Blog

  • Polski elektryk bez Izery: Foxconn ma postawić fabrykę w Jaworznie. Znamy daty

    Polski elektryk bez Izery: Foxconn ma postawić fabrykę w Jaworznie. Znamy daty

    Rządowy projekt polskiego samochodu elektrycznego wkracza w decydującą fazę. Choć nazwa „Izera” przechodzi już do historii, to samo przedsięwzięcie zyskuje nowego, potężnego partnera. Wszystko wskazuje na to, że tajwański gigant Foxconn jeszcze tej jesieni podpisze kluczowe umowy, a budowa fabryki w Jaworznie ruszy wiosną przyszłego roku.

    Koniec epoki Izery, początek ery Foxconna

    Jak ustalił Business Insider Polska, rozpoczęty jeszcze za poprzedniej władzy projekt Izera został definitywnie zakończony. Nie oznacza to jednak porzucenia ambicji budowy rodzimego auta elektrycznego. Po kilkunastu miesiącach analiz i zmian koncepcji, spółka Electromobility Poland (EMP) znalazła partnera w Tajwanie. Na razie strony podpisały jedynie wstępne porozumienie, ale najważniejsze kroki mają nastąpić lada moment.

    Kluczowe umowy jeszcze w 2026 roku

    Z informacji uzyskanych w kręgach rządowych wynika, że do podpisania pakietu decydujących dokumentów, w tym umowy joint venture między EMP a Foxconnem, dojdzie w październiku lub najpóźniej w listopadzie. Negocjacje dotyczące szczegółowych zapisów wciąż trwają, a całość będzie musiała zostać również notyfikowana w Komisji Europejskiej.

    Rzecznik prasowy EMP, Piotr Michniuk, potwierdza te plany, zaznaczając jednak, że ze względu na dobro rozmów spółka nie komentuje szczegółowego harmonogramu ani formuły podpisania umów. Dodał, że zgodnie z wcześniej komunikowanym harmonogramem, podpisanie umowy joint venture planowane jest na jesień tego roku.

    — W październiku, najpóźniej w listopadzie powinno dojść do podpisania z Foxconnem kluczowych umów dotyczących projektu, w tym umowy joint venture z EMP — mówi Business Insider Polska źródło z rządu.

    Co ciekawe, źródła rządowe sygnalizują, że przy okazji podpisania umów w Polsce może pojawić się osobiście prezes Foxconna.

    Fabryka w Jaworznie: start wiosną 2027

    Równolegle trwają przygotowania do budowy zakładu produkcyjnego w Jaworznie na Śląsku. Obecnie prowadzone są już prace przygotowawcze gruntów. Celem rządu jest, aby właściwe prace budowlane ruszyły jak najszybciej. Ze źródeł rządowych wynika, że realnym terminem jest przełom lutego i marca 2027 roku, choć będzie to w pewnym sensie zależało także od warunków pogodowych. Samo EMP podaje w oficjalnym komunikacie, że rozpoczęcie budowy planowane jest na wiosnę 2027 roku.

    To nie tylko fabryka, ale cały hub

    Projekt w Jaworznie to znacznie więcej niż jedna linia produkcyjna. Inwestycja zakłada stworzenie całego hubu produkcyjno-rozwojowego, który ma objąć zaplecze technologiczne, badawczo-rozwojowe, a także dostawców komponentów i sektor bateryjny. Rząd wiąże z tym duże nadzieje na transfer technologii do Polski.

    Finansowanie budowy zostało już zabezpieczone. To 4,5 mld zł z Krajowego Planu Odbudowy. Dodatkowo, pod koniec ubiegłego roku EMP została dokapitalizowana z Funduszu Reprywatyzacji.

    Przedstawiciele resortu aktywów podkreślają, że udział lokalnych komponentów i rozwiązań (local content) ma od samego początku produkcji wynosić około 70 proc. Wiceprezes EMP Tomasz Gałaszkiewicz przypomina z kolei, że docelowym celem jest zdolność produkcyjna na poziomie 300 tys. aut elektrycznych rocznie.

    — Foxconn ma być zaangażowany kapitałowo w joint venture. To oznacza, że jego interesy nie sprowadzają się wyłącznie do sprzedaży technologii — mówił w połowie lipca wiceszef EMP.

    Nowa nazwa i pierwsze auta w 2029

    Projekt nie będzie już nosił nazwy Izera, ale nowa, oficjalna marka nie została jeszcze ujawniona. Plan zakłada uruchomienie produkcji trzech modeli samochodów elektrycznych. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z harmonogramem, pierwsze egzemplarze polskiego elektryka wyjadą z fabryki w Jaworznie w 2029 roku.

    Projekt ma obecnie priorytetowy status w nadzorującym spółkę EMP Ministerstwie Aktywów Państwowych. Szef resortu Wojciech Balczun uznał go za przełomowy dla rozwoju elektromobilności w kraju.

  • Niemieckie obligacje biją 15-letni rekord. To oznacza wyższe raty polskich pożyczek z SAFE

    Niemieckie obligacje biją 15-letni rekord. To oznacza wyższe raty polskich pożyczek z SAFE

    Środowa aukcja niemieckich obligacji skarbowych zakończyła się wynikiem, który może mieć bezpośrednie przełożenie na polskie finanse publiczne i program zbrojeniowy. Rynek zażądał od rządu w Berlinie 3,26% odsetek od dziesięcioletnich papierów o wartości 3,8 mld euro – to najwyższy poziom od 15 lat i wyraźny sygnał, że era taniego pieniądza w Europie definitywnie się skończyła.

    Dlaczego niemiecki dług drożeje?

    Jeszcze do czerwca 2023 roku Niemcy sprzedawały obligacje z ujemną stopą procentową, co trwało łącznie ponad 13 lat. W tym czasie rząd naszego zachodniego sąsiada zadłużył się z ujemnymi odsetkami na aż 1,45 bln euro. Teraz sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Od początku roku Niemcy sprzedały już obligacje o oprocentowaniu powyżej 3% za 70 mld euro.

