Blog

  • Koniec taniego paliwa w Polsce. Oto ceny na stacjach po wygaśnięciu CPN

    Koniec taniego paliwa w Polsce. Oto ceny na stacjach po wygaśnięciu CPN

    1 lipca kierowcy w całej Polsce przecierali oczy ze zdumienia. Na jednej ze szczecińskich stacji Orlenu litr benzyny 95 skoczył z 5,99 zł do 6,82 zł w ciągu jednej nocy. Diesel podrożał z 6,16 zł do prawie 7 zł, a benzyna 98 z 6,68 zł do 7,61 zł. To efekt wygaśnięcia rządowego pakietu CPN (Ceny Paliw Niżej).

    Dlaczego ceny poszły w górę?

    Pakiet CPN obowiązywał od 31 marca. Rząd obniżył wtedy akcyzę do minimum dozwolonego w UE, ściął VAT z 23% na 8% i wprowadził urzędowe ceny maksymalne. Dzięki temu paliwo w Polsce było przez kilka miesięcy najtańsze w Europie. Program od początku miał jednak charakter tymczasowy. W połowie czerwca wróciła normalna akcyza – obyło się wtedy bez szoku, bo nadal działał obniżony VAT i limity cen. 1 lipca zniknęły ostatnie elementy osłony: VAT wrócił do 23%, a mechanizm maksymalnych cen został zniesiony.

    Skala podwyżek w liczbach

    Analitycy z e-petrol.pl zebrali dane z całego kraju. Średnia cena litra benzyny Pb95 wynosi 6,79 zł – to o 89 groszy więcej niż przed tygodniem. Pb98 kosztuje przeciętnie 7,59 zł (wzrost o 98 gr), a olej napędowy6,98 zł (o 93 gr więcej). Jedynie autogaz LPG, którego obniżki nie objęły, jest tańszy – średnio 3,29 zł za litr.

    Koniec regulacji przywrócił też wyraźne dysproporcje regionalne. Pb95 najtaniej zatankujemy w województwie śląskim (6,66 zł), najdrożej w zachodniopomorskim (6,78 zł). Diesel jest najtańszy na Górnym Śląsku (6,84 zł), a najdroższy w Kujawsko-Pomorskim (6,95 zł). W przypadku LPG różnice są jeszcze większe – od 3,03 zł w świętokrzyskim do 3,50 zł w zachodniopomorskim.

    Głosy ze stacji i tłumaczenia rządu

    Kierowcy nie kryją zdenerwowania. – Po prostu nie rozumiem, jak można tak ceny podnieść na start wakacji – mówił jeden z nich na szczecińskiej stacji. Pracownicy dystrybutorów też są zaskoczeni. – To po prostu jest źle odbierane przez kierowców. Nie można było przywrócić dawnych stawek jesienią? – pytała jedna z ekspedientek.

    Minister finansów Andrzej Domański tłumaczy decyzję sytuacją na światowych rynkach:

    Pakiet CPN – od samego początku było to bardzo jasno komunikowane – był pakietem tymczasowym, związanym z sytuacją na Bliskim Wschodzie, z wojną na Bliskim Wschodzie, z tym, że ceny ropy wystrzeliły do poziomu nawet 115-116 dolarów za baryłkę. Dzisiaj to jest 70 dolarów.

    Co dalej z cenami?

    Rząd zostawił sobie furtkę do ewentualnych ponownych obniżek VAT lub akcyzy, gdyby napięcia na Bliskim Wschodzie znów podbiły ceny ropy. Na razie jednak trudno liczyć na szybką ulgę. Urszula Cieślak, ekspertka rynku paliw z Reflex, zwraca uwagę, że tym razem wzrost podatku nie zostanie skompensowany spadkami hurtowymi. – Na rynek hurtowy wpływają przede wszystkim warunki makroekonomiczne, takie jak osłabienie złotego i zatrzymanie spadków cen ropy – mówi. Jej zdaniem zniknięcie cen maksymalnych sprawi, że różnice między poszczególnymi stacjami staną się znów wyraźniejsze.

