządu, webinary, podcasty, prezentacje inwestorskie, a nawet kampanie marketingowe. Jeśli prezes zapowiadał konkretne wyniki lub harmonogram, a później zarząd dowiaduje się, że cele nie zostaną zrealizowane, opóźnienie takiej informacji może być prawnie niedozwolone.

    Co muszą zrobić emitenci?

    Nowe regulacje nie narzucają bezwzględnie aktualizacji polityk informacyjnych, ale – jak wskazują eksperci – odpowiednio przygotowana polityka wewnętrzna pełni rolę „wentyla bezpieczeństwa” w przypadku kontroli ze strony organu nadzoru.

    Emitenci powinni przede wszystkim:

    • Rozdzielić ścieżki decyzyjne – odróżniać etap pośredni od zdarzenia końcowego oraz brak obowiązku publikacji od formalnego opóźnienia.
    • Stworzyć mapę typowych procesów (M&A, wyniki, spory, zamówienia publiczne, projekty inwestycyjne) z przypisanymi zdarzeniami pośrednimi i końcowymi.
    • Wprowadzić test wcześniejszej komunikacji – każde opóźnienie musi poprzedzać sprawdzenie, co spółka już publicznie powiedziała na dany temat.
    • Prowadzić repozytorium komunikacji publicznej – wykraczające poza raporty giełdowe, obejmujące wszystkie kanały.
    • Dokumentować decyzje – od identyfikacji informacji po uzasadnienie, że nie ma sprzeczności z wcześniejszym przekazem.

    Ryzyko i odpowiedzialność

    Większa elastyczność idzie w parze z większym ryzykiem. Błędna identyfikacja momentu końcowego może prowadzić albo do wprowadzenia rynku w błąd (zbyt wczesna publikacja), albo do zarzutu naruszenia obowiązków informacyjnych (zbyt późna). Dodatkowo, ponieważ wiele informacji pozostaje nieujawnionych przez dłuższy czas, rośnie znaczenie kontroli poufności. Każdy przeciek może wymusić natychmiastową publikację.

    Komisja Europejska wyraźnie przesuwa ciężar dowodu na emitenta – to on musi obronić swoje rozstrzygnięcie przed organem nadzoru. Dokumentacja procesu decyzyjnego staje się fundamentem ewentualnej obrony.

    Wnioski

    Listing Act nie upraszcza rzeczywistości – porządkuje ją, przenosząc akcent z formalnego raportowania na świadome zarządzanie informacją w czasie. Dla inwestorów może to oznaczać mniej komunikatów o niedojrzałych etapach procesów, ale większą wagę tych ostatecznych. Dla emitentów – konieczność bliższej współpracy zarządów, działów prawnych, compliance i relacji inwestorskich.

    W nowym reżimie komunikacja publiczna nabiera dodatkowego znaczenia regulacyjnego – to od niej zależy, czy spółka będzie mogła legalnie opóźnić publikację poufnej informacji. ESMA wciąż pracuje nad nowymi wytycznymi dotyczącymi opóźnienia (konsultacje publiczne z lutego 2026 r.), a przyjęty akt delegowany (C(2026) 2149 final) nie został jeszcze opublikowany w Dzienniku Urzędowym UE.

  • Fala drożyzny w powietrzu. Bilety lotnicze pójdą w górę, a linie stracą połowę zysków

    Fala drożyzny w powietrzu. Bilety lotnicze pójdą w górę, a linie stracą połowę zysków

    Koszty paliwa lotniczego wystrzelą w tym roku o 70%, a globalne zyski linii lotniczych stopnieją o połowę – wynika z najnowszych prognoz Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (IATA). To bezpośrednie przełożenie konfliktu na Bliskim Wschodzie i zakłóceń w dostawach surowca. Dla pasażerów oznacza to jedno: droższe bilety, szczególnie na długich trasach i w klasie biznes.

    Lotnicza geopolityka uderza w portfele

    Według danych przywołanych przez IATA, globalne wydatki na paliwo zwiększą się w tym roku o około 100 miliardów dolarów. W efekcie wypracowane przez cały sektor zyski skurczą się do 23 miliardów dolarów – to o połowę mniej niż rok wcześniej. Średnia cena baryłki paliwa lotniczego utrzymuje się na poziomie 146 dolarów, podczas gdy przed rokiem było to około 90 dolarów.

    – Wysokie ceny ropy będą nieuchronnie oznaczać wyższe ceny biletów. Po prostu nie da się tego uniknąć – powiedział Willie Walsh, dyrektor generalny IATA, podczas tegorocznego szczytu zrzeszenia w Rio de Janeiro.

    Walsh przyznał, że dla wielu przewoźników tak drastyczny wzrost kosztów paliwa stanowi zagrożenie egzystencjalne. Dodał jednak, że branża wciąż pozostaje rentowna i odnotowuje wzrost ruchu lotniczego o 2% (po wyłączeniu wpływu konfliktu na Bliskim Wschodzie). Obecna sytuacja nie jest tak paraliżująca jak pandemia COVID-19.

    Kto zapłaci najwięcej? Biznes i dalekie trasy

    Obciążenia cenowe nie rozłożą się równomiernie. Sean Doyle, dyrektor generalny British Airways, wskazał, że najsilniejsze podwyżki odczują pasażerowie podróżujący na trasach międzykontynentalnych oraz osoby latające w klasie biznes. W przypadku przewoźników takich jak BA, obsługujących wiele połączeń dalekobieżnych i segment premium, przełożenie kosztów paliwa na ceny końcowe będzie większe niż u linii rywalizujących wyłącznie na rynku krótkich lotów typowo turystycznych.

