Blog

  • Transport na zakręcie: lawina upadłości i rekordowy pesymizm w branży

    Transport na zakręcie: lawina upadłości i rekordowy pesymizm w branży

    Jeszcze niedawno polski transport drogowy był europejskim liderem i motorem gospodarki. Dziś sektor przeżywa najgłębszy kryzys od lat. Liczba zamykanych firm bije rekordy, nastroje są najgorsze od końca 2020 r., a na horyzoncie pojawiają się kolejne obciążenia – od polityki klimatycznej UE po coraz ostrzejszą konkurencję ze strony przewoźników spoza Unii.

    Tak wynika z niepublikowanego wcześniej raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) pod tytułem „Sektor transportu wobec presji kosztowej i dekarbonizacji”. Jako pierwsza dotarła do niego „Rzeczpospolita”. Dokument rysuje obraz sektora, którego model rozwoju – oparty na niskich kosztach i dużej elastyczności – po prostu się wyczerpuje.

    Lawina bankructw

    Sygnały ostrzegawcze pojawiły się już w 2025 r., kiedy liczba polskich firm działających w międzynarodowym transporcie drogowym zmniejszyła się o 1327 podmiotów. Rok 2026 zaczął się jeszcze gorzej – tylko w pierwszym kwartale działalność zakończyły 1234 firmy. To tempo, które budzi poważny niepokój.

    Pesymizm potwierdzają też badania nastrojów. Wskaźnik Barometru EFL dla branży TSL spadł trzeci kwartał z rzędu i osiągnął najniższy poziom od końca 2020 r. Poprawy sytuacji spodziewa się zaledwie 2,5 proc. firm. Reszta albo liczy na stagnację, albo spodziewa się dalszego pogorszenia.

    Paliwo drenuje kieszenie, rosną długi

    Jedną z głównych przyczyn problemów są rosnące koszty operacyjne, zwłaszcza wahania cen paliw, które w ostatnich latach wielokrotnie reagowały na napięcia geopolityczne. W efekcie firmy tracą płynność finansową i popadają w długi. Według danych Krajowego Rejestru Długów największe niespłacone zobowiązanie w sektorze transportowym przekracza 8 mln zł i dotyczy właśnie zaległości za paliwo.

    Brak kierowców to już permanentny problem

    Drugim kluczowym wyzwaniem pozostaje chroniczny niedobór kierowców zawodowych. Do 2022 r. niedobory częściowo łagodzili pracownicy z Ukrainy – teraz ten mechanizm przestał działać, a rekrutacja z innych krajów nie rekompensuje strat.

    Dane Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego (IRU) pokazują skalę problemu w całej Europie: liczba nieobsadzonych stanowisk kierowców ciężarówek wzrosła z 233 tys. w 2023 r. do 426 tys. w 2024 r. Prognozy IRU są alarmujące – do 2028 r. liczba wakatów może przekroczyć 745 tys..

    Zielona transformacja – nowe obciążenie

    Polskich przewoźników coraz mocniej dotykają też unijne wymogi klimatyczne. Szczególne obawy budzi system ETS2, który ma objąć emisje z transportu drogowego. Problem w tym, że polska flota ciężarowa jest niemal w 100 proc. uzależniona od diesla. Według Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA)98,6 proc. ciężarówek w Polsce korzysta z silników wysokoprężnych, a udział pojazdów zeroemisyjnych pozostaje marginalny. Przejście na niskoemisyjne technologie wymaga ogromnych inwestycji, na które wiele firm zwyczajnie nie stać.

    Konkurencja z Ukrainy i spoza UE

    Do tego dochodzi rosnąca presja ze strony przewoźników z państw trzecich. Przedstawiciele branży wskazują przede wszystkim na firmy ukraińskie, które po zmianie szlaków handlowych w 2022 r. znacząco zwiększyły swoją obecność na europejskim rynku. Eksperci PIE zwracają uwagę, że ukraińscy przewoźnicy nie podlegają wszystkim regulacjom obowiązującym unijnych operatorów, dzięki czemu ich usługi mogą być nawet o 25–30 proc. tańsze.

    Presja nie ogranicza się jednak do Ukrainy – coraz większą aktywność na europejskim rynku wykazują także firmy transportowe z Turcji i Serbii.

    Polski transport, który przez lata był wizytówką gospodarki, stoi dziś przed wieloma wyzwaniami naraz. Jak wynika z raportu PIE, dalszy rozwój sektora będzie wymagał głębokich zmian – nie tylko w strukturze kosztów, ale i w podejściu do paliw, kadr oraz konkurencji z zewnątrz. Na razie jednak pesymizm jest tak silny, że zaledwie co czterdziesta firma wierzy w poprawę.

  • Mariusz Książek wychodzi z Synektika. Sprzedał cały posiadany pakiet, kurs pikuje o 8%

    Mariusz Książek wychodzi z Synektika. Sprzedał cały posiadany pakiet, kurs pikuje o 8%

    Największy, wieloletni akcjonariusz Synektika postanowił definitywnie zakończyć swoją przygodę ze spółką. Mariusz Książek, za pośrednictwem kontrolowanego przez siebie podmiotu Książek Holding, sprzedał w trybie przyśpieszonej budowy księgi popytu (ABB) cały posiadany pakiet akcji. Transakcja objęła około 1,38 mln walorów (dokładnie 1 376 143 sztuki), co stanowi mniej więcej 16,13% kapitału firmy i tyle samo procent głosów na walnym zgromadzeniu. Cena sprzedaży wyniosła 300 zł za akcję, czyli około 6% poniżej wtorkowego zamknięcia. Łączna wartość pakietu to około 414 mln zł.

    Szczegóły transakcji

    Zgodnie z harmonogramem dzień zawarcia transakcji to 17 czerwca 2026 roku, natomiast rozliczenie nastąpi 19 czerwca. Oferta ABB objęła wszystkie akcje znajdujące się w rękach holdingu – 1 376 143 akcje, odpowiadające za około 16,13% kapitału zakładowego i głosów. Rozmiar oferty jest znaczny – stanowi ponad 16% wszystkich akcji znajdujących się w obrocie. Po rozliczeniu Mariusz Książek nie będzie już posiadał żadnych akcji Synektika. ABB została ogłoszona we wtorek po zakończeniu sesji, co zaskoczyło część uczestników rynku.