    Koszt CPN dla budżetu

    Program ochronny nie był darmowy. Ministerstwo Finansów wyliczyło, że od końca marca do końca czerwca pakiet CPN pochłonął 4,7 mld zł z budżetu państwa. Miesięcznie było to około 1,6 mld zł. Premier Donald Tusk zapowiadał w połowie czerwca, że dopłaty do paliw zakończą się latem – i tak się stało.

    Analitycy e-petrol.pl podsumowali sytuację krótko:

    Wszystkie paliwa, z wyjątkiem LPG, drastycznie podrożały. Ci, którzy nie zatankowali wczoraj, dziś mogą tego żałować.

    Kierowcy wyruszający na wakacyjne trasy muszą pogodzić się z realiami – era paliw po 6 zł za litr na popularnych stacjach bezpowrotnie się skończyła, przynajmniej na razie.

  • Amerykańska gospodarka zaskakuje: PKB w górę, ale inflacja i konsumpcja nie dają spokoju

    Amerykańska gospodarka zaskakuje: PKB w górę, ale inflacja i konsumpcja nie dają spokoju

    Największa gospodarka świata przyspieszyła w pierwszym kwartale 2026 roku bardziej, niż wcześniej sądzono. Finalny odczyt PKB USA wyniósł 2,1% w ujęciu annualizowanym – to wyraźna rewizja w górę wobec majowego szacunku na poziomie 1,6%. Ekonomiści spodziewali się zaledwie 1,5%, więc dane okazały się pozytywnym zaskoczeniem. Co kryje się za tymi liczbami?

    Zaskakująca rewizja PKB

    Amerykańskie Biuro Analiz Ekonomicznych (BEA) poinformowało w czwartek, że korekta w górę o 0,5 punktu procentowego wynika głównie ze sporych zmian w rachunku importu. Import (odejmowany przy obliczaniu PKB) okazał się niższy niż w drugim szacunku, co automatycznie podbiło wynik. Częściowo zrównoważyła to obniżka wydatków konsumpcyjnych.

    „Realny PKB został zrewidowany w górę o 0,5 pkt proc. w stosunku do drugiego szacunku, co odzwierciedla przede wszystkim korektę w dół importu, który jest odejmowany przy obliczaniu PKB, co zostało częściowo skompensowane korektą w dół wydatków konsumpcyjnych” – wyjaśniło BEA w komunikacie.

    Do wzrostu w I kwartale przyczyniły się przede wszystkim: inwestycje, eksport, wydatki rządowe oraz konsumpcja. Na plus wyróżniły się sektory – informacyjny, administracja federalna, usługi profesjonalne, naukowe i techniczne oraz produkcja dóbr trwałych. Hamulcem okazały się natomiast spadki w handlu detalicznym, handlu hurtowym oraz w sektorze finansów i ubezpieczeń.

    Warto przypomnieć, że jeszcze w IV kwartale 2025 roku wzrost PKB wynosił zaledwie 0,5% – obecne odbicie jest więc wyraźne, choć wciąż daleko do dynamiki z III kwartału 2025 roku (+4,4%). Kwartalny deflator PKB USA wyniósł 3,6% wobec 3,7% w poprzednim odczycie (prognoza zakładała 3,5%).

    Konsumpcja rozczarowuje, ale rynek pracy trzyma się mocno

    Jeden z najważniejszych elementów układanki – wydatki konsumpcyjne – wypadł jednak poniżej oczekiwań. Wzrosły one zaledwie o 0,5% w ujęciu annualizowanym, podczas gdy rynek prognozował 1,4%. To sygnał, że Amerykanie w pierwszych miesiącach roku zacisnęli pasa. Mimo to ogólny obraz gospodarki pozostaje solidny, co potwierdzają dane z rynku pracy.

