Blog

  • Najem dla studentów 2026: Kawalerka za 2,8 tys. zł, ale bez paniki w portfelu

    Najem dla studentów 2026: Kawalerka za 2,8 tys. zł, ale bez paniki w portfelu

    Choć do rozpoczęcia roku akademickiego pozostało jeszcze kilka tygodni, studenci już rozpoczęli intensywne poszukiwania mieszkań. W Warszawie za kawalerkę trzeba zapłacić nawet 2,8 tys. zł, ale eksperci są zgodni – rynek najmu jest dziś znacznie bardziej stabilny niż w latach 2020-2022.

    Sezon studencki przyspiesza

    Liczba kandydatów na studia w tym roku wyraźnie wzrosła, co zwiększyło konkurencję nie tylko o indeks, ale i o dach nad głową. – Studenckie poszukiwania mieszkań rozpoczęły się już w lipcu, wraz z ogłoszeniem pierwszych wyników rekrutacji na uczelnie – mówi Ewa Palus, główny analityk Tabelaofert. Jak dodaje, miejsc na uczelniach nie przybyło proporcjonalnie, więc należy spodziewać się większego niż przed rokiem popytu na wynajem.

    Największym zainteresowaniem cieszą się kawalerki, niewielkie mieszkania dwupokojowe oraz pokoje w lokalach z dobrym dojazdem do uczelni – niekoniecznie w ścisłym centrum. – Dla studentów, obok ceny, kluczowe znaczenie ma lokalizacja – bezpośrednie sąsiedztwo uczelni albo możliwość szybkiego i wygodnego dojazdu – podkreśla Palus.

    Ceny: delikatne spadki i wzrosty

    Dane serwisu Nieruchomosci-online.pl pokazują, że stawki za wynajem kawalerek w wielu miastach są niższe niż rok temu. W Warszawie spadły o 5,2 proc., w Krakowie o 4,1 proc., a w Lublinie o 3,4 proc.. Z kolei największe wzrosty odnotowano w Łodzi (5,7 proc.) i Poznaniu (4 proc.).

    – Na przestrzeni ostatniego roku nie zaobserwowaliśmy gwałtownych zmian. Widzimy czasami lekkie wzrosty, czasami lekkie spadki lub stabilizację – komentuje Rafał Bieńkowski, PR manager Nieruchomosci-online.pl. – Poza Warszawą we wszystkich analizowanych miastach roczne wahanie średniej stawki ofertowej wynosiło mniej niż 100 zł.

    Z kolei dane Rentier.io wskazują, że przeciętna stawka w 17 miastach ukształtowała się na poziomie 55,7 zł za mkw. mieszkania – to o 0,3 proc. mniej niż w czerwcu i o 1,6 proc. więcej niż rok wcześniej. Najdroższa tradycyjnie pozostaje Warszawa ze średnim czynszem ofertowym w wysokości 78,57 zł za mkw.. W Gdańsku jest to 69,66 zł za mkw., a w Krakowie i we Wrocławiu – po 66,67 zł za mkw..

    Więcej ofert, większy ruch

    W serwisie Nieruchomosci-online.pl dostępnych jest obecnie 14,6 tys. aktywnych ogłoszeń mieszkań na wynajem – o 19 proc. więcej niż w sierpniu 2025 r. Spośród nich około 3 tys. to kawalerki, a ponad 7 tys. mieszkania dwupokojowe.

    W lipcu liczba kontaktów nawiązanych przez osoby poszukujące z ogłoszeniodawcami była o 40 proc. wyższa niż rok wcześniej. Bieńkowski zaznacza jednak, że nie należy tego odczytywać jako wzrostu liczby zawieranych umów – część wzrostu wynika z większej rotacji i częstszego porównywania ofert przez osoby już wynajmujące.

    Z analiz Grupy Morizon-Gratka wynika, że pula ofert najmu mieszkań była w lipcu o ponad 10 proc. większa niż przed rokiem. Marcin Drogomirecki, ekspert Grupy Morizon-Gratka, podaje, że w dużych miastach wzrost ten był szczególnie widoczny: w Krakowie o 13,4 proc., we Wrocławiu o 14,1 proc., a w Warszawie o prawie 15 proc..

    Zakup zamiast najmu?

    Dla części rodzin alternatywą pozostaje zakup niewielkiego lokalu. Ewa Palus przeanalizowała taki wariant dla mieszkań jednopokojowych przy założeniu kredytu z 20-procentowym wkładem własnym na 25 lat ze stałym oprocentowaniem. Rata w Warszawie wyniesie wówczas ponad 3 tys. zł, w Krakowie – 2,7 tys. zł, a w Łodzi, Szczecinie i Rzeszowie – poniżej 2 tys. zł. Choć wysokość raty jest zbliżona do stawek czynszów, rodzina musi uwzględnić także wkład własny, koszty transakcyjne i utrzymanie mieszkania.

    Co dalej z czynszami?

    Z badania nastrojów pośredników (tzw. nastrojometru) prowadzonego przez Nieruchomosci-online.pl wynika, że 56 proc. agentów spodziewa się stabilizacji stawek za kawalerki w III kwartale. Wzrostu czynszów oczekuje 28 proc., a spadku – 16 proc.

    Anton Bubiel, prezes Rentier.io, przewiduje sezonowy wzrost popytu, ale przy jednocześnie większej niż przed rokiem podaży ofert. – Dlatego nawet przy większym zainteresowaniu najmem w sierpniu i we wrześniu bazowym scenariuszem jest stabilizacja stawek z lokalnymi, umiarkowanymi podwyżkami, a nie szeroka fala wzrostów – mówi.

    Marcin Drogomirecki z Grupy Morizon-Gratka zwraca uwagę na głębsze zmiany. – Rynek mierzy się ze znacznym spadkiem popytu będącym wynikiem wyhamowania napływu uchodźców, ograniczenia napływu migrantów i studentów zagranicznych oraz zachodzących zmian demograficznych – wyjaśnia. Jego zdaniem, poza okresowym wzrostem popytu studenckiego, na trwałe ożywienie w najbliższym czasie się nie zanosi.

  • 47,5 mln zł kar dla PKO BP. KNF uderza w lokaty strukturyzowane

    47,5 mln zł kar dla PKO BP. KNF uderza w lokaty strukturyzowane

    Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) nałożyła na PKO Bank Polski – największy bank w Polsce – kary w łącznej wysokości 47,5 mln zł za sposób, w jaki bank tworzył i sprzedawał klientom lokaty strukturyzowane. Chodzi o produkty, które z pozoru przypominały zwykłe lokaty z gwarancją kapitału. Decyzja zapadła 5 sierpnia 2026 r., a nadzorca poinformował o niej w komunikacie opublikowanym w poniedziałek 17 sierpnia. Sprawa dotyczy produktów oferowanych w latach 2021–2023.