    We wtorek doszło do aukcji 30-letnich obligacji zerokuponowych, które przyniosły rentowność 3,8% – najwyższą od kwietnia 2011 roku. Sprzedano papiery o wartości 4 mld euro z terminem wykupu w 2042 roku.

    Przyczyn zmiany jest kilka. Po pierwsze, Berlin złamał własną regułę wydatkową. Lars Klingbeil, minister finansów i wicekanclerz Niemiec, planuje obciążyć budżet podstawowy w 2027 roku nowym długiem w wysokości 118,7 mld euro. Do tego dochodzą specjalne fundusze na Bundeswehrę i infrastrukturę, co razem może przekroczyć 200 mld euro w jednym roku. Trzon tych inwestycji stanowi fundusz infrastrukturalno-klimatyczny o wartości 500 mld euro, rozłożony na 12 lat, do 2037 roku.

    Po drugie, kryzys na Bliskim Wschodzie podniósł oczekiwania inflacyjne, a co za tym idzie – oczekiwania na wyższe stopy procentowe. Po trzecie, niemiecka gospodarka wciąż kuleje – w drugim kwartale br. wzrosła zaledwie o 0,2% rdr, a ekonomiści prognozują na cały rok tylko +0,6%.

    Warto przypomnieć, że od 2016 roku w Niemczech obowiązywała reguła strukturalnego deficytu na poziomie maksymalnie 0,35% PKB rocznie, która dawała inwestorom poczucie bezpieczeństwa. Teraz ta reguła została złamana, co winduje koszty pożyczek.

    Bezpośredni wpływ na Polskę

    Dla polskich finansów publicznych rosnące koszty niemieckiego długu mają bardzo konkretne znaczenie. Oprocentowanie pożyczek z unijnego programu SAFE – z którego finansujemy rozbudowę mocy zbrojeniowych – będzie ustalane, gdy Komisja Europejska sprzeda swoje obligacje na rynku. Punktem odniesienia będą tu obligacje niemieckie. Im więcej Berlin musi płacić, tym droższe będą pożyczki dla Warszawy.

    Polskie obligacje też pod presją

    Presja na rynku długu nie dotyczy wyłącznie Niemiec. Rentowność polskich 10-letnich obligacji skarbowych przekroczyła 6%, osiągając najwyższy poziom od maja. Jeśli utrzyma się powyżej 5,951% jeszcze w poniedziałek, będzie to oznaczać najwyższe zamknięcie miesiąca od lutego 2023 r., czyli od trzech i pół roku.

    Analitycy portalu ceo.com.pl wskazują, że wzrostu rentowności nie należy sprowadzać wyłącznie do sytuacji fiskalnej Polski. Na nasze papiery skarbowe wpływa też sytuacja na rynkach bazowych w USA i Europie. W ostatnich tygodniach inwestorzy domagają się wyższej premii za trzymanie długoterminowego długu z powodu obaw o inflację, wysokich potrzeb pożyczkowych państw oraz rosnących kosztów obsługi zadłużenia. Dodatkową presję tworzą wysokie ceny energii i niepewność geopolityczna.

    Problemy nie tylko w Europie

    Sytuacja budżetowa Polski również nie pozostaje bez znaczenia. Rząd przedstawił w piątek projekt budżetu na 2027 r., który zakłada deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych na poziomie 7,1% PKB, przy wydatkach sięgających 977,6 mld zł. Koszty obsługi długu mają wzrosnąć do 107 mld zł.

    Problemy z wysoką rentownością obligacji dotykają wielu krajów. Rentowność 30-letnich amerykańskich obligacji przekroczyła 5,3% i znalazła się na poziomie niewidzianym od 2007 roku, podczas gdy amerykański dług publiczny przekroczył już 40 bln dolarów.

    Dla porównania obsługa długu państwowego pochłaniała ostatnio w Niemczech około 8-10% wpływów budżetu federalnego, podczas gdy w Polsce w tym roku jest to już niemal 14%.

  • Hipoteka na stopę NBP – nowy pomysł KNF. Co z tego wyniknie?

    Hipoteka na stopę NBP – nowy pomysł KNF. Co z tego wyniknie?

    Urząd Komisji Nadzoru Finansowego (UKNF) proponuje, by kredyty hipoteczne mogły być oprocentowane według formuły: stopa referencyjna banku centralnego plus marża banku. To nowość, bo dziś jedyną dopuszczalną zmienną podstawą jest wskaźnik referencyjny (np. WIBOR lub POLSTR).

    Co proponuje KNF?

    KNF przedstawiła pomysł w ramach konsultacji publicznych projektu nowelizacji ustawy o rozwoju rynku finansowego. Ministerstwo Finansów, które prowadzi konsultacje, zwróciło się już o opinię w tej sprawie do Narodowego Banku Polskiego i Europejskiego Banku Centralnego.

    W swoim wystąpieniu UKNF podkreśla, że rozwiązanie ma uzasadnienie prawne i ekonomiczne, ale powinno pełnić funkcję uzupełniającą wobec podstawowego standardu rynkowego, a nie zmieniać go systemowo. Dodatkowo – zdaniem nadzoru – stopa banku centralnego może służyć jako element planu awaryjnego na wypadek zaprzestania publikowania dotychczasowego wskaźnika.

    Stosowanie takiej konstrukcji jest już dopuszczone w wielu krajach UE, m.in. w Czechach, Danii, Niemczech, Austrii, Francji, Szwecji, Portugalii, na Węgrzech, Cyprze, Malcie, w Irlandii i Wielkiej Brytanii.

    Co zyskają kredytobiorcy?

    Według KNF największą korzyścią ma być większa przejrzystość ceny kredytu i przesunięcie konkurencji między bankami na poziom marży. Klient, który weźmie hipotekę w złotych, będzie mógł wybrać między:

    • kredytem ze stopą referencyjną NBP plus marża,
    • kredytem opartym na wskaźniku referencyjnym (np. WIBOR) plus marża,
    • kredytem z okresowo stałą stopą procentową.

