Blog

  • Chiny uratowały rynek ropy? Import spadł, ceny nie eksplodowały

    Chiny uratowały rynek ropy? Import spadł, ceny nie eksplodowały

    Konflikt na Bliskim Wschodzie trwa już ponad sto dni, a światowa podaż ropy skurczyła się o 14 proc. od 28 lutego. Mimo to ceny surowca nie wystrzeliły w górę do przewidywanych 200 dolarów za baryłkę. Kluczową rolę odegrały w tym Chiny, które w ostatnich miesiącach radykalnie ograniczyły import.

    Pekin hamuje szok podażowy

    Jak wynika z analiz cytowanych przez CNBC, chiński import ropy spadł z 11,7 mln baryłek dziennie w lutym do niespełna 9 mln baryłek pod koniec maja. To redukcja o prawie 3 mln baryłek dziennie, która – zdaniem strategów rynkowych – pomogła złagodzić skutki blokady Cieśniny Ormuz.

    Analitycy J.P. Morgan określili obecny poziom cen jako „wyjątkowo spokojny” jak na cztery miesiące konfliktu. Z kolei eksperci Societe Generale zwrócili uwagę, że 14-procentowy spadek podaży podbił ceny „zaledwie” o około 30 proc. Dla porównania – embargo naftowe OPEC z 1973 r. ograniczyło podaż o około 7 proc., ale wywołało wzrost cen rzędu 134 proc. W ocenie francuskiego banku skalę szoku udało się zrównoważyć dzięki kilku czynnikom: strategicznym uwolnieniom zapasów, uspokajającym sygnałom z Waszyngtonu oraz wzrostowi produkcji w Brazylii i Wenezueli.

    „Redukcja chińskiego importu to jedna z największych rekompensat za szok, ustępująca jedynie przekierowaniom ropy przez Arabię Saudyjską i większa niż skoordynowane uwolnienia ropy z USA, Europy i Japonii” – podkreślili analitycy Societe Generale.

    Analitycy podzieleni w prognozach

    Co dalej z cenami? Zdania ekspertów są podzielone. J.P. Morgan zakłada, że Cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta w czerwcu – wówczas Brent do końca 2026 r. utrzyma się na poziomie około 100 dolarów za baryłkę. Jeśli zamknięcie potrwa dłużej, w trzecim kwartale cena wzrośnie o około 5 dol., a w czwartym – nawet o 15 dol., gdyż zapasy będą kurczyć się szybciej.

    Zupełnie inny scenariusz rysują analitycy Fitch. Ich zdaniem wznowienie żeglugi pod koniec lipca spowoduje „gwałtowny spadek cen ropy Brent” – od września średnia może wynieść 70 dol. za baryłkę. Obecną wyższą wycenę traktują jako „tymczasowy logistyczny szok podażowy”, a nie trwałą utratę mocy produkcyjnych.

    „Niewidzialna ręka” i miliard baryłek w magazynach

    O wpływie Chin na stabilizację rynku pisze również CNN. Eksperci zwracają uwagę, że Pekin nie tylko ograniczył zakupy, ale też przez lata gromadził ogromne rezerwy. Według Rystad Energy przed wybuchem wojny w Iranie Chiny systematycznie budowały zapasy, wykorzystując tanie dostawy ropy z Rosji i Iranu. Obecnie chińskie rezerwy strategiczne i komercyjne przekraczają 1 mld baryłek.

    Dodatkowo Pekin ograniczył eksport produktów rafinowanych, takich jak olej napędowy i benzyna, by zabezpieczyć rynek krajowy. Boom na samochody elektryczne również robi swoje: według Międzynarodowej Agencji Energetycznej chińska flota EV zmniejszyła konsumpcję ropy o 1 mln baryłek dziennie w ubiegłym roku.

    A co po otwarciu Cieśniny?

    W poniedziałek cena ropy Brent wynosiła poniżej 78 dol. za baryłkę – to spory spadek w porównaniu do szczytu na poziomie 114 dol. sprzed czterech miesięcy. Analitycy przestrzegają jednak, że szybkie odblokowanie Cieśniny Ormuz może doprowadzić do nadpodaży. Według prognoz IMF, gdy produkcja na Bliskim Wschodzie wróci do normy, wzrost podaży przewyższy wzrost popytu o 4,7 mln baryłek dziennie w przyszłym roku. Chiny, z ich gigantycznymi rezerwami i elastyczną polityką importową, ponownie mogą okazać się kluczowym stabilizatorem globalnego rynku.

  • Komputery kwantowe uderzą w banki wcześniej niż w Bitcoina? Tim Draper mówi o zagrożeniu, a Trump już działa

    Komputery kwantowe uderzą w banki wcześniej niż w Bitcoina? Tim Draper mówi o zagrożeniu, a Trump już działa

    Czy banki są bardziej narażone niż Bitcoin?

    Miliarder i inwestor Tim Draper twierdzi, że rozwój komputerów kwantowych stanowi obecnie poważniejsze zagrożenie dla tradycyjnego systemu bankowego niż dla sieci Bitcoina. Według niego zasoby BTC są „bezpieczniejsze” niż pieniądze przechowywane w walutach fiducjarnych w bankach.

    Wszyscy panikują z powodu kwantowego łamania szyfrowania Bitcoina, podczas gdy banki działają na przestarzałej infrastrukturze, która sprawia, że Bitcoin wygląda jak Fort Knox. Nawet gdyby coś stało się blockchainowi, operatorzy pełnych węzłów mogą cofnąć się do ostatniego bezpiecznego bloku. Sieć przetrwa. Dolar i banki nie mają takiej opcji.

    – Tim Draper, założyciel Draper Associates, Draper Fisher Jurvetson (DFJ) oraz Draper Venture Network

    Draper argumentuje, że społeczność Bitcoina ma mechanizmy obronne – w skrajnej sytuacji sieć mogłaby przeprowadzić hard forka i wrócić do ostatniego bezpiecznego bloku, ale tylko przy szerokim konsensusie górników i operatorów węzłów.

    Trump podpisuje rozporządzenia – USA przygotowuje się na erę kwantową

    Równolegle amerykańska administracja nie czeka na pierwsze ataki. Prezydent Donald Trump podpisał dwa rozporządzenia wykonawcze (EO 14409 i EO 14411), które mają przygotować Stany Zjednoczone na nadejście komputerów kwantowych. Pierwsze z nich, zatytułowane „Zabezpieczenie państwa przed zaawansowanymi atakami kryptograficznymi”, nakłada na agencje federalne obowiązek migracji kluczowych systemów do kryptografii postkwantowej (PQC) zatwierdzonej przez NIST.