    Historia inwestora

    Mariusz Książek pojawił się w akcjonariacie Synektika w grudniu 2017 roku, kiedy objął pakiet 26,1% akcji i stał się największym akcjonariuszem. Pełnił również funkcję przewodniczącego rady nadzorczej spółki. W lutym 2025 roku sprzedał 10% posiadanego pakietu po cenie 225 zł za sztukę, inkasując za niego łącznie 192 mln zł. Teraz, wykorzystując bliskość historycznych szczytów notowań, zdecydował się na sprzedaż pozostałego pakietu.

    Reakcja rynku

    Informacja o ABB wywołała natychmiastową przecenę. W początkowej fazie środowej sesji kurs Synektika spadał o ponad 6%, a w ciągu dnia strata pogłębiła się do ponad 8%. Towarzyszył temu bardzo wysoki wolumen obrotu. Co istotne, jeszcze we wtorek akcje ustanowiły nowy historyczny rekord powyżej 320 zł. Spadek nastąpił po okresie spektakularnych wzrostów – od lutego 2023 roku kurs wzrósł o blisko 1000%. Od początku 2026 roku akcje zdrożały o około 30%, kontynuując pozytywny trend z 2025 roku, kiedy stopa zwrotu wyniosła ponad 47%. W ujęciu pięcioletnim wartość akcji wzrosła niemal dziesięciokrotnie, a kapitalizacja spółki po raz pierwszy w historii przekroczyła 2 mld zł. Jeszcze trzy lata temu walory wyceniane były na około 30–35 zł.

    Z technicznego punktu widzenia analitycy wskazują na potencjalne wsparcie w okolicach 280 zł, a w przypadku jego przełamania możliwe jest zejście nawet w rejon 261 zł – co oznaczałoby spadek o około 18% od historycznych szczytów. Co więcej, dzisiejsza wyprzedaż zbiega się z górnym ograniczeniem kanału wzrostowego, w którym kurs poruszał się od lata 2025 roku.

    Dywidendy

    Nie tylko kurs, ale i polityka dywidendowa Synektika imponuje. W 2020 roku na jedną akcję przypadło 0,36 zł. W 2026 roku wypłata osiągnęła 10,75 zł na akcję – wzrost o przeszło 2800% w ciągu sześciu lat.

    Biznes spółki

    Synektik znany jest przede wszystkim z systemów robotycznych da Vinci, które rewolucjonizują chirurgię. To właśnie ten segment napędza wzrost wyników finansowych i notowań. Akcje spółki należą do największych giełdowych fenomenów na GPW w ostatnich latach.

    Co dalej?

    Po rozliczeniu transakcji, zaplanowanym na 19 czerwca, Mariusz Książek nie będzie już posiadał żadnych akcji spółki. Zawarcie transakcji nastąpiło 17 czerwca. W miejsce dotychczasowego głównego akcjonariusza mogą wejść inne instytucje finansowe, które dostrzegają potencjał w unikalnej branży robotyki chirurgicznej.

  • Prywatny fundusz wart 300 mld dol. ma odbudować Iran. Kto stoi za pieniędzmi?

    Prywatny fundusz wart 300 mld dol. ma odbudować Iran. Kto stoi za pieniędzmi?

    Świat jest o krok od jednej z najbardziej spektakularnych zmian geopolitycznych ostatnich lat. W piątek w szwajcarskim kurorcie Buergenstock ma dojść do podpisania wstępnego porozumienia między USA a Iranem. Kluczowym elementem tej umowy jest gigantyczny, prywatny fundusz inwestycyjny wart 300 mld dolarów, którego celem ma być odbudowa i modernizacja Iranu.

    Co istotne – jak wynika z informacji agencji Reutera – nie są to pieniądze podatników ani reparacje wojenne. To w pełni prywatny mechanizm, który już teraz zebrał zobowiązania na ponad 150 mld dolarów od firm z pięciu regionów świata.

    Nie reparacje, a inwestycje

    Pomysł narodził się jako alternatywa dla żądań Teheranu, który początkowo domagał się od Waszyngtonu 400 mld dolarów odszkodowania za zniszczenia wojenne. Stany Zjednoczone stanowczo odrzuciły tę propozycję. W odpowiedzi powstała koncepcja Funduszu Odbudowy i Rozwoju – mechanizmu, który ma zapewnić Iranowi zastrzyk kapitału, ale w formie inwestycji, a nie darowizny.

    Jak podkreśliło anonimowe źródło Reutera zaznajomione ze szczegółami, 300 mld dolarów to nie rządowe pieniądze ani granty. Środki mają pochodzić wyłącznie z sektora prywatnego.

    Kto inwestuje w Iran?

    Lista podmiotów, które zadeklarowały udział w funduszu, robi wrażenie. Zgodnie z ustaleniami, w skład konsorcjum wchodzą firmy mające siedziby w:

    • Stanach Zjednoczonych,
    • państwach Zatoki Perskiej,
    • Azji (m.in. Korea Południowa, Japonia, Singapur, Malezja),
    • Ameryce Południowej,
    • Afryce.

    Pełna lista uczestników na razie pozostaje tajemnicą, ale źródła wskazują, że grono jest już w dużej mierze skompletowane.

    Na co pójdą pieniądze?

    Środki zgromadzone w funduszu mają zostać przeznaczone na inwestycje w kluczowe sektory irańskiej gospodarki: energetykę, logistykę, przemysł i transport. Teheran ma uzyskać linie kredytowe, pożyczki lub bezpośrednie finansowanie na odbudowę zniszczonej infrastruktury – w tym kompleksów przemysłowych, rafinerii i lotnisk.

    To otwiera ogromne możliwości dla Iranu, który dysponuje drugimi co do wielkości potwierdzonymi złożami gazu ziemnego i czwartymi złożami ropy naftowej na świecie, ale przez lata był odcięty od międzynarodowych rynków z powodu sankcji.

    Warunek: koniec programu nuklearnego

    Fundusz nie zostanie jednak uruchomiony od razu. Zgodnie z ustaleniami, zacznie on funkcjonować dopiero po podpisaniu ostatecznego porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem. Co więcej, rzeczniczka Białego Domu zastrzegła, że 300 mld dolarów będzie dostępne dla Iranu tylko pod warunkiem spełnienia kluczowych zobowiązań.