    – Nie da się od tego uciec – jeśli paliwo drożeje, bilety też muszą zdrożeć – mówił Doyle. Dodał, że podwyżki najpóźniej dotkną turystyczne loty krótkodystansowe, gdzie klienci są najbardziej wrażliwi na zmiany cen.

    Cargo też pod presją, ale zarobi więcej

    Kryzys paliwowy uderza nie tylko w pasażerów. Segment transportu lotniczego towarów (cargo) również odczuwa wzrost kosztów. IATA prognozuje, że całkowite wydatki na paliwo w 2026 roku sięgną 350 miliardów dolarów – wobec 252 miliardów w 2025 roku. Udział paliwa w kosztach operacyjnych linii lotniczych ma przekroczyć 30% (rok temu było to 25,4%).

    Mimo presji kosztowej, przewoźnicy cargo mają szansę na poprawę rentowności. Według IATA przychody z przewozów towarowych wzrosną w tym roku o 7,2% – do 162 miliardów dolarów – głównie dzięki przenoszeniu wyższych kosztów paliwa na klientów. Wolumeny przewozów (mierzone w tonokilometrach) zwiększą się jednak tylko o 0,7%. Rentowność segmentu cargo ma wzrosnąć o 6,5% po trzech latach spadków.

    Przedstawiciele firm logistycznych – Tomasz Buraś z DHL Express Polska i Krzysztof Osik z DSV – zapewniają, że operacje są zabezpieczone. DHL Express na bieżąco monitoruje sytuację i w razie potrzeby tankuje dodatkowe paliwo na wcześniejszych etapach trasy lub korzysta z alternatywnych lotnisk. DSV utrzymuje płynność łańcuchów dostaw, choć przyznaje, że sytuacja pozostaje napięta.

    Azja napędza, Ameryki i Bliski Wschód w kryzysie

    Obecne zawirowania pogłębiają nierównomierny rozwój rynku cargo. Głównym motorem wzrostu są korytarze handlowe związane z Azją, podczas gdy obie Ameryki oraz regiony bliskowschodnie pozostają pod presją słabnącego popytu i regionalnych zakłóceń. Eksperci zauważają, że rośnie wolumen ładunków o wysokiej wartości (elektronika, technologie), przy słabszych wynikach w tradycyjnych, niższej marży grupach towarowych.

    Co dalej?

    Willie Walsh podsumowuje: – Mówimy o branży, która wciąż jest rentowna i wciąż prognozuje wzrost. Ruch lotniczy wzrósł o 2%. Jeśli wyłączymy z tego wpływ konfliktu na Bliskim Wschodzie, to dla reszty świata warunki rynkowe pozostają całkiem optymistyczne.

    Na razie nie widać zagrożenia fizycznymi brakami paliwa w Europie – Krzysztof Osik z DSV zaznacza, że nawet gdyby wystąpiły, byłyby tymczasowe. Dla pasażerów, zwłaszcza planujących dalekie podróże lub loty służbowe, nadchodzące miesiące przyniosą jednak wyraźnie wyższe koszty biletów.

  • Japoński przełom XTPL. Moduł za dwa razy więcej niż w Chinach trafi do Azji

    Japoński przełom XTPL. Moduł za dwa razy więcej niż w Chinach trafi do Azji

    Wrocławski producent technologii precyzyjnego druku nanomateriałów, XTPL, właśnie zapisał ważny rozdział w swojej historii. Spółka poinformowała o przyjęciu pierwszego zamówienia na zaawansowany moduł Ultra-Precise Dispensing (UPD) z Japonii. Kontrahentem jest notowany na giełdzie japoński producent zautomatyzowanych urządzeń przemysłowych dla sektora elektroniki i półprzewodników. Inwestorzy zareagowali natychmiast – kurs akcji podczas czwartkowej sesji poszybował w górę o około 10%, co było najmocniejszym wzrostem na całym rynku.

    Co to oznacza dla XTPL?

    To nie jest zwykłe zamówienie. Moduł UPD, który trafi do Japonii, wyróżnia się znacznie bardziej zaawansowaną specyfikacją i konstrukcją w porównaniu z modułami wykorzystywanymi w aplikacjach dla wyświetlaczy (tzw. FPD). Przekłada się to wprost na wartość kontraktu. Jak poinformował członek zarządu ds. finansowych Jacek Olszański, wartość jednostkowa sprzedaży modułu jest około dwukrotnie wyższa niż w przypadku chińskiego wdrożenia, które spółka obecnie realizuje.

    Sama dostawa zaplanowana jest na IV kwartał 2026 roku, a przychód z tej transakcji ma zostać rozpoznany w tym samym okresie. To oznacza, że jeszcze w tym roku efekty finansowe tej umowy powinny być widoczne w wynikach spółki.