    Czym są lokaty strukturyzowane?

    To połączenie klasycznej lokaty terminowej z inwestycją w instrumenty finansowe. Bank dzieli powierzony kapitał na dwie części: jedną lokuje np. w obligacje skarbowe, drugą przeznacza na zakup instrumentów pochodnych, np. opcji powiązanych z wybranym aktywem bazowym. W przypadku PKO BP wyniki części tych lokat zależały m.in. od indeksów S&P 500 i Euro Stoxx 50.

    Główny zarzut: konflikty interesów

    Najwyższa kara wynosi 26 mln zł. KNF uznała, że od 7 lutego 2022 r. do 29 marca 2023 r. bank nie informował klientów o konfliktach interesów. Pierwszy dotyczył sprzeczności między interesem banku a obowiązkiem działania w najlepiej pojętym interesie klienta. Bank miał minimalizować koszty zakupu opcji wbudowanej w lokatę, stosując niższy od 100 proc. współczynnik partycypacji, co pogarszało warunki wypłaty odsetek klientom i zwiększało marżę banku. Te konflikty – zdaniem KNF – wpływały jednocześnie na marżę banku i odsetki oferowane klientom.

    Drugi konflikt dotyczył relacji między klientami bankowości osobistej i prywatnej a klientami bankowości podstawowej. Ci ostatni otrzymywali korzystniejsze warunki, w tym tzw. rabat przy wypłacie gwarantowanej oraz wyższy współczynnik partycypacji. Nadzór zaznaczył, że konflikty nie musiałyby budzić zastrzeżeń, gdyby były właściwie zarządzane. W ocenie KNF bank nie ujawnił ich przed zawarciem umowy, a jego organizacja i regulacje wewnętrzne nie chroniły interesów klientów. Komisja przypomniała, że zgodnie z prawem bank musiał poinformować o konfliktach przed zawarciem umowy, aby klient mógł podjąć świadomą decyzję.

    Kolejne kary

    KNF zakwestionowała też brak analizy struktury kosztów i opłat. Bank miał nie zbadać, czy koszty lokat nie równoważą lub nie eliminują oczekiwanych korzyści finansowych i podatkowych klientów. Kara za to wynosi 8 mln zł.

    Kolejne 8 mln zł bank ma zapłacić za błędne kategorie ryzyka. PKO BP klasyfikował lokaty strukturyzowane jako „produkty nieskomplikowane”, co nie odpowiadało ich faktycznemu profilowi ryzyka. KNF zwróciła uwagę, że konstrukcja tych produktów utrudnia klientom zrozumienie ryzyka związanego ze stopą zwrotu oraz kosztów przedterminowego rozwiązania umowy, dlatego kategorie ryzyka powinny być opisane bardziej szczegółowo. Przy opisie grup docelowych bank nie uwzględnił też wskaźnika zysku do ryzyka związanego z lokatą.

    4 mln zł to kara za niewłaściwe badanie grupy docelowej. Od 7 lutego do 16 listopada 2022 r. bank nie stosował rozwiązań zapewniających, że lokaty będą odpowiednie dla docelowych klientów. Zgodnie z przepisami bank ma obowiązek rekomendować, oferować i umożliwiać zawarcie umowy lokaty zgodnie z grupą docelową. Część umów była zawierana bez wypełnienia ankiet badających zgodność produktu z potrzebami i celami klienta. KNF wskazała, że powstawało w ten sposób ryzyko nabywania lokat przez osoby, których wiedza, doświadczenie, sytuacja finansowa lub tolerancja ryzyka nie odpowiadały grupie docelowej.

    Najmniejsza kara, 1,5 mln zł, dotyczy nierzetelnych informacji sprzedażowych. Chodzi o 36-miesięczną lokatę opartą na indeksie S&P 500 oferowaną od 7 do 18 lutego 2022 r. oraz 25-miesięczną lokatę opartą na indeksie Euro Stoxx 50 oferowaną od 16 do 30 sierpnia 2022 r. KNF podkreśliła, że materiały udostępniane klientom mają zapewniać precyzyjne i wiarygodne informacje, na podstawie których klient podejmuje decyzję o powierzeniu bankowi środków.

    Bank zapowiada środki prawne

    PKO BP w komentarzu przekazanym PAP przekonuje, że decyzja dotyczy historycznych spraw, a produkty objęte postępowaniem stanowiły ok. 1 proc. wartości wszystkich produktów inwestycyjnych banku. Bank zapewnia, że wskazane kwestie zostały już dostosowane do oczekiwań nadzoru.

    „Nie zgadzamy się ze stanowiskiem KNF i skorzystamy z przysługujących nam środków prawnych” – przekazało biuro prasowe PKO BP.

    KNF podkreśliła, że decyzja nie jest prawomocna, a maksymalny wymiar każdej z nałożonych kar to ponad 3,8 mld zł.

  • Rekordowe odszkodowania za wyłączanie OZE. Kto za nie płaci?

    Rekordowe odszkodowania za wyłączanie OZE. Kto za nie płaci?

    Polska energetyka odnawialna bije rekordy produkcji, ale ma to swoją cenę. Operator sieci przesyłowej, Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE), wypłacił w tym roku rekordowo wysokie odszkodowania za przymusowe wyłączanie farm wiatrowych i fotowoltaicznych. Koszty te, jak się okazuje, ostatecznie trafiają na rachunki odbiorców prądu.

    Rekordowe odszkodowania za nadmiar zielonej energii

    Z informacji podanych przez „Dziennik Gazeta Prawna” wynika, że już w pierwszych siedmiu miesiącach tego roku PSE wypłaciły producentom zielonej energii 57,9 mln zł rekompensat. To ponad dwa razy więcej niż w całym poprzednim roku. Wzrost wydatków jest bezpośrednim skutkiem coraz częstszych interwencji operatora, który musi ograniczać produkcję, gdy ilość wytwarzanej energii przewyższa bieżące zapotrzebowanie.

    Dlaczego operator musi wyłączać OZE? Paradoksalnie, nadmiar prądu z wiatru i słońca zagraża stabilności całego systemu elektroenergetycznego. Zbyt duża podaż w stosunku do rzeczywistego zużycia może doprowadzić do poważnych awarii, dlatego PSE są zmuszone do wydawania poleceń ograniczenia generacji.