    Czy to oznacza tańsze raty? Bartosz Turek, ekspert rynku finansowego, studzi nadzieje: – Nie spodziewałbym się, że kredyty staną się automatycznie tańsze lub droższe. Różnica w oprocentowaniu zostanie w większym lub mniejszym stopniu skompensowana po stronie marży – tłumaczy. Jego zdaniem, jeśli dziś WIBOR 3M jest o 10–20 pkt bazowych wyższy od stopy NBP, bank może po zmianie podnieść marżę np. z 1,5 do 1,7 proc.

    Obawy Ministerstwa Finansów

    Resort finansów patrzy na propozycję szerzej i uważa, że może mieć ona charakter systemowy. W piśmie do NBP i EBC MF wskazuje na kilka potencjalnych zagrożeń:

    • Gdyby stopa NBP szybko zyskała popularność, mogłaby stać się podstawą dużej części portfela kredytowego banków, co prowadziłoby do silniejszego bezpośredniego uzależnienia aktywów i pasywów banków od decyzji Rady Polityki Pieniężnej.
    • Mogłoby osłabić stosowanie i wiarygodność wskaźników referencyjnych (np. WIBOR), wykorzystywanych także na rynku instrumentów pochodnych.
    • Resort obawia się też zmniejszenia skłonności banków do oferowania kredytów ze stałą stopą.
    • W dłuższej perspektywie wzrosłoby społeczne oczekiwanie, że NBP będzie kształtować politykę pieniężną z uwzględnieniem sytuacji gospodarstw domowych, które bezpośrednio odczuwają każdą decyzję RPP.

    Banki popierają. Chodzi o ryzyko prawne

    Sektor bankowy entuzjastycznie przyjął propozycję KNF. Powód? Możliwość oparcia hipotek na stopie NBP ogranicza ryzyko prawne związane z próbami podważania umów kredytów opartych na WIBOR-ze. Jak dotąd ryzyko się nie zmaterializowało, ale potencjalne straty dla sektora są ogromne.

    Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, ocenia pomysł jako merytorycznie sensowny: – Im dłużej o tym myślę, tym bardziej podoba mi się ten pomysł. Trzeba go jedynie skonstruować tak, żeby wilk był syty i owca cała – mówi. Jego zdaniem stopa NBP jako znany wszystkim punkt odniesienia mogłaby ułatwić płynne przejście z WIBOR-u do nowego systemu, ale konieczne byłoby stworzenie nowych instrumentów zabezpieczających.

    Co dalej?

    Ministerstwo Finansów czeka na opinie NBP i EBC. Temat ma zostać omówiony na forum Komitetu Stabilności Finansowej. Na razie to dopiero konsultacje, ale jeśli pomysł zyska akceptację, kredytobiorcy w Polsce mogą wkrótce dostać nowe narzędzie do porównywania ofert – i możliwość wyboru między stopą banku centralnego a rynkowym wskaźnikiem.

  • PPWR paraliżuje polskie mikrofirmy. Koszty administracyjne przewyższają zyski

    PPWR paraliżuje polskie mikrofirmy. Koszty administracyjne przewyższają zyski

    Od 12 sierpnia w Polsce obowiązuje unijne rozporządzenie o opakowaniach i odpadach opakowaniowych (PPWR). Dla małych i mikroprzedsiębiorców stało się ono barierą, która sprawia, że wysyłka towarów do innych krajów UE przestaje się opłacać. Problemem nie są jednak same opłaty za opakowania, ale ogromne koszty administracyjne, które trzeba ponieść osobno w każdym państwie członkowskim.

    Stałe koszty, nie opłata za opakowanie

    Michał Klawikowski, CEO Incore Sports, wyjaśnia, że przy małej skali sprzedaży opłata za zagospodarowanie opakowania jest niewielka. Prawdziwym wyzwaniem są stałe wydatki na rejestrację, reprezentację i sprawozdawczość. Szacunki mówią o kwotach rzędu nawet 100 tys. zł – podaje w rozmowie z Business Insider Polska. Inne wyliczenia, przywołane przez Interię, wskazują na 27 tys. euro (około 116,2 tys. zł) za wynajęcie reprezentantów we wszystkich 27 krajach UE. To roczny koszt, który dla mikrofirmy wysyłającej kilka paczek miesięcznie może być wyższy niż osiągany zysk.

    Rejestracja w każdym kraju i lokalny reprezentant

    Zgodnie z PPWR producentem opakowania jest nie tylko jego wytwórca, ale także każda firma, która po raz pierwszy udostępnia opakowanie na danym rynku. Oznacza to, że sprzedawca pakujący towar w folię i wysyłający go do Czech musi zarejestrować się w systemie rozszerzonej odpowiedzialności producenta (EPR) w Czechach, a także we wszystkich innych krajach, do których wysyła. Do tego dochodzi obowiązek posiadania lokalnego reprezentanta. Jedna z firm oferujących takie usługi w ramach promocji inkasuje 1000 euro rocznie na kraj (standardowo 2000 euro). Przy 27 państwach daje to wspomnianą kwotę 27 tys. euro.

    Firmy rezygnują z wysyłek – strach przed karami

    Kary za nieprzestrzeganie przepisów są dotkliwe. W Niemczech maksymalna grzywna za brak rejestracji w systemie opakowań to 100 tys. euro. W obawie przed takimi sankcjami oraz z powodu zawiłości przepisów część polskich mikrofirm całkowicie wstrzymała sprzedaż do innych krajów UE. Na Instagramie swoją frustrację wyraziła twórczyni spersonalizowanych lalek Anri Little Studio, dziękując Unii za utrudnianie pracy małym artystom. Z kolei właścicielka marki Miyakabizu namawia do podpisania petycji w serwisie Change.org, która – jak podkreśla – „powoli dobija małych sprzedawców i twórców”.

    Autorką petycji jest Słowaczka Jeanette Koňarčíková, niezależna artystka i mikroprzedsiębiorczyni. Do tej pory udało się zebrać ponad 77 tys. podpisów. Na stronie Komisji Europejskiej zgłoszono blisko 5900 uwag, głównie od małych podmiotów, które zarzucają KE, że PPWR narusza zasadę jednolitego rynku.

    Rzecznik MŚP alarmuje

    O problemie wie biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców. Dagmara Rybicka, pełniąca obowiązki dyrektora w gabinecie Rzecznika, przyznaje, że regulacja realizuje ważne cele środowiskowe, ale sposób ich wprowadzania staje się niewspółmierny do możliwości najmniejszych firm.