    Terminy są konkretne: do końca 2030 r. wszystkie zasoby o wysokiej wartości mają przejść na postkwantowe mechanizmy wymiany kluczy, a do końca 2031 r. pełna migracja podpisów cyfrowych. NIST ma uruchomić pilotażowy program migracji – projekt ma zostać ukończony najpóźniej do 31 grudnia 2027 r.

    Zagrożenie „zbierz teraz, odszyfruj później”

    Biały Dom zwraca uwagę na scenariusz nazywany „Harvest now, decrypt later” – cyberprzestępcy lub wrogie państwa mogą już dziś gromadzić zaszyfrowane dane, licząc na ich odszyfrowanie w przyszłości za pomocą wydajnych komputerów kwantowych. Obecnie stosowane standardy kryptograficzne mogą wkrótce okazać się niewystarczające.

    Co z Bitcoinem? 7 milionów BTC może być zagrożonych

    Kwestia bezpieczeństwa blockchaina również budzi emocje. Na początku czerwca Niezależna Rada Doradcza ds. Komputerów Kwantowych i Blockchaina przy Coinbase oszacowała, że około 7 milionów BTC znajduje się na adresach, które mogłyby być podatne na przyszłe ataki kwantowe. Wśród nich są historyczne adresy powiązane z Satoshim Nakamoto oraz część dużych zimnych portfeli giełd. Firma Project Eleven ostrzega, że tzw. Q-Day – moment złamania obecnych zabezpieczeń przez komputer kwantowy – może nastąpić już około 2030 r.

    W odpowiedzi społeczności Bitcoina, Ethereum, XRP i Tron rozpoczęły prace nad migracją do standardów odpornych na ataki kwantowe. Jedną z propozycji jest BIP 360 (Pay-to-Merkle-Root), który zakłada adresy chronione przed potencjalnymi atakami kwantowymi.

    Draper nie rezygnuje z prognozy 250 000 USD

    Tim Draper od lat słynie z prognozy, że Bitcoin osiągnie 250 000 USD. Po raz pierwszy postawił ją w 2018 roku, potem przesuwał termin z powodu załamania rynku w 2022 i restrykcyjnych regulacji w USA. Na początku 2026 r. podtrzymał swoje stanowisko – według najnowszej wersji BTC ma osiągnąć ten poziom w ciągu najbliższych 18 miesięcy.

    Drugie rozporządzenie: innowacje kwantowe

    Oprócz działań ochronnych Trump podpisał również EO 14411 – „Wprowadzanie nowej ery innowacji kwantowych”. Rozporządzenie nakazuje aktualizację krajowej strategii rozwoju technologii informacji kwantowej (QIST) oraz uruchomienie programu komputerów kwantowych wspierających odkrycia naukowe. W ciągu 60 dni Sekretarz Wojny ma zidentyfikować co najmniej trzy projekty czujników kwantowych nowej generacji. Celem jest wzmocnienie łańcuchów dostaw i rozwój kadr, by USA zachowały konkurencyjność w technologicznym wyścigu.

    Podsumowanie

    Podczas gdy inwestorzy i eksperci debatują, kto pierwszy padnie ofiarą komputerów kwantowych – banki czy Bitcoin – amerykańska administracja już wprowadza konkretne regulacje. Terminy migracji do kryptografii postkwantowej wyznaczono na lata 2030–2031, a pilotażowy program ruszy do grudnia 2027 r. Dla posiadaczy kryptowalut i klientów banków to sygnał, że era kwantowa zbliża się szybciej, niż mogłoby się wydawać.

  • Polacy hamują z zakupami. Kwietniowa sprzedaż detaliczna ostro poniżej prognoz

    Polacy hamują z zakupami. Kwietniowa sprzedaż detaliczna ostro poniżej prognoz

    Kwietniowe dane GUS o sprzedaży detalicznej rozczarowały. Zamiast spodziewanego wzrostu o 3,5% rok do roku, odczyt w cenach stałych wyniósł zaledwie 1,3% – najmniej od kilku kwartałów. Ekonomiści przecierają oczy, a prognozy analityków rozminęły się z rzeczywistością o ponad dwa punkty procentowe.

    W ujęciu miesięcznym sprzedaż spadła o 0,8%. Nawet w cenach bieżących (uwzględniających inflację) dynamika wyniosła tylko 2,8%, podczas gdy konsensus zakładał 4,2%.

    Marzec na piku, kwiecień na hamulcu

    Kontrast z marcem jest uderzający. W marcu sprzedaż w cenach stałych skoczyła aż o 8,7% r/r – najwięcej od 2022 r., jak określił to Bank Pekao. Miesiąc do miesiąca wzrost wyniósł 18,1%. Kwiecień przyniósł gwałtowne zejście w dół, ale część tej dynamiki tłumaczy się układem kalendarza. Wielkanoc w 2026 r. wypadła na początku kwietnia, przez co część świątecznych wydatków trafiła jeszcze do marca, a sam kwiecień miał o jeden dzień roboczy i jedną niedzielę handlową mniej niż rok wcześniej.

    Nie interpretujemy kwietniowego spowolnienia jako oznaki fundamentalnej słabości. Kwiecień tylko częściowo skorzystał z pozytywnego efektu Wielkanocy, a jednocześnie w pełni odczuł poświąteczny spadek zakupów – komentuje Marcin Luziński, ekonomista Erste Bank Polska.

    Paliwa w górę, odzież i żywność w dół

    Najmocniej zaskoczyła sprzedaż paliw – wzrosła o 25,6% r/r i 13,4% w porównaniu z marcem. Ekonomiści spodziewali się stabilizacji po wejściu programu CPN, ale możliwe, że Polacy nadal tankowali przezornie, a wpływ miały też wielkanocne wyjazdy.

    Po drugiej stronie znalazła się żywność – spadek o 5,8% r/r i 1,5% m/m. Spadła też sprzedaż odzieży i obuwia (-9,5% r/r, prawie -12% w stosunku do marca). Luziński wskazuje, że to nastąpiło po wyjątkowo silnym marcu, który był wsparty opóźnionym wejściem kolekcji wiosennej przez chłodny luty. Sprzedaż mebli i sprzętu RTV/AGD wzrosła tylko o 1% r/r wobec prawie 8% w marcu. Ekonomiści Pekao oceniają: „To ważny miernik głosowania portfelem i w ostatnich miesiącach o hamowaniu sprzedaży dóbr trwałych zadecydowały zapewne obawy o sytuację ekonomiczną i finansową konsumentów”.