    Liczba osób ubiegających się po raz pierwszy o zasiłek dla bezrobotnych w tygodniu kończącym się 20 czerwca spadła o 12 tys. do 215 tys. – analitycy oczekiwali poziomu 225 tys. To kolejny dowód na napięty rynek pracy. Dodatkowo dochody Amerykanów wzrosły w maju o 0,7% miesiąc do miesiąca, co może podtrzymywać popyt.

    Inflacja rośnie – problem dla Fed

    Czwartek przyniósł też niepokojące wieści dla Rezerwy Federalnej. Preferowany przez Fed wskaźnik inflacji PCE wyniósł w maju 4,1% rok do roku – wyraźnie więcej niż 3,8% w kwietniu i nieco powyżej prognozy (4,0%). W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 0,4%. Różne miary inflacji bazowej również poszły w górę, choć poszczególne odczyty różnią się w zależności od źródła. Według jednych opracowań wskaźnik PCE Core (bez żywności i energii) wzrósł z 2,7% do 4,4% w skali roku, podczas gdy inne raporty podają dynamikę na poziomie 3,4% – różnica wynika z odmiennej metodyki i okresów odniesienia.

    Jeszcze wyraźniej presję cenową widać w indeksie CPI. Jak wynika z danych opublikowanych w czwartek, inflacja CPI w maju sięgnęła 4,2% w skali roku – najwyżej od 2023 roku. W ujęciu miesięcznym ceny wzrosły o 0,5% po wzroście o 0,6% w kwietniu. Inflacja bazowa CPI (bez energii i żywności) wyniosła w maju 2,9% wobec 2,8% miesiąc wcześniej.

    Jak zauważyli analitycy XTB: „Akcje amerykańskie przyspieszają wzrosty przed otwarciem Wall Street, po tym jak dane PKB pokazały dużą rewizję w górę”. Mimo to wyższa inflacja studzi optymizm.

    Mocny wzrost cen może utwierdzić jastrzębią część Fed w przekonaniu, że stopy procentowe powinny pozostać wysokie na dłużej. Jak ostrzegają ekonomiści, w przypadku dalszego przyspieszenia inflacji w kolejnych miesiącach niewykluczone jest nawet zaostrzenie polityki monetarnej.

    Podsumowując: finalny odczyt PKB to najważniejsza rewizja w górę w tym roku, ale gospodarka USA wciąż balansuje między przyspieszeniem a presją cenową. W maju inflacja CPI sięgnęła 4,2% – najwyżej od 2023 roku.

  • Rewolucja na polskich torach: pociągi co pół godziny i rozkład znany z kilkuletnim wyprzedzeniem

    Rewolucja na polskich torach: pociągi co pół godziny i rozkład znany z kilkuletnim wyprzedzeniem

    Polskie koleje szykują się na prawdziwą rewolucję – i to nie tylko w kwestii nowych tras czy superszybkich składów. W poniedziałek odbyła się konferencja, na której spółka CPK oraz Ministerstwo Infrastruktury przedstawiły założenia Horyzontalnego Rozkładu Jazdy (HRJ) – zupełnie nowego modelu planowania połączeń, który ma zmienić sposób, w jaki podróżujemy po kraju.

    Koniec z chaosem

    Obecnie nowe rozkłady jazdy ogłaszane są jesienią, zaledwie na dwa, trzy miesiące przed wejściem w życie, a później są jeszcze korygowane co kilka miesięcy. Dla pasażerów oznacza to wieczną niepewność. HRJ ma to zmienić – rozkłady będą znane z kilkuletnim wyprzedzeniem, co pozwoli lepiej planować codzienne dojazdy do pracy czy szkoły.

    – W HRJ kluczowe jest założenie, że to pasażer na kolei jest najważniejszy. Dlatego system powinien zapewniać stabilność i pewność opracowanego rozkładu jazdy, aby budować przywiązanie pasażera do kolei – podkreślono w komunikacie CPK, wskazując, że takie rozwiązanie z powodzeniem działa m.in. w Austrii i Szwajcarii.