    Technologiczny wyścig z miedzią w tle

    Kluczowym elementem, który przekonał japońskiego partnera, jest unikalna zdolność XTPL do precyzyjnego dozowania ścieżek miedzianych. Prezes spółki, Filip Granek, zwraca uwagę, że miedź stanowi materiał wyjątkowo wymagający w precyzyjnym nakładaniu, a zespół XTPL osiągnął w tym zakresie poziom, którym obecnie nie dysponuje żadne inne przedsiębiorstwo na świecie. Dla porównania, w aplikacjach dla wyświetlaczy dominuje srebro, które jest znacznie łatwiejsze w obróbce. To właśnie umiejętność pracy z miedzią otwiera XTPL drzwi do nowych, zaawansowanych zastosowań w elektronice.

    Zamówiony moduł zostanie zintegrowany z prototypową maszyną przemysłową, którą buduje japoński klient. Maszyna ta będzie wykorzystywana w procesach poprawy efektywności produkcji (yield management) dla zaawansowanych płytek drukowanych HDI/UHDI PCB oraz podłoży półprzewodnikowych wykorzystywanych w obszarze advanced packaging. To najbardziej zaawansowany, czwarty etap procesu wdrożeniowego, który poprzedza ewentualną decyzję o pełnym wdrożeniu przemysłowym (etap piąty).

    Krok milowy w strategii ekspansji

    Zarząd XTPL podkreśla, że zamówienie jest efektem około rocznego rozwoju relacji między stronami oraz szczegółowej ewaluacji technologicznej. Granek zaznacza, że firma wchodzi na rynek uznawany za jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie i wymagających na świecie. Dodaje, że japoński klient nie znajdował się wcześniej w pipeline projektów wdrożeniowych XTPL, co dodatkowo podkreśla przełomowy charakter transakcji.

    Wartym odnotowania jest fakt, że sprzedaż wspierana jest przez lokalnego dystrybutora w Japonii, firmę Printed Electronics Corporation (PEC).

    Co dalej?

    Projekt w Japonii dołącza do puli pięciu innych projektów XTPL, które znajdują się na czwartym etapie ewaluacji – czyli testów na prototypowej maszynie przemysłowej zintegrowanej z modułem UPD. Spółka komercjalizuje obecnie cztery linie biznesowe: moduły UPD (głowice drukujące) do wdrożeń na linie produkcyjne, urządzenia prototypujące DPS, systemy ODRA oraz nanotusze.

    W momencie publikacji informacji akcje XTPL wyceniane były na około 64-65 złotych, co zrównuje się z ceną docelową oszacowaną przez Erste Group w rekomendacji z 20 maja 2026 roku. Zarząd uznał informację o sprzedaży modułu UPD do Japonii za informację poufną, ponieważ jej realizacja może mieć istotny wpływ na przyszłe przychody, wzmocnienie reputacji spółki jako dostawcy rozwiązań przemysłowych oraz sposób postrzegania jej przez inwestorów.

  • Oponeo z potencjałem wzrostu ponad 30%. Analitycy stawiają na akcje dystrybutora opon

    Oponeo z potencjałem wzrostu ponad 30%. Analitycy stawiają na akcje dystrybutora opon

    Akcje Oponeo ponownie budzą emocje na GPW. Analitycy BM PKO BP podnieśli cenę docelową do 126 zł i utrzymali rekomendację „kupuj”. W poniedziałek 9 czerwca raport opublikował Piotr Łopaciuk, a przy cenie rynkowej z poprzedniej sesji wynoszącej ok. 96 zł oznacza to potencjał wzrostu przekraczający 30%.

    Zaskakujące wyniki za pierwszy kwartał 2026 roku

    Fundamentem optymizmu są wyniki finansowe, które eksplodowały w I kwartale 2026 r. Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej sięgnął 9,28 mln zł wobec zaledwie 3 tys. zł rok wcześniej. Wynik operacyjny (EBIT) wzrósł do 21,48 mln zł z 1,45 mln zł w analogicznym okresie 2025 r.

    Przychody grupy sięgnęły 543,31 mln zł – o 41% więcej niż przed rokiem (385,33 mln zł). Wzrost przyszedł przede wszystkim z Polski (477,65 mln zł, +43,53%), która stanowi prawie 88% całej sprzedaży. Sprzedaż zagraniczna również rosła, choć nieco wolniej: 65,66 mln zł, czyli +24,96% r/r.

    Na poziomie jednostkowym spółka wypracowała 4,13 mln zł zysku netto wobec 71 tys. zł rok wcześniej. Marża EBIT wyniosła 3,95%, a marża EBITDA 5,87%.

    Dlaczego Oponeo zbudowało tak duże zapasy?

    Kluczowym elementem strategii spółki od miesięcy było gromadzenie zapasów – o 70% wyższych niż rok wcześniej. Firma przygotowała się na wprowadzenie ceł antydumpingowych, które jednak dotąd nie zostały nałożone. Analitycy BM PKO BP uważają, że to się zmieni:

    Wydaje się, że otoczenie biznesowe (wzrost cen opon) powinno być dużo bardziej sprzyjające dla posiadającego duży zapas Oponeo. Co najważniejsze, można wreszcie spodziewać się wprowadzenia ceł antydumpingowych już w połowie bieżącego roku – wskazują autorzy raportu.

    Dodatkowym wsparciem mają być stabilizacja kursu złotego oraz rosnące ceny surowców takich jak kauczuk i butadien.