    „Problem pojawia się wówczas, gdy ciężar nowych obowiązków staje się niewspółmierny do możliwości najmniejszych przedsiębiorców. Z perspektywy Rzecznika MŚP właśnie ten aspekt wymaga szczególnej uwagi” – mówi Rybicka.

    Dodaje, że duży podmiot może wykorzystać własne zaplecze prawne, podczas gdy w mikrofirmie wszystkie obowiązki spoczywają na samym przedsiębiorcy. Jeżeli firma rezygnuje ze sprzedaży transgranicznej nie z powodu braku klientów, ale dlatego że obsługa formalności staje się nieopłacalna, mamy do czynienia z barierą, której na wspólnym rynku nie powinno być.

    Co dalej?

    Komisja Europejska potwierdza, że zna problem i zapowiada rozwiązania. Biuro Rzecznika MŚP przygotowuje wystąpienie do ministra klimatu i środowiska, w którym zwróci uwagę na konsekwencje nowych obowiązków dla najmniejszych przedsiębiorców i konieczność wypracowania uproszczeń. W grę wchodzą procedury uwzględniające wielkość firmy i rzeczywisty zakres jej działalności na danym rynku, a także ograniczenie obowiązków sprawozdawczych. Na razie jednak polskie mikrofirmy muszą radzić sobie same – wiele z nich już postawiło na sprzedaż wyłącznie na rynku krajowym.

  • Szef CIA w Moskwie: ostrzeżenie dla Kremla czy rutynowa misja?

    Szef CIA w Moskwie: ostrzeżenie dla Kremla czy rutynowa misja?

    Niezapowiedziana wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie we wtorek wywołała sprzeczne interpretacje. Według doniesień amerykańskiego dziennika „The Wall Street Journal” głównym celem podróży było ostrzeżenie Kremla przed potencjalną agresją wobec państw NATO. Biały Dom przedstawia jednak inną wersję – prezydent Donald Trump określił wizytę jako „w pewnym sensie rutynową” i powiązał ją z rozmowami na temat zakończenia wojny w Ukrainie.

    Sygnał dla Kremla?

    „The Wall Street Journal”, powołując się na anonimowe źródła, podał, że Ratcliffe miał przekazać rosyjskim władzom jasny sygnał ostrzegawczy. Gazeta przytoczyła wcześniejsze oceny amerykańskiego wywiadu, z których wynika, iż Władimir Putin w ciągu kilku lat może podjąć decyzję o ograniczonym ataku na jedno z państw Sojuszu Północnoatlantyckiego, aby sprawdzić determinację NATO w obronie członków. Amerykańscy urzędnicy obawiają się, że Putin, będąc pod presją na Ukrainie i wewnątrz kraju, może sięgnąć po działania od cyberataku po niewielką inwazję lądową – prawdopodobnie na któryś z krajów bałtyckich. Republiki bałtyckie są uznawane za najbardziej narażone na tego rodzaju prowokacje.

    Trump studzi nastroje

    Prezydent Donald Trump w środowym wywiadzie radiowym zaprzeczył, jakoby wyjazd Ratcliffe’a wiązał się z niepokojem o ewentualną rosyjską agresję wobec NATO. Określił podróż jako „pół-rutynową” i łączył ją raczej z negocjacjami dotyczącymi zakończenia konfliktu w Ukrainie, sugerując, że mogą one przynieść konkretne rezultaty. Dzień później, w czwartek, Trump poinformował, że odbył „dobre rozmowy” z Putinem i wyraził przekonanie, iż Rosja nie zamierza podejmować działań militarnych przeciwko państwom sojuszu. Te wypowiedzi stoją w wyraźnej opozycji do sygnałów płynących z mediów powołujących się na źródła wywiadowcze.

    Tło – rosyjskie działania hybrydowe

    Wizyta szefa CIA i komentarze z Waszyngtonu pojawiają się w okresie narastających napięć w Europie. W ostatnich tygodniach odnotowano serię incydentów, które europejskie rządy przypisują Moskwie. Rosja coraz częściej wykorzystuje cyberzagrożenia oraz uzbrojone drony – narzędzia hybrydowe wymierzone w państwa wspierające Ukrainę. Polskie służby poinformowały w tym miesiącu o udaremnieniu próby zamachu na obywatela USA pochodzącego z Ukrainy; według polskich śledczych zlecenie na to zabójstwo miało pochodzić z Rosji. Z kolei władze Estonii oskarżyły Moskwę o podpalenie zakładów produkujących drony na swoim terytorium. Te doniesienia tworzą kontekst, w którym Ratcliffe udał się do stolicy Rosji.

    Przebieg wizyty

    John Ratcliffe dotarł do Moskwy wojskowym samolotem transportowym, a po drodze zatrzymał się w stolicy Łotwy – Rydze. To pierwsza publicznie znana podróż dyrektora CIA do Rosji od 2021 roku, kiedy to poprzednik Ratcliffe’a, Bill Burns, spotkał się osobiście z Putinem, ostrzegając go przed realizacją planów uderzenia na Ukrainę. Do tej pory brak jednak doniesień o bezpośredniej rozmowie Ratcliffe’a z rosyjskim przywódcą podczas wtorkowej wizyty. Strona rosyjska utrzymuje, że do takiego spotkania nie doszło, a szczegóły rozmów nie zostały ujawnione. Zarówno publiczne stanowisko prezydenta Trumpa, jak i sama misja dyrektora CIA wskazują, że Waszyngton bacznie śledzi sytuację bezpieczeństwa w Europie i utrzymuje kanały komunikacji zarówno z sojusznikami, jak i z Rosją. Strona rosyjska podkreśla, że do spotkania z Władimirem Putinem nie doszło.

