Blog

  • Rząd bierze się za gigantów: CIT w górę do 30% dla Orlenu i spółek dystrybucyjnych

    Rząd bierze się za gigantów: CIT w górę do 30% dla Orlenu i spółek dystrybucyjnych

    Rząd ujawnił nowy plan fiskalny, który uderzy w największe koncerny energetyczne i paliwowe w Polsce. Opublikowane w czwartek założenia do projektu ustawy zakładają czasową, ale znaczącą podwyżkę podatku CIT — z obecnych 19% do nawet 30% w 2027 roku. Skorzystać na tym ma przemysł energochłonny, który zmaga się z rekordowymi kosztami prądu.

    Kogo dotknie nowy podatek?

    Podwyżka obejmie firmy o rocznych przychodach przekraczających 50 mln euro, które działają w kluczowych sektorach energetycznych. To nie tylko potentaci paliwowi, ale i operatorzy sieci przesyłowych. Wśród podmiotów, które znajdą się w kręgu zainteresowania ustawodawcy, wymienia się m.in. Orlen, a także spółki dystrybucyjne należące do największych grup energetycznych: PGE Dystrybucja, Tauron Dystrybucja, Enea Operator oraz Energa Operator.

    Regulacja obejmie szeroki wachlarz działalności — od wydobycia gazu ziemnego i ropy naftowej, przez obrót paliwem gazowym i handel ropą z zagranicą, po wytwarzanie paliw ciekłych i obrót nimi. W przypadku energii elektrycznej nowe stawki dotkną największe podmioty zajmujące się jej dystrybucją (posiadające ponad 100 tys. odbiorców) oraz przesyłem. Co istotne, przepisy będą miały zastosowanie również do podatkowych grup kapitałowych (PGK), w których skład wchodzi spółka prowadząca taką działalność.

    Stawki rosną skokowo, ale tylko na trzy lata

    Projekt przewiduje stopniowe, acz wyraźne podnoszenie daniny. W pierwszym roku podatkowym po wejściu w życie nowelizacji, czyli według założeń w 2027 roku, stawka CIT dla kwalifikujących się firm wyniesie 30%. W kolejnym roku (2028) spadnie do 26%, a w 2029 roku do 23%. Od 2030 roku nastąpić ma powrót do stawki podstawowej, która jednak — w świetle zapowiedzianego w środę pakietu zmian podatkowych — ma wynosić już 22% dla firm o przychodach powyżej 50 mln euro.

    Jak czytamy w informacji na stronach kancelarii premiera: „W 2030 r. (począwszy od czwartego roku podatkowego rozpoczynającego się po wejściu w życie projektowanych zmian) nastąpi powrót do podstawowej stawki CIT”.

    Pieniądze dla przemysłu, ulga dla budżetu

    Formalnie cały mechanizm został zapisany w projekcie ustawy pod nazwą „o udzielaniu wsparcia na obniżenie cen energii dla przemysłu energochłonnego”. Rząd argumentuje, że wysokie koszty energii elektrycznej są jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla konkurencyjności polskich firm. Z danych Eurostatu przywołanych w wykazie wynika, że w drugiej połowie 2025 r. to właśnie Polska miała najwyższe ceny energii w Europie dla największych odbiorców (171,6 Euro/MWh).

    Środki zebrane z podwyżki CIT mają zasilić instrument obniżenia cen energii dla energochłonnych zakładów. Planowany budżet tego programu to 4,8 mld zł. Rozłożono go następująco: 800 mln zł w 2027 r., po 1,6 mld zł w 2028 i 2029 r., oraz 800 mln zł w 2030 r. Dodatkowe 45 mln zł zarezerwowano na obsługę programu.

    Rząd nie ukrywa jednak, że celem jest także poprawa stanu finansów publicznych. W uzasadnieniu wprost wskazano, że efektem zmiany będzie „poprawa wyniku sektora finansów publicznych, w tym również ograniczenie ryzyka przekroczenia w przyszłości przez państwowy dług publiczny określonych w ustawach poziomów”.

    Reakcja na nadzwyczajne zyski i zablokowany podatek

    Decyzja o podwyższeniu CIT dla sektora paliwowego ma też swoje drugie dno. Jak wynika z materiałów rządowych, jest to odpowiedź na skierowanie przez prezydenta Nawrockiego ustawy o podatku od zysków paliwowych do Trybunału Konstytucyjnego, co faktycznie zablokowało tamtą regulację. Ministerstwo Finansów wskazuje, że eskalacja militarna w regionie Zatoki Perskiej doprowadziła do blokady Cieśniny Ormuz i skokowego wzrostu cen ropy Brent ze 65 dol. za baryłkę w styczniu 2026 r. do 126 dol. w marcu 2026 r. W efekcie pojawiły się „nadzwyczajne zwiększenie marż handlowych na rynkach europejskich, w tym na rynku krajowym”.

    Projektowane rozwiązanie ma sięgnąć po zyski również z regulowanego segmentu dystrybucji energii. Resort podkreśla, że spółki dystrybucyjne działają w oparciu o gwarantowane marże i model monopolowy, podczas gdy przemysł energochłonny „jest w zapaści, spowodowanej m.in. kosztami energii elektrycznej”. To właśnie dystrybutorzy mieliby w głównej mierze sfinansować rekompensaty dla branży.

    Projekt trafił do wykazu prac legislacyjnych rządu. Ostateczny kształt przepisów poznamy po zakończeniu prac parlamentarnych.

  • Prezydent wetuje ustawę o transporcie. 10 mln Polaków może mieć problem z dojazdem

    Prezydent wetuje ustawę o transporcie. 10 mln Polaków może mieć problem z dojazdem

    Prezydent Karol Nawrocki odmówił podpisania nowelizacji ustawy o publicznym transporcie zbiorowym. To weto, które – zdaniem rządu – dotknie nawet 10 milionów mieszkańców wsi i małych miejscowości. Główny zarzut prezydenta? Zbyt krótkie umowy dla przewoźników i brak gwarancji stabilnego finansowania.

    Co zakładała ustawa?