    Teheran musi zlikwidować swój program nuklearny, wyeliminować zapasy wzbogaconych materiałów oraz zaakceptować rygorystyczne inspekcje międzynarodowe. To właśnie te kwestie mają być przedmiotem negocjacji w ciągu najbliższych 60 dni od podpisania piątkowego memorandum.

    Co dalej?

    Podpisanie wstępnego porozumienia w Buergenstock to dopiero pierwszy krok. Donald Trump zapowiedział już, że w dniu ceremonii zostanie otwarta cieśnina Ormuz – kluczowy szlak dla globalnych dostaw ropy i gazu, który był blokowany w trakcie konfliktu.

    Przez kolejne dwa miesiące negocjatorzy obu stron będą pracować nad szczegółami dotyczącymi energii jądrowej, zniesienia sankcji oraz bezpieczeństwa regionalnego. Fundusz, choć już częściowo skapitalizowany, ruszy w pełni dopiero po osiągnięciu finału.

    Jak zdradziło źródło Reutera, administratorzy funduszu w ciągu 60 dni od podpisania porozumienia mają współpracować z irańskimi partnerami i inwestorami nad szczegółowym planem działania. Czy tym razem bliskowschodnia układanka się domknie? Piątek w Szwajcarii może dać pierwszą odpowiedź.

  • Kevin Warsh pod presją rynku. 31 bilionów dolarów mówi „podnieś stopy”

    Kevin Warsh pod presją rynku. 31 bilionów dolarów mówi „podnieś stopy”

    Nowy prezes Rezerwy Federalnej, Kevin Warsh, jeszcze nie zasiadł na dobre na swoim stanowisku, a już musi zmierzyć się z potężnym sygnałem z rynku obligacji. Amerykańskie papiery skarbowe wysyłają jasny komunikat: obecne stopy procentowe są za niskie. Inwestorzy zaczęli wyceniać co najmniej jedną podwyżkę o ćwierć punktu procentowego, i to już w październiku. Dla Warsha, który swoje pierwsze posiedzenie FOMC ma za pasem, to pierwszy poważny test.

    Rentowności dwulatek najwyżej od roku

    Rentowność dwuletnich obligacji skarbowych USA, najbardziej wrażliwych na politykę pieniężną, wzrosła do najwyższego poziomu od ponad roku. Obecnie wynosi około 4,15%, czyli jest wyraźnie powyżej przedziału stopy funduszy federalnych, który wynosi 3,5–3,75%. Ta rozbieżność narasta od marca, a majowy zawrotny odczyt z rynku pracy – wzrost zatrudnienia o ponad pół miliona osób – jeszcze ją pogłębił.

    Cała krzywa dochodowości przesunęła się w górę. Dziesięciolatki handlowane są w okolicach 4,5%, co przekłada się na wyższe koszty kredytów hipotecznych i finansowania przedsiębiorstw. Według szacunków Bloomberg Economics, ostatni wzrost rentowności działa jak zaostrzenie polityki pieniężnej o około 75 punktów bazowych. To z kolei może skłonić Fed do wstrzymania się z ruchem na najbliższym posiedzeniu.

    Kevin Warsh – od „gołębia” do „jastrzębia” z konieczności?

    Kevin Warsh obejmuje ster w wyjątkowo napiętym momencie. Jeszcze niedawno opowiadał się za luzowaniem polityki, wychodząc z założenia, że jest ona restrykcyjna. Tymczasem rynek coraz mocniej obawia się, że bank centralny pozostaje w tyle za wydarzeniami. Część zarządzających aktywami, jak Jack McIntyre z Brandywine Global Investment Management, otwarcie mówi o presji na wzrost rentowności, dopóki coś nie pęknie.

    Pierwsze posiedzenie FOMC pod jego wodzą odbędzie się już w przyszłym tygodniu. Niewiadomą jest nawet forma komunikacji – Warsh wcześniej krytykował nadmierną częstotliwość konferencji prasowych i publikacji prognoz. Nie wiemy, czy po tym posiedzeniu odbędzie się konferencja, ani czy opublikowany zostanie słynny wykres „dot plot” z projekcjami członków.

    Spór o stopę neutralną

    W centrum debaty znalazła się stopa neutralna – teoretyczny poziom stóp procentowych, który ani nie pobudza, ani nie hamuje gospodarki. W marcu decydenci Fed prognozowali ją na 3,1%, a jej realny odpowiednik na 1,1%. Coraz więcej obserwatorów uważa jednak, że faktyczna stopa neutralna jest wyższa. Rynkowa miara oparta na swapach sięga około 1,8%. Zdaniem analityków Barclays, kierowanych przez Anshula Pradhana, rewizja w górę tego założenia wpłynęłaby na całą krzywą dochodowości, a nie tylko na krótki koniec.

    Inflacja znowu daje o sobie znać

    Kluczowe dla rynku były ostatnie dane o inflacji. Główny wskaźnik CPI wzrósł w maju do 4,2% rok do roku – najwięcej od trzech lat. Dla porównania w lutym wynosił jeszcze 2,4%. Inflacja bazowa podniosła się do 2,9%, co oznacza, że wzrost cen paliw i energii zaczyna się rozlewać na inne kategorie. Fed wciąż ma więc przed sobą mandat do walki z inflacją.

    Co dalej? Na razie bez zmian

    Tuż przed decyzją narzędzie CME FedWatch przypisywało utrzymaniu stóp na poziomie 3,5–3,75% aż 99,6% prawdopodobieństwa. Rynek spodziewa się jednak, że w tym roku dojdzie do co najmniej jednej podwyżki o 25 punktów bazowych. Wszystko zależy od dalszych danych – zwłaszcza od tego, jak głęboki i trwały będzie wpływ wyższej inflacji oraz czy gospodarka amerykańska wciąż będzie się rozwijać w tempie blisko 2,7% w skali roku. Kevin Warsh nie będzie miał łatwego zadania: balansować między rynkową presją a wewnętrznymi głosami w Fed. Zanim odkryje karty, obligacje już przemówiły.