    Fotowoltaika głównym źródłem nadwyżek

    Największym winowajcą nadprodukcji okazuje się fotowoltaika. To właśnie instalacje solarne odpowiadają za około 70 proc. energii, której PSE muszą odmówić dostępu do sieci. Jak czytamy w „Dzienniku Gazeta Prawna”, nadprodukcja energii z OZE jest wynikiem pogody, ale z wymuszonym przez operatora wstrzymaniem pracy wiążą się wspomniane odszkodowania.

    Wypłacone rekompensaty są składnikiem kosztu pracy systemu, który jest finansowany z rachunków za prąd. Ostatecznie więc za wyłączanie zielonych źródeł płacą wszyscy odbiorcy energii.

    Ile naprawdę kosztuje to przeciętne gospodarstwo?

    Mimo że łączna kwota odszkodowań robi wrażenie, jej przełożenie na portfel Kowalskiego nie jest drastyczne. Jak wyjaśnia rzecznik PSE Maciej Wapiński, koszty rekompensat są pokrywane z tzw. opłaty jakościowej. W I kwartale 2026 roku udział tych kosztów stanowił zaledwie 0,13 proc., czyli 0,15 grosza na każdą zużytą kilowatogodzinę.

    Przyjmując, że przeciętne polskie gospodarstwo domowe zużywa rocznie około 2000-2500 kWh prądu, na koszty nierynkowego redysponowania OZE przypada zaledwie około 3-3,75 zł rocznie. To niewielka kwota w porównaniu z całością rachunku.

    Opłata jakościowa – rosnący koszt na rachunkach

    Warto jednak zwrócić uwagę na szerszy kontekst. Sama opłata jakościowa, z której finansowane są te rekompensaty, znacząco wzrosła w ostatnich latach. Jak wynika z danych Urzędu Regulacji Energetyki (URE), jej stawka w 2021 roku wynosiła 10,18 zł/MWh, by w 2025 roku sięgnąć już 32,12 zł/MWh. Obecnie, od lutego 2026 roku, stawka ta wynosi 33,16 zł/MWh.

    Oznacza to, że przy miesięcznym zużyciu 300 kWh, opłata jakościowa wzrosła z około 36,65 zł rocznie w 2021 roku do około 119,35 zł w 2026 roku. Wzrost ten wynika jednak nie tylko z rekompensat za wyłączanie OZE, ale przede wszystkim z finansowania kosztownych inwestycji w infrastrukturę przesyłową.

    Co dalej z mechanizmem redysponowania?

    PSE wyjaśniają, że wypłata rekompensat za nierynkowe redysponowanie instalacji OZE wynika z obowiązujących przepisów. Kwota 57,9 mln zł podana za 2026 rok odpowiada kosztom redysponowania zrealizowanego w latach 2023-2025. Mechanizm ten uruchamiany jest, gdy dostępnych jest więcej megawatów, niż system jest w stanie bezpiecznie przyjąć – operator najpierw wykorzystuje dostępne mechanizmy rynkowe, a dopiero gdy okażą się one niewystarczające, wydaje polecenia instalacjom OZE oznaczające zmniejszenie produkcji albo czasowe wyłączenie. System finansowania zakłada, że wszystkie te wydatki ostatecznie pokrywają końcowi odbiorcy energii.

  • 54,7 mld zł z własnej kieszeni. Polacy płacą za zdrowie jak za drugie 800+

    54,7 mld zł z własnej kieszeni. Polacy płacą za zdrowie jak za drugie 800+

    Polacy coraz więcej dokładają do własnego leczenia – w 2025 roku z prywatnych portfeli na ochronę zdrowia trafiło 54,7 mld zł. To kwota niemal dorównująca rocznemu budżetowi programu 800 plus (ok. 61 mld zł). I tempo wzrostu robi wrażenie.

    Publiczne miliardy i prywatna lawina

    Publiczna służba zdrowia pochłonęła w ubiegłym roku ponad 270 mld zł, czyli ponad 8% PKB. Na składki zdrowotne odprowadziliśmy 214 mld zł – pieniądze płacone co miesiąc przez firmy i pracowników. Mimo tak dużych nakładów prywatny rynek medyczny rośnie szybciej niż publiczny.

    Według wstępnych danych GUS, w 2025 roku wydatki Polaków na prywatne leczenie sięgnęły 54,7 mld zł – o 8 mld więcej niż rok wcześniej i o ponad 16 mld więcej niż w 2023 roku. W ciągu dwóch lat kwota zwiększyła się o blisko 50%, a od 2018 roku uległa podwojeniu.

    Prywatne ubezpieczenia – rynek wart 2,6 mld zł

    Coraz chętniej sięgamy po abonamenty medyczne oferowane przez sieci takie jak Lux Med, enel-med czy Medicover. Z raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że rynek prywatnych ubezpieczeń medycznych wart był w 2025 roku ponad 2,6 mld zł – w 2021 roku szacowano go na 1 mld zł.

    Ubezpieczenia zdrowotne mogą być ważnym narzędziem wspierającym profilaktykę i odciążającym system ochrony zdrowia. Szczególnie istotne jest to, że osoby objęte ochroną korzystają z działań profilaktycznych znacznie częściej, niż wynika to ze statystyk dla całego społeczeństwa – mówi Dorota Fal, doradca zarządu PIU.

    Polska w ogonie Europy

    Mimo wzrostu wydatków, w porównaniu z innymi krajami Europy wciąż jesteśmy w tyle. Według danych Eurostatu za 2024 rok, średni mieszkaniec Polski wydaje na prywatną opiekę medyczną równowartość około 300 euro (ok. 1,3 tys. zł) rocznie. To mniej niż w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Niższe kwoty per capita notują tylko Chorwacja i Rumunia. Dla kontrastu Belgowie wydają ponad 1,2 tys. euro rocznie.

    Zdrowie Polaków poniżej unijnych standardów

    Równoległy raport dotyczący ochrony zdrowia w Polsce pokazuje, że mimo wyższych nakładów efekty są gorsze od średniej unijnej. W 2024 roku przeciętna długość życia w Polsce wynosiła 78,5 roku – w UE to ponad 80,5 roku, a w Hiszpanii, Szwecji czy Włoszech niemal 84 lata.

    Tylko nieco ponad 64% Polaków ocenia swój stan zdrowia jako dobry lub bardzo dobry – to wyraźnie poniżej większości krajów UE.