    Rynek opon w stagnacji, Oponeo wyprzedza konkurencję

    Mimo że europejski rynek opon konsumenckich wzrósł według danych ETRMA tylko o 1%, a w Polsce odnotował nawet 2% spadku, grupa Oponeo sprzedała 1,043 mln sztuk opon – o 28,3% więcej niż rok wcześniej. Sprzedaż felg wzrosła o 35,33% do 50,6 tys. sztuk.

    Spółka nie tylko utrzymała marżę brutto, ale także zachowała dyscyplinę kosztową. Ceny opon wzrosły o 5% rok do roku, a Oponeo notuje rosnący udział produktów premium.

    Rowerowe Dadelo w formie, Rotopino po restrukturyzacji

    Pozytywnych niespodzianek dostarcza także Dadelo – rowerowe ramię grupy, w którym Oponeo ma 59% udziałów. W pierwszych miesiącach roku sprzedaż Dadelo wzrosła o 72%, a marża brutto uległa poprawie. Analitycy spodziewają się, że EBIT tego segmentu wzrośnie w tym roku o 70% i będzie stanowił 25% całkowitego wyniku grupy.

    Druga spółka zależna – Rotopino – po restrukturyzacji nie powinna już generować strat. W 2025 r. strata Rotopino wyniosła 3 mln zł.

    Perspektywy: zagranica i powrót do wysokich dywidend

    Dodatkowym potencjalnym motorem wzrostu ma być sprzedaż poza Polską. Obecnie stanowi ona 14% przychodów grupy. Zarząd zapowiada w tym roku próbę rozruszania modelu eksportowego.

    W swoim raporcie Piotr Łopaciuk zwrócił uwagę także na przyszłość dla akcjonariuszy:

    Po dziwnym 2026 r. oczekujemy powrotu do historycznie wysokich dywidend – podkreśla analityk BM PKO BP.

    Wycena została opublikowana w ramach Giełdowego Programu Wsparcia Pokrycia Analitycznego na zlecenie GPW. Pierwsze rozpowszechnienie raportu nastąpiło 9 czerwca o godz. 16:58.

  • Relacje inwestorskie zyskują na znaczeniu, ale spółki wciąż unikają emisji nowych akcji

    Relacje inwestorskie zyskują na znaczeniu, ale spółki wciąż unikają emisji nowych akcji

    Mimo że znaczenie relacji inwestorskich (IR) w polskich spółkach giełdowych systematycznie rośnie, nie przekłada się to na chęć pozyskiwania kapitału poprzez emisję nowych akcji. Takie wnioski płyną z tegorocznego Kongresu Relacji Inwestorskich, podczas którego przeprowadzono badanie wśród uczestników.

    Większa rola IR, ale bez przełożenia na emisje

    29,1% badanych stwierdziło, że znaczenie relacji inwestorskich w ich firmach istotnie wzrosło w ciągu ostatnich dwóch lat. Kolejne 20,8% odnotowało niewielki wzrost, a 26,3% – brak zmian. Łącznie niemal połowa spółek dostrzega pozytywny trend. Jednak w planach finansowych na najbliższy rok widać wyraźny dystans do finansowania kapitałem własnym. Zaledwie 5,8% respondentów planuje emisję nowych akcji, podczas gdy 17,6% zamierza przeprowadzić skup akcji własnych.

    Zamiast rozwadniać kapitał, spółki wolą dzielić się zyskiem. 64% respondentów deklaruje wypłatę dywidendy w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Popularnością cieszy się też finansowanie dłużne – blisko 20% firm planuje emisję obligacji. Co więcej, na pytanie o starania o pozyskanie funduszy inwestycyjnych najczęstszą odpowiedzią (22,5%) było stwierdzenie, że spółki ich po prostu nie potrzebują.

    Nowelizacja MAR – spółki nie są gotowe

    Podczas kongresu wiele uwagi poświęcono zmianom w rozporządzeniu MAR, które weszły w życie 5 czerwca. Mimo że teoretycznie już obowiązują, brak kompletnej infrastruktury prawnej sprawia, że firmy nie są przygotowane. Tylko 19% spółek zdążyło dostosować wewnętrzne procedury, a 40,5% zajmuje postawę „czekamy i obserwujemy praktykę rynkową”. Organizatorzy zwracają uwagę, że takie podejście niesie ryzyko – to, że inna firma postępuje w dany sposób, nie oznacza automatycznej akceptacji nadzorcy. Akty wykonawcze do MAR mają się pojawić w najbliższych tygodniach, a okres wakacyjny może być wykorzystany na koncepcyjne prace nad zmianami procedur.

    IR jako strategiczna funkcja – tło z badań rynkowych

    Szersze badania rynku potwierdzają, że jakość relacji inwestorskich ma realny wpływ na koszt kapitału. Badanie CFA Society Poland (2025) wskazuje, że komunikacja zarządu i przejrzystość strategii należą do najważniejszych czynników wpływających na decyzje inwestycyjne. Z kolei dane MSCI (2024) pokazują finansowy wymiar ładu korporacyjnego: spółki z najwyższymi ratingami ESG finansowały się średnio na poziomie około 6,8%, podczas gdy podmioty z najniższymi ocenami – około 7,9%, co oznacza różnicę ponad 1 pkt proc. w koszcie kapitału.