  • Pierwszy od pandemii. Chiński konsument w końcu przyhamował

    Pierwszy od pandemii. Chiński konsument w końcu przyhamował

    Od czasu zniesienia restrykcji covidowych pod koniec 2022 roku chińska gospodarka szła jak burza. Aż do teraz. Najnowsze dane Narodowego Biura Statystycznego za maj pokazują pierwszy od tamtego momentu spadek sprzedaży detalicznej, co może być sygnałem, że silnik światowej gospodarki zaczyna tracić obroty. Jak podaje agencja Bloomberg, która jako pierwsza opisała te statystyki, odczyt okazał się gorszy od prognoz ekonomistów.

    Sprzedaż detaliczna w dół, inwestycje też

    Według danych opublikowanych we wtorek przez chiński urząd statystyczny, sprzedaż detaliczna w maju była niższa o 0,6 proc. w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. To pierwszy spadek od czasu otwarcia gospodarki po pandemii.

    Równie niepokojąco wyglądają dane dotyczące inwestycji. W pierwszych pięciu miesiącach roku inwestycje w środki trwałe spadły o 4,1 proc. rok do roku. To również odczyt powyżej oczekiwań analityków, którzy spodziewali się mniejszego spadku.

    Produkcja trzyma się mocno, ale to nie wystarcza

    Jest jednak jeden jasny punkt na tym szarym tle. Produkcja przemysłowa w maju wzrosła o 4,5 proc. rok do roku, przyspieszając tym samym wobec kwietniowego odczytu na poziomie 4,1 proc. i nieznacznie przekraczając prognozy rynkowe. To pokazuje, że chińskie fabryki wciąż pracują pełną parą, głównie na eksport.

    Co więcej, produkcja zaawansowanych technologicznie dóbr wyróżnia się na tle ogólnego spowolnienia i jest określana przez analityków jako jasny punkt chińskiego przemysłu. Jednocześnie stopa bezrobocia w miastach spadła do poziomu 5,1 proc., co teoretycznie jest pozytywnym sygnałem dla rynku pracy, ale nie przekłada się na wzrost konsumpcji wewnętrznej. Chińscy producenci i eksporterzy radzą sobie relatywnie dobrze, jednak ich wyniki nie idą w parze z wydatkami gospodarstw domowych.

    Kryzys nieruchomości studzi konsumpcję

    Głównym hamulcowym wydaje się być wciąż trwający kryzys w sektorze nieruchomości. W połączeniu z niepewnością dotyczącą zatrudnienia powoduje on, że konsumpcja wewnętrzna nie wykazuje oznak ożywienia. Krajowy popyt nie nadąża za dynamiką produkcji przemysłowej i eksportu, co budzi niepokój o przyszłe tempo wzrostu gospodarki.

    Ekonomiści zwracają uwagę, że bez wyraźnego odbicia w konsumpcji chińska gospodarka może być narażona na pogłębienie spowolnienia. Nawet korzystne zmiany na arenie międzynarodowej – takie jak niedawne porozumienie USA–Iran w sprawie ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz, które daje nadzieję na stabilizację globalnych rynków transportu i energii – nie są w stanie zrównoważyć wewnętrznych problemów.

    Co na to eksperci?

    Główny ekonomista UBS Securities ds. Chin, Yu Song, w rozmowie z Bloombergiem ocenił, że chińska gospodarka w maju prawdopodobnie wygenerowała lepszy wzrost PKB niż w kwietniu. Jego zdaniem silny eksport zrównoważył niekorzystne ruchy na rynkach transportu i energii. Song podkreśla, że odporność eksportu stanowi kluczowy bufor dla słabnącego popytu wewnętrznego.

    Analitycy szacują, że w kwietniu chiński PKB urósł o około 4 proc., czyli poniżej rządowego celu wynoszącego 4,5–5 proc. To pokazuje, że nawet przed majowym załamaniem dynamika była niższa od oczekiwań. Song przewiduje, że odczyt PKB za drugi kwartał będzie rozczarowujący, ale nie tak zły, jak mogłyby sugerować kwietniowe dane.

    Oficjalny komunikat: nierównowaga się pogłębia

    Narodowe Biuro Statystyczne w oficjalnym oświadczeniu podkreśliło, że pomimo ogólnej stabilności kraju, sytuacja międzynarodowa staje się coraz bardziej złożona i nieprzewidywalna. Biuro wskazało na utrzymującą się nierównowagę między silną podażą a słabym popytem wewnętrznym, a także na poważne trudności operacyjne, z jakimi boryka się wiele przedsiębiorstw.

    Chińskie władze stoją przed wyzwaniem znalezienia nowych impulsów wzrostu, które pozwolą zrównoważyć silny sektor produkcyjny ze słabnącym popytem wewnętrznym.

  • Rekordowe wpływy, jeszcze większa dziura. Polskie finanse publiczne w paradoksie

    Rekordowe wpływy, jeszcze większa dziura. Polskie finanse publiczne w paradoksie

    Polskie państwo nigdy wcześniej nie ściągało od obywateli i firm tylu pieniędzy co w 2025 roku. Łączne dochody sektora finansów publicznych sięgnęły prawie 1,7 bln zł – to 43,6% PKB, najwięcej od co najmniej dwóch dekad. Rok wcześniej było to 42,8% PKB, a średnia z ostatnich 20 lat to około 40% PKB.

    I tu pojawia się paradoks: mimo że kasa państwa puchnie w szybkim tempie, deficyt budżetowy pozostaje jednym z najwyższych w Unii Europejskiej. Według danych Eurostatu w 2025 roku sięgnął on 7,4% PKB (według innych szacunków nawet ponad 7,5%) – to drugi najgorszy wynik w całej Wspólnocie. Wydatki państwa po raz pierwszy przekroczyły magiczną granicę połowy gospodarki – 50,9% PKB. Dług publiczny zbliżył się do konstytucyjnego progu 60% PKB, na koniec roku wynosząc 59,97%.

    Skąd ten wzrost dochodów?

    Wszystko to dzieje się bez podnoszenia głównych stawek podatkowych – od czasu reform Polskiego Ładu nie było przecież żadnej spektakularnej podwyżki VAT, PIT czy CIT. Skąd więc rekord?