    E-commerce zwalnia, ale nie wszędzie

    W kwietniu wartość sprzedaży przez internet wzrosła zaledwie o 0,5% r/r. Udział e-commerce w sprzedaży ogółem spadł z 8,8% do 8,6%. Wewnątrz tego kanału widać jednak wyraźne różnice. Udział online wzrósł w kategorii mebli, RTV i AGD – z 17,3% do 20,2% – oraz w prasie i książkach – z 19,5% do 20,4%. Z kolei w przypadku tekstyliów, odzieży i obuwia udział internetu obniżył się z 25,4% do 24,4%.

    Konsument pod presją?

    Perspektywy dla siły nabywczej Polaków nie są już tak korzystne jak wcześniej. Dynamika płac w sektorze przedsiębiorstw hamuje, a inflacja rośnie. W kwietniu CPI wyniósł 3,2% r/r – najwyżej od dziesięciu miesięcy – i może sięgnąć 4% w kolejnych miesiącach. W efekcie realny wzrost płac w firmach wyniósł tylko około 2% r/r, najniżej od 2,5 roku.

    Na razie nastroje konsumenckie trzymają się nieźle, ale analitycy Banku Pekao ostrzegają: „Podwyższona inflacja uszczupli portfele Polaków, a kondycja rynku pracy nie pozwoli na zrekompensowanie tego podwyżkami wynagrodzeń. Tak więc okres prawdziwie obniżonych nastrojów konsumenckich dopiero przed nami”.

    Odbicie w maju?

    Część ekonomistów spodziewa się, że maj przyniesie poprawę dzięki ustąpieniu negatywnego efektu przesunięcia świąt. Krystian Jaworski z Credit Agricole BP ocenia: „Wraz z ustąpieniem negatywnego efektu przesunięcia świąt Wielkanocy, poziom sprzedaży detalicznej zwiększy się w maju”.

    Szerszy obraz gospodarki w I kwartale jest jednak przyzwoity – GUS podał w zaktualizowanym odczycie PKB wzrost o 3,5% r/r (nieco powyżej wstępnych 3,4%). Głównym motorem była konsumpcja gospodarstw domowych, ale inwestycje dodały tylko 0,3 pkt proc. – częściowo przez mroźną zimę, która przesunęła wiele inwestycji budowlanych.

    Kwiecień pokazał, że polski konsument nie zachowuje się tak przewidywalnie, jak zakładała większość prognoz. Zmienność – słaby styczeń, stabilny luty, rekordowy marzec, rozczarowujący kwiecień – wpisuje się w zygzak, który widać także w przemyśle. Czy maj przyniesie wyprostowanie tej ścieżki? Odpowiedź poznamy za miesiąc.

  • Koniec ery banków? Bain prognozuje drastyczny spadek udziałów w rynku. Co z Polską?

    Koniec ery banków? Bain prognozuje drastyczny spadek udziałów w rynku. Co z Polską?

    Tradycyjne banki tracą grunt pod nogami, a według najnowszego raportu Bain & Company proces ten może gwałtownie przyspieszyć. Do 2030 roku ich udział w globalnych przychodach sektora finansowego może spaść z obecnych około 80% do zaledwie 65%. Choć nominalnie przychody banków wciąż mogą rosnąć, to ich dominacja wyraźnie topnieje na rzecz fintechów, platform technologicznych i nowych modeli płatności.

    Globalna rewolucja finansowa

    Bain & Company szacuje, że obecna globalna pula przychodów w finansach wynosi od 8 do 10 bilionów dolarów. Do końca dekady może urosnąć do 15–17 bilionów, ale tradycyjne instytucje będą miały w niej coraz mniejszy kawałek. Dla porównania: na początku lat 2000. banki kontrolowały około 95% rynku o wartości 2,9 biliona dolarów. Teraz alternatywni gracze – fintechy, private credit, stablecoiny czy systemy oparte na AI – przejęli już około 20%.

    Raport wskazuje, że erozja dotyka praktycznie wszystkich segmentów. Najbardziej widać ją w zarządzaniu majątkiem, ale nie omija bankowości detalicznej (kredyty, hipoteki, depozyty, płatności). Nawet bankowość korporacyjna, choć w mniejszym stopniu, odczuwa napór konkurencji.

    Polski front walki o klienta

    W Polsce zjawisko to jest bardzo wyraźne. Brytyjski Revolut ma już ponad 5 milionów klientów i rozbudowuje ofertę o rachunki, karty, oszczędności, inwestycje, a nawet planuje wejście w hipoteki. Rodzime XTB skutecznie zagospodarowało niszę prostego inwestowania detalicznego, budując masową platformę. Szwedzka Klarna i inne firmy BNPL przejęły część rynku kredytu konsumenckiego, a cyfrowe portfele jak Google Pay i Apple Pay sprawiają, że bank staje się dla użytkownika coraz mniej widoczny. Do Polski wdarł się też niemiecki fintech Trade Republic, który pojawił się we wrześniu ubiegłego roku.

    Czy polskie banki są odporne?

    Analitycy, z którymi rozmawiał „Parkiet”, studzą jednak czarny scenariusz. Piotr Rychlicki z Ipopema Securities zwraca uwagę, że poprzednie 15% udziałów fintechy przejmowały przez ponad dwie dekady, a Bain zakłada kolejne 15% w ciągu 4–5 lat – jego zdaniem to zbyt pesymistyczne tempo. Łukasz Jańczak z Erste Securities dodaje, że polskie banki są bardzo cyfrowe i nowoczesne, często bardziej niż zachodnie, i oferują zbliżone usługi do globalnych fintechów. – Trudno dziś wskazać kluczową usługę oferowaną przez globalne fintechy, której nie byłyby w stanie zapewnić także banki – ocenia.

    Dlaczego nowym fintechom jest trudno?

    Równolegle pojawia się inna perspektywa – z punktu widzenia inwestorów. Fundusz Digital Ocean Ventures, który wystartował w 2024 roku i pozyskał 45 milionów złotych od PFR Ventures oraz prywatnych inwestorów, dotychczas sfinalizował osiem transakcji. Żadna z nich nie jest fintechem konsumenckim. Dlaczego? Piotr Widacki, zarządzający funduszem, tłumaczy, że zbudowanie nowej aplikacji finansowej w Polsce jest dziś niezwykle trudne.