    Przyjęta przez Sejm 31 lipca 2026 roku nowelizacja miała zlikwidować tzw. białe plamy komunikacyjne. Nakładała na organizatorów transportu obowiązek zapewnienia połączeń na trzech poziomach:

    • wojewódzkim – między stolicą województwa a siedzibami powiatów,
    • powiatowym – między siedzibą powiatu a siedzibami gmin,
    • gminnym – umożliwienie dojazdu do miejscowości z obiektami użyteczności publicznej.

    W dni powszednie planowano minimum 4 pary połączeń, a w dni wolne – 2 pary. Nowością była definicja przejazdu na żądanie – elastycznej formy transportu samochodem osobowym (do 9 osób łącznie z kierowcą), przeznaczonej dla obszarów, gdzie regularne linie autobusowe są nieopłacalne.

    Ustawa przewidywała też powołanie integratora – marszałka województwa, który miał koordynować wszystkie przewozy publiczne i komercyjne, tworzyć schemat sieci i zapewniać spójność połączeń między województwami.

    Główne zastrzeżenia prezydenta

    To już drugie weto Nawrockiego w tej sprawie. W listopadzie 2025 roku odrzucił podobne przepisy, gdy rząd chciał skrócić umowy do 3 lat. Teraz rząd wrócił z propozycją maksymalnie 5-letnich kontraktów – ale wciąż krótszych niż obecne 10 lat.

    „Przecież bez stabilnego finansowania przewoźnicy i samorządy nie będą inwestować w nowe autobusy i odpowiedzialnie planować sieci transportowej” – uzasadniał prezydent.

    Drugi zarzut dotyczył gmin. Według Nawrockiego ustawa przesuwała je na koniec kolejki po pieniądze z funduszu, mimo że to one najlepiej znają lokalne potrzeby. „Najbardziej mogą na tym stracić małe miejscowości i polska wieś” – ocenił.

    Prezydent miał też poważne zastrzeżenia do przejazdów na żądanie – bo nie gwarantowały one ustawowych ulg dla seniorów, uczniów i osób z niepełnosprawnościami.

    „Osoby znające ten obszar ostrzegały przed chaosem i zwracały uwagę na podstawowy problem: rząd zmienia system, ale nie daje dodatkowych pieniędzy” – napisał w uzasadnieniu weta.

    Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz dodał, że Nawrocki oczekuje od rządu „rozwiązania prostego i skutecznego: stabilnego finansowania, silnej roli gmin i transportu dostępnego dla mieszkańców wsi oraz małych miast”.

    Ostra reakcja ministerstwa

    Minister infrastruktury Dariusz Klimczak nie krył rozczarowania. W ostrym tonie skomentował weto:

    „10 milionów Polaków nadal będzie miało problem z dojazdem do pracy, szkoły, lekarza czy urzędu. Pan prezydent zapomniał, że białe plamy komunikacyjne nie mają barw politycznych, mają za to konkretny adres i dotyczą konkretnych ludzi. […] Można zawetować ustawę, ale nie można zawetować potrzeb 10 milionów Polaków. Nie można zawetować ich prawa do normalnego życia i swobodnego przemieszczania się” – mówił Klimczak.

    Klimczak podkreślił, że ustawa miała wprowadzić połączenia do najmniejszych miejscowości, do których wcześniej autobusy nie docierały. Jako „rewolucyjne rozwiązanie” wskazał przejazdy na żądanie – finansowane z rządowego funduszu i organizowane przez gminy, gdy nie ma innej możliwości dostania się do lekarza czy w innych wyjątkowych sytuacjach.

    Minister dodał, że problemem jest dublowanie nieskoordynowanych połączeń, a nowe uprawnienia dla marszałka województwa umożliwiłyby ustanowienie ich znacznie więcej – ale te argumenty nie trafiły do prezydenta.

    Co dalej?

    Weto prezydenta oznacza, że ustawa trafia z powrotem do Sejmu. Póki co 10 milionów Polaków w małych miejscowościach i na wsi pozostaje bez nowych połączeń autobusowych – i bez pewności, czy uda się je wkrótce uruchomić.

  • Fitch trzyma stopnie? W piątek decyzja o ratingu Polski. Eksperci podzieleni

    Fitch trzyma stopnie? W piątek decyzja o ratingu Polski. Eksperci podzieleni

    W najbliższy piątek agencja Fitch Ratings ogłosi swoją decyzję dotyczącą ratingu kredytowego Polski. Czy po tym, jak we wrześniu 2025 roku obniżyła perspektywę do negatywnej, tym razem sięgnie po bardziej radykalne narzędzia? Eksperci są podzieleni – część obstawia, że do zmiany samego ratingu na razie nie dojdzie, inni ostrzegają przed znaczącym ryzykiem obniżki.

    Status quo według części analityków

    Główna ekonomistka na Polskę w Raiffeisen Bank International, Dorota Strauch, przyznaje wprost: zakłada, że w piątek Fitch nie zmieni ratingu, tym bardziej że jego perspektywa już jest negatywna. Jej zdaniem jest po prostu za wcześnie na jakąkolwiek korektę.

    — Wydaje się, że jest jeszcze za wcześnie — nie znamy ani kształtu przyszłorocznego budżetu, ani zakładanej przez resort finansów trajektorii długu w kolejnych latach. Kluczowy jest nawet nie sam poziom zadłużenia, ale kierunek zmian i to, co konkretnie rząd planuje z tym zrobić — oceniła Strauch.

    Do podobnych wniosków dochodzi Marcin Mazurek, główny ekonomista mBanku.

    — W piątek nic się nie wydarzy — zapewnia Mazurek, wskazując, że od poprzedniej oceny minęło zbyt mało czasu, a wśród proponowanych zmian podatkowych krążą raczej te „małe”, jak podniesienie progu podatkowego.

    Deficyt i wybory – koktajl niepewności

    Kluczowym czynnikiem, który może wpłynąć na przyszłe decyzje agencji, jest sytuacja fiskalna państwa. Polska wchodzi w okres wyborczy z jednym z najwyższych deficytów w Unii Europejskiej. Jak podkreśla Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, deficyt budżetowy sięgający ok. 7% PKB to główny powód, dla którego agencje mogą zacząć ostrzej reagować.