    Ekonomiści wskazują na kilka mechanizmów. Przede wszystkim działa tzw. pełzająca podwyżka podatków. Próg drugiego progu PIT od lat jest zamrożony na poziomie 120 tys. zł – wraz ze wzrostem wynagrodzeń coraz więcej osób wpada w wyższą, 32-procentową stawkę. Do tego dochodzi lepsza ściągalność podatków (szczególnie VAT), rosnąca rentowność firm podnosząca efektywną stawkę CIT, oraz specyficzna konstrukcja składek ZUS i NFZ dla samozatrudnionych.

    Myślę, że składa się na to wiele małych elementów – wyjaśnia Karol Pogorzelski, ekonomista Banku Pekao. – To choćby mrożenie parametrów skali PIT, co w praktyce oznacza, że wraz ze wzrostem wynagrodzeń coraz więcej osób wpada w drugi próg podatkowy i płaci więcej nawet bez zmiany stawki.

    Nie bez znaczenia jest też napływ pracowników, w tym migrantów zarobkowych, oraz szybszy wzrost płac i dochodów niż całej gospodarki.

    Kto płaci najwięcej?

    Największym źródłem pieniędzy dla państwa okazują się składki na ubezpieczenia społeczne – to aż 35,8% wszystkich wpływów, czyli 601,7 mld zł. W relacji do PKB składki sięgnęły rekordowych 15,4%.

    Drugie miejsce to podatki od produkcji i importu (VAT, akcyza, cła) – 554 mld zł, czyli 32,5% wpływów (14,2% PKB). Trzecią największą kategorią są podatki od dochodów (PIT, CIT, podatek Belki) – 313,3 mld zł, co stanowi 18,4% całości (8% PKB).

    Jak wyjść z długów?

    Przy tak wysokim deficycie i wydatkach pędzących na złamanie karku ekonomiści spierają się o strategię naprawy finansów.

    Marcin Mrowiec z Grant Thornton uważa, że priorytetem powinno być cięcie wydatków, zwłaszcza tych nieefektywnych, jak świadczenie 800+ dla zamożnych. Z kolei Marcin Zieliński z Fundacji FOR ostrzega przed podnoszeniem podatków – jego zdaniem Polska na tle regionu ma już bardzo wysokie obciążenia składkowo-podatkowe (wyższa jest tylko Słowenia z 47,1% PKB). Jako przykład podaje Rumunię, która po podwyżce VAT z 19 do 21% odczuła wyraźne spowolnienie gospodarcze.

    Przestrzeni do wzrostu podatków nie ma, zwłaszcza jeśli chcemy zachować jakąkolwiek przewagę konkurencyjną – mówi Zieliński.

    Karol Pogorzelski z Banku Pekao widzi konieczność połączenia obu metod: trochę więcej po stronie dochodowej, trochę mniej po stronie wydatkowej. Jego zdaniem skuteczne będą nie pojedyncze duże zmiany, ale seria drobnych działań.

    I właśnie to dzieje się po cichu od lat. Zamiast podwyżki VAT czy PIT rząd stopniowo zamraża progi podatkowe, podnosi akcyzę na alkohol i papierosy, wprowadza podatki sektorowe (opłata cukrowa, wyższy CIT dla banków – 30% od 2026 roku) oraz pracuje nad ograniczeniem arbitrażu między etatem a samozatrudnieniem. W planach są też kolejne daniny motywowane zdrowotne, środowiskowe czy klimatyczne.

    Polskie finanse publiczne stoją więc przed trudnym wyborem. Deficyt na poziomie 7,4% PKB i dług prawie 60% PKB nie znikną same – a w 2027 roku czekają nas wybory i ogromne wydatki zbrojeniowe. Na razie jedyną pewną strategią zdaje się być stopniowe, rozłożone w czasie zaostrzanie systemu podatkowego. Pytanie, czy wystarczy to na spłatę rosnącego długu, zanim koszty jego obsługi zaczną wypierać inne wydatki.

  • AI odpowiada za 40% zwolnień w USA. Banki tną etaty na potęgę

    AI odpowiada za 40% zwolnień w USA. Banki tną etaty na potęgę

    Sztuczna inteligencja coraz częściej pojawia się jako oficjalny powód redukcji etatów. Według najnowszego raportu firmy doradztwa outplacementowego Challenger, Gray & Christmas, w maju 2026 roku aż 40% ze 97 006 zwolnień ogłoszonych przez amerykańskich pracodawców było przypisywanych właśnie AI. To najwyższy miesięczny odsetek od momentu, gdy w 2023 roku firma zaczęła monitorować tę przyczynę.

    Łącznie w 2026 roku pracodawcy w USA wskazali AI jako powód już 87 714 zwolnień. Dla porównania, w całym 2025 roku było to 54 836. Maj 2026 przyniósł największą liczbę redukcji etatów od 2020 roku, kiedy w szczycie pandemii COVID-19 ogłoszono 397 016 cięć. Technologia pozostaje sektorem najbardziej dotkniętym zwolnieniami – i to z dużą przewagą.

    Co mówią autorzy raportu?

    Andy Challenger, ekspert ds. rynku pracy i dyrektor ds. przychodów w Challenger, Gray & Christmas, w oświadczeniu starał się studzić nastroje:

    „AI nie jest jeszcze końcem świata dla rynku pracy, jak niektórzy przewidywali. Tak jak wcześniej arkusze kalkulacyjne czy poczta elektroniczna, ta technologia docelowo zwiększy produktywność pracowników, ale nasze dane pokazują, że firmy już teraz działają, wskazując AI jako powód zwolnień częściej niż jakikolwiek inny”.

    Globalne banki idą na ostro

    Podczas gdy w USA rośnie odsetek zwolnień przypisywanych AI, gigantyczne instytucje finansowe na całym świecie przeprowadzają radykalne redukcje etatów, tłumacząc je automatyzacją i wdrażaniem sztucznej inteligencji.

    Citigroup realizuje plan cięcia 20 000 etatów do 2026 roku, z setkami zwolnień w swojej siedzibie na Manhattanie. Standard Chartered zapowiedział likwidację około 7800 stanowisk w zapleczu (15% etatów w funkcjach korporacyjnych) do 2030 roku. Prezes Bill Winters nazwał te stanowiska „kapitałem ludzkim o niższej wartości”, który ma zostać zastąpiony technologią. Zapewnił jednak, że pracownicy, którzy chcą się przekwalifikować, otrzymają taką możliwość.