    Luka finansowa i niedobór personelu

    Łączne publiczne i prywatne wydatki na zdrowie w 2024 roku sięgnęły 287,6 mld zł, czyli 7,8% PKB. Średnia unijna to 8,8% PKB, co oznacza roczną lukę około 40 mld zł. Finansowanie prewencji, diagnostyki, badań i opieki długoterminowej pozostaje o kilkadziesiąt procent poniżej unijnej średniej. Konsekwencją jest wysoka liczba możliwych do uniknięcia zgonów – w Polsce wynosi 341 na 100 tys. mieszkańców, wobec unijnej średniej 269. Autorzy szacują, że osiągnięcie unijnego poziomu mogłoby uratować lub wydłużyć życie około 27 tys. osób rocznie.

    Problemem jest też brak personelu. W 2024 roku w sektorze opieki zdrowotnej i pomocy społecznej pracowało w Polsce około 30 osób na tysiąc mieszkańców, podczas gdy w UE około 50. Wyrównanie wskaźnika wymagałoby zatrudnienia blisko 700 tys. dodatkowych pracowników. Mediana wieku lekarza specjalisty wynosi 56 lat, a pielęgniarki specjalistki 53 lata.

    Dług szpitali i starzejące się społeczeństwo

    Sytuację finansową publicznych placówek komplikuje zadłużenie. Na koniec I kwartału 2026 roku dług samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej przekroczył 30 mld zł, a po dodaniu innych podmiotów łączne zadłużenie publicznej ochrony zdrowia ocenia się na około 40 mld zł. Jedną z przyczyn są tzw. nadwykonania – świadczenia ponad plany NFZ, które placówki muszą długo finansować z własnych środków.

    Presja na system będzie rosnąć wraz ze starzeniem się społeczeństwa. Mediana wieku Polaków wzrosła z 34 lat w 2000 roku do 43 lat w 2025 roku, a według prognoz do połowy stulecia przekroczy 50 lat. Zapotrzebowanie na opiekę długoterminową rośnie, a Polska wciąż ma za mało miejsc w placówkach opiekuńczych dla seniorów.

    Konieczność reformy finansowania

    Autorzy raportu podkreślają, że bez dodatkowych środków publicznych dystans do krajów Europy Zachodniej się nie zmniejszy. Obecnie wydatki publiczne rosną, ale nie na tyle, by dogonić unijną średnią. W publicznej dyskusji coraz częściej słychać głosy o potrzebie znalezienia nowych źródeł finansowania – wymienia się tu podwyższenie składki zdrowotnej, rozszerzenie jej podstawy lub podniesienie niektórych podatków pośrednich. Eksperci są jednak sceptyczni, czy przed wyborami politycy odważą się na tak trudną debatę. Bez nowych pieniędzy system zdrowotny może nie dogonić zachodnich standardów.

  • Rekordowy niemiecki eksport. Polska w czołówce największych odbiorców

    Rekordowy niemiecki eksport. Polska w czołówce największych odbiorców

    Niemiecka gospodarka zanotowała w czerwcu 2026 roku historyczny wynik – eksport sięgnął 139,3 mld euro, bijąc poprzedni rekord z września 2022 roku (139,1 mld euro). Najnowsze dane Federalnego Urzędu Statystycznego (Destatis) przynoszą dobre wieści dla Polski, która z wynikiem 9,1 mld euro znalazła się w ścisłej czołówce największych pojedynczych rynków dla niemieckich towarów.

    Niemiecki handel w czerwcu – rekordy i solidna nadwyżka

    W porównaniu z majem 2026 r. niemiecki eksport wzrósł o 0,9 proc., a import o 4,4 proc. (dane po uwzględnieniu czynników sezonowych i kalendarzowych). Rok do roku eksport zwiększył się o 6,6 proc., a import o 8,4 proc.. Wartość importu wyniosła w czerwcu 123,9 mld euro – najwyżej od listopada 2022 roku. Mimo dynamicznie rosnącego importu (częściowo z powodu wyższych cen surowców energetycznych), niemieckie saldo handlu zagranicznego utrzymało solidny plus i zamknęło się kwotą 15,4 mld euro.

    W całym pierwszym półroczu 2026 r. niemiecki eksport urósł o 3,7 proc., a import o 4,4 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2025 roku. Nadwyżka handlowa naszego zachodniego sąsiada wyniosła w tym czasie 105 mld euro – wobec 105,9 mld euro rok wcześniej.

    Polska w czołówce odbiorców niemieckich towarów

    Głównym partnerem handlowym Niemiec pozostają kraje Unii Europejskiej – eksport do tej grupy w czerwcu wyniósł 79,3 mld euro, a import 63,6 mld euro. Patrząc na poszczególne państwa, niekwestionowanym liderem są USA, do których trafiły niemieckie towary o wartości 12,1 mld euro.

    W zestawieniu największych rynków zbytu wysoko plasują się również Francja (10,6 mld euro) oraz Holandia (10 mld euro). Polska z wynikiem 9,1 mld euro znalazła się w gronie krajów o największym imporcie z Niemiec, obok takich gospodarek jak Włochy (7,4 mld euro), Wielka Brytania (7,3 mld euro), Szwajcaria (6,6 mld euro), Chiny (6,2 mld euro) i Hiszpania (5,4 mld euro). Wartość niemieckiego eksportu do naszego kraju wzrosła rok do roku o 10,1 proc. i o 0,5 proc. w porównaniu z majem.

    Również po stronie importu Niemcy coraz chętniej sięgają po polskie produkty. Wartość towarów sprowadzanych z Polski wyniosła w czerwcu 7,3 mld euro – to wzrost o 6,6 proc. w ujęciu rocznym i o 7,5 proc. w porównaniu z majem. Liderem w imporcie do Niemiec pozostają Chiny (16,5 mld euro), przed USA (8,7 mld euro) i Holandią (8,5 mld euro). Polska wyprzedziła w tym zestawieniu m.in. Włochy (7,1 mld euro), Francję (6,3 mld euro), Szwajcarię (4,4 mld euro) czy Wielką Brytanię (3,8 mld euro).

    Polska żywność też bije rekordy

    Z nowych danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR) wynika, że w pierwszym półroczu 2026 r. wartość eksportu polskich produktów rolno-spożywczych sięgnęła blisko 29 mld euro. Dodatnie saldo handlu zagranicznego w tym sektorze wzrosło o ponad 7 proc., osiągając 9,6 mld euro.

    Jak podaje KOWR, w strukturze eksportu dominują mięso i przetwory mięsne, ziarno zbóż, tytoń i wyroby tytoniowe, cukier, produkty mleczne, przetwory rybne, a także warzywa, owoce i ich przetwory. Coraz większe znaczenie mają produkty przetworzone – ich wartość wzrosła o 2,3 proc. rok do roku, sięgając 20 mld euro. Produkty nieprzetworzone i minimalnie przetworzone stanowiły 9 mld euro.