    — One już to zrobiły przy poprzednich przeglądach — przypomina Jankowiak, dodając, że tempo wzrostu nominalnego PKB będzie mniejsze od dynamiki przyrostu zadłużenia, co czyni konsolidację fiskalną jeszcze trudniejszą.

    Ekonomiści zwracają uwagę na niepewność związaną z przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi i obietnicami, które już teraz pojawiają się w debacie publicznej. Dorota Strauch porównuje sytuację do ostatnich wyborów parlamentarnych w Rumunii.

    — Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w Rumunii — której sytuacja fiskalna jest znacznie gorsza od Polski — widać było, że agencje ratingowe wstrzymują się z decyzjami, czekając na to, co wydarzy się po wyborach i jakie decyzje podejmie nowy rząd — powiedziała Strauch.

    Ryzyko ze strony S&P i odmienne zdanie ING

    Choć w piątek zmiana ratingu jest mało prawdopodobna według niektórych, Rafał Banecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego, przyznaje, że prawdopodobieństwo obniżki ratingu wzrosło i jest znaczące. Nie oczekuje on poprawy ani utrzymania obecnej oceny. Wskazuje na pogarszający się bilans mocnych i słabych stron polskiej gospodarki.

    Szczególnym zagrożeniem może okazać się przegląd agencji S&P, zaplanowany na 6 listopada. Spośród trzech największych agencji ratingowych tylko S&P utrzymuje stabilną perspektywę dla Polski. Dorota Strauch ocenia, że istnieje spore ryzyko jej obniżenia.

    — Z trzech głównych agencji tylko S&P utrzymuje na razie stabilną perspektywę. Agencja ta była dosyć szybka w reakcji, np. tnąc rating Polski w 2016 r. Wówczas ryzyka były znacznie mniej namacalne niż teraz, nie mieliśmy twardych liczb pokazujących rosnący deficyt. Stąd obniżka perspektywy ratingu przez S&P jest jak najbardziej możliwa — powiedziała Strauch.

    Mocne strony Polski wciąż doceniane

    Nie wszystko jednak jest czarne. Eksperci podkreślają, że Polska wciąż może pochwalić się solidnymi fundamentami makroekonomicznymi. Wzrost PKB pozostaje wysoki na tle regionu i całej Europy, a kraj utrzymuje stabilną równowagę zewnętrzną i niski poziom długu zagranicznego. Rafał Banecki z ING zwraca uwagę, że polska gospodarka pozytywnie zaskakuje, utrzymując wzrost pomimo stagnacji u wielu partnerów handlowych i mając dostęp do licznych źródeł finansowania, w tym funduszy unijnych i pożyczek z KPO.

    Co dalej?

    Pełny raport Fitcha poznamy w piątkowy wieczór, po zamknięciu rynków finansowych. Kolejne przeglądy ratingu Polski zaplanowano na jesień: Moody’s – 18 września, a S&P – 6 listopada. W lutym Fitch potwierdził długoterminowy rating Polski w walucie obcej na poziomie „A-” z perspektywą negatywną.

  • Polska gospodarka na rozdrożu: potrzebuje inwestycji, ale dług drożeje, a AI podbija stawki

    Polska gospodarka na rozdrożu: potrzebuje inwestycji, ale dług drożeje, a AI podbija stawki

    Polska walczy o miejsce wśród 20 największych gospodarek świata, ale przed nią dwie poważne przeszkody: z jednej strony brakuje inwestycji netto i innowacji, z drugiej – koszt pożyczania pieniędzy gwałtownie rośnie. Ekonomiści Banku BNP Paribas ostrzegają, że bez strategicznego podejścia do wydatków na badania i rozwój oraz sektora energetycznego tempo wzrostu może wyhamować. Jednocześnie na globalnych rynkach długu wrze – inwestorzy żądają wyższych rentowności, a rywalizacja o kapitał ze strony firm technologicznych inwestujących w AI tylko pogłębia presję.

    Inwestycje netto: jest lepiej, niż się wydaje, ale to złudzenie

    Najczęściej przytaczane dane o inwestycjach w Polsce opierają się na mierze brutto. Jak tłumaczy Michał Dybuła, główny ekonomista Banku BNP Paribas, kluczowe znaczenie mają jednak wydatki netto, czyli inwestycje pomniejszone o amortyzację. Te prezentują Polskę znacznie lepiej niż Czechy, Węgry czy Niemcy. Różnica wynika z niskiego wyjściowego poziomu kapitału produkcyjnego, co przekłada się na niską amortyzację. Problem w tym, że w ostatnich latach kapitał ten szybko rośnie – utrzymanie dotychczasowego tempa wzrostu mocy produkcyjnych będzie więc wymagać coraz wyższych nakładów ogółem ze względu na rosnące koszty inwestycji odtworzeniowych.

    Innowacyjność kuleje, a to klucz do przyszłości

    W dłuższej perspektywie o sile gospodarki decyduje nie tylko wartość inwestycji, ale ich struktura. Polska w międzynarodowych porównaniach innowacyjności wypada słabo. W 2024 r. wydatki na badania i rozwój spadły do 1,4% PKB z 1,55% rok wcześniej. Liczba patentów i wynalazków jest nieproporcjonalnie mała w stosunku do wielkości kraju.

    – Potencjalny wzrost nakładów na B+R mógłby zaowocować pozytywnym efektem domina. Lepsze perspektywy w tym obszarze mogłyby przełożyć się na większą liczbę osób decydujących się na naukową ścieżkę kariery oraz stabilniejsze perspektywy dla tych, którzy już pracują nad nowymi wynalazkami – zauważa Marcin Kujawski, starszy ekonomista Banku BNP Paribas.

    Nowe rynki i metody produkcji mogą dać odkrywcom dominującą pozycję i sprawić, że całe gałęzie przemysłu staną się nagle konkurencyjne na arenie międzynarodowej. Widać to choćby w przypadku sztucznej inteligencji – w USA już ponad połowa firm wykorzystuje AI, podczas gdy Polska jest dopiero na początku drogi. W ubiegłym roku moc pobierana przez centra danych w kraju wyniosła zaledwie 250 MW, co odpowiada ok. 1% krajowej generacji. A te instalacje są wysoce energochłonne – Międzynarodowa Agencja Energetyczna zakłada, że na początku następnej dekady światowe zużycie prądu przez centra danych podwoi się. Rozwój AI oznacza więc konieczność zapewnienia odpowiednich ilości taniej energii.