    Morgan Stanley zwalnia około 2500 pracowników w działach papierów wartościowych, zarządzania majątkiem i inwestycjami. Goldman Sachs przeprowadza rundy cięć dla osób o słabych wynikach oraz tych uznanych za „ludzkie linie montażowe” gotowe do automatyzacji. HSBC wezwał pracowników, by „nie walczyli z AI”. Prezes Georges Elhedery powiedział: „Wszyscy wiemy, że generatywna sztuczna inteligencja zniszczy niektóre stanowiska i stworzy nowe”. HSBC zapowiada przebudowę, która może objąć nawet 20 000 stanowisk, czyli około 10% zatrudnionych.

    Kto traci najbardziej?

    Analitycy Morgan Stanley wskazują, że firmy z sektora bankowego, technologicznego i usług profesjonalnych straciły w ciągu ostatniego roku co dwudziestego pracownika w wyniku wdrożenia AI. Najbardziej zagrożeni są pracownicy zagraniczni, zwłaszcza w lokalizacjach takich jak Indie czy Polska, oraz młodzi, nowi pracownicy.

    Dyskusja o realnym wpływie AI

    Czy za zwolnieniami faktycznie stoi sztuczna inteligencja, czy to wygodna wymówka? Dyrektor generalny OpenAI, Sam Altman, stwierdził, że firmy uprawiają „AI washing”, czyli zrzucają odpowiedzialność na nową technologię, podczas gdy prawdziwą przyczyną są inne czynniki biznesowe. Z kolei główny ekonomista Apollo Global Management, Torsten Sløk, napisał, że nie widzi „żadnych dowodów na utratę miejsc pracy z powodu AI”, powołując się na raport ADP National Employment.

    Raport Challenera wymienia też inne przyczyny zwolnień w 2026 roku: „warunki rynkowe i gospodarcze” (69 645 redukcji), „zamknięcia” (66 733) oraz „restrukturyzacje” (52 249).

    Co dalej z rynkiem pracy?

    Naukowcy ostrzegają przed zbyt pochopnym cięciem etatów. Fabian Braesemann z Oxford Internet Institute zauważył, że może nadejść moment, w którym potencjał produktywności AI zostanie wykorzystany szybciej niż się wydaje, a wtedy wykwalifikowani pracownicy będą potrzebni. Badania Instytutu Sztucznej Inteligencji w King’s College London pokazują, że w Wielkiej Brytanii sześć na dziesięć osób uważa, iż AI zlikwiduje więcej miejsc pracy niż stworzy, a jedna na pięć spodziewa się wywołania niepokojów społecznych.

  • Cicha fala zwolnień w Polsce. Pracodawcy rezygnują z masowych cięć, ale etatów ubywa pojedynczo

    Cicha fala zwolnień w Polsce. Pracodawcy rezygnują z masowych cięć, ale etatów ubywa pojedynczo

    Polski rynek pracy przechodzi cichą rewolucję. Zamiast głośnych, masowych zwolnień grupowych, firmy coraz częściej decydują się na pojedyncze redukcje etatów — mniej widoczne, ale systematycznie narastające. Zjawisko to nie znajduje pełnego odzwierciedlenia w oficjalnych statystykach, jednak dane z urzędów pracy i firm HR nie pozostawiają złudzeń: liczba osób tracących zatrudnienie z winy pracodawcy rośnie w dwucyfrowym tempie.

    Rekordowe liczby w urzędach pracy

    Jak podaje „Rzeczpospolita”, od stycznia do kwietnia bieżącego roku w urzędach pracy zarejestrowało się blisko 163 tys. osób, które straciły zatrudnienie z przyczyn leżących po stronie pracodawcy. To o 11 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Dynamika ta pokazuje, że problem narasta, mimo że statystyki nie odnotowują dużej fali zwolnień grupowych.

    Podobne wnioski płyną z obserwacji branży HR. Firma LHH, cytowana przez „Rzeczpospolitą”, informuje, że liczba pracowników objętych programami wsparcia po utracie pracy w pierwszych pięciu miesiącach 2026 roku była o 12 proc. wyższa niż w tym samym okresie 2025 roku – który sam w był pod tym względem rekordowy.

    — Wprawdzie teraz jest mniej dużych zwolnień grupowych, ale za to przybyło pojedynczych redukcji, które nie są tak widoczne w statystykach — mówi Piotr Kuron, dyrektor w LHH.

    Kto jest najbardziej zagrożony?

    Eksperci wskazują na kilka przyczyn zmiany strategii firm. Nacisk na obniżanie kosztów, optymalizacja procesów wewnętrznych oraz pogorszenie koniunktury w wybranych sektorach gospodarki to główne czynniki odpowiedzialne za rozproszone cięcia. Choć sztuczna inteligencja i automatyzacja zaczynają odgrywać rolę w decyzjach kadrowych, ekonomiści podkreślają, że nie są jeszcze dominującym powodem redukcji zatrudnienia.

    Najbardziej narażoną grupą pozostają doświadczeni specjaliści oraz kadra zarządzająca z długim stażem i relatywnie wysokimi wynagrodzeniami. To właśnie oni najczęściej padają ofiarą pojedynczych redukcji, które trudniej wychwycić w zagregowanych raportach.

    Sektor usług biznesowych: koniec ery masowego zatrudniania

    Równolegle zachodzą głębsze zmiany strukturalne w kluczowej dla polskiej gospodarki branży usług biznesowych. Generuje ona 6,1 proc. PKB i odpowiada za blisko 8 proc. zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. Jak wynika z doniesień „Pulsu Biznesu”, sektor ten wciąż rozwija się w imponującym tempie – eksport rośnie o 18 proc. rocznie, w sposób wręcz wykładniczy. Jednak sposób, w jaki mierzy się sukces, uległ zasadniczej zmianie.

    — Przez prawie 20 lat nasz sukces mierzono liczbą nowo zatrudnionych pracowników. Dziś mierzy się go kreowaniem wartości, produktywnością i złożonością oferowanych przez nas usług – powiedział jeden z panelistów podczas ABSL Summit 2026.

    Dane to potwierdzają. Według szacunków ABSL, w 2026 roku zatrudnienie w sektorze wzrośnie zaledwie o 1,8 proc. rok do roku. W 2027 roku może nie wzrosnąć wcale. Co więcej, prognozy zakładają, że do 2030 roku sztuczna inteligencja może zmniejszyć liczbę miejsc pracy w ujęciu netto o 10–15 proc.