    Coraz większe znaczenie mają też dane ESG. Według LSEG Lipper (2025), fundusze klasyfikowane w ramach art. 8 SFDR zarządzają aktywami rzędu blisko 8 bln euro, a fundusze z art. 9 SFDR – około 320–330 mld euro. Brak wiarygodnych danych ESG staje się realną barierą inwestycyjną dla instytucji. Jednocześnie program wsparcia pokrycia analitycznego (PWPA) realizowany przez GPW ma pomóc spółkom z segmentu małych i średnich kapitalizacji w zwiększeniu widoczności informacyjnej, co może poprawić płynność i przyciągnąć inwestorów instytucjonalnych.

    Pomysły na ożywienie rynku kapitałowego

    Uczestnicy kongresu wskazali także możliwe rozwiązania, które mogłyby zahamować falę delistingów. Najwyżej ocenione postulaty to: eliminacja dyskryminacji podatkowej spółek giełdowych (58% wskazań), umożliwienie inwestorom detalicznym nabywania akcji spółek notowanych na zagranicznych rynkach unijnych przy racjonalnym koszcie (41%) oraz preferencje dla spółek giełdowych przy zamówieniach publicznych (41%). Podczas kongresu pojawiły się zapowiedzi, że te koncepcje mogą w najbliższych tygodniach trafić do unijnych dokumentów i zyskać formalny kształt.

    Tegoroczne wyniki badania pokazują, że polskie spółki giełdowe dostrzegają rosnącą wagę relacji inwestorskich, ale w praktyce wciąż preferują dywidendy i dług zamiast pozyskiwania kapitału poprzez emisję nowych akcji. 64% respondentów planuje wypłatę dywidendy, a jedynie 5,8% – emisję akcji, co wyraźnie obrazuje obecny sentyment na rynku.

  • Druga kariera po czterdziestce staje się normą

    Druga kariera po czterdziestce staje się normą

    Wybierasz kierunek studiów, zdobywasz kwalifikacje, znajdujesz pierwszą pracę i przez dekady pniesz się po tej samej drabinie. Ten scenariusz, choć wciąż powszechny, coraz częściej rozmija się z rzeczywistością. Osoba w wieku 45 lat to już zupełnie inny człowiek niż ten, który dwie dekady wcześniej podejmował kluczowe zawodowe decyzje. Do tego wielu pracowników ma przed sobą jeszcze 20–25 lat aktywności zawodowej.

    Problem ten stał się osią debaty podczas konferencji Wisdom at Work zorganizowanej przez fundację Heart&Mind – Wisdom of Generations. Wydarzenie poświęcono sytuacji osób po 45. roku życia na rynku pracy. Jedno z pytań z widowni – „gdzie w korporacjach są pokoje rehabilitacyjne?” – wywołało nerwowy śmiech, ale ujawniło palący temat.

    Cztery pokolenia w jednej firmie

    Dziś na rynku pracy spotykają się cztery bardzo różne grupy. Są wśród nich osoby szukające pierwszego mentora, rodzice małych dzieci oraz doświadczeni pracownicy, którzy chcą pozostać aktywni zawodowo jeszcze przez lata. Każda z tych grup ma inne oczekiwania, tempo pracy i potrzeby wsparcia.

    Polskie firmy wciąż jednak projektują środowisko pracy pod wąski etap życia. Dobrze rozumieją potrzeby młodych rodziców i pracowników w środku kariery – oferują pokoje dla matek, benefity i programy wsparcia. Znacznie gorzej radzą sobie z sytuacją, w której w jednej organizacji funkcjonują przedstawiciele czterech pokoleń jednocześnie.

    Jeszcze kilkanaście lat temu nie było to dużym wyzwaniem. Kariery były bardziej przewidywalne, a ścieżki rozwoju – podobne. Dziś pracujemy dłużej, częściej zmieniamy zawód i rzadziej mieszczą się w jednym schemacie. Mimo to wiele firm nadal działa tak, jakby wszyscy pracownicy byli na tym samym etapie życia, a różnorodność istniała głównie w raportach ESG.

    Nowy rozdział przed 50. rokiem życia

    Rozmowę o aktywności zawodowej osób po 50., a nawet 45. roku życia, często zaczynamy dopiero wtedy, gdy pojawiają się problemy ze znalezieniem pracy. Tymczasem eksperci biorący udział w konferencji zwracali uwagę, że pytanie o kolejną ścieżkę kariery warto postawić sobie znacznie wcześniej. Model jednej, nieprzerwanej kariery wybranej w młodości odchodzi do lamusa.

    Przez dekady dominował model, w którym człowiek zdobywał wykształcenie na początku życia, a następnie przez 30–40 lat wykonywał ten sam zawód. Dziś taki scenariusz coraz częściej nie przystaje do rzeczywistości. W świecie, gdzie wielu pracowników ma przed sobą jeszcze 20–25 lat aktywności po 45. roku życia, planowanie drugiej ścieżki kariery staje się nie tyle opcją, co realną koniecznością.

    Uniwersalny model kariery nie zdaje egzaminu

    Podczas wydarzenia Wisdom at Work podkreślano, że firmy proponują uniwersalny model kariery i oczekują, że wszyscy się w nim zmieszczą. To rozwiązanie coraz wyraźniej nie sprawdza się w rzeczywistości, w której po jednej stronie mamy cztery pokolenia, a po drugiej jeden sztywny schemat. Pracodawcy, którzy zrozumieją, że pracownicy po 45. roku życia mają przed sobą jeszcze dwie dekady kariery zawodowej, a nie emeryturę, mogą lepiej wykorzystać ich potencjał.