    Dług drożeje – AI konkuruje z państwem o kapitał

    Niestety, w momencie gdy Polska najbardziej potrzebuje inwestycji w innowacje i energetykę, koszt finansowania rośnie. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych chwilowo sięgnęła 5,98%, najwięcej od połowy maja. Jeszcze na początku lipca było to 5,20%. Wzrost ma wymiar globalny – podbijają go napięcia w Zatoce Perskiej, drożejące surowce i obawy o inflację. Ekonomiści wskazują jednak na nowy, istotny czynnik: gigantyczne emisje papierów dłużnych przez firmy technologiczne inwestujące w AI.

    – Konkurują one z rządami o kapitał, wymuszając wzrost oczekiwanej rentowności, zwłaszcza przy długoterminowych emisjach – mówi Mariusz Adamiak z PKO BP.

    Polska wyjątkowo wrażliwa na wzrost kosztów

    Choć wzrost rentowności dotknął wszystkich rynków, w Polsce przecena długu była głębsza niż na rynkach bazowych. Marcin Kujawski z BNP Paribas podkreśla, że jest to odzwierciedlenie słabej kondycji finansów publicznych – wysoki deficyt (ok. 7% PKB) i rosnące zadłużenie zbliżające się do konstytucyjnego progu 60% PKB odstraszają inwestorów.

    Koszty obsługi długu pną się w górę. W ubiegłym roku łączne wydatki na obsługę państwowego długu (budżet, BGK, samorządy) wyniosły ponad 98 mld zł. W tym roku – zdaniem Kujawskiego – będą jeszcze wyższe i sięgną około 110 mld zł, co stanowiłoby ok. 2,6% PKB. Po siedmiu miesiącach 2026 r. sama obsługa długu Skarbu Państwa pochłonęła już 46,6 mld zł.

    Polska stoi przed trudnym zadaniem: aby utrzymać szybki rozwój, musi zwiększyć inwestycje w innowacje i energię, ale robi to w czasach, gdy pożyczanie pieniędzy staje się coraz droższe, a konkurencję o kapitał zaostrzają globalne koncerny technologiczne. Strategiczne podejście do wydatków, energetyki i badań może zdecydować o tym, czy polska gospodarka po okresie dynamicznego wzrostu złapie zadyszkę, czy utrzyma miejsce w światowej czołówce.

  • Płace w górę, etatów mniej. GUS podał lipcowe dane – zaskoczenie w jedną stronę

    Płace w górę, etatów mniej. GUS podał lipcowe dane – zaskoczenie w jedną stronę

    Główny Urząd Statystyczny opublikował w czwartek rano najnowsze dane dotyczące rynku pracy. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w lipcu 2026 roku ponownie wzrosło, i to wyraźnie powyżej oczekiwań analityków. Nie wszystko idzie jednak w parze – zatrudnienie w firmach wciąż się kurczy.

    Średnia krajowa wyższa niż prognozowano

    Średnie wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w lipcu 9 509,02 zł. To wzrost o 6,8 proc. w porównaniu z lipcem 2025 roku oraz o 1,1 proc. względem czerwca tego roku. Eksperci ankietowani przez PAP Biznes spodziewali się dynamiki na poziomie 6,2 proc. w ujęciu rocznym i 0,7 proc. w porównaniu do poprzedniego miesiąca – tymczasem odczyt okazał się wyraźnie wyższy.

    Jak tłumaczy GUS, miesięczny wzrost to efekt dodatkowych wypłat, m.in. nagród i premii – kwartalnych, rocznych i uznaniowych – a także nagród jubileuszowych, nagród z okazji Dnia Leśnika oraz odpraw emerytalnych. Do rekordu wszech czasów z marca tego roku (9 583 zł) zabrakło niewiele.

    Zatrudnienie: spadek w skali roku, delikatny wzrost mdm

    Dane o zatrudnieniu nie napawają już jednak takim optymizmem. Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w lipcu niespełna 6,4 mln etatów (dokładnie 6,379 mln). To spadek o 0,8 proc. w porównaniu z lipcem ubiegłego roku. W ujęciu miesięcznym odnotowano minimalny wzrost o 0,1 proc., co okazało się zgodne z przewidywaniami analityków (zakładali oni brak zmian mdm i spadek rdr na poziomie 0,9 proc.).

    Lipcowe statystyki układają się więc w obraz, w którym rosnąca średnia płaca przypada na mniejszą liczbę zatrudnionych. Firmy podnoszą pensje, ale pozostają ostrożne w zwiększaniu liczby etatów.

    Kto ciągnie płace w górę?

    Ekonomiści PKO BP zwracają uwagę, że wzrost dynamiki płac w lipcu to zasługa silnego przyspieszenia w zaledwie trzech branżach: rolnictwie i leśnictwie (gdzie wzrost sięgnął 26,2 proc. rdr z 1,9 proc. w czerwcu, głównie za sprawą sezonowości), górnictwie (21,9 proc. rdr wobec 2,4 proc. wcześniej) oraz energetyce (13,4 proc. rdr). W pozostałych sektorach obraz był mieszany – w handlu, transporcie czy gastronomii odnotowano umiarkowane przyspieszenie, z kolei w przetwórstwie i obsłudze rynku nieruchomości dynamika nieco wyhamowała.

    Zdaniem ekonomistów Banku Millennium wzrost płac był skoncentrowany w niewielu branżach, co nie sygnalizuje trwałego przyspieszenia. Z jednej strony wspiera to oczekiwania umiarkowanego wzrostu konsumpcji gospodarstw domowych, z drugiej – tworzy mniej sprzyjające warunki do przenikania wyższych cen paliw na pozostałe towary i usługi.

    Co to oznacza dla stóp procentowych?