    „Koszt pozyskania użytkownika często wynosi kilkaset złotych, przy miesięcznym przychodzie na poziomie kilkunastu złotych. Zwrot z inwestycji w klienta trwa latami” – mówi Piotr Widacki.

    Polskie banki są tak zaawansowane technologicznie, że nowe aplikacje konsumenckie rzadko wnoszą istotną wartość – z bankowości mobilnej korzysta już prawie 90% klientów, a statystyczny Polak wykonuje ponad 400 transakcji bezgotówkowych rocznie.

    Przyszłość leży w B2B i compliance

    Zamiast walczyć z bankami o klienta detalicznego, coraz więcej startupów decyduje się na współpracę z nimi w modelu B2B. Digital Ocean Ventures widzi największy potencjał w rozwiązaniach infrastrukturalnych dla sektora finansowego – compliance, operacje, AML czy obsługa klienta. – Sztuczna inteligencja wyraźnie obniża koszt tworzenia produktów i przyspiesza ich wdrożenie – podkreśla Piotr Widacki. Przykładami polskich firm o globalnej skali są Vodeno (przejęte przez UniCredit), Zen czy Ramp Network. Co ważne, wiele banków tworzy szybkie ścieżki pilotażowe dla nowych rozwiązań, choć pełne wdrożenie produkcyjne trwa zwykle od 12 do 18 miesięcy.

    Presja nie znika

    Marta Szostak, Associate Partner w Bain & Company, ostrzega, że pytanie nie brzmi już, czy banki powinny się transformować, ale jak szybko i jak głęboko. Dodaje:

    „Sama skala działalności nie wystarczy, jeśli nie będzie przekładała się na lepsze doświadczenie klienta i szybsze wdrażanie innowacji.”

    Wśród kluczowych wyzwań raport wymienia kończącą się erę „banku dla wszystkich”, rosnącą rolę zaufania i konieczność wykorzystania danych oraz sztucznej inteligencji. Jeśli banki tego nie zrobią, mogą stać się jedynie zapleczem infrastrukturalnym dla innych graczy. Tymczasem Digital Ocean Ventures stawia na osiem startupów, w tym Muzaic.ai, 1Security, Gaius-Lex i inne – żaden nie jest typowym fintechem, ale wszystkie wspierają cyfrową transformację sektora.

  • 67 tys. emerytów z prawem do rekompensaty? Rząd szykuje ustawę naprawczą

    67 tys. emerytów z prawem do rekompensaty? Rząd szykuje ustawę naprawczą

    Nawet kilkadziesiąt tysięcy osób, które przeszły na wcześniejszą emeryturę przed 2012 rokiem, może mieć szansę na wyrównanie zaniżonych świadczeń. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowało projekt ustawy, który ma naprawić skutki kontrowersyjnej zmiany prawa sprzed 14 lat.

    67 tysięcy poszkodowanych

    Problem dotyczy osób, które po osiągnięciu powszechnego wieku emerytalnego zamiast wyższej emerytury otrzymały niższą niż dotychczasowa. Powodem było wprowadzenie 1 stycznia 2013 roku przepisu (art. 25 ust. 1b ustawy emerytalnego), który nakazywał pomniejszać podstawę wyliczenia nowego świadczenia o sumę kwot pobranych wcześniejszych emerytur.

    Z danych przekazanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych wynika, że przepisy projektowanej ustawy mogą objąć około 67 tysięcy osób. To głównie mężczyźni urodzeni w latach 1949–1952 oraz w 1954 roku, a także kobiety z roczników 1954–1959, którzy złożyli wniosek o wcześniejszą emeryturę przed 6 czerwca 2012 roku, a powszechny wiek emerytalny osiągnęli po 31 grudnia 2012 roku.

    Nauczyciele wśród poszkodowanych

    Sprawa zyskała rozgłos między innymi dzięki interwencji poselskiej. Do MRPiPS zwrócił się poseł Łukasz Horbatowski, który opisał sytuację nauczycieli. Jednym z przykładów jest nauczyciel matematyki i informatyki (rocznik 1954), który przeszedł na wcześniejszą emeryturę 1 grudnia 2007 roku. Gdy w 2019 roku po ukończeniu 65 lat wystąpił o przeliczenie świadczenia, nowa emerytura okazała się niższa od dotychczasowej. ZUS uzasadnił to przepisami sprzed 2013 roku.

    Resort w odpowiedzi przyznał, że część emerytów z roczników innych niż 1953 została rzeczywiście pokrzywdzona sposobem wprowadzenia spornego przepisu.

    Co zakłada projekt ustawy?

    Projekt ustawy (UD204) przewiduje możliwość ponownego ustalenia wysokości emerytury powszechnej dla osób, które złożyły wniosek o wcześniejszą emeryturę przed 6 czerwca 2012 roku, a prawo do emerytury powszechnej zostało im przyznane po 2012 roku. Kluczowe zmiany to:

    • ustalenie wysokości świadczenia na moment złożenia wniosku bez pomniejszania podstawy o kwoty pobranych wcześniejszych emerytur
    • brak uwzględniania rocznych waloryzacji kapitału początkowego i składek w okresie pobierania wcześniejszej emerytury
    • następnie podwyższenie tak ustalonej emerytury o coroczne waloryzacje marcowe

    Rozwiązanie ma objąć również osoby, które nadal pobierają wcześniejsze emerytury i nie wystąpiły jeszcze o emeryturę powszechną.

    Proces legislacyjny wciąż trwa

    Projekt ustawy trafił już do uzgodnień międzyresortowych, konsultacji publicznych i opiniowania. Obecnie w resorcie analizowane są zgłoszone uwagi. Po zakończeniu tych prac dokument trafi do Stałego Komitetu Rady Ministrów, a ostateczny kształt ustawy wyłonią kolejne etapy procesu legislacyjnego.

    Pierwotnie zakładano, że ustawa wejdzie w życie 1 czerwca 2026 roku. Termin ten już minął, a prace nadal trwają. Jak tłumaczyło wcześniej ministerstwo, złożoność materii i konieczność przeprowadzenia wyliczeń dla różnych wariantów decydują o długości prowadzonych prac.

    Sądowe wygrane bez systemowego rozwiązania

    Część seniorów nie czeka na rządowe przepisy i kieruje sprawy do sądów. Jak donosiły media, osoby poszkodowane coraz częściej wygrywają takie sprawy, domagając się wyrównań. Problem potencjalnie może dotyczyć nawet około 200 tysięcy osób – głównie kobiet z roczników 1954–59 i mężczyzn z lat 1949–52 oraz 1954. Jednak dokładne koszty budżetowe ewentualnej ustawy naprawczej dla wszystkich poszkodowanych wciąż nie zostały oszacowane.