    Rytm jak w zegarku

    Sednem nowego systemu jest cykliczność. Na najważniejszych liniach pociągi będą odjeżdżać w regularnych odstępach czasu – co pół godziny, godzinę lub dwie, w zależności od trasy. Dziś na wielu relacjach odjazdy są przypadkowe, a czekanie na kolejny skład potrafi zająć kilka godzin.

    – Dzięki systemowej koordynacji rozkładów pociągi spotkają się na jednej stacji w tym samym czasie, co pozwoli na szybkie i bezpieczne przesiadki z peronu na peron. Dla podróżnych oznacza to płynną podróż pociągami dalekobieżnymi i regionalnymi w całej Polsce. Wzorujemy się na najlepszych kolejach, które stosują takie rozwiązania, a szczególnie na kolejach szwajcarskich – mówił na konferencji Piotr Malepszak, wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego.

    Piotr Rachwalski z zarządu CPK podkreślał, że głównym celem jest pewność dla pasażera. Ma on wiedzieć, że jeśli spóźni się na jeden pociąg, następny odjedzie za pół godziny lub godzinę, a nie – jak często teraz – za kilka godzin. Częściowo takie rozwiązanie już działa, np. na trasie Warszawa–Trójmiasto, ale docelowo ma objąć cały kraj.

    Konkurencja na torach od 2030

    Nowy rozkład to także odpowiedź na unijne wymogi. Unijny IV pakiet kolejowy nakłada na kraje członkowskie obowiązek otwarcia rynku na konkurencję, a Polska przygotowuje się na to, udostępniając tory nowym operatorom od grudnia 2030 roku. HRJ ma stworzyć ramy, w których różni przewoźnicy będą mogli działać w sposób skoordynowany.

    Kiedy to wszystko wejdzie w życie?

    Sam HRJ ma zacząć obowiązywać od rozkładu 2034/2035, a jego rozwój będzie postępować równolegle z budową Zintegrowanej Sieci Kolejowej. Założenia rozkładu powstały po przeanalizowaniu ponad 2,5 tys. uwag od mieszkańców, organizacji społecznych oraz organizatorów transportu.

    Sieć za 610 mld zł

    W ramach Zintegrowanej Sieci Kolejowej zaplanowano budowę nowych linii o łącznej długości 4,7 tys. km, a także modernizację kolejnych 5,6 tys. km istniejących tras. Szacowany koszt tych inwestycji sięga ok. 610 mld zł. Według założeń podróż między największymi miastami ma zająć do 100 minut, a przejazd przez cały kraj – maksymalnie trzy godziny.

    Program zakłada również stworzenie systemu Kolei Dużych Prędkości (KDP). Pierwszy udostępniony odcinek, między Łodzią a Warszawą o długości około 130 km, ma być gotowy do końca 2032 roku. Do 2035 roku planowane są fragmenty trasy z Łodzi do Poznania i Wrocławia, a pociągi będą mogły rozwijać prędkość do 320 km/h.

    Każdy powiat w siatce

    CPK zapowiada, że docelowo system połączeń dalekobieżnych obejmie każdy powiat – bezpośrednio lub poprzez skoordynowane kursy regionalne i autobusowe. Program inwestycyjny Port Polska obejmuje także budowę centralnego lotniska między Warszawą a Łodzią. Prace nad portem mają ruszyć jeszcze w 2026 r., a CPK planuje oddać obiekt do użytku w 2032 r.

  • Koniec z darmowym cłem z Chin. Od lipca zapłacisz nawet 12 euro więcej za paczkę

    Koniec z darmowym cłem z Chin. Od lipca zapłacisz nawet 12 euro więcej za paczkę

    Już od 1 lipca wchodzą w życie nowe unijne przepisy, które kończą epokę beztroskich zakupów na chińskich platformach. Znika bowiem zwolnienie celne dla paczek o wartości poniżej 150 euro spoza Unii Europejskiej. To oznacza, że każda paczka z Temu, Shein czy AliExpress będzie teraz obciążona dodatkowymi opłatami.