    Mimo pozytywnego zaskoczenia w danych płacowych ekonomiści są zgodni, że nie zmienia to obrazu polityki pieniężnej w najbliższych miesiącach. Eksperci Banku Millennium oceniają, że rynek pracy w Polsce nie wymaga wsparcia ze strony niższych stóp procentowych, co daje Radzie Polityki Pieniężnej przestrzeń do utrzymania ich na niezmienionym poziomie. W scenariuszu bazowym zakładają oni brak zmian do końca roku i dwie obniżki po 25 punktów bazowych w 2027 r.

    Ekonomiści Banku Pocztowego dodają, że na lipcowe dane wpłynęła większa liczba dni roboczych, wypłaty premii oraz sezonowość. Ich zdaniem dane te przemawiają za brakiem obniżki na najbliższym posiedzeniu, które zaplanowano na 8 i 9 września. Analitycy ING Banku Śląskiego podkreślają z kolei, że ogólna presja płacowa pozostaje ograniczona i nie przekłada się na wzrost cen, a głównym ryzykiem dla perspektyw inflacji pozostają sytuacja na Bliskim Wschodzie oraz ceny ropy.

    Stopa referencyjna NBP wynosi obecnie 3,75 proc. i jak dotąd RPP nie zdecydowała się na jej zmianę po wiosennej serii obniżek.

  • VanEck: 8 z 12 wskaźników Bitcoina sygnalizuje kapitulację. Czy to koniec bessy?

    VanEck: 8 z 12 wskaźników Bitcoina sygnalizuje kapitulację. Czy to koniec bessy?

    Czy najgorsze dla Bitcoina już za nami? Analitycy VanEck w swoim najnowszym raporcie „Bitcoin ChainCheck” wskazują, że aż 8 z 12 kluczowych wskaźników on-chain znajduje się w strefie kapitulacji. Dla inwestorów to sygnał, że rynek może być w późnej fazie bessy.

    Co mówią wskaźniki?

    Zespół VanEck – Patrick Bush, Matthew Sigel i Griffin MacMaster – przeanalizował dwanaście narzędzi pomagających identyfikować momenty kapitulacji. Należą do nich m.in. MVRV Z-Score, NUPL, Puell Multiple oraz udział podaży BTC znajdującej się w zysku. Dla samej ceny przyjęto próg spadku wynoszący co najmniej 35%. Według danych z 12 sierpnia osiem z dwunastu wskaźników wciąż sygnalizowało kapitulację, a w ciągu ostatnich trzech miesięcy każdy z całej dwunastki przynajmniej raz znalazł się w tej strefie.

    Od czerwca cena Bitcoina utrzymuje się w przedziale od około 58 do 66,5 tys. USD. W połowie sierpnia wynosiła około 64,3 tys. USD, co oznacza spadek o mniej więcej połowę w porównaniu z październikowym rekordem na poziomie 126,3 tys. USD.

    Historyczne analogie i możliwy termin akumulacji

    VanEck porównał obecną korektę z poprzednimi cyklami. W trzech ostatnich bessach od szczytu do maksymalnego dołka mijało średnio 12,7 miesiąca. Bitcoin jest obecnie mniej więcej w 11. miesiącu od rekordu. Jeśli historia miałaby się powtórzyć, przejście do fazy akumulacji mogłoby nastąpić między wrześniem a listopadem 2026 r.

    Analitycy zastrzegają jednak, że sygnały kapitulacji nie są jednoznacznym krótkoterminowym sygnałem kupna. Dane historyczne zebrane przez VanEck pokazują, że okresy z 8–12 aktywnymi wskaźnikami kapitulacji zwykle nie przynosiły natychmiastowych wysokich stóp zwrotu – wręcz przeciwnie, średnie wyniki w horyzoncie 90 i 180 dni były poniżej normy.

    Rynek dojrzał – płytsze dno?

    VanEck przewiduje, że obecne dno może być płytsze niż w poprzednich bessach. Argumentem jest dojrzałość rynku: działają spotowe ETF-y na Bitcoina, baza inwestorów instytucjonalnych jest szersza, a korekcie nie towarzyszy seria upadłości na miarę Terra, Celsius czy FTX.

    Tę zmianę potwierdza Michael S. Selig, przewodniczący amerykańskiej CFTC.

    „rozwój regulowanych instrumentów futures i produktów giełdowych znacząco zwiększył integrację Bitcoina z tradycyjnym systemem finansowym” – mówi Michael S. Selig, przewodniczący CFTC.

    Produkty giełdowe oparte na Bitcoinie posiadają obecnie ponad 1,2 mln BTC, wobec praktycznie zera w 2016 r. Dodatkowym sygnałem poprawy popytu są przepływy do amerykańskich ETF-ów spot. 18 sierpnia fundusze te odnotowały 189,3 mln USD napływów netto.

    Ostrożność mimo optymizmu

    Mimo pozytywnych sygnałów VanEck przestrzega przed hurraoptymizmem. W ciągu ostatnich 30 dni liczba monet przechowywanych przez ponad rok skurczyła się o około 356 tys. BTC, do 11,84 mln. Udział długoterminowych posiadaczy w podaży w obiegu po raz pierwszy od kilku miesięcy spadł poniżej 60%.

    Według analityków VanEck sugeruje to raczej późną fazę korekty niż pewny początek nowego trendu wzrostowego. Kapitulacja może wskazywać na zaawansowany etap bessy, ale nie gwarantuje, że krótkoterminowe dno zostało już ustanowione.

    Podsumowanie

    Bitcoin znajduje się w 11. miesiącu spadków od historycznego maksimum, a VanEck dostrzega wiele oznak kapitulacji. Historyczne analogie wskazują na możliwe przejście do akumulacji w nadchodzących miesiącach, ale zmieniona struktura rynku i aktywność długoterminowych posiadaczy każą zachować ostrożność. Analitycy VanEck podkreślają, że same sygnały kapitulacji nie są jednoznacznym krótkoterminowym sygnałem kupna.

  • Prawie 350 tys. zł na dziecko do 18. roku życia – a 300 plus traci na wartości

    Prawie 350 tys. zł na dziecko do 18. roku życia – a 300 plus traci na wartości

    Ile kosztuje wychowanie dziecka w Polsce?