    Zgodnie z projektem, proponowane rozwiązanie ma dotyczyć wyłącznie osób, których wniosek o wcześniejszą emeryturę wpłynął przed 6 czerwca 2012 roku, a prawo do emerytury powszechnej przyznano po 2012 roku.

  • SpaceX po IPO – analitycy stawiają nawet 500 USD, ale średnia Wall Street to 235 USD

    SpaceX po IPO – analitycy stawiają nawet 500 USD, ale średnia Wall Street to 235 USD

    Debiut, który podzielił rynek

    Zaledwie kilka dni po pierwszym dniu notowań akcje SpaceX zdążyły już wywołać spore rozbieżności wśród analityków. Choć pojawiają się odważne, entuzjastyczne prognozy, to jednak główny nurt Wall Street pozostaje wyraźnie bardziej ostrożny. Najbardziej optymistyczne scenariusze sięgają nawet 500 dolarów za akcję, co oznaczałoby potencjalny zysk rzędu około 270% w stosunku do ceny z IPO, która wyniosła 135 dolarów.

    Cztery rekomendacje, średnia znacznie niższa

    Według danych z platformy TipRanks, zestawionych 18 czerwca, średnia cena docelowa dla papierów SpaceX, wyliczona na podstawie czterech rekomendacji, wynosi 235,25 dolara. To znacznie mniej niż najbardziej śmiałe przewidywania. Z tych czterech ocen trzy brzmią „Kupuj”, a jedynie jedna to „Sprzedaj”. W efekcie spółka klasyfikowana jest obecnie jako walór typu „Umiarkowany Kupuj” – ostrożny konsensus, który mocno kontrastuje z odważniejszymi głosami spoza mainstreamu.

    401 dolarów od Arete. Kluczowy jest Starlink V3

    Rekomendację „Kupuj” z ceną docelową na poziomie 401 dolarów wystawiła firma Arete. Analityk Andrew Beale uzasadnił ją przede wszystkim potencjałem drzemiącym w nowej generacji satelitów Starlink V3. W swojej analizie podkreślił, że te satelity mogą otworzyć przed firmą znaczące możliwości w segmencie szerokopasmowego internetu dla przedmieść, wykraczając poza dotychczasową bazę klientów. Beale określił SpaceX jako przedsiębiorstwo, które skutecznie dzieli złożone wyzwania inżynieryjne na mniejsze etapy, równocześnie rozwijając możliwości w zakresie transportu kosmicznego, łączności i sztucznej inteligencji. Jego zdaniem wysoka cena docelowa odzwierciedla ogromny długoterminowy potencjał spółki.

    Starlink napędza wycenę – 7,5 mld USD EBITDA

    Podobnego zdania jest Gabelli Funds. Zarządzający portfelem John Belton nazwał SpaceX „ostateczną spółką wzrostową” i poparł swoją tezę liczbami. Zwrócił uwagę, że sam Starlink wygenerował w zeszłym roku około 7,5 miliarda dolarów EBITDA, przy wzroście przychodów rzędu 50% i marżach EBIT przekraczających 40%.

    „Uważam, że jest to firma z ogromnym potencjałem wzrostu przed nią. To zdecydowanie będzie historia długoterminowa i myślę, że zajmie trochę czasu, zanim akcje znajdą swoje miejsce na rynkach publicznych. Ale przed nami wiele ekscytujących możliwości.”

    500 dolarów od Aitken Mount – argumenty i insiderzy

    Jeszcze bardziej byczo, bo aż na 500 dolarów, wycenia SpaceX australijska Aitken Mount Capital Partners. Przedstawiciel firmy Angus Aitken wskazał na kilka kluczowych katalizatorów. Po pierwsze, ograniczony free float, czyli niewielka liczba akcji w wolnym obrocie. Po drugie, oczekiwanie, że Elon Musk oraz inni kluczowi insiderzy zatrzymają swoje udziały. Po trzecie, przekonanie, że SpaceX będzie systematycznie dostarczać solidne wzrosty przychodów i zysków, idące w parze z kolejnymi przełomami technologicznymi.

    Jay Woods z Freedom Capital Markets dodał, że kluczową datą do śledzenia będzie 11 sierpnia – pierwszy zaplanowany raport finansowy spółki. Tego dnia 20% insiderów będzie mogło sprzedać akcje. Jeśli kurs akcji utrzyma się na poziomie 30% powyżej ceny IPO (czyli 175,5 dolara) przez 5–10 kolejnych dni, wówczas odblokowane zostanie kolejne 10% udziałów.

    Podsumowanie

    Zaledwie kilka dni po debiucie giełdowym SpaceX ma już na koncie cztery rekomendacje z Wall Street. Średnia cena docelowa na poziomie 235,25 dolara wyraźnie kontrastuje z odważnymi prognozami sięgającymi 500 dolarów. Najbliższym, konkretnym testem dla nowego waloru będzie pierwszy raport finansowy, opublikowany już 11 sierpnia.

  • Allegro i InPost zawieszają spór. Giganty negocjują nową umowę dostaw

    Allegro i InPost zawieszają spór. Giganty negocjują nową umowę dostaw

    Dwa największe polskie e-commerce’owe molochy – Allegro i InPost – postanowiły odłożyć na bok sądowe animozje i usiąść do stołu negocjacyjnego. 18 czerwca 2026 roku spółki podpisały niewiążący list intencyjny, który ma utorować drogę do nowej, długoterminowej umowy ramowej na dostawy paczek do punktów odbioru (out‑of‑home).

    Nowa umowa – niższe ceny i wieloletnie zobowiązania

    Zgodnie z komunikatem giełdowym Allegro, przewidywana nowa umowa ma objąć przede wszystkim obniżone ceny dostaw oraz zrewidowaną formułę indeksacji cen. Obie strony chcą też ustalić wieloletnie zapisy dotyczące wolumenu, przepustowości i poziomu świadczonych usług.

    „Oczekuje się, że nowa umowa, po jej zawarciu, zastąpi dotychczasową umowę i będzie obowiązywać do dnia 31 grudnia 2031 r., zapewniając obu stronom większą przewidywalność oraz bezpieczeństwo w ramach długoterminowego planowania operacyjnego i finansowego” – poinformowano w oficjalnym raporcie bieżącym spółki, opublikowanym na podstawie art. 17 ust. 1 rozporządzenia MAR.