    Jak dokładnie będą naliczane opłaty?

    Nowy system zakłada stałą opłatę w wysokości 3 euro (około 13 zł) od każdej kategorii produktu znajdującej się w przesyłce. Co to oznacza w praktyce? Jeśli zamówisz jedną paczkę, w której znajduje się koszula i dwa swetry, zapłacisz cło w wysokości 6 euro (prawie 26 zł), ponieważ są to dwie różne pozycje w deklaracji celnej. Wszystko przyjedzie w jednym kartonie, ale kategorie są liczone osobno.

    I to jeszcze nie koniec. W listopadzie 2026 roku ma wejść w życie unijna opłata manipulacyjna, która ma pokryć koszty kontroli celnych. Jej dokładna wysokość nie została jeszcze ustalona, ale rynek spodziewa się, że wyniesie kolejne 3 euro od każdej kategorii produktu. W efekcie finalna wartość dodatkowych opłat dla paczki z koszulą i dwoma swetrami może sięgnąć aż 12 euro (czyli ponad 51 zł). Biorąc pod uwagę, że wiele produktów z Chin kosztowało dotychczas dosłownie kilka euro, wzrost cen będzie bardzo odczuwalny.

    Kogo uderzą zmiany?

    Szacuje się, że aż 91% takich małych paczek spoza UE pochodzi właśnie z Chin. Nowe regulacje to więc bezpośredni cios dla gigantów e-commerce takich jak Shein, Temu i AliExpress, które szturmem podbiły europejski rynek, w tym także polski. Platformy te przyzwyczaiły klientów do niskich cen i darmowej wysyłki, a teraz będą musiały zmierzyć się z wyższymi kosztami i dodatkowymi obowiązkami administracyjnymi.

    Powrót do równych zasad gry?

    Europejskie platformy e-commerce od dawna domagały się tych zmian. Kamil Mirowski, kierownik jednej z firm branżowych, w rozmowie z Business Insider Polska skomentował:

    „Ta decyzja to wyczekiwany krok w kierunku przywrócenia równych zasad konkurencji na jednolitym rynku. Dotychczasowe przepisy stawiały europejskich przedsiębiorców w trudniejszej sytuacji względem platform spoza UE, które mogły realizować dostawy bez obciążeń celnych. To kluczowy moment dla stabilizacji europejskiego sektora e-commerce, na którym zyskają zarówno rodzime marki, jak i konsumenci, otrzymujący produkty zgodne z unijnymi standardami bezpieczeństwa.”

    Co to oznacza dla kupujących?

    Dla przeciętnego konsumenta nowe przepisy oznaczają przede wszystkim wzrost kosztów zakupów w azjatyckich sklepach internetowych. Nawet tanie drobiazgi zostaną obciążone stałą opłatą celną. Jeśli dołożymy do tego planowaną opłatę manipulacyjną, całkowity dodatkowy koszt może szybko przekroczyć wartość samego produktu. W praktyce zakupy z Azji staną się znacznie mniej opłacalne, szczególnie przy małych zamówieniach.

    Nowe obowiązki czekają również same platformy. Od teraz każda pozycja towarowa w przesyłce musi być zgłoszona i opodatkowana, co zwiększa biurokrację i koszty operacyjne. Dla sprzedawców droższe staną się też zwroty.

    Zmiany wchodzą w życie z dniem 1 lipca, a dodatkowa opłata manipulacyjna dołączy do nich w listopadzie 2026 roku. Unia Europejska stawia w ten sposób tamę zalewowi tanich towarów z Azji, przywracając równe szanse europejskim sprzedawcom. Dla klientów oznacza to jedno – od teraz każda paczka z Chin będzie kosztować więcej.