    Najnowsze szacunki Centrum im. Adama Smitha wskazują, że wychowanie jednego dziecka do 18. roku życia to dziś wydatek rzędu ok. 346 tys. zł. W przeliczeniu na miesiąc daje to średnio ok. 1 600 zł. W przypadku dwójki dzieci koszt wzrasta do ok. 579 tys. zł – mniej niż podwójna kwota, bo działa „efekt skali” (wspólne ubrania, zabawki, mieszkanie).

    Na co idą pieniądze?

    Aż 80% wydatków pochłaniają cztery kategorie: żywność, mieszkanie, edukacja i transport. Reszta to odzież, higiena, zdrowie oraz rozrywka. Struktura zmienia się z wiekiem – maluch generuje koszty opieki i pieluch, nastolatek – elektronikę, korepetycje i droższe hobby.

    Wsparcie państwa – czy wystarcza?

    Według szacunków Centrum im. Adama Smitha, przy minimalnym standardzie życia państwowe programy – 800+, ulga prorodzinna w PIT oraz wyprawka szkolna – pokrywają nawet ok. 60% kosztów utrzymania dziecka. Reszta i tak spoczywa na budżecie domowym.

    300 plus – pomoc, która traci na wartości

    Program „Dobry Start”, czyli jednorazowe 300 zł na wyprawkę szkolną, został wprowadzony w 2018 roku. Kwota od tamtej pory nie zmieniła się ani o złotówkę. Tymczasem inflacja zrobiła swoje. Według danych GUS skumulowana inflacja za ostatnie osiem lat wyniosła ponad 56%. Oznacza to, że realna siła nabywcza 300 zł w dzisiejszych cenach odpowiada dziś zaledwie nieco ponad 192 zł w cenach z 2018 roku. W przeciwieństwie do 800+, program nie podlega waloryzacji.

    Średni koszt wyprawki – 620 zł

    Najnowsze badanie „Barometr Providenta” pokazuje, że w tym roku rodzice wydają na wyprawkę szkolną średnio 620 zł na dziecko – ponad dwa razy więcej niż wynosi świadczenie. Niemal połowa badanych (48,9%) spodziewa się wyższych wydatków niż przed rokiem, a 39,1% rozkłada zakupy w czasie, by ograniczyć jednorazowe obciążenie budżetu.

    Najczęściej deklarowane budżety to przedziały 201–400 zł (22,9% rodziców) oraz 401–600 zł (22,7%). Łącznie 49,9% planuje zmieścić się w 600 zł. Jednocześnie 21,4% zakłada wydatek powyżej 800 zł, a 15,5% nie potrafi jeszcze oszacować ostatecznej kwoty.

    Co najbardziej obciąża portfel?

    Rodzice wskazują, że największym wydatkiem są podręczniki, ćwiczenia i materiały edukacyjne – 22,9% wskazań. Na drugim miejscu znalazły się odzież i obuwie szkolne (15,9%), a na trzecim przybory szkolne i artykuły papiernicze (11,5%). Dla 14% badanych największym obciążeniem będą dodatkowe zajęcia pozalekcyjne (nie licząc korepetycji), dla 10,8% – wycieczki i zielone szkoły, a dla 8,7% – korepetycje. Rzadziej wymieniano sprzęt elektroniczny (3,2%) i zajęcia językowe (2,6%).

    Budżet państwa a waloryzacja

    Program 300 plus kosztuje budżet państwa 1,4 mld zł rocznie. Gdyby chciano podnieść świadczenie tak, by realnie wciąż było warte 300 zł (w cenach z 2018), potrzeba by dodatkowych 700 mln zł. Na razie jednak kwota pozostaje zamrożona.

    Jak złożyć wniosek o 300 plus?

    Wniosek o świadczenie składamy wyłącznie online od 1 lipca do 30 listopada. Można to zrobić przez bankowość elektroniczną, platformę eZUS/PUE ZUS, aplikację mZUS lub portal Emp@tia. Jeśli wniosek trafi do ZUS do końca sierpnia, pieniądze wpłyną najpóźniej 30 września. Przy późniejszym złożeniu wypłata może potrwać do dwóch miesięcy. Do wniosku potrzebny jest PESEL dziecka oraz dane jego szkoły.

    Podsumowując: koszty wychowania dziecka rosną, a realna wartość państwowego wsparcia na wyprawkę topnieje. Rodzice muszą więc liczyć się z coraz wyższymi wydatkami, które państwo rekompensuje tylko w części.

  • Niemiecki gigant dyskontowy zwalnia tempo. KiK zamyka 300 sklepów w Europie

    Niemiecki gigant dyskontowy zwalnia tempo. KiK zamyka 300 sklepów w Europie

    Agresywna ekspansja odbiła się czkawką niemieckiej sieci dyskontowej KiK. Firma ogłosiła plan zamknięcia około 300 sklepów w całej Europie, w tym mniej więcej połowy w samych Niemczech. To efekt rozczarowujących wyników finansowych i rosnących kosztów prowadzenia działalności.

    Połowa cięć w Niemczech, ale będą też nowe otwarcia

    Największe zmiany dotkną rodzimy rynek sieci. W Niemczech zamkniętych zostanie około 150 placówek, choć jednocześnie spółka planuje uruchomić tam 15 nowych punktów. Dział prasowy KiK, cytowany przez niemiecki dziennik „merkur.de”, zapewnia, że mimo redukcji sieć utrzyma silną pozycję – w samych Niemczech będzie dysponować ponad 2200 sklepami.

    „Zamkniemy około 150 placówek w Niemczech, ale jednocześnie otworzymy 15 nowych punktów. Dysponując ponad 2200 sklepami na terenie Niemiec, utrzymamy silną pozycję rynkową i zapewnimy naszym klientom łatwy dostęp do oferty” – przekazał dział prasowy firmy.

    Prezes i dyrektor finansowy firmy, Christian Kümmel, otwarcie przyznał, że wcześniejsza strategia oparta na maksymalnym zwiększaniu liczby sklepów nie zdała egzaminu.

    „Optymalizujemy nasze portfolio, aby skoncentrować się na wyższej rentowności. Strategia zakładająca 'otwarcie pięciu nowych placówek i pozyskanie pięciokrotnie większej liczby klientów’ nie do końca się sprawdziła” – wyjaśnił Kümmel.