    Nieprzerwanie najważniejszym rynkiem zbytu dla polskiej żywności pozostają kraje UE – trafiły tam towary o wartości 21,5 mld euro (91 mld zł), co stanowi 74 proc. całego eksportu rolno-spożywczego. Niemcy pozostają największym odbiorcą: import polskich produktów rolno-spożywczych o wartości 7 mld euro odpowiada za 24 proc. całego eksportu w tej kategorii. Kolejne miejsca zajęły Francja (2,1 mld euro), Niderlandy (1,6 mld euro), Włochy (1,5 mld euro) i Czechy (1,4 mld euro).

    Rośnie także znaczenie rynków pozaunijnych. Wartość eksportu do wybranych krajów Afryki i Azji zwiększyła się o 6 proc., a dotyczyło to m.in. Nigerii, Republiki Południowej Afryki, Filipin, Turcji i Maroka. Łączna wartość eksportu poza UE wyniosła 7,5 mld euro (32 mld zł), co stanowi 26 proc. udziału w strukturze geograficznej. KOWR wskazuje, że wzrost sprzedaży polskiej żywności za granicę był rezultatem kilku czynników, w tym utrzymania silnej pozycji w międzynarodowych łańcuchach dostaw, wyższych cen transakcyjnych oraz korzystniejszego kursu euro względem złotego.

  • Tajny przeładunek ropy u wybrzeży Omanu. Nowa strategia eksporterów z Zatoki

    Tajny przeładunek ropy u wybrzeży Omanu. Nowa strategia eksporterów z Zatoki

    Konflikt na Bliskim Wschodzie wymusza na największych eksporterach ropy tworzenie nowych, nieoficjalnych tras dostaw. Kluczowym elementem tej strategii stał się system przeładunku surowca z jednego tankowca na drugi na otwartym morzu, który rozwinął się na masową skalę u wybrzeży Omanu.

    Kto stoi za operacją?

    Zjednoczone Emiraty Arabskie, Irak, Katar oraz Kuwejt – to główni uczestnicy programu, który rozpoczął się kilka miesięcy temu. Tankowce, po bezpiecznym pokonaniu Cieśniny Ormuz, przekazują ładunek innym jednostkom w Zatoce Omańskiej. Jak podają źródła, system ten stał się podstawowym kanałem zaopatrzenia światowych rynków od początku obecnej fazy konfliktu. Kraje te kontynuują eksport, choć ataki dosięgają statki nawet w obecności eskorty wojskowej.

    Czterokrotny wzrost floty pod Omanem

    Satelitarne zdjęcia unijnego systemu obserwacji ujawniają, że przy omańskim brzegu zgromadziło się około 150 zbiornikowców. Dla porównania, w styczniu było ich zaledwie około 40 – to skok o niemal 300% w ciągu kilku miesięcy. Większość z tych jednostek czeka na przyjęcie ropy od tankowców, które po przepłynięciu cieśniny wyłączają transpondery, by nie ujawniać swojej pozycji.

    Arabia Saudyjska zwiększa zaangażowanie

    Dotychczas przeładunki między tankowcami były przez saudyjskie królestwo stosowane sporadycznie. Teraz nastąpiła zmiana – w związku z rosnącym zagrożeniem ze strony wspieranych przez Iran hutych jemeńskich na Morzu Czerwonym, Arabia Saudyjska znacząco rozszerzyła swój udział w tym systemie. W ostatnim tygodniu dwa statki załadowały surowiec w Ras Tanura, głównym saudyjskim terminalu eksportowym. Państwowy koncern Bahri, który zarządza krajową flotą tankowców, rozmieścił u wybrzeży Omanu 16 supertankowców o łącznej pojemności 38 mln baryłek. Kolejne trzy jednostki są w drodze do regionu.

    Adnoc nie zwalnia tempa

    Emiracki koncern Adnoc, kontrolowany przez rząd Zjednoczonych Emiratów Arabskich, prowadzi sprzedaż na poziomie przekraczającym 135 mln baryłek dla odbiorców z różnych kontynentów. Kolejne rundy ofert handlowych są ogłaszane mimo poważnych ryzyk dla załóg i jednostek pływających.

    Wolumeny trudne do oszacowania

    Według źródeł zaznajomionych z operacjami, dzienny wolumen transportowany tą trasą przekracza 4 mln baryłek. Dokładne pomiary są jednak utrudnione, ponieważ kapitanowie często dezaktywują transpondery, by zachować anonimowość. Analitycy i handlowcy mają przez to ograniczone możliwości śledzenia przepływu surowca.

    Eskalacja napięć w regionie

    System przeładunków nabiera szczególnego znaczenia w obliczu zaostrzającego się konfliktu. We wtorek brytyjska Agencja ds. Operacji Handlowych na Morzu poinformowała o ataku na statek towarowy w Cieśninie Ormuz. Uszkodzona została maszynownia, a jeden członek załogi zginął. Pozostali marynarze otrzymują pomoc od Straży Przybrzeżnej Omanu.

    Jednocześnie wygasło w poniedziałek 60-dniowe zawieszenie broni między USA a Iranem, bez formalnego porozumienia uzupełniającego. Prezydent Donald Trump wykluczył przedłużenie rozejmu, argumentując, że Teheran nie zaakceptuje warunków koniecznych do zakończenia wojny.

    Głosy z obu stron

    W niedzielę Trump powiedział w wywiadzie dla Fox News, że Stany Zjednoczone „zbombardują” Oman, jeśli „stanie im na drodze”. Z kolei Ebrahim Zolfaghari, rzecznik irańskiego wojska, ostrzegł, że statki próbujące przepłynąć przez cieśninę „znajdą kilka pięknych dziur w kadłubach”. Według doniesień „Wall Street Journal”, irańskie władze nie zamierzają łagodzić konfliktu, a wręcz przeciwnie – dążą do jego eskalacji, by podnieść koszty ponoszone przez USA i ich regionalnych sojuszników.

    Ropa drożeje z powodu deficytu

    Zanim wybuchł konflikt, przez Cieśninę Ormuz płynęło codziennie 20 mln baryłek ropy. Obecnie to około 9 mln baryłek. Sekretarz energii USA podał, że całkowity eksport regionu, uwzględniając rurociągi i inne trasy, wynosi około 15 mln baryłek dziennie – o 5 mln mniej niż w normalnych warunkach. Ten brak podaży winduje ceny: we wtorek ropa Brent kosztowała ponad 91 dolarów, a amerykańska WTI około 84 dolarów.