  • Bitcoin i złoto toną razem, a w Polsce paliwa idą w górę – 2026 łamie rynkowe reguły

    Bitcoin i złoto toną razem, a w Polsce paliwa idą w górę – 2026 łamie rynkowe reguły

    Rok 2026 zapisuje się w historii rynków finansowych w zupełnie nietypowy sposób. Dwa aktywa, które od lat uchodzą za przeciwwagi – Bitcoin i złoto – jednocześnie tracą na wartości. Tymczasem polscy kierowcy już od jutra odczują skutki powrotu pełnego VAT na paliwa. Oto, co przynosi przełom czerwca i lipca.

    Bitcoin i złoto: bezprecedensowa zbieżność strat

    Jak wynika z danych zestawionych przez stratega rynkowego Charliego Bilello (cytowanego przez Comparic.pl), od początku 2026 roku Bitcoin stracił około 31%, a złoto około 6%. Oba aktywa znalazły się tym samym wśród najsłabszych głównych klas inwestycyjnych tego roku. Co więcej, zwykle w okresach rynkowego stresu – pandemii, wojnie w Ukrainie czy kryzysie bankowym w USA – Bitcoin i złoto rozchodziły się w przeciwnych kierunkach. Teraz jest inaczej.

    „To coś, czego nie widzieliśmy wcześniej w żadnym roku kalendarzowym” – skomentował Bilello.

    Współczynnik korelacji między oboma aktywami, który w 2025 roku oscylował między wartościami dodatnimi i ujemnymi, do czerwca 2026 wyraźnie przesunął się w stronę dodatnią. Stosunek ceny Bitcoina do złota spadł do około 14,6. Analityk Adam Livingston wskazuje, że obecny rok jest „najbardziej wyprzedanym rokiem dla Bitcoina względem złota w historii”.

    Kapitał ucieka więc zarówno z klasycznych, jak i alternatywnych form przechowywania wartości. Eksperci wymieniają wśród przyczyn utrzymujące się wysokie stopy procentowe, zaostrzenie konfliktów geopolitycznych w pierwszym kwartale oraz serię włamań i exploitów na rynku kryptowalut. Bitcoin wyceniany jest obecnie w okolicach 60 000 USD, złoto kosztuje niespełna 4000 USD – w styczniu ustanowiło historyczny szczyt blisko 5600 USD, ale od tamtej pory systematycznie zniżkuje.

    Polscy kierowcy pod presją – paliwa w górę od 1 lipca

    Zupełnie inny obraz rysuje się na krajowym rynku paliw. Od 1 lipca kończy się rządowy program „Ceny Paliwa Niżej”, a do hurtowych cen powraca 23% stawka VAT. Jak prognozują analitycy Reflex, benzyna i olej napędowy podrożeją o 40–60 groszy na litrze, nawet jeśli właściciele stacji zrezygnują z własnej marży.

    W tygodniu od 29 czerwca do 3 lipca Reflex spodziewa się, że benzyna 95 osiągnie 6,50 zł za litr, benzyna 98 – 7,35 zł, a olej napędowy – 6,70 zł. Przy autostradach litr benzyny lub diesla może znów kosztować ponad 7 zł. Nieco tańszy pozostanie autogaz – przewidywana cena to 3,29 zł za litr.

    Paradoksalnie podwyżkom sprzyjającym wzrostom VAT przeciwdziała spadek cen ropy naftowej. Notowania Brent w piątek 26 czerwca wynosiły mniej niż 73 USD za baryłkę, czyli zaledwie 2–3 USD powyżej poziomu sprzed wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie. Tania ropa to efekt rosnącej podaży z regionu oraz tymczasowego porozumienia USA z Iranem, które przywróciło przepływy przez cieśninę Ormuz.