  • Średnie zadłużenie Polaka rośnie o 727 zł, a liczba bankructw przyspiesza

    Średnie zadłużenie Polaka rośnie o 727 zł, a liczba bankructw przyspiesza

    Polski dług konsumencki to obraz pełen kontrastów. Z jednej strony łączna kwota zaległych zobowiązań nieznacznie spada, z drugiej – średnia kwota przypadająca na jednego dłużnika wyraźnie rośnie, a liczba ogłaszanych upadłości konsumenckich regularnie przekracza granicę 2000 miesięcznie. Najnowsze dane z ERIF Biura Informacji Gospodarczej oraz Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej pokazują, że poprawa ogólnych statystyk idzie w parze z pogłębiającymi się problemami części gospodarstw domowych.

    Łączne zadłużenie spada, ale na głowę jest wyższe

    Na koniec czerwca 2026 roku łączna wartość zadłużenia Polaków wyniosła 28,46 mld zł – to o 2,45% mniej niż w czerwcu 2025 roku i o 1,73% mniej niż pod koniec marca tego roku. Jednak gdy spojrzeć na średnie zadłużenie przypadające na jednego konsumenta, kwota ta przekroczyła 22,7 tys. zł, co oznacza wzrost o ponad 727 zł w porównaniu z rokiem poprzednim (wzrost o 3,29%) i o 83 zł więcej niż trzy miesiące wcześniej.

    – Spadek wartości zadłużenia na pierwszy rzut oka sygnalizuje poprawę, jednak to druga informacja jest ważniejsza. Rosnący średni niespłacony dług jest sygnałem, że część gospodarstw domowych coraz trudniej radzi sobie z rosnącymi kosztami życia – skomentował Cezary Ciopiński, ekspert ERIF BIG. – Nie oznacza to jeszcze pogorszenia sytuacji wszystkich konsumentów, ale jest to zjawisko, które warto uważnie obserwować – dodał. Jego zdaniem za wzrost średniego zadłużenia często stoją przyziemne przyczyny: wyższe rachunki, nieprzewidziane wydatki czy chwilowa utrata płynności, które przy braku rozwagi mogą prowadzić do poważniejszych problemów finansowych.

    Które regiony mają najwięcej dłużników?

    Największą liczbę dłużników odnotowano w województwie mazowieckim (145,2 tys. osób), śląskim (143,7 tys.) oraz dolnośląskim (117,9 tys.). Jednak gdy weźmie się pod uwagę odsetek zadłużonych mieszkańców, liderem okazuje się lubuskie (5,24% mieszkańców), przed dolnośląskim (4,93%) i warmińsko-mazurskim (4,63%).

    Alimenty, telefony i kredyty – co najbardziej ciąży budżetom?

    Analiza struktury zadłużenia pokazuje, że pod względem wartości największe obciążenie stanowią nieopłacone alimenty – odpowiadają one za 62% całego zadłużenia, mimo że stanowią tylko 16,2% spraw zgłoszonych do bazy ERIF BIG. Z kolei niezapłacone rachunki telekomunikacyjne i multimedialne to 23% wszystkich zgłoszeń, ale ich udział w ogólnej wartości długów sięga niespełna 3,5%. Na drugim miejscu pod względem wartości (17,9%) plasują się zobowiązania wobec banków, głównie z tytułu kredytów gotówkowych i konsumenckich – odpowiadają one za blisko 13% liczby spraw.

    Cezary Ciopiński w swoim komentarzu podsumowuje złożoność sytuacji:

    Obraz zadłużenia Polaków jest złożony. Z jednej strony mamy dużą liczbę drobnych, bieżących zaległości jak rachunki za telefon, a z drugiej pojedyncze sprawy o dużej wartości w przypadku zaległości alimentacyjnych.

    Bankructwa konsumenckie – lipiec 2026 roku piątym miesiącem z przekroczeniem 2000

    Lipcowe dane o upadłościach konsumenckich potwierdzają narastający trend. Według Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej w lipcu 2026 roku bankructwo ogłosiło 2018 osób, czyli o 9,2% więcej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej. Próg 2000 upadłości miesięcznie, jeszcze niedawno rzadkość, w 2026 roku został przekroczony już pięć razy. Dla porównania – przed tym rokiem zdarzyło się to zaledwie cztery razy (dwa razy w 2023 i dwa razy w 2025).

    W latach 2023–2025 liczba bankructw utrzymywała się na stabilnym poziomie około 21 tys. rocznie. Przy obecnym tempie rok 2026 może zakończyć się wynikiem przekraczającym 24 tys. upadłości.

    Zmiany w prawie upadłościowym

    Rosnąca fala wniosków o upadłość coraz mocniej obciąża sądy. Dlatego przygotowywane są zmiany w przepisach, które mają odciążyć wymiar sprawiedliwości i skrócić postępowania. Planowana nowelizacja zakłada między innymi, że nadzór nad realizacją planu spłaty zostałby przeniesiony z sądów na wierzycieli. Dla zadłużonych oznaczałoby to szybsze przejście przez procedurę oddłużenia.

  • Rekordowa góra długu hipotecznego Polaków. 529,7 mld zł i licznik bije

    Rekordowa góra długu hipotecznego Polaków. 529,7 mld zł i licznik bije

    Polacy nigdy wcześniej nie byli tak zadłużeni na mieszkania. Łączne zadłużenie z tytułu kredytów hipotecznych sięgnęło na koniec drugiego kwartału 529,725 mld zł – to absolutny rekord. W porównaniu z poprzednim kwartałem dług urósł o 2%, a rok do roku o 5,8%.

    83,6 tys. nowych hipotek w jeden kwartał

    Z najnowszego raportu AMRON-SARFiN wynika, że w II kwartale 2026 roku banki udzieliły 83,6 tys. nowych kredytów mieszkaniowych o łącznej wartości 39,7 mld zł. To najlepszy wynik pod względem liczby od 2007 roku, a wartość akcji kredytowej pobiła historyczny rekord.

    W porównaniu z pierwszym kwartałem liczba nowych umów wzrosła o 14,3%, a ich wartość o 18,9%. W ujęciu rocznym skok był jeszcze większy: odpowiednio 50,5% i 61,5%.

    Średnia wartość kredytu bije rekordy

    Nowo udzielona hipoteka jest droższa niż kiedykolwiek. Średnia wartość wyniosła 475 652 zł – o 4% więcej niż kwartał wcześniej i o 7,3% więcej niż przed rokiem. Niemal 37% nowych kredytów opiewało na kwotę powyżej 500 tys. zł, a kredyty przekraczające 400 tys. zł stanowiły już 53% całości.