    Zmiana podejścia wymaga jednak nie tylko indywidualnej gotowości ze strony pracowników, ale też systemowego wsparcia i przeprojektowania miejsc pracy. Planowanie drugiego rozdziału kariery nie powinno być tematem tabu ani ostatecznością. Konferencja Wisdom at Work fundacji Heart&Mind – Wisdom of Generations pokazała, że temat ten jest już otwarcie dyskutowany, a pytanie o pokoje rehabilitacyjne w korporacjach stało się symbolem szerszego problemu niedostosowania miejsc pracy do potrzeb starszych pracowników.

  • XRP w ogniu krytyki: opłaty w sieci spadły o 91%, a wskaźnik kapitulacji sięga 0,38

    XRP w ogniu krytyki: opłaty w sieci spadły o 91%, a wskaźnik kapitulacji sięga 0,38

    Dane on-chain dla XRP malują obraz rynku pod ogromną presją. Z jednej strony opłaty transakcyjne w sieci stopniały o ponad 91%, z drugiej – kluczowy wskaźnik rentowności posiadaczy znalazł się na poziomie typowym dla faz kapitulacji. Do tego dochodzą nastroje inwestorów – najgorsze od ośmiu miesięcy.

    Realized Profit-to-Loss Ratio na poziomie kapitulacji

    Firma analityczna Glassnode opublikowała dane, z których wynika, że 90-dniowa średnia krocząca wskaźnika Realized Profit-to-Loss Ratio dla XRP spadła do 0,38. Oznacza to, że na każdy 1 USD straty realizowanej w sieci przypada zaledwie 38 centów zysku. W szczycie hossy w 2025 roku wskaźnik ten sięgał 50, co oznaczało, że realizujący zyski przewyższali sprzedających ze stratą aż 50-krotnie.

    Poziom poniżej 1,0 uznawany jest za granicę przewagi strat nad zyskami. Obecny odczyt – zdaniem Glassnode – jest charakterystyczny dla faz wyprzedaży i kapitulacji uczestników rynku. W takich okresach znaczna część transferowanych tokenów pochodzi od inwestorów, którzy decydują się na sprzedaż aktywów ze stratą.

    Opłaty transakcyjne w dół o 91% – sieć traci użytkowników?

    Równie niepokojący jest spadek aktywności sieciowej. Łączne opłaty transakcyjne generowane w XRP Ledger – mierzone jako 90-dniowa średnia krocząca – zmniejszyły się z około 5 900 XRP w lutym 2025 roku do zaledwie 500 XRP obecnie. To redukcja o ponad 91% w ciągu kilku miesięcy.

    Tak gwałtowny spadek sugeruje wyraźne ograniczenie popytu na korzystanie z sieci. Użytkownicy rzadziej dokonują transakcji, a ekosystem pozostaje daleko poniżej poziomów z poprzednich cykli wzrostowych. Glassnode zwracała już wcześniej uwagę na pogorszenie kondycji posiadaczy XRP. W listopadzie 2025 r. firma informowała, że jedynie 58,5% podaży pozostawało w zysku – najniższy odsetek od roku. Około 41,5% podaży (ok. 26,5 mld XRP) znajdowało się w rękach inwestorów z niezrealizowanymi stratami, mimo że kurs utrzymywał się w okolicach 2,15 USD.

    Nastroje inwestorów – najgorsze od ośmiu miesięcy

    Do danych on-chain dochodzą jeszcze niekorzystne nastroje rynkowe. Analitycy z Santiment poinformowali 12 czerwca, że ważony sentyment wobec XRP spadł do najniższego poziomu od ośmiu miesięcy. Wskaźnik ten łączy wolumen dyskusji w mediach społecznościowych z proporcją pozytywnych i negatywnych komentarzy. Przewaga tych drugich jest wyraźna.

    Santiment zwraca uwagę, że pogorszenie nastrojów wynika częściowo z rozczarowania ceną. XRP pozostaje pod presją, mimo oczekiwań związanych z rozwojem ekosystemu Ripple, tokenizacją aktywów i zakończeniem wieloletnich sporów prawnych. Kurs tokena wynosi obecnie około 1,15 USD, co oznacza spadek o 22% w skali miesiąca i aż 69% poniżej lipcowego szczytu 2025 roku wynoszącego 3,65 USD.

    Firma wskazuje jednak na historyczny paradoks: skrajnie negatywne nastawienie często poprzedzało lokalne odbicia.

    Niektóre z najsilniejszych odbić XRP miały miejsce wtedy, gdy tłum był nim najbardziej niezainteresowany. – Santiment

    Wieloryby w akcji – duże transfery z i na giełdy

    W ostatnich dniach uwagę przykuły dane dotyczące przepływów XRP pomiędzy giełdami a portfelami dużych inwestorów. Według CryptoQuant między 3 a 11 czerwca z Binance wypłacono około 465 mln XRP. Każda transakcja przekraczała wartość 1 mln tokenów. Takie odpływy mogą ograniczać podaż dostępną na giełdzie.

    Z drugiej strony, jak zauważa analityk Arab Chain, napływy XRP od wielorybów na Binance w ciągu ostatnich 30 dni wzrosły do około 1,33 mld XRP – najwięcej od dwóch miesięcy. Oznacza to, że najwięksi gracze aktywnie reagują na zmienność, choć nie musi to jeszcze oznaczać przygotowań do masowej sprzedaży.