    Mimo to – jak zauważają analitycy Reflex – rynek zdążył już uwzględnić skutki wyższej akcyzy, ale to powrót pełnego VAT najmocniej uderzy w ceny detaliczne. Prognozy na lato pozostają wyjątkowo niepewne: z jednej strony ropa zbliżyła się do poziomów sprzed konfliktu, z drugiej wygaszany jest program CPN, a dodatkowym ryzykiem jest sezon huraganów. Prezydent USA, uznając amerykańskie ceny paliw za zbyt wysokie, nakazał Departamentowi Sprawiedliwości zbadanie, dlaczego paliwo nie tanieje mimo tańszego surowca.

    Dwa światy, jedna data

    Początek lipca 2026 przynosi więc dwa pozornie sprzeczne zjawiska: światowe aktywa uznawane za bezpieczne przystanie – Bitcoin i złoto – tracą równocześnie, podczas gdy w Polsce kierowcy muszą szykować się na wyższe rachunki na stacjach. Oba trendy mają jednak wspólny mianownik: głębokie zmiany w polityce monetarnej i fiskalnej, które redefiniują dotychczasowe reguły gry. Jak długo potrwa ta anomalia – przekonamy się w nadchodzących miesiącach.

  • Amerykański kapitał zalewa Polskę. Rekordowe 37,4 mld dol. i 329 tys. miejsc pracy

    Amerykański kapitał zalewa Polskę. Rekordowe 37,4 mld dol. i 329 tys. miejsc pracy

    Amerykańskie firmy biją kolejne rekordy nad Wisłą. Z najnowszego raportu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce (AmCham) i McKinsey & Company wynika, że w 2024 roku łączna wartość kapitału z USA zainwestowanego w Polsce sięgnęła 37,4 mld dolarów. To aż 18% wszystkich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w naszym kraju.

    Nie tylko tania siła robocza

    Firmy z amerykańskim kapitałem zatrudniały w ubiegłym roku 329 tys. osób, a ich łączne przychody wyniosły 88,4 mld dolarów. Dla porównania, w raporcie sprzed trzech lat mówiło się o 26 mld dol. nakładów, 69 mld dol. przychodów i 327 tys. pracowników. Widać więc wyraźnie, że najmniej wzrosła liczba etatów, co sugeruje, że ostatnie inwestycje koncentrowały się głównie na nowoczesnych technologiach i automatyzacji.

    Jak podkreślają autorzy raportu, Polska przestaje być dla amerykańskich firm postrzegana wyłącznie jako kraj niskokosztowej siły roboczej. Coraz częściej lokują u nas zaawansowane funkcje biznesowe.

    Polska jest postrzegana nie tylko jako atrakcyjny rynek, lecz także jako strategiczna platforma wzrostu – zauważył Tomasz Marciniak, partner zarządzający w McKinsey & Company w Polsce.

    67% badanych amerykańskich inwestorów rozwija w Polsce funkcje oparte na wiedzy, takie jak technologie, inżynieria czy usługi profesjonalne. Co więcej, 77% z nich zwiększało swoją aktywność w ciągu ostatnich pięciu lat.

    Główne obszary inwestycji

    Amerykańskie firmy najchętniej inwestują w przetwórstwo przemysłowe – to blisko 40% ich bezpośrednich inwestycji w Polsce. Coraz większe znaczenie zyskuje też sektor usług profesjonalnych.

    Raport wskazuje sześć kluczowych obszarów przyszłej współpracy. Na czoło wysuwają się technologie cyfrowe i sztuczna inteligencja. Wartość polskiej gospodarki cyfrowej ma do 2030 roku osiągnąć 123 mld dolarów, czyli ponad 10% PKB. Rynek usług chmurowych, który w 2024 roku był wart 1,2 mld dol., ma do 2029 roku przekroczyć 3,6 mld dol. W realizację tych celów włączają się giganci tacy jak Amazon Web Services, Google Cloud czy Microsoft Azure.