    Obecna umowa, jak wynika z wcześniejszych doniesień, została podpisana w 2020 roku na siedem lat. Jeśli negocjacje zakończą się sukcesem, nowy kontrakt zastąpi ją i zapewni stabilność współpracy aż do końca 2031 roku.

    Spór o 98,7 mln zł na razie odłożony

    W tle całej sprawy leży konflikt, który narastał od ubiegłego roku. InPost uznał, że Allegro eksponuje na swojej platformie własne formy dostawy, utrudniając klientom wybór paczkomatu. Firma oszacowała kary na 98,7 mln zł i skierowała sprawę do sądu arbitrażowego. Allegro konsekwentnie uznawało te roszczenia za bezpodstawne i nie zapłaciło żądanej kwoty. Rozstrzygnięcie arbitrażu planowane było na koniec 2026 roku.

    Teraz jednak – na czas negocjacji nowej umowy – postępowanie zostaje zawieszone. Strony uzgodniły to w podpisanym liście intencyjnym. W komunikacie czytamy, że „Strony uzgodniły również zawieszenie aktualnie toczącego się postępowania arbitrażowego na czas trwania negocjacji Nowej Umowy”.

    Rafał Brzoska: staramy się wyciszać

    Jesienią 2025 roku szef InPostu Rafał Brzoska mówił na konferencji prasowej: „Staramy się wyciszać, tonować i nie podgrzewać atmosfery wbrew temu, co nasi koledzy z Allegro robili i jakie działania podjęli parę miesięcy temu. Z drugiej strony jako zarząd mamy obowiązek dbać o interes akcjonariuszy”. Dziś, po podpisaniu listu, wyraźnie widać, że obie firmy wolą współpracować niż procesować się.

    Co dalej?

    List intencyjny ma charakter niewiążący – ostateczne porozumienie nie jest przesądzone. Negocjacje nad nową umową ramową mają potrwać „w nadchodzących miesiącach”. Jeśli dojdzie do skutku, zastąpi ona dotychczasową umowę i zapewni stabilność współpracy aż do końca 2031 roku. W dokumencie podkreślono, że skuteczność listu pozostaje uzależniona od zawarcia nowej umowy.

    Raport bieżący nr 16/2026 podpisały osoby reprezentujące spółkę – Gary McGann i Marcin Kuśmierz, obaj jako dyrektorzy. Allegro.eu to luksemburska spółka akcyjna (société anonyme) z siedzibą w Luksemburgu. List intencyjny został podpisany przez spółkę zależną Allegro – Allegro sp. z o.o. – oraz InPost sp. z o.o. Przewidywana nowa umowa ma regulować współpracę w zakresie usług dostaw poza domem. Strony uzgodniły, że na czas negocjacji zawieszają aktualnie toczące się postępowanie arbitrażowe. List intencyjny jest dokumentem niewiążącym, a jego skuteczność pozostaje uzależniona od zawarcia nowej umowy.

  • Posłowie-lekarze w Sejmie. Sprawdziliśmy, ile dorabiają na medycynie

    Posłowie-lekarze w Sejmie. Sprawdziliśmy, ile dorabiają na medycynie

    W polskim parlamencie zasiada jedenaścioro posłów, którzy z wykształcenia są lekarzami. Nie wszyscy jednak są czynni zawodowo – a ci, którzy leczą, zarabiają bardzo różnie. Business Insider przeanalizował ich oświadczenia majątkowe za 2025 rok i ujawnił, kto i ile dorabia na ochronie zdrowia.

    Kto znajduje się na liście?

    Lista posłów z medycznym dyplomem obejmuje przedstawicieli różnych ugrupowań. Wśród nich są m.in.:

    • Katarzyna Sójka (PiS) – specjalistka chorób wewnętrznych
    • Czesław Hoc (PiS) – pracuje w poradni endokrynologicznej w Kołobrzegu
    • Anna Dąbrowska-Banaszek (PiS) – prowadzi gabinet lekarski
    • Bolesław Piecha (PiS) – lekarz, ale bez dochodów z medycyny
    • Alicja Chybicka (KO) – w Sejmie z najwyższym poparciem wśród lekarzy
    • Włodzisław Giziński (KO) – prywatna praktyka i udział w Centrum Medycznym Gizińscy
    • Marek Hok (KO) – praktyka zawieszona
    • Krzysztof Bojarski (KO) – dyrektor szpitala w Łęcznej
    • Władysław Kosiniak-Kamysz (PSL) – wicepremier, aktywność medyczna zawieszona
    • Radosław Lubczyk (PSL) – prowadzi gabinet stomatologiczny „Lubczyk Dent”
    • Rafał Komarewicz (Klub Centrum) – lekarz dentysta, w oświadczeniu brak śladu po medycynie

    Największe dochody: dyrektor i poseł

    Absolutnym liderem pod względem zarobków w ochronie zdrowia jest Krzysztof Bojarski (KO). Pełni funkcję dyrektora Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Łęcznej. W oświadczeniu wykazał dochód z umowy o pracę w wysokości 521 413 zł 18 gr oraz 71 267 zł 7 gr z działalności wykonywanej osobiście. Łącznie to niemal 593 tys. zł – co czyni go najlepiej zarabiającym posłem-lekarzem.

    Alicja Chybicka (KO) – która w wyborach zdobyła aż 78 816 głosów (10% poparcia w okręgu) – z „działalności wykonywanej osobiście” uzyskała 14 504 zł 76 gr brutto w 2025 roku. W jej oświadczeniu poza uposażeniem poselskim i emeryturą nie ma innych źródeł medycznych.

    Małe przychody, zawieszone praktyki

    Kilku posłów prowadzi działalność medyczną, ale ich dochody są skromne. Radosław Lubczyk (PSL) ze swojego gabinetu stomatologicznego osiągnął przychód 65 581 zł, co przełożyło się na dochód zaledwie 10 055 zł 64 gr. Anna Dąbrowska-Banaszek (PiS) z gabinetu lekarskiego zarobiła 8 160 zł przychodu i 5 647 zł dochodu, a dodatkowo 11 603 zł z innej osobistej działalności. Włodzisław Giziński (KO) z prywatnej praktyki i udziałów w Centrum Medycznym Gizińscy miał 7 996 zł przychodu i 5 956 zł dochodu.