    Co z Polską? Ponad 450 sklepów na razie zostaje

    KiK działa nad Wisłą od 2012 roku i obecnie prowadzi ponad 450 placówek. W ubiegłym roku sieć otworzyła w Polsce 26 sklepów, a zamknęła 29, co oznacza praktyczne zatrzymanie wzrostu. Przedstawiciele polskiego oddziału podkreślają, że trwająca od 2024 roku optymalizacja ma charakter ewolucyjny. Dla klientów oznacza to, że pojedyncze sklepy mogą znikać i pojawiać się w nowych lokalizacjach, ale masowa fala zamknięć na razie nie jest planowana.

    Ogólnoeuropejski plan zakłada zamknięcie około 300 sklepów, ale jednocześnie otwarcie 75 nowych. Sieć będzie teraz stawiać na lokalizacje o dużym natężeniu ruchu, często w parkach handlowych. Celem jest optymalizacja portfolio pod kątem wyższej rentowności, a nie sama liczba adresów na mapie.

    Szerszy kontekst branży

    Kłopoty KiK nie są odosobnione. Rosnące koszty energii, najmu powierzchni handlowych oraz wynagrodzeń mocno ciążą całemu handlowi detalicznemu w Europie. Zmienili się także klienci, którzy kupują dziś bardziej wybiórczo i rzadziej krążą po wielu sklepach. Według informacji z branży, bezpośredni rywal KiK w segmencie tanich zakupów, sieć Pepco, uruchomiła cyfrową ofensywę, co pokazuje, że konkurencja o klienta przenosi się coraz bardziej do internetu. Jak podaje jeden z artykułów źródłowych, bywało, że dwa sklepy tej samej marki dzieliła odległość mniejsza niż kilometr. W takiej sytuacji zamiast zdobywać nowych kupujących, kanibalizowały one swoją bazę klientów. Plan na bieżący rok zakłada otwarcie łącznie 75 nowych placówek w Europie, podczas gdy do zamknięcia przewidziano ich około 300.

    Historia i obecność KiK

    Niemiecka firma KiK, której nazwa pochodzi od hasła Kunde ist König („klient jest królem”), została założona w 1994 roku. Obecnie prowadzi działalność w 14 krajach europejskich. Na polskim rynku sieć jest obecna od 2012 roku. Przedstawiciele polskiego oddziału podkreślają w rozmowie z serwisem biznesinfo.pl, że optymalizacja sieci trwa u nas nieprzerwanie od 2024 roku i ma charakter ewolucyjny, a nie rewolucyjny. O tym, czy ta ewolucja przerodzi się w rewolucję, zadecydują wyniki osiągane przez sieć w Niemczech, które są dla niej najtrudniejszym rynkiem.

  • Vissavi znika z galerii, Organique gaśnie. Polskie marki pod presją kosztów i konkurencji

    Vissavi znika z galerii, Organique gaśnie. Polskie marki pod presją kosztów i konkurencji

    Po 25 latach Vissavi żegna się z galeriami handlowymi. W oknach pozostałych salonów wiszą już wyprzedażowe plakaty z rabatami do 80 proc., a klientki szukają ostatnich kolekcji. Rzeszowska marka założona przez Agatę Blok redukuje stacjonarną sieć do minimum, choć z rynku nie znika całkowicie.

    Z 17 salonów zostało kilka

    W szczycie rozwoju Vissavi miała 17 salonów. Dziś działa ich tylko kilka, a placówki w Rzeszowie prowadzą sprzedaż w formule outletowej. Jak podaje portal dlahandlu.pl, wybrane salony w Warszawie, Krakowie i Rzeszowie mają funkcjonować jeszcze tylko do końca roku. Losy poszczególnych lokali nie są jednakowe – część z nich została już przekształcona w outlety z obniżonymi cenami.

    To nie koniec marki. Sprzedaż internetowa ma być kontynuowana, więc klienci nadal będą mogli kupować kolekcje online. W galeriach trwa tymczasem pożegnalna wyprzedaż, a przeceny sięgają właśnie 80 proc.

    Co stoi za decyzją?

    Firma wskazuje na długą listę obciążeń. Wymienia konsekwencje pandemii, rosnące wydatki na energię, wynagrodzenia, podatki i logistykę. Najbardziej dokuczliwe są jednak czynsze w galeriach. Za rezygnację z jednej z umów najmu marka zapłaciła karę ponad 200 tys. zł.

    Presji kosztowej towarzyszy presja konkurencyjna. Sieci fast fashion i azjatyckie platformy internetowe przyzwyczaiły konsumentów do niskich cen, a klienci kupują ostrożniej. Ruch w centrach handlowych spada, więc utrzymywanie drogich salonów przestało się opłacać.

    | Kluczowe dane Vissavi | |
    |—|—|
    | Lata działalności | 25 |
    | Salony w szczycie | 17 |
    | Maksymalne rabaty | 80 proc. |
    | Kara za odstąpienie od umowy najmu | ponad 200 tys. zł |

    Odzieżowy handel zmienia miejsce

    W ten sposób Vissavi wpisuje się w szerszy trend widoczny wśród rodzimych firm odzieżowych, które w ostatnich latach opuściły centra handlowe. Odzieżowa sprzedaż w coraz większym stopniu przenosi się do e-commerce. Centra handlowe muszą się liczyć z odpływem najemców, którzy przez lata tworzyli ich handlowy charakter.

    Organique także wygasa

    Vissavi nie jest odosobnionym przypadkiem. W podobnym kierunku zmierza Organique, polski producent kosmetyków naturalnych, który po 27 latach potwierdził zakończenie działalności. Informację przekazała mediom Ewa Wójcikowska z agencji PR Strategists.

    Organique wyrosło z manufaktury założonej przez Tomasza Czarskiego w Obornikach Śląskich. Później marka otworzyła sklepy w największych aglomeracjach: Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i Poznaniu. Teraz placówki są zamykane stopniowo, jedna po drugiej. Losy poszczególnych sklepów rozstrzygają się w różnym tempie. Firma nie ogłosiła jednej daty końca sprzedaży, więc część klientów wciąż może trafić na czynne lokale.