    Czy niski sentyment to szansa?

    Analityk Ali Martinez zwrócił uwagę na sygnał kupna wygenerowany przez wskaźnik Tom DeMark Sequential. Jednocześnie zaznaczył, że ewentualny spadek w okolice 0,90 USD mógłby stanowić jeszcze atrakcyjniejszy poziom akumulacji.

    Na sytuację XRP wpływa też szersze otoczenie makroekonomiczne. Niedawna deklaracja prezydenta USA Donalda Trumpa o odwołaniu planowanych działań militarnych wobec Iranu poprawiła nastroje na światowych rynkach finansowych – silnie zareagowały akcje, złoto i srebro. Jeśli optymizm geopolityczny się utrzyma, zdaniem Santiment tokeny mogą próbować nadrabiać straty – a w przypadku XRP dodatkowym wsparciem może być właśnie wyjątkowo niski sentyment, który historycznie często sygnalizował lokalne dołki.

  • Akcje Modivo skaczą o 10% po wynikach. Lepsze od prognoz, ale analitycy studzą entuzjazm

    Akcje Modivo skaczą o 10% po wynikach. Lepsze od prognoz, ale analitycy studzą entuzjazm

    W piątek rano notowania Modivo (dawniej CCC) wystrzeliły o około 10%, sięgając nawet 85,34 zł za akcję. To reakcja na opublikowane po czwartkowej sesji finalne wyniki za pierwszy kwartał roku obrotowego 2026. Mimo że spółka poniosła stratę, dane okazały się lepsze od wstępnych szacunków zarządu.

    Wyniki lepsze niż oczekiwano

    Na pierwszy rzut oka raport nie zachęca – grupa odnotowała 8,1 mln zł skonsolidowanej straty netto przypadającej akcjonariuszom (w całkowitym ujęciu strata sięgnęła 24 mln zł), podczas gdy rok wcześniej było prawie 100 mln zł zysku. Zysk operacyjny stopniał do 40 mln zł z 215,5 mln zł, a EBITDA obniżyła się do 254,2 mln zł z 377 mln zł. Przychody wzrosły jednak o 4% do 2,44 mld zł.

    Kluczowy jednak okazał się fakt, że finałowe liczby przebiły prognozy zarządu z 20 maja. Wstępnie menedżment zakładał operacyjny zysk na poziomie zaledwie 22 mln zł i EBITDA rzędu 230 mln zł. Rzeczywistość okazała się odpowiednio wyższa – o 18 mln zł i 24 mln zł. To pozytywne zaskoczenie sprawiło, że inwestorzy rzucili się do kupna akcji, mimo że rok do roku wyniki znacząco się pogorszyły.

    Za regres finansowy odpowiadają głównie różnice kursowe oraz wyższe koszty operacyjne związane z rozwojem kanałów sprzedaży – wynika z raportu spółki.

    Analitycy: uwaga na bilans i spowolnienie

    Gorączka zakupowa nie oznacza jednak, że wszyscy patrzą na spółkę różowo. Tomasz Sokołowski z Erste Biura Maklerskiego w porannym komentarzu zwraca uwagę na niepokojący obraz bilansu i wolnych przepływów gotówkowych. Jego zdaniem dodatkowym sygnałem ostrzegawczym jest osłabienie momentum sprzedażowego w końcówce maja i na początku czerwca w porównaniu z danymi przedstawionymi przy okazji wstępnych szacunków.

    – Poprawa marży brutto na sprzedaży (plus 2,5 pkt proc. wobec plus 2 pkt proc. w danych wstępnych) może być niewystarczająca, aby rozwiać obawy co do wysokiej wrażliwości Modivo na warunki zewnętrzne – ocenił analityk.

    Z kolei Sylwia Jaśkiewicz z DM BOŚ docenia dynamikę sprzedaży grupy w trwającym kwartale, ale zaznacza, że nie należy ekstrapolować tych danych na cały okres.

    Drugi kwartał zaczął się dobrze, choć nie można według mnie ekstrapolować na cały kwartał. Jest prawdopodobne, że tendencje w sprzedaży z ubiegłego roku były podobne do tych w LPP – wskazuje specjalistka.

    Specjalistka nawiązuje do wypowiedzi Marcina Bójki, wiceprezesa LPP ds. finansowych, który w czwartek wieczorem wskazał, że rok temu czerwiec był wyjątkowo udany, co może oznaczać trudniejsze porównania w bieżącym okresie.

    Co mówią dane z początku kwartału?

    W raporcie kwartalnym Modivo podało szczegóły dotyczące handlu od 1 maja do 10 czerwca. W tym okresie sprzedaż grupy wzrosła o 18% rok do roku. Najlepiej radzi sobie sieć dyskontowa HalfPrice, która zanotowała skok o 53%. Kanał CCC urósł o 6%, a platforma Modivo.com o 1%. Sprzedaż porównywalna (LFL) dla całej grupy zwiększyła się o 10%, z czego HalfPrice poprawił się o 20%, a CCC o 2%.

    Pozytywnie wygląda też operacyjna marża brutto – poprawiła się o 2,5 pkt proc. w skali roku, a we wszystkich głównych kanałach odnotowano wzrost: HalfPrice +1 pkt proc., CCC +2 pkt proc., Modivo.com +5 pkt proc.