    Czesław Hoc (PiS) z pracy w poradni endokrynologicznej w Regionalnym Szpitalu w Kołobrzegu uzyskał przychód 22 820 zł z umowy o pracę. Katarzyna Sójka (PiS) w oświadczeniu wymieniła umowy zlecenia na 27 800 zł.

    Aż trzech posłów-lekarzy nie wykazuje żadnych dochodów z medycyny: Bolesław Piecha (PiS), Rafał Komarewicz (Klub Centrum) oraz Marek Hok (KO), którego prywatna praktyka jest aktualnie zawieszona. Również Władysław Kosiniak-Kamysz (PSL) – absolwent Collegium Medicum UJ – ma aktywność medyczną zawieszoną, a w oświadczeniu nie ma o tym wzmianki. Zanim został ministrem, pracował przez cztery lata jako lekarz w szpitalu.

    Polityczne tło: transparentność czy zasłona dymna?

    Ujawnienie zarobków posłów-lekarzy zbiega się w czasie z gorącą debatą w Sejmie nad rządowym projektem, który ma poszerzyć zakres danych gromadzonych przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) o wynagrodzeniach w służbie zdrowia. Dotychczas dane były anonimowe – nowe przepisy przewidują, że podmioty lecznicze będą przekazywać informacje z numerem PESEL lub numerem prawa wykonywania zawodu.

    Opozycja krytykuje projekt jako reakcję na skandal związany z lekarzem-radnym z KO podejrzanym o nadużycia. – To polityczna zasłona dymna – ocenił Jarosław Sachajko (Demokracja Bezpośrednia). – Problemem nie jest brak Excela z zarobkami, tylko brak transparentności i upolitycznienie ochrony zdrowia.

    Z kolei Janusz Cieszyński (PiS) podkreślał: – Transparentność i przejrzystość to klucz do skutecznego zarządzania także w ochronie zdrowia. Jego partia złożyła poprawki, które – jak argumentował – można było wdrożyć w 24 godziny, ale koalicja je odrzuciła.

    Przedstawiciele koalicji bronią projektu. – Bez tych danych trudno odpowiedzialnie rozmawiać o finansowaniu szpitali, wycenie świadczeń czy wynagrodzeniach – argumentowała Jolanta Zięba-Gzik (PSL). – W publicznym systemie nie może dochodzić do patologii.

    Choć dochody posłów-lekarzy są zróżnicowane, w Sejmie toczy się dyskusja nad rządowym projektem, który ma znieść anonimowość wynagrodzeń medyków. Zgodnie z nowelą, podmioty lecznicze będą przekazywać Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji dane z numerem PESEL lub numerem prawa wykonywania zawodu.

  • Intel wystrzelił o 220% w 2026 roku. Trump potwierdza przełomowe partnerstwo z Apple

    Intel wystrzelił o 220% w 2026 roku. Trump potwierdza przełomowe partnerstwo z Apple

    Rok 2026 przechodzi do historii Intela. Akcje giganta półprzewodnikowego wzrosły od początku roku o ponad 220%, a najnowsza – potwierdzona przez samego Donalda Trumpa – współpraca z Apple dodała kolejne 8% przed dzisiejszą sesją. Notowania sięgnęły 132 dolarów, co oznacza spektakularny powrót spółki, o której jeszcze rok temu mówiono w kontekście powolnego upadku.

    Potwierdzona współpraca z Apple

    Donald Trump ogłosił, że Apple i Intel podpisały umowę na wspólne projektowanie i wytwarzanie układów scalonych w amerykańskich fabrykach. Dotychczas producent iPhone’ów w ogromnej mierze polegał na tajwańskim TSMC, którego moce produkcyjne są obecnie oblegane przez gigantów AI, takich jak Nvidia i AMD. Dla Apple to krok w stronę dywersyfikacji bazy produkcyjnej, dla Intela – szansa na odzyskanie pozycji w czołówce światowego rynku półprzewodników.

    Choć plotki o możliwym partnerstwie krążyły od miesięcy (wstępne porozumienie medialnie pojawiło się już w maju), dopiero publiczne potwierdzenie przez administrację waszyngtońską nadało sprawie nową rangę. Inwestorzy uznali, że projekt przeszedł ze sfery spekulacji do realnych działań.

    Reakcja rynku i technologia

    Akcje Intela zareagowały błyskawicznie – w handlu przedsesyjnym kurs wzrósł o około 6,5–8% w zależności od źródła, co przełożyło się na ponad 230-proc. wzrost w skali roku. Obecny kurs oscyluje wokół 132 dolarów, podczas gdy na początku stycznia wynosił zaledwie 37 dolarów.

    Motorem napędowym jest nie tylko współpraca z Apple, ale również postęp technologiczny. Na początku bieżącego tygodnia Intel ogłosił rozpoczęcie wstępnej produkcji w nowej generacji procesu technologicznego 18A-P. To właśnie ta technologia ma być fundamentem rozwoju segmentu Intel Foundry, czyli produkcji chipów dla klientów zewnętrznych. Intel stopniowo przekształca się w firmę, która nie tylko produkuje własne procesory, ale także świadczy usługi produkcyjne dla innych – model znany z TSMC.

    Geopolityka i rola rządu

    Partnerstwo Apple i Intela idealnie wpisuje się w szerszą strategię administracji USA, która stawia na uniezależnienie amerykańskiego sektora technologicznego od dostaw z Tajwanu i innych zagranicznych źródeł. W zeszłym roku rząd USA nabył 10% udziałów w Intelu i ogłosił plany zainwestowania około 10 miliardów dolarów w budowę lub rozbudowę fabryk na terenie USA. Działania te przyniosły już pokaźne zyski kapitałowe – wartość rządowego pakietu wzrosła do ponad 50 miliardów dolarów. Sam Trump wcześniej mówił, że „powinien zażądać większych” udziałów, osiem miesięcy po tym, jak rządowa inwestycja tak mocno zyskała na wartości.

    Apple prawdopodobnie nie zerwie całkowicie relacji z TSMC – bardziej realny jest model dywersyfikacji, w którym Intel przejmie produkcję wybranych komponentów. Nawet taka ograniczona współpraca ma ogromne znaczenie dla przyszłości Intela, bo może otworzyć drzwi do pozyskania kolejnych klientów, którzy obecnie w dużej mierze polegają na usługach TSMC.

    Czy akcje mają jeszcze przestrzeń do wzrostu?

    Po skoku o ponad 220% od początku roku pytanie o przewartościowanie jest naturalne. Obecna wycena uwzględnia już sporo optymizmu – jeśli współpraca z Apple okaże się mniej rozbudowana, niż oczekuje rynek, lub proces wdrożenia nowych technologii napotka przeszkody, notowania mogą być narażone na realizację zysków.