    Rosnąca średnia w dużej mierze tłumaczy rekordową wartość całej akcji kredytowej.

    Coraz więcej kredytów na stałej stopie

    Zmianie ulega też struktura oprocentowania. Udział kredytów opartych na okresowo stałej stopie procentowej wzrósł do 70% – jeszcze kwartał wcześniej było to 64%. To wyraźny trend.

    Refinansowanie starych kredytów nowymi stanowiło 26% nowej sprzedaży hipotek. Według wcześniejszych danych BIK, w lipcu refinansowania sięgnęły już ponad jednej trzeciej sprzedaży.

    Mniej kredytów z wysokim LTV i krótsze okresy spłaty

    Kredytobiorcy rzadziej sięgają po finansowanie z bardzo wysokim wskaźnikiem LTV (powyżej 80%). Jego udział spadł do 24,47%. Jednocześnie rośnie udział kredytów z LTV na poziomie 30–50% oraz 50–80%.

    Zmienia się też długość kredytów. Udział hipotek spłacanych przez 25–35 lat zmniejszył się do 57,84%, a wzrósł udział kredytów z okresem 15–25 lat. Analitycy widzą w tym oznakę stopniowej odbudowy zdolności kredytowej gospodarstw domowych i większej ostrożności.

    Rok 2026 może pobić rekord wszech czasów

    Po pierwszym półroczu banki udzieliły już niemal 157 tys. kredytów mieszkaniowych o łącznej wartości ponad 73 mld zł. To już około 70% całej akcji kredytowej zrealizowanej w całym 2025 roku.

    – Przy tak dobrych wynikach akcji kredytowej po I półroczu możemy oczekiwać rekordowych wyników na koniec roku. Nic nie wskazuje na to, aby akcja kredytowa nagle wyhamowała. Jestem przekonany, że rekordowy wynik z 2021 r. w liczbie 256 tys. kredytów zostanie w 2026 r. z łatwością przekroczony. Spodziewam się również rekordowego wolumenu nowej akcji kredytowej na poziomie sięgającym, a być może nawet przekraczającym 130 mld zł – powiedział Jacek Furga, przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości ZBP i prezes Centrum Procesów Bankowych i Informacji.

    Dla porównania, w 2025 roku według danych AMRON banki udzieliły 232 654 kredytów mieszkaniowych na 103,4 mld zł. Jeśli tempo się utrzyma, tegoroczny wynik może być historyczny – zarówno w liczbie umów, jak i łącznej wartości.

  • Revolut wchodzi na rynek stablecoinów – EURR debiutuje w Polsce, Danii i Portugalii

    Revolut wchodzi na rynek stablecoinów – EURR debiutuje w Polsce, Danii i Portugalii

    Revolut, globalny fintech obsługujący ponad 80 milionów klientów i 16 milionów użytkowników kryptowalut, rozpoczął etapowe wdrażanie swojego pierwszego stablecoina – EURR. Nowy token, powiązany z euro, trafia w pierwszej kolejności do wybranych klientów w Polsce, Danii i Portugalii. To kolejny krok fintechu w budowaniu pomostu między tradycyjnymi walutami a światem kryptowalut.

    Czym jest EURR?

    EURR zaprojektowano tak, by utrzymywał stałą wartość 1 euro. Emisją zajmuje się Bridge Building S.A., firma należąca do grupy Stripe, która zarządza również rezerwami zabezpieczającymi token. Rozwiązanie jest w pełni zintegrowane z główną aplikacją Revolut – uprawnieni użytkownicy będą mogli płynnie przenosić środki między tradycyjnym euro a aktywami kryptowalutowymi działającymi w technologii blockchain. Token będzie obsługiwany przez wiele sieci blockchain oraz zewnętrzne portfele krypto. Revolut podkreśla, że stablecoin działa w zgodzie z unijnym rozporządzeniem MiCA. Usługi kryptowalutowe na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) świadczy Revolut Digital Assets Europe Ltd (RDAEL), która posiada licencję Cypryjskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd jako dostawca usług w zakresie kryptoaktywów.

    Dlaczego to ważne?

    Stablecoiny stają się fundamentem infrastruktury w gospodarce kryptowalutowej – wspierają handel, rozliczenia i transfery między sieciami blockchain. Revolut wierzy, że z czasem znajdą one szersze zastosowanie, m.in. w międzynarodowych transferach, transakcjach biznesowych i procesach rozliczeniowych.

    Emil Urmanshin, Head of Crypto and New Bets w Revolucie, tak komentuje nowy produkt:

    EURR daje 80 milionom klientów Revoluta bezpośredni dostęp do finansów on-chain. Łącząc naszą globalną skalę działania i licencjonowaną infrastrukturę bankową z natychmiastowym, wyrażonym w euro dostępem do ekosystemu krypto, otwieramy drogę do praktycznych zastosowań stablecoinów na skalę, której nie jest w stanie zaoferować żaden tradycyjny bank ani firma działająca wyłącznie w sektorze kryptowalut.

    Iman Olya, Product Owner ds. stablecoinów, dodaje:

    Revolut zaczynał od wyeliminowania ukrytych opłat i barier w wymianie walut. Teraz robimy dokładnie to samo dla świata krypto. EURR całkowicie znosi uciążliwości związane z przenoszeniem środków z tradycyjnych finansów do środowiska on-chain i z powrotem. Staje się nowym, płynnym i natychmiastowym łącznikiem między walutami fiat a kryptowalutami.

    Plany na przyszłość

    Na początkowym etapie EURR będzie dostępny wyłącznie dla wybranej grupy klientów w trzech krajach. Revolut zapowiada jednak rozszerzenie dostępności na wszystkie rynki EOG jeszcze w 2026 roku. Firma pracuje również nad stablecoinami denominowanymi w innych walutach, korzystając z odrębnych ścieżek regulacyjnych – EURR to „pierwszy krok” w szerszej strategii. Szersze udostępnienie oraz wprowadzenie nowych tokenów zaplanowano na dalszą część roku, z zastrzeżeniem gotowości produktowej, operacyjnej i regulacyjnej.