    Produktywność mierzona eksportem na pracownika gwałtownie przyspiesza. W latach 2016–2023 (siedem lat) wzrosła o 28,7 proc., natomiast w latach 2024–2026 (trzy lata) już o 44,8 proc. Wzrost nie jest już napędzany skalą i masowym zatrudnianiem, lecz efektywnością.

    Nowe wyzwania dla młodych

    Zmiana modelu biznesowego oznacza również trudności dla osób wchodzących na rynek pracy. Z danych, którymi „Puls Biznesu” nie mógł się podzielić w szczegółach, wynika, że w jednym z dużych miast liczba ofert pracy dla juniorów w sektorze usług biznesowych spada, podczas gdy dla seniorów rośnie. Liderzy branży oczekują od pracowników nabycia zaawansowanych kompetencji, na które popyt będzie rósł w erze AI. Adaptacja to jednak proces, który potrwa lata, a w krótkim okresie mogą pojawiać się pęknięcia na rynku pracy – na razie małe, ale z czasem mogą wymknąć się spod kontroli.

    Polski rynek pracy staje przed nowym, cichym wyzwaniem: rosnąca liczba pojedynczych zwolnień, spowolnienie zatrudnienia w kluczowym sektorze i niepewność co do wpływu AI oznaczają, że era łatwego masowego zatrudniania w wielu branżach dobiega końca. Zgodnie z prognozami ABSL, zatrudnienie w usługach biznesowych może w 2027 roku nie wzrosnąć wcale, a do 2030 roku sztuczna inteligencja może zredukować liczbę etatów netto o 10–15 procent.

  • PZU przelewa miliardy: 4,80 zł dywidendy na akcję zatwierdzone

    PZU przelewa miliardy: 4,80 zł dywidendy na akcję zatwierdzone

    Akcjonariusze największego polskiego ubezpieczyciela podjęli decyzję – PZU wypłaci 4,80 zł dywidendy na każdą akcję. Łącznie na ten cel trafi 4,14 mld zł. To więcej niż rok wcześniej, kiedy dywidenda wyniosła 4,47 zł na akcję, a łączna wypłata sięgnęła 3,86 mld zł.

    Kluczowe daty

    Dniem ustalenia praw do dywidendy będzie 17 września 2026 roku, a sama wypłata nastąpi 8 października 2026 roku. Do podziału akcjonariusze przeznaczyli łącznie 6,15 mld zł, na co składa się zysk netto PZU SA za 2025 rok (ponad 5,06 mld zł) oraz 1,09 mld zł z kapitału zapasowego utworzonego z zysku za 2024 rok. Dywidendą objętych jest 863.523.000 akcji. Decyzja jest zgodna z polityką kapitałową i dywidendową grupy na lata 2025–2027 oraz uwzględnia zalecenia KNF dotyczące polityki dywidendowej w 2026 roku.

    Rekordowy zysk

    Za 2025 rok grupa PZU wypracowała 6,7 mld zł zysku netto przypadającego akcjonariuszom – to wzrost o 25,4% w porównaniu z 2024 rokiem. Wypłacana dywidenda odpowiada 82% zysku wygenerowanego przez PZU SA w 2025 roku oraz 62% zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej całej grupy.

    „Naszym celem w dalszym ciągu pozostaje stabilna, przewidywalna polityka dywidendowa przy jednoczesnym wzmacnianiu potencjału wzrostu grupy. Wyniki za 2025 rok i pierwszy kwartał tego roku potwierdzają skuteczność tego podejścia – utrzymujemy mocną pozycję kapitałową i zdolność do dalszego generowania wartości w kolejnych okresach” – powiedział prezes PZU Bogdan Benczak.

    Absolutorium i karuzela kadrowa

    Na czwartkowym walnym zgromadzeniu akcjonariusze udzielili absolutorium zarówno całemu zarządowi, jak i radzie nadzorczej za 2025 rok. To nie było oczywiste – rok 2025 upłynął pod znakiem istotnych roszad kadrowych. 27 stycznia ze stanowiska prezesa został odwołany Artur Olech, który kierował spółką zaledwie dziewięć miesięcy. Tego samego dnia do rady nadzorczej wszedł Andrzej Klesyk, którego delegowano na trzy miesiące do czasowego pełnienia funkcji prezesa. 3 marca Klesyk objął stanowisko szefa PZU, ale został odwołany już 7 sierpnia, a obowiązki prezesa powierzono Tomaszowi Tarkowskiemu. We wrześniu 2025 roku, po postępowaniu kwalifikacyjnym, nowym prezesem został Bogdan Benczak.

    W kwietniu 2026 roku wybrano nowy zarząd na kolejną kadencję. W jego skład weszli: Bogdan Benczak (prezes), Maciej Fedyna, Tomasz Tarkowski, Elżbieta Häuser‑Schöneich, Jan Zimowicz, Kazimierz Karolczak oraz Rafał Kiliński. Ten ostatni zrezygnował po niespełna miesiącu od nominacji. Absolutorium za 2025 rok otrzymali wszyscy członkowie zarządu, którzy pełnili funkcje w tym okresie, w tym odwołani prezesi Olech i Klesyk, a także Benczak, Fedyna, Grześkowiak, Häuser‑Schöneich, Kulik, Tarkowski i Zimowicz.

    Podobnie skwitowani zostali wszyscy członkowie rady nadzorczej. Na wniosek Skarbu Państwa do rady powołano Martę Małgorzatę Currit – adwokatkę i licencjonowaną doradczynię restrukturyzacyjną z tytułem doktora nauk prawnych, co zwiększyło liczebność rady do dziesięciu osób.

    Nowe zasady wynagrodzeń i plany holdingowe

    Akcjonariusze przegłosowali również zmiany w polityce wynagrodzeń członków zarządu. Powodem jest plan utworzenia struktury holdingowej – w ciągu trzech lat Grupa PZU ma skonsolidować spółki, w tym bank Pekao, co zmieni strukturę aktywów i przychodów. Jak wskazano, wyjątkowa sytuacja rynkowa uzasadnia odstąpienie od standardowych limitów części stałej wynagrodzenia. Proponowany mechanizm poprzedzono porównaniem wynagrodzeń w spółkach publicznych o podobnej skali. W 2025 roku łączne wynagrodzenie członków zarządu PZU wyniosło prawie 16,2 mln zł.