    Z drugiej strony produkcja półprzewodników staje się jednym z najważniejszych sektorów światowej gospodarki, napędzanym przez sztuczną inteligencję, centra danych i nowoczesną elektronikę użytkową. Intel, mając w perspektywie zamówienia od Apple oraz rozbudowę segmentu foundry, może poprawić rentowność nowych fabryk i zwiększyć skalę działalności – a to argumenty, które mogą przyciągać kolejnych dużych klientów.

    Dodatkowy potencjał tkwi w możliwości poprawy wyników finansowych dzięki osiągnięciu odpowiedniej skali produkcji. Segment foundry wymaga ogromnych nakładów inwestycyjnych, dlatego pozyskiwanie takich klientów jak Apple ma fundamentalne znaczenie dla osiągnięcia rentowności. Jeżeli transformacja Intela w kierunku modelu TSMC powiedzie się, potencjał wzrostowy może być znacznie większy, niż zakładały prognozy sprzed kilku kwartałów.

    Na tę chwilę Intel notuje 132 dolary za akcję, a cały rynek z niecierpliwością wyczekuje kolejnych szczegółów partnerstwa oraz wyników wdrożenia technologii 18A-P. To będą kluczowe testy dla długoterminowej strategii spółki.

  • ETF-y z volatility targeting: czy kontrola ryzyka może wzmocnić rynkową panikę?

    ETF-y z volatility targeting: czy kontrola ryzyka może wzmocnić rynkową panikę?

    Fundusze i ETF-y oparte na strategii volatility targeting zdobywają coraz większą popularność wśród inwestorów poszukujących przewidywalnego profilu ryzyka. Obietnica jest prosta: gdy rynki są spokojne, fundusz zwiększa ekspozycję, by wykorzystać korzystne warunki. Gdy zmienność rośnie, pozycje są automatycznie redukowane, co ma chronić kapitał przed gwałtownymi wahaniami.

    Jednak ten sam mechanizm, który ma ograniczać ryzyko, w momentach kryzysowych może działać jak dodatkowa presja sprzedażowa. Zamiast łagodzić spadki, bywa, że je pogłębia.

    Na czym polega strategia volatility targeting?

    Zamiast biernie śledzić rynek, fundusz aktywnie zarządza poziomem ryzyka. Zarządzający ustala docelowy poziom zmienności – przykładowo 10% rocznie – i w regularnych odstępach (często codziennie lub co tydzień) dostosowuje wielkość pozycji. Gdy zmienność rynku jest niska, fundusz może zwiększać zaangażowanie w aktywa, a nawet wykorzystywać dźwignię finansową. Gdy zmienność zaczyna rosnąć, pozycje są automatycznie redukowane, by utrzymać ryzyko w założonych granicach.

    Podobną filozofię stosują fundusze typu Risk Parity, gdzie każda klasa aktywów ma wnosić zbliżony udział do całkowitego ryzyka portfela. Podstawą działania jest regularny rebalancing, oparty na krótkoterminowych pomiarach zmienności.

    Skąd tak duże zainteresowanie?

    Popularność tych rozwiązań eksplodowała w latach poprzedzających pandemię COVID-19. W tym okresie światowe rynki charakteryzowały się wyjątkowo niską zmiennością, co sprzyjało strategiom kontroli ryzyka. W szczytowym momencie wartość kapitału ulokowanego w strategiach opartych na zmienności szacowano nawet na około 2 biliony dolarów. Ta liczba pokazuje, jak duże zaufanie zdobyły te mechanizmy wśród inwestorów instytucjonalnych.

    Dla inwestorów indywidualnych ETF-y z kontrolą zmienności wydają się atrakcyjną alternatywą dla klasycznych funduszy „kup i trzymaj”. Oferują bardziej przewidywalny profil ryzyka, co jest szczególnie cenione w niepewnych czasach.

    Główny problem: procykliczny charakter

    Choć strategia wygląda rozsądnie w teorii, ma istotną wadę. Jest procykliczna. W okresach spokojnego rynku fundusze budują wysoką ekspozycję, często z użyciem dźwigni, bo niska zmienność pozwala utrzymywać większe pozycje przy zachowaniu limitów ryzyka.

    Gdy pojawia się nagły wzrost zmienności, ten sam mechanizm wymusza szybką redukcję pozycji. W praktyce oznacza to sprzedaż aktywów dokładnie w momencie, gdy presja podażowa na rynku już narasta. Zamiast chronić portfel przed spadkami, może dodatkowo pogłębiać wyprzedaż.

    Lekcja z marca 2020 roku

    Doskonałym przykładem jest krach z marca 2020 roku. Przed gwałtownym załamaniem wiele funduszy Risk Parity oraz strategii volatility targeting utrzymywało wysoką ekspozycję na akcje i obligacje, korzystając z wcześniejszej niskiej zmienności.

    Gdy zmienność eksplodowała niemal jednocześnie we wszystkich klasach aktywów, zarządzający zostali zmuszeni do szybkiego ograniczania pozycji. Wielu profesjonalnych zarządzających musiało sprzedawać aktywa, aby wrócić do narzuconych limitów ryzyka.

    Jak wynika z analiz, część inwestorów instytucjonalnych zredukowała ryzyko dokładnie w momencie największej przeceny, a następnie nie uczestniczyła w pełni w dynamicznym odbiciu rynku. To pokazuje, że choć ETF-y z volatility targeting potrafią skutecznie kontrolować ryzyko w wielu warunkach, ich automatyczne mechanizmy bywają kłopotliwe podczas gwałtownych zmian otoczenia.

    Co warto zapamiętać?

    Volatility targeting to strategia, w której ETF dynamicznie dostosowuje poziom ryzyka do aktualnej sytuacji rynkowej. Gdy zmienność rynku spada, fundusz może zwiększać zaangażowanie w aktywa, a gdy rośnie – automatycznie je ogranicza. Gwałtowny wzrost zmienności może jednak wymuszać masową sprzedaż aktywów. W skrajnych sytuacjach, takich jak krach z marca 2020 roku, potrafi to pogłębiać rynkowe spadki i sprawić, że część inwestorów przegapi późniejsze odbicie. Inwestorzy korzystający z tych instrumentów powinni zdawać sobie sprawę zarówno z zalet kontroli ryzyka, jak i z ryzyka procykliczności w momentach rynkowej paniki.