    Powody przypominają te, które stoją za decyzją Vissavi. Zakupy masowo przeniosły się do internetu, a koszty stałe lokali – czynsze, energia, pensje – obciążały każdy salon. Droższe stały się też surowce i opakowania. Do tego doszła rosnąca konkurencja marek własnych sieci handlowych. Segment kosmetyków naturalnych, jeszcze dekadę temu nisza z wysokimi marżami, dziś należy do najbardziej zatłoczonych obszarów branży urodowej. Własne linie ekologiczne mają zarówno dyskonty, jak i wielkie koncerny.

    Dwa końce, wspólny mianownik

    Choć Vissavi działa w modzie, a Organique w kosmetykach, oba przypadki łączy podobny mianownik. W obu firmach stacjonarne salony w galeriach przestały być rentowne. Obie firmy wymieniają wysokie czynsze, rosnące koszty energii i pracy oraz zmianę zwyczajów zakupowych klientów. Do tego dochodzi konkurencja oferująca tańsze alternatywy: w modzie są to sieci fast fashion i azjatyckie platformy internetowe, a w kosmetykach – marki własne dyskontów i wielkich koncernów.

    Szerszy obraz

    Zmiany w zachowaniach klientów dotykają nie tylko polskie marki. W europejskim handlu detalicznym podobne ruchy widać na przykład w sieci KiK, która zdecydowała się zamknąć setki placówek. Vissavi ma zostać dostępna online, a jej salony w Warszawie, Krakowie i Rzeszowie mają działać do końca roku. Organique nie podało jednej daty zamknięcia wszystkich sklepów, więc proces wygaszania sieci wciąż trwa.

  • Prognoza ZUS: relacja emerytury do pensji skurczy się do 24,5% w 2080 roku

    Prognoza ZUS: relacja emerytury do pensji skurczy się do 24,5% w 2080 roku

    ZUS opublikował prognozy, które każą poważnie zastanowić się nad przyszłością systemu emerytalnego. Wynika z nich, że relacja przeciętnej emerytury do średniego wynagrodzenia, czyli tzw. stopa zastąpienia, będzie systematycznie spadać. W 2027 roku wskaźnik ten ma jeszcze wynieść 54,1%, ale w kolejnych dekadach będzie się obniżać, by w 2080 roku osiągnąć zaledwie 24,5%. To oznacza, że przyszli emeryci będą w dużo większym stopniu musieli polegać na własnych oszczędnościach i dodatkowym wsparciu.

    Stopa zastąpienia w liczbach – kolejne dekady

    Dane Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, przytoczone przez Bankier.pl, pokazują stały trend spadkowy. Oto jak prognozowana jest stopa zastąpienia w poszczególnych latach:

    • 2030: 52,1%
    • 2040: 43%
    • 2050: 34,4%
    • 2060: 29%
    • 2070: 26,1%
    • 2080: 24,5%

    Już na początku lat 30. emerytura będzie stanowić nieco ponad połowę pensji, by w połowie stulecia spaść do około jednej trzeciej, a pod koniec prognozowanego okresu do niespełna jednej czwartej średniego wynagrodzenia.

    Demografia: liczba emerytów urośnie do 10,6 mln

    Prognozowany spadek stopy zastąpienia wynika przede wszystkim z demografii. System emerytalny oparty na zdefiniowanej składce sprawia, że kapitał zgromadzony na koncie każdego ubezpieczonego jest dzielony na dłuższy okres życia, a samych emerytów będzie przybywać.

    Według danych GUS, w 2024 roku emeryturę pobierało 7,39 mln osób, czyli 19,7% ludności Polski. To o 1,7% więcej niż rok wcześniej. ZUS prognozuje, że w 2030 roku liczba emerytów wzrośnie do 7,9 mln. W 2040 roku ma ich być 8,9 mln, a w 2050 roku już 10,2 mln. Szczyt przypadnie na 2060 rok, gdy świadczenia pobierać będzie 10,6 mln osób. Potem liczba ta zacznie się obniżać: w 2070 roku do 10 mln, a w 2080 do 9,7 mln.

    Ekspert: formuła wyliczania, nie demografia, jest kluczowa

    Dr Tomasz Lasocki z Politechniki Warszawskiej wskazuje w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że to nie kurczące się społeczeństwo jest głównym winowajcą obniżającej się stopy zastąpienia. Jego zdaniem decydujące znaczenie ma mechanizm wyliczania świadczeń.

    „Nawet gdyby w przyszłym roku pojawiło się kilkanaście milionów więcej obywateli, to nie zmieni to sposobu obliczenia emerytury. To kwestia formuły zapisanej w ustawie” – mówi dr Lasocki.

    Ekspert proponuje kilka zmian, które mogłyby uratować system. Po pierwsze, modyfikację mechanizmu obliczania minimalnej emerytury – tak, by po 25 latach opłacania składek od najniższego wynagrodzenia każda dodatkowa składka podwyższała przyszłe świadczenie. Po drugie, naprawę reguły ubezpieczeniowej zgodnie z zasadą „więcej wpłacisz, więcej dostaniesz”. Zaleca także oskładkowanie umów cywilnoprawnych i innych podstaw osiągania przychodów. Kluczowym punktem jest według niego wyrównanie wieku emerytalnego co najmniej do 65 lat dla kobiet i mężczyzn.

    Minimalna emerytura – co trzeba wiedzieć

    Obecnie najniższe świadczenie wynosi 1978,49 zł brutto. Prawo do niego mają osoby, które osiągnęły wiek emerytalny i wykażą odpowiedni staż: 20 lat w przypadku kobiet i 25 lat w przypadku mężczyzn. Dla osób z krótszym stażem wypłata może być niższa od ustawowego minimum. Malejąca stopa zastąpienia sprawia, że przyszli seniorzy będą musieli w większym stopniu opierać się na własnych oszczędnościach. Rządowe transfery, takie jak czternasta emerytura wypłacana we wrześniu, mogą doraźnie poprawić budżety emerytów, jednak jak pokazują prognozy ZUS, nie zmieniają one długoterminowego trendu. Bez głębokich zmian systemowych przeciętna emerytura w 2080 roku ma stanowić już tylko 24,5% średniego wynagrodzenia.