    Pozycja rynkowa

    Grupa PZU to największa instytucja finansowa w Polsce i Europie Środkowo‑Wschodniej. Zarządza aktywami o wartości około 535 mld zł i obsługuje około 22 mln klientów w pięciu krajach. Spółka od 2010 roku notowana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, a Skarb Państwa posiada w niej blisko 34,2% akcji. Decyzja o wypłacie dywidendy wpisuje się w długoterminową strategię: stabilna polityka dywidendowa przy jednoczesnym wzmacnianiu potencjału wzrostu grupy – taki cel wyznacza sobie zarząd w kolejnych okresach.

  • Rząd bierze się za najem krótkoterminowy: rejestr, strefy zakazu i kary do 50 tys. zł

    Rząd bierze się za najem krótkoterminowy: rejestr, strefy zakazu i kary do 50 tys. zł

    Ministerstwo Sportu i Turystyki przedstawiło projekt nowelizacji ustawy o usługach hotelarskich, który może gruntownie zmienić zasady wynajmu mieszkań turystom w Polsce. W planach jest ogólnopolski rejestr takich lokali, możliwość wprowadzania przez gminy stref całkowicie wyłączonych z najmu krótkoterminowego oraz nowe narzędzia dla wspólnot mieszkaniowych. Za łamanie przepisów grozić będą kary pieniężne sięgające 50 tys. zł.

    Definicja i powody zmian

    Projekt definiuje najem krótkoterminowy jako usługę hotelarską świadczoną na okres krótszy niż 30 dni. Resort argumentuje, że dotychczasowe regulacje są nieprecyzyjne, a znaczna część rynku funkcjonuje poza skutecznym nadzorem państwa. W Ocenie Skutków Regulacji (OSR) podkreślono, że nielegalny najem stanowi nieuczciwą konkurencję dla hoteli, pensjonatów i innych legalnych obiektów noclegowych.

    Potrzebę nowelizacji ministerstwo uzasadnia ochroną osób mieszkających w budynkach wielorodzinnych. W uzasadnieniu przywołano skargi lokatorów dotyczące naruszania ciszy nocnej, zakłóceń porządku oraz poczucia zagrożenia wywołanego ciągłym przepływem obcych osób w bezpośrednim sąsiedztwie ich mieszkań. Przytoczono również stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich, który wskazał, że obecne przepisy nie pozwalają skutecznie przeciwdziałać tym problemom.

    Główny cel nowelizacji – jak czytamy w OSR – to doprecyzowanie zasad świadczenia usług hotelarskich w kraju. Resort spodziewa się, że proponowane rozwiązania podniosą poziom bezpieczeństwa w turystyce i poprawią komfort życia mieszkańców budynków, w których prowadzony jest najem krótkoterminowy.

    Centralny Wykaz Turystycznych Obiektów Noclegowych

    Kluczowym elementem reformy ma być Centralny Wykaz Turystycznych Obiektów Noclegowych (CWTON) – ogólnopolska baza apartamentów, mieszkań i domów wynajmowanych turystom. Każdy zgłoszony obiekt otrzyma indywidualny numer identyfikacyjny, który trzeba będzie umieszczać w internetowych ogłoszeniach. Dzięki temu łatwiej będzie sprawdzić legalność działalności.

    Za wynajmowanie bez wpisu do ewidencji, brak numeru w ofertach lub naruszenie obowiązków przez platformy pośredniczące przewidziano administracyjne kary pieniężne do 50 tys. zł. Celem tych przepisów jest większa przejrzystość rynku i ułatwienie identyfikacji podmiotów świadczących usługi noclegowe.

    Strefy zakazu najmu turystycznego

    Projekt przyznaje radom gmin nowe kompetencje – będą mogły wyznaczać strefy, w których wynajem mieszkań turystom będzie całkowicie zakazany. Rozwiązanie to ma być stosowane przede wszystkim tam, gdzie najem krótkoterminowy wywołuje konflikty z mieszkańcami lub negatywnie wpływa na funkcjonowanie lokalnej społeczności. Innymi słowy, to władze lokalne podejmą decyzję, które dzielnice lub obszary zostaną wyłączone z możliwości wynajmu turystycznego.

    Większe uprawnienia dla mieszkańców i wspólnot

    Nowelizacja daje mieszkańcom i wspólnotom mieszkaniowym prawo do wnioskowania o kontrolę lokali wynajmowanych turystom. W przypadku stwierdzenia nieprawidłowości obiekt może stracić wpis do rejestru. Jeśli właściciel nie zgodzi się na inspekcję, jego wpis zostanie zawieszony. To nowe narzędzie ma umożliwić lokatorom realne egzekwowanie porządku w swoich budynkach.

    Surowe sankcje

    Projekt przewiduje administracyjne kary pieniężne w wysokości do 50 tys. zł. Grzywny grożą przede wszystkim za prowadzenie działalności bez wpisu do ewidencji, brak numeru identyfikacyjnego w ogłoszeniach oraz za uchybienia ze strony platform pośredniczących. Resort uzasadnia nowelizację licznymi sygnałami od mieszkańców o problemach z ciszą nocną, porządkiem i bezpieczeństwem. Nowe przepisy mają wzmocnić nadzór i podnieść komfort życia osób mieszkających w budynkach z najmem krótkoterminowym.

    Więcej niż unijne wymogi

    W OSR zaznaczono, że większość proponowanych rozwiązań wykracza poza obowiązki wynikające z unijnego rozporządzenia STR (short-term rental). Jak stwierdzono w dokumencie:

    „Pozostałe przepisy projektu ustawy wykraczają poza bezpośredni związek z rozporządzeniem STR”.

    Oznacza to, że część regulacji to autorska inicjatywa polskiego rządu, a nie implementacja prawa Unii Europejskiej.

    Co dalej?

    Projekt nowelizacji ustawy o usługach hotelarskich został przygotowany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki i trafi do dalszych prac legislacyjnych. Rząd przekonuje, że zmiany poprawią bezpieczeństwo i uporządkują rynek, a nowe przepisy pomogą przeciwdziałać nielegalnej działalności na rynku noclegowym.