  • Polacy chcą jawności płac. Firmy wciąż grają w ciuciubabkę z widełkami

    Polacy chcą jawności płac. Firmy wciąż grają w ciuciubabkę z widełkami

    Dla 72 proc. pracowników widełki płacowe w ogłoszeniu to kluczowa informacja – wynika z najnowszej edycji „Barometru Polskiego Rynku Pracy” przygotowanego przez Personnel Service. Mimo to co trzecia firma w Polsce w ogóle nie ujawnia stawek w ofertach pracy. Przepaść między oczekiwaniami a rzeczywistością jest ogromna, a czasu na dobrowolne zmiany zostało niewiele.

    Pracownicy: transparentność to podstawa

    Z badania wynika, że 63 proc. zatrudnionych popiera ideę jawności wynagrodzeń w swojej firmie. Przeciwnego zdania jest 17 proc., a 20 proc. nie ma jednoznacznego stanowiska. Kobiety częściej niż mężczyźni uznają widełki za istotne – odpowiednio 76 proc. wobec 68 proc.. Im wyższe wykształcenie, tym większe poparcie: wśród osób z dyplomem uczelni wyższej sięga 67 proc., podczas gdy wśród respondentów z wykształceniem podstawowym – 57 proc. Zaledwie 14 proc. pracowników uznaje informację o widełkach za mało istotną.

    Pracodawcy mówią „tak”, ale praktyka kuleje

    Po stronie pracodawców widać wyraźny zwrot. Jawność wynagrodzeń popiera obecnie 57 proc. firm – to wzrost o 14 punktów procentowych w porównaniu z rokiem poprzednim (43 proc.). Przeciwnych pozostaje 20 proc. przedsiębiorstw, a 23 proc. nie ma wyrobionego zdania.

    Deklaracje rozmijają się jednak z codzienną praktyką rekrutacyjną. Tylko 30 proc. firm publikuje widełki płacowe we wszystkich ogłoszeniach, a 24 proc. robi to tylko przy wybranych naborach. Około jedna trzecia pracodawców w ogóle nie ujawnia stawek w ofertach.

    Branżowe zróżnicowanie

    Największym zwolennikiem jawności płac jest sektor TSL (transport, spedycja, logistyka), gdzie poparcie sięga 80 proc.. Na drugim miejscu plasuje się sektor publiczny (68 proc.), a na trzecim – IT i nowoczesne technologie (63 proc.). Najsłabiej wypadł sektor usług z zaledwie 46 proc. poparcia. Te różnice pokazują, że transparentność płac wciąż nie jest standardem w wielu gałęziach gospodarki.

    Unijny katalizator zmian

    Początkowo unijna dyrektywa o przejrzystości wynagrodzeń miała zostać wdrożona do 7 czerwca 2026 roku, ale obecnie mówi się o początku 2027 roku jako realnym terminie wejścia w życie. Tymczasem polskie firmy wciąż nie są gotowe – uporządkowane siatki płac ma zaledwie 26 proc. przedsiębiorstw, 27 proc. deklaruje częściowe przygotowanie, a 14 proc. jest dopiero na wstępnym etapie prac.

    Krzysztof Inglot, ekspert rynku pracy i założyciel Personnel Service, komentuje:

    „Pracownicy coraz wyraźniej oczekują przejrzystości w kwestii wynagrodzeń. Chcą wiedzieć nie tylko, ile mogą zarobić, zanim zdecydują się aplikować, ale również rozumieć, od czego zależy wysokość ich pensji i możliwości jej wzrostu. To zmiana, która wykracza poza samą rekrutację i wpisuje się w szerszy kierunek porządkowania polityki płacowej w firmach. Większa transparentność ma sprzyjać temu, żeby o wynagrodzeniu decydowały przede wszystkim kompetencje, doświadczenie i odpowiedzialność, a nie płeć czy indywidualna pozycja negocjacyjna. Temu służą również nowe regulacje, które mają zwiększyć przejrzystość zasad wynagradzania i ograniczać nieuzasadnione różnice płacowe między kobietami i mężczyznami, które nadal występują.”

    Według Inglota, nowe regulacje mają ograniczać nieuzasadnione różnice płacowe ze względu na płeć, które wciąż są problemem na polskim rynku pracy.

    Z raportu Personnel Service wynika wprost, że firmy, które nie zdążą uporządkować polityki płacowej przed wejściem w życie dyrektywy, mogą mieć problem nie tylko z przepisami, ale i z przyciąganiem kandydatów. W sytuacji, gdy 72 proc. pracowników uważa widełki płacowe za kluczowy element oferty, presja na pracodawców będzie tylko narastać.

  • Analitycy podnoszą wyceny trzech spółek z GPW. Gdzie jest najwięcej potencjału?

    Analitycy podnoszą wyceny trzech spółek z GPW. Gdzie jest najwięcej potencjału?

    Analitycy z kilku domów maklerskich opublikowali w ostatnich dniach nowe, wyższe wyceny dla trzech spółek notowanych na warszawskiej giełdzie. Chodzi o Grupę Azoty, Oponeo.pl oraz Auto Partner. W każdym przypadku utrzymano rekomendację „kupuj”, a w dwóch z nich znacząco podniesiono prognozy finansowe.

    Grupa Azoty – cel 24 zł i prognoza odbicia EBITDA

    Największe zmiany dotyczą Grupy Azoty. Analitycy DM BOŚ w raporcie z 4 sierpnia podnieśli 12-miesięczną cenę docelową akcji spółki z 21 zł do 24 zł, podtrzymując przy tym zalecenie „kupuj”. W dniu publikacji raportu kurs wynosił 19,66 zł, co oznacza, że nowa wycena zakłada około 22% potencjału wzrostu.

    Uzasadnieniem dla optymistycznego stanowiska są przede wszystkim lepsze prognozy EBITDA. DM BOŚ spodziewa się, że w 2026 roku EBITDA sięgnie 1,1 mld zł, a w 2027 roku wzrośnie do 1,6 mld zł. Zdaniem analityków głównym motorem poprawy będzie rosnąca produkcja w większości segmentów.

    W raporcie zwrócono uwagę na kilka czynników wspierających spółkę. To m.in. poprawa otoczenia makro w sektorze nawozów i chemikaliów, wprowadzenie ceł na import nawozów oraz mechanizm CBAM. Analitycy wskazują także na szoki podażowe wywołane wojną w Iranie i ukraińskimi atakami na rosyjskie zakłady chemiczne, które mogą dodatkowo poprawić marże producentów nawozów w Europie.