    Mai Leduc Blount, Head of Product w Bridge, podkreśla znaczenie współpracy:

    Jesteśmy dumni, że możemy wesprzeć Revolut – jeden z wiodących fintechów na świecie – we wprowadzeniu na europejski rynek ich autorskiego stablecoina. Nasze licencje MiCA oraz EMI stanowią solidny i zaufany fundament dla każdej firmy, która chce budować rozwiązania oparte na euro.

    Szeroki kontekst rynkowy

    Revolut dołącza do rosnącego grona firm finansowych rozwijających własne stablecoiny. W ostatnim czasie podobne inicjatywy ogłaszały m.in. Visa, Klarna oraz globalne banki. Stablecoiny, początkowo wykorzystywane głównie w handlu kryptowalutami, coraz częściej przedstawiane są jako narzędzie do szybkich i relatywnie tanich płatności oraz transferów transgranicznych.

    Według danych DefiLlama, USDT (Tether) i USDC (Circle) odpowiadają łącznie za około 85% stablecoinów w obiegu, a tokeny powiązane z euro stanowią na razie niewielką część rynku.

    Co dalej?

    Wprowadzenie EURR to dopiero początek. Revolut zapowiada, że w dalszej części roku stablecoin ma trafić do wszystkich klientów w EOG, a z czasem pojawią się również wersje oparte na innych walutach – w zależności od gotowości produktowej, operacyjnej i regulacyjnej.

  • Afera Zondacrypto: Prezes PKOl zatrzymany. Chodzi o zegarek za 40 tys. euro i obietnice wpływów

    Afera Zondacrypto: Prezes PKOl zatrzymany. Chodzi o zegarek za 40 tys. euro i obietnice wpływów

    Radosław Piesiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, został zatrzymany w czwartek 27 sierpnia 2026 roku. Funkcjonariusze Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości (CBZC) przeprowadzili akcję w Warszawie, działając na zlecenie katowickiego wydziału Prokuratury Krajowej. Zatrzymanie jest elementem śledztwa dotyczącego giełdy kryptowalut Zondacrypto.

    Luksusowy zegarek i inne korzyści

    Według dziennikarzy Szymona Jadczaka z Wirtualnej Polski i Michała Fuji z TVN24, którzy prowadzili wspólne śledztwo, Piesiewicz miał przyjąć od Przemysława Krala, byłego szefa upadłej giełdy, zegarek Patek Philippe Calatrava o wartości 40 tys. euro – co stanowi równowartość około 172 tys. zł. Oprócz zegarka śledztwo obejmuje wyjazdy do Monako i Bergamo, pobyty w hotelach oraz bilety na mecze dla Piesiewicza i jego bliskich.

    W zamian za te korzyści Piesiewicz rzekomo obiecywał Kralowi wstawiennictwo u prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Tomasza Chróstnego, oraz u byłego premiera Mateusza Morawieckiego. Zarówno Chróstny, jak i Morawiecki stanowczo zaprzeczają, aby taka interwencja miała miejsce. UOKiK przekazał sprawę Zondacrypto organom ścigania, co potwierdza brak bezprawnej ingerencji.

    Stanowisko zatrzymanego

    Zatrzymany nie przyznaje się do zarzutów. W rozmowach z mediami utrzymywał, że sam wyłożył pieniądze na zakup zegarka, spłacając Krala w ratach gotówką. Kral – według niego – jedynie pomógł przy zakupie. Całą sprawę określa mianem nagonki.

    Oficjalne potwierdzenie i dalsze kroki

    Informację o zatrzymaniu potwierdził w czwartek szef Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokurator Generalny Waldemar Żurek. W wpisie na platformie X napisał:

    Dziś w ramach śledztwa w sprawie ZondaCrypto zatrzymany został Radosław P. Prokuratura będzie przekazywała dalsze informacje po zakończeniu czynności z jego udziałem, prowadzonych w Śląskim Wydziale PZ PK.

    We wtorek, dwa dni przed zatrzymaniem, Żurek informował, że w oparciu o zabezpieczony materiał dowodowy prokuratura weryfikuje informacje dotyczące m.in. ewentualnej korzyści majątkowej przekazanej prezesowi PKOl. Dziennikarze opublikowali swoje ustalenia w poniedziałek 25 sierpnia, co zapoczątkowało lawinę wydarzeń.

    Głos wicepremiera: „olbrzymia afera”

    Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski odniósł się do sprawy, mówiąc o „olbrzymiej aferze wokół Zondacrypto”. W czwartek stwierdził:

    Mamy świadka koronnego, który mówi komu wręczał pieniądze, na co szły te pieniądze, jak Prawo i Sprawiedliwość i jego działacze zarabiali na kryptoaktywach, dlaczego ten parasol taki ochronny nad tymi wszystkimi, którzy chcieli chronić przestępców z Zondacrypto, był rozciągnięty. Dzisiaj zaczynają się zatrzymania, które w przyszłości też będą skutkowały zarzutami.

    Gawkowski dodał, że w Polsce brakuje nadzoru nad rynkiem kryptoaktywów, ponieważ PiS i prezydent Karol Nawrocki zawetowali ustawę o kryptoaktywach. Według wicepremiera właśnie takiego braku regulacji chciała giełda Zondacrypto i jej ówczesny szef, który obecnie jest świadkiem koronnym. Świadek koronny to Przemysław Kral, były szef Zondacrypto, który według doniesień mediów wręczał korzyści majątkowe. Gawkowski podkreślił, że zatrzymania będą skutkowały zarzutami, a sprawa dopiero się rozwija.

    Kontekst śledztwa

    Śledztwo w sprawie Zondacrypto prowadzi Śląski Wydział Prokuratury Krajowej. Zatrzymanie Radosława Piesiewicza jest pierwszym z serii, jak zapowiedział wicepremier Gawkowski. Sprawa ma podłoże cyberprzestępcze – funkcjonariusze CBZC specjalizują się w zwalczaniu cyberprzestępczości. Dotychczasowe ustalenia dziennikarzy wskazują na powiązania między byłym szefem giełdy a osobami z otoczenia politycznego i sportowego.