    Warto jednak porównać te dane z okresem od 1 do 18 maja, gdy przychody rosły jeszcze szybciej – o 22% rok do roku, a LFL o 12%. To właśnie to wyhamowanie w końcówce maja i na początku czerwca budzi czujność analityków.

    Reakcja rynku

    W piątkowej sesji około godziny 12:00 akcje Modivo kosztowały 85,34 zł, co oznaczało wzrost o 10,86% w porównaniu do zamknięcia z czwartku.

  • Polska na celowniku S&P: awans do grona rynków rozwiniętych coraz bliżej

    Polska na celowniku S&P: awans do grona rynków rozwiniętych coraz bliżej

    S&P Dow Jones Indices, jeden z trzech największych globalnych dostawców indeksów, oficjalnie rozpoczął roczne konsultacje rynkowe w sprawie zmiany statusu Polski z kategorii rynków wschodzących (Emerging Markets) na rozwinięte (Developed Markets). To krok, który eksperci określają przede wszystkim jako wydarzenie prestiżowe i wizerunkowe, choć nie bez znaczenia dla długoterminowego postrzegania naszej gospodarki.

    Symboliczny awans, realne konsekwencje

    Jeśli propozycja zyska wymagane poparcie instytucjonalne, zmiana wejdzie w życie podczas rebalancingu we wrześniu 2027 roku. Bartosz Świdziński, prezes Erste Securities, nie ukrywa, że informacja nie była zaskoczeniem:

    Informacja o rozpoczęciu przez S&P Dow Jones Indices kolejnych konsultacji w sprawie przeklasyfikowania Polski z kategorii rynków wschodzących do rozwiniętych nie jest zaskoczeniem.

    — Bartosz Świdziński, prezes Erste Securities

    Aktywa funduszy odwzorowujących S&P Global BMI w segmencie rynków wschodzących sięgają około 90 mld dolarów – to ułamek kwoty benchmarkowanej do MSCI EM, która przekracza 1,8 bln dolarów. To właśnie ta różnica w skali sprawia, że bezpośrednie skutki finansowe reklasyfikacji przez S&P będą ograniczone.

    Mała ryba w wielkim oceanie

    Obecna waga Polski w indeksie S&P Emerging BMI wynosi około 1,27–1,5%. Po ewentualnym awansie do S&P Developed BMI spadłaby do zaledwie 0,10–0,15% – dziesięciokrotna redukcja. Fundusze pasywne śledzące indeks rynków wschodzących będą zmuszone sprzedać polskie akcje, ponieważ kraj znika z benchmarku. W indeksie rynków rozwiniętych waga jest tak niska, że do wiernego odwzorowania wystarczy kilka największych spółek, takich jak Orlen, PKO BP czy KGHM.

    Hubert Kmiecik, dyrektor inwestycji w Amundi Polska TFI, podkreśla, że ewentualne awansowanie Polski przez S&P DJI to ważne wydarzenie, ale bardziej instytucjonalne i reputacyjne niż przełom dla wycen na GPW. Wpływ przepływów kapitału będzie niejednoznaczny. Piotr Grzeliński z Pekao TFI przypomina, że z podobną sytuacją zmierzyła się giełda w Izraelu po awansie w indeksach MSCI w 2010 roku. W długim terminie przynależność do rynków rozwiniętych skutkuje trwałym obniżeniem premii za ryzyko kraju, co przekłada się na niższy koszt kapitału dla emitentów.

    MSCI to kluczowy gracz

    O ile reklasyfikacja przez S&P DJI ma znaczenie symboliczne, o tyle ewentualny awans w indeksach MSCI byłby znacznie poważniejszym wyzwaniem. Polska w MSCI Emerging Markets ma wagę około 0,7%, a całkowite aktywa benchmarkowane do MSCI EM przekraczają 1,8 bln dolarów. Po awansie do MSCI World waga spadłaby do około 0,07–0,10%, a odpływ netto mógłby wynieść 3–5 mld dolarów.

    Zdaniem Jakuba Liebharta z Eques Investment TFI, pod względem formalnym Polska spełnia wymogi MSCI i może jeszcze w czerwcu znaleźć się na liście obserwacyjnej, co uruchomiłoby wieloletnią procedurę zmiany klasyfikacji przez największego dostawcę indeksów. Tomasz Bardziłowski, prezes GPW, zwraca uwagę, że zmiana klasyfikacji powinna być rezultatem działań wzmacniających fundamenty rynku, a nie celem samym w sobie.

    Historyczne lekcje

    Przypadki Korei Południowej, Tajwanu i Izraela pokazują, że każda reklasyfikacja przebiega w innym kontekście i nie ma jednego scenariusza. Polska po awansie w indeksach FTSE w 2018 roku przez dwa lata traciła około 40 punktów procentowych względem MSCI EM, ale nałożyły się na to procedura naruszenia praworządności, umocnienie złotego, pandemia COVID-19 i odpisy banków na kredyty frankowe – czynniki niezwiązane bezpośrednio z reklasyfikacją.

    Decyzja S&P DJI ma zapaść w 2027 roku. Na razie MSCI oficjalnie nie planuje zmiany statusu Polski, ale – jak wynika z wypowiedzi ekspertów – nasz kraj może wkrótce trafić na listę obserwacyjną, co byłoby sygnałem, że największy gracz indeksowy zaczyna się przyglądać polskiemu rynkowi.