    „Jesteśmy przekonani, że to tylko kwestia czasu zanim szkody w rosyjskim sektorze azotowym będą podobnej skali do tych, jakie obserwowaliśmy w przemyśle rafineryjnym. Jeśli tak się stanie, marże produkcji nawozów w Europie mogą osiągnąć rekordowe poziomy” – czytamy w cytowanym fragmencie raportu DM BOŚ.

    Oponeo.pl z 20% potencjałem po nowym ATH

    Akcje Oponeo.pl niedawno ustanowiły nowe historyczne maksimum, ale zdaniem analityków East Value Research wciąż mają potencjał do dalszych wzrostów. W raporcie z 12 sierpnia podniesiono 12-miesięczną cenę docelową z 100 zł do 124 zł, co przy kursie 103 zł daje około 20,4% potencjału wzrostowego. Rekomendacja pozostała na poziomie „kupuj”.

    Analitycy zwracają uwagę na politykę dywidendową spółki, która w ostatnich latach zapewniała wypłaty na poziomie od 3% do 6% oraz na bardzo dobre wyniki kluczowej spółki zależnej – Dadelo. W pierwszej połowie 2026 roku Dadelo zwiększyło sprzedaż netto o 67,3% r/r, do 406,5 mln zł, a zysk netto wzrósł o 91%, do 32 mln zł. Dadelo planuje w tym roku otwarcie pięciu nowych sklepów stacjonarnych oraz wejście na rynki Czech, Słowacji i Niemiec.

    „Biorąc pod uwagę rekordowe wyniki Oponeo.pl w pierwszym kwartale 2026 r. i szybszy niż oczekiwano wzrost Dadelo, podnieśliśmy nasze szacunki na 2026 r. i kolejne lata” – uzasadniają eksperci East Value Research.

    Auto Partner – wyniki II kwartału przebiły oczekiwania

    Ostatnia z trzech spółek, Auto Partner, również doczekała się pozytywnej rekomendacji. Analitycy BM mBanku w raporcie z 11 sierpnia podnieśli cenę docelową akcji z 30 zł do 34 zł, utrzymując rekomendację „kupuj”.

    Impulsem do zmiany wyceny były wstępne wyniki drugiego kwartału 2026 roku, które wyraźnie przebiły oczekiwania rynkowe. EBITDA wzrosła o 47% r/r, do około 142 mln zł, co było o 14% powyżej prognoz biura i o 15% powyżej konsensusu rynkowego. Głównym powodem była odbudowa marży brutto, która zwiększyła się o 2,5 punktu procentowego r/r, do 29,3%. Analitycy wskazują również na zmianę otoczenia cenowego – dynamikę przychodów ma teraz wspierać inflacja cen części zamiennych.

    W efekcie BM mBanku podniosło prognozę EBITDA dla Auto Partner na 2026 rok o około 8%, a prognozę zysku netto o 11%. W ciągu ostatnich 15 dni przed publikacją raportu akcje spółki zdążyły już wzrosnąć o 25%.

    Żabka też z wyższą wyceną

    W tym samym okresie, bo 12 sierpnia, swoją wycenę dla akcji Żabki podniósł również Piotr Bogusz, analityk Erste. Podniósł zarówno cenę docelową, jak i rekomendację dla operatora franczyzowej sieci sklepów. W swoim raporcie zaznaczył, że mniejszościowi akcjonariusze powinni oczekiwać premii. Szczegóły nowej wyceny nie zostały jednak ujawnione w źródłowych materiałach.

    Raporty dla trzech głównych spółek zostały opublikowane na stronach http://www.biznes.pap.pl. Autorem rekomendacji dla Grupy Azoty jest Łukasz Prokopiuk (DM BOŚ, raport z 5 sierpnia), dla Oponeo.pl – Adrian Kowollik (East Value Research, raport z 12 sierpnia), a dla Auto Partner – Janusz Pięta (BM mBanku, raport z 11 sierpnia).

  • Polski rynek maklerski pędzi po 3 mln rachunków. To XTB napędza wzrost

    Polski rynek maklerski pędzi po 3 mln rachunków. To XTB napędza wzrost

    Liczba rachunków maklerskich w Polsce zbliża się do symbolicznego progu trzech milionów. Lipiec przyniósł wzrost o prawie 54,1 tys. nowych kont, a do okrągłego poziomu brakuje już mniej niż 32 tys., wynika z danych KDPW. Przy obecnym tempie przyrostu ten pułap powinien zostać przekroczony już po sierpniu.

    Za lwią część lipcowego skoku odpowiada XTB. Firma pozyskała w ubiegłym miesiącu około 47,4 tys. nowych rachunków, co umacnia jej pozycję niekwestionowanego lidera rynku. To kolejny miesiąc z rzędu, w którym wyniki oscylują wokół podobnych wartości – w czerwcu było to 46,6 tys., w maju 48,2 tys., a w kwietniu 47,7 tys. Wyższe wyniki notowano na początku roku: w marcu padł wynik 50,6 tys., w lutym 51,2 tys., a w styczniu aż 68,3 tys.

    Lider rynku, ale nie tylko nowe konta

    Na koniec lipca XTB prowadziło 1,134 mln rachunków, co czyni je zdecydowanym liderem zestawienia. Dla porównania, drugie w rankingu BM mBanku miało 571 tys. kont, a trzecie BM Pekao niecałe 212 tys.

    Ciekawostką lipca jest jednak nie tylko liczba obsługiwanych klientów, ale też udział w obrotach na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. XTB z udziałem na poziomie 2,04 proc. zajęło 12. miejsce w zestawieniu, wyprzedzając między innymi BM mBanku (2,02 proc.), BM ING BSK (1,11 proc.) czy BM Alior (0,57 proc.). W tej kategorii niekwestionowanym liderem pozostaje Goldman Sachs z udziałem 22,22 proc., przed BofA Securities (11,45 proc.) i BM PKO BP (10,22 proc.). Na uwagę zasługuje także awans Erste BM. Udział tej firmy w lipcu wyniósł 5,94 proc., co dało jej piątą pozycję, podczas gdy miesiąc wcześniej była na 10. lokacie.

    „Z pewnością cieszy nas, że udział XTB w obrotach na GPW stale rośnie” – mówi Filip Kaczmarzyk, członek zarządu XTB. Dodaje, że firma w ostatnich latach włożyła ogrom pracy w promowanie odpowiedzialnego inwestowania i myślenia o finansowej przyszłości, a efekty tych działań są już widoczne. Zwraca też uwagę, że statystyczny klient XTB jest znacznie młodszy niż typowy polski inwestor, co w przyszłości może procentować.