    Prokurator Generalny zapowiedział, że po zakończeniu czynności z udziałem zatrzymanego zostaną podane dalsze informacje. Na razie nie wiadomo, jakie zarzuty usłyszy prezes PKOl. Postępowanie jest w toku, a organy ścigania zapowiadają kolejne zatrzymania w tej sprawie.

  • Polska wnosi o karę miliarda złotych dla Mety. Chodzi o oszukańcze reklamy

    Polska wnosi o karę miliarda złotych dla Mety. Chodzi o oszukańcze reklamy

    Polski rząd postawił sprawę jasno – platformy cyfrowe muszą ponosić pełną odpowiedzialność za to, co pojawia się na ich serwisach. Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski wysłał do Komisji Europejskiej formalny wniosek o ukaranie Meta Platforms kwotą 250 mln euro, czyli równowartością około 1 miliarda złotych. Powód? Według resortu koncern notorycznie nie radzi sobie z usuwaniem fałszywych reklam i oszukańczych treści skierowanych do polskich użytkowników.

    Test CERT Polska: 86,8 proc. zgłoszonych reklam to „nic nie zrobiono”

    Gawkowski opublikował na platformie X pierwsze strony wniosku datowanego na 26 sierpnia. Dokument podkreśla, że problem został szczegółowo udokumentowany, a kluczowym dowodem jest test przeprowadzony przez CERT Polska, działający w strukturach NASK. Eksperci zgłosili Meta 122 reklamy, które jednoznacznie zakwalifikowali jako oszustwa. Wynik? W 106 przypadkach (86,8 proc.) platforma zakończyła sprawę decyzją o nieusunięciu reklamy. Zaledwie 10 reklam usunięto, a w 6 przypadkach nie udzielono żadnej odpowiedzi.

    „Skala tego zjawiska wskazuje, że mamy do czynienia z istotnym problemem dotyczącym funkcjonowania mechanizmów reklamowych jednej z największych platform internetowych działających na jednolitym rynku europejskim” – czytamy w piśmie do wiceprzewodniczącej wykonawczej KE Henny Virkkunen.

    Minister dodał, że bezczynność i nieskuteczność w zwalczaniu szkodliwych dla Polaków reklam i oszukańczych treści „nie będzie tolerowana”. W czwartkowym wpisie na X wezwał też Metę do natychmiastowego wprowadzenia skutecznych narzędzi eliminujących scam, fałszywe reklamy i promowanie nielegalnych aplikacji. „Ten dziki zachód na platformie musi się skończyć” – napisał.

    Meta odpowiada: „Nie chcemy oszustw”

    Koncern nie pozostawił sprawy bez komentarza. W przesłanej do Business Insider Polska odpowiedzi Meta zapewnia, że traktuje problem oszukańczych reklam priorytetowo. „Nie chcemy oszustw na naszych platformach – szkodzą osobom i firmom, które nam ufają” – brzmi fragment oświadczenia. Firma podkreśla, że w zeszłym roku usunęła na całym świecie ponad 159 milionów oszukańczych reklam, z czego 92 proc. jeszcze przed zgłoszeniem przez użytkowników.

    W odpowiedzi na list Gawkowskiego Meta zaproponowała spotkanie z wicepremierem i jego zespołem, by omówić działania firmy i określić obszary dalszej współpracy. Koncern zaznaczył, że nie ma jednego rozwiązania pozwalającego całkowicie wyeliminować oszukańcze reklamy. Dlatego stosuje kilka równoległych metod: sprawdza reklamy przed publikacją, usuwa nieodpowiednie treści, weryfikuje reklamodawców, blokuje sieci oszustów oraz współpracuje z instytucjami publicznymi.

    Dane Mety: 137 tys. reklam z Polski usuniętych

    Meta przekazała konkretne liczby dotyczące Polski. Między lipcem 2025 r. a czerwcem 2026 r. usunięto około 137 tys. reklam pochodzących z Polski za naruszenie przepisów o oszustwach i wyłudzeniach. Ponad 88 proc. z nich usunięto, zanim użytkownicy zdążyli je zgłosić. W tym samym okresie na Facebooku, Instagramie i Threads usunięto około 380 tys. treści z Polski łamiących zasady dotyczące oszustw – ponad 93 proc. zostało usuniętych przed zgłoszeniem.

    Firma zadeklarowała też dalsze rozszerzanie weryfikacji reklamodawców. Celem jest, aby do końca 2026 r. zweryfikowani reklamodawcy odpowiadali za 90 proc. globalnych przychodów Mety z reklam, wobec obecnych 70 proc. Weryfikacja jest rozszerzana m.in. na reklamodawców i kategorie szczególnie narażone na oszustwa, takie jak inwestycje finansowe.

    Konflikt z Rafałem Brzoską i tło prawne

    Spór o fałszywe reklamy nabrał rozgłosu po publicznych zarzutach prezesa InPostu Rafała Brzoski, którego wizerunek był masowo wykorzystywany w reklamach inwestycyjnych na Facebooku. Przedsiębiorca wielokrotnie wskazywał, że działania platformy są niewystarczające, a proces usuwania treści zbyt wolny. Gawkowski w ubiegłym tygodniu wysłał do Mety list domagający się szczegółowych danych o oszukańczych reklamach, a po otrzymaniu odpowiedzi – którą uznał za niesatysfakcjonującą – skierował sprawę do KE.

    W tle jest Akt o usługach cyfrowych (DSA), który od 17 lutego 2024 r. nakłada na platformy odpowiedzialność za treści użytkowników. Polskie Ministerstwo Cyfryzacji pracuje jednocześnie nad nowelizacją ustawy, która umożliwi szybkie wydawanie nakazów blokowania nielegalnych treści w internecie.

    Wniosek w rękach KE

    Formalny wniosek o karę trafił już do Komisji Europejskiej. Gawkowski oczekuje, że KE szybko przeprowadzi postępowanie i nałoży sankcję. „Dowodów jest aż nadto” – napisał minister. Decyzja należy teraz do Brukseli.