    Konkurencja w tle, plany na przyszłość

    Wzrost liczby rachunków w lipcu odnotowały też inne podmioty – w BM mBanku przybyło ponad 4 tys. kont, a w BM Pekao liczba rachunków wzrosła o ponad 1 proc. Jednak to XTB pozostaje motorem napędowym całego rynku.

    Prezes XTB Omar Arnaout przyznaje, że nie widzi jeszcze sufitu w pozyskiwaniu klientów, choć w Polsce rynek jest już mocno nasycony. Dlatego coraz większy nacisk marketingowy firma kładzie na inne kraje, zwłaszcza Niemcy, Francję i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jak tłumaczy Arnaout, w tych krajach wydatki marketingowe XTB sięgają obecnie 40–50 proc. tego, co wydaje największa lokalna konkurencja, co oznacza ogromny potencjał dalszego wzrostu.

    XTB liczy też na nowe regulacje – wprowadzenie Obligacji Korzystnych Inwestycji (OKI). Jak podkreśla Kaczmarzyk, jeżeli OKI wejdzie w życie, XTB ma być pierwszym wyborem Polaków chcących efektywnie zarządzać pieniędzmi. Firma planuje jeszcze w tym kwartale udostępnić polskie akcje klientom zagranicznym, co może dodatkowo poprawić jej pozycję na GPW. Kaczmarzyk podkreśla również, że XTB jest oknem na GPW dla setek tysięcy inwestorów z Europy, którzy mogą poprosić o udostępnienie im polskiego parkietu.

    Tymczasem po drugiej stronie barykady, w BM mBanku, trwają zmiany kadrowe. Tylko w tym roku z firmą pożegnało się pięciu maklerów instytucjonalnych, a z końcem czerwca odszedł także wieloletni szef biura, Maksymilian Skolik. Na razie biuro nie komentuje tych zmian ani kierunków dalszego rozwoju.

  • Pepco wykupił własne akcje; DataWalk i Liftero z diametralnie różnymi wynikami

    Pepco wykupił własne akcje; DataWalk i Liftero z diametralnie różnymi wynikami

    Na warszawskiej giełdzie nie brakuje dziś tematów. Pepco Group finalizuje wielki skup własnych akcji, DataWalk rozczarowuje wynikami, a Liftero notuje kosmiczny wzrost przychodów i ma za sobą wsparcie norweskiego giganta.

    Pepco: akcje skupione, kapitał zmniejszony

    Pepco Group zakończyło proces skupu akcji własnych, nabywając 36,46 mln walorów za łączną kwotę 400 mln euro. Cena za jedną akcję wyniosła 47,52 zł. Zainteresowanie ze strony akcjonariuszy było ogromne – średnia stopa redukcji ofert sięgnęła 91,76%, co oznacza, że chętnych do sprzedaży było znacznie więcej niż akcji, które spółka zamierzała odkupić.

    Nabyte akcje zostaną umorzone, co automatycznie zmniejszy liczbę walorów w obrocie oraz obniży kapitał zakładowy spółki. Rozliczenie transakcji z akcjonariuszami, których oferty zostały przyjęte, nastąpi 17 sierpnia 2026 roku.

    Po sfinalizowaniu operacji udział IBEX Retail Investments Limited, większościowego akcjonariusza, wyniesie 66,1% ogólnej liczby akcji (z wyłączeniem akcji własnych) oraz 58,3% wszystkich wyemitowanych przez spółkę walorów. W komunikacie zarząd podkreślił, że taki zwrot kapitału świadczy o zdyscyplinowanym zarządzaniu finansami, a zmniejszenie puli akcji powinno przełożyć się na wzrost wartości przypadającej na pozostałe walory.

    DataWalk: głęboki spadek przychodów, ale ambitne cele

    DataWalk przedstawił szacunkowe wyniki za pierwsze półrocze 2026 roku, które nie zachwyciły inwestorów. Skorygowana strata EBITDA wyniosła 22,7 mln zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2025 roku było to zaledwie 2,15 mln zł straty. Przychody grupy spadły o 54% – do 11 mln zł.

    Głównym powodem tak wyraźnego pogorszenia jest załamanie sprzedaży licencji, która zmniejszyła się o 81% (13,1 mln zł). W segmencie usługowym odnotowano natomiast wzrost o 5% (398 tys. zł), co może wskazywać na stopniową zmianę modelu biznesowego. Strata na poziomie EBIT sięgnęła 40,1 mln zł wobec 60,4 mln zł rok wcześniej, a wynik brutto ze sprzedaży wyniósł 8,1 mln zł (w 2025 roku było to 19,8 mln zł).

    Mimo słabych danych zarząd podtrzymuje średnioterminowy cel wzrostu przychodów (CAGR) na poziomie ponad 70%.

    Liftero: przychody w górę o 240% i rekordowy pipeline

    Całkiem inaczej wygląda sytuacja Liftero, producenta silników do satelitów notowanego na NewConnect. W pierwszym półroczu 2026 roku spółka wypracowała 1,4 mln zł przychodów, co oznacza wzrost o 240% w ujęciu rocznym.

    Backlog zwiększył się o 92% do 4,7 mln zł, a komercyjny pipeline przekroczył 106 mln euro. Za tym wzrostem stoi m.in. udana misja RED5, która potwierdziła flight heritage systemu BOOSTER i zwiększyła wiarygodność technologii w oczach zagranicznych klientów.

    Liftero wciąż jednak notuje straty – EBITDA w I półroczu wyniosła -1,1 mln zł, a strata netto sięgnęła 1,9 mln zł. Spółka tłumaczy to intensywnymi inwestycjami w rozwój: skalowaniem produkcji, budową zaplecza testowego i wzrostem zatrudnienia. W maju pozyskano 17,5 mln zł brutto z IPO, a na koniec czerwca spółka dysponowała 16 mln zł w gotówce. Środki te mają zostać przeznaczone na zwiększenie zdolności produkcyjnych, rozwój produktu, ekspansję zagraniczną i dalszą rozbudowę organizacji.

    Dodatkowym impulsem dla kursu (w sierpniu wzrósł o 48%) jest pojawienie się w akcjonariacie norweskiego państwowego funduszu emerytalnego, największego funduszu majątkowego na świecie. Dla małej spółki z NewConnect to sygnał o rosnącym uznaniu dla jej technologii. Na koniec czerwca Liftero zainstalowało clean room o powierzchni ok. 55 mkw. oraz uruchomiło drugie stanowisko do testów silników w warunkach próżniowych.

    Tymczasem Pepco konsekwentnie realizuje strategię zwrotu kapitału, DataWalk mierzy się ze słabymi wynikami, a Liftero kontynuuje dynamiczny rozwój, mając przed sobą perspektywę dużych kontraktów.