    Równie istotnym obszarem jest transformacja energetyczna. Do 2040 roku Polska zamierza przeznaczyć na sektor paliwowo-energetyczny 200 mld euro. W planach jest budowa elektrowni jądrowej o wartości 16 mld dolarów oraz rozwój małych reaktorów modułowych (SMR).

    Amazon dokłada swoje miliardy

    Równolegle z raportem AmCham, swoje ambitne plany wobec Polski ujawnił Amazon. Katarzyna Ciechanowska-Ciosk, country leader Amazon.pl na Polskę, zdradziła w rozmowie z Business Insider Polska, że firma zainwestuje w naszym kraju 23 mld zł w ciągu najbliższych trzech lat. Przypomnijmy, że wcześniej Amazon zainwestował już w Polsce 45 mld zł.

    Największym projektem w najbliższym czasie ma być nowe, w pełni zrobotyzowane centrum logistyczne w Dobromierzu. Będzie to czwarty taki obiekt Amazona na świecie i jeden z najnowocześniejszych w Polsce.

    Roboty będą pomagać, ale nie zastępować ludzi. Na przykład przejmą transport i sortowanie produktów, skracając dystanse pokonywane przez pracowników i przyspieszając realizację zamówień – tłumaczy Ciechanowska-Ciosk.

    Centrum ma obsługiwać pięć tysięcy robotów, a zatrudnienie znajdzie tam ponad tysiąc pracowników już w pierwszym roku działalności.

    Firma podkreśla też szybki rozwój polskiego e-commerce – 55% Polaków robi zakupy online częściej niż przed rokiem, a Amazon notuje największe wzrosty podczas wydarzeń takich jak Prime Day, który w tym roku trwał cztery dni, do 26 czerwca. W 2027 roku na Prime Video zadebiutuje serial dokumentalny o Aleksandrze Kwaśniewskim i jego rodzinie.

    Polska hubem technologicznym

    W Polsce swoje projekty realizują już największe amerykańskie firmy. Boeing ma ośrodki inżynieryjne w Warszawie, Rzeszowie i Gdańsku. Dell prowadzi w Łodzi jedną z siedmiu globalnych fabryk. PepsiCo otworzyło nowoczesną fabrykę przekąsek w pobliżu Środy Śląskiej, zatrudniając 450 osób. Google zatrudnia w Polsce ponad 3 tys. osób, a Waymo, lider w technologii autonomicznych pojazdów, również wskazuje na rosnące znaczenie naszego kraju jako hubu technologicznego.

    Eksperci wskazują na kluczowe czynniki dalszego rozwoju: stabilność regulacyjną, czytelny system podatkowy oraz niezawodne dostawy energii. Podkreślają również potrzebę większego zaangażowania polskich firm na rynku amerykańskim – w 2024 r. wartość polskiego kapitału w USA wyniosła jedynie 600 mln dol.

    Plany na przyszłość

    58% amerykańskich przedsiębiorstw planuje zwiększyć swoje inwestycje w Polsce w ciągu najbliższych 3-5 lat. Ponad połowa (55%) deklaruje, że obecna sytuacja geopolityczna nie wpłynęła znacząco na ich plany.

  • PSE włącza alarm: trzecie przywołanie na rynku mocy przez krytycznie niskie rezerwy

    PSE włącza alarm: trzecie przywołanie na rynku mocy przez krytycznie niskie rezerwy

    Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) uruchomiły we wtorek, 30 czerwca 2026 r., mechanizm przywołania na rynku mocy. Operator sięga po to narzędzie, gdy dostępna rezerwa mocy spada poniżej bezpiecznego poziomu – a obecnie jest ona niższa niż moc jednej dużej elektrowni węglowej. To dopiero trzecia taka sytuacja od czasu uchwalenia ustawy o rynku mocy pod koniec 2017 roku.

    Co dokładnie oznacza przywołanie?

    Ogłoszenie okresów przywołania na rynku mocy nakłada na uczestników tego rynku – czyli wytwórców i dużych odbiorców – obowiązek realizacji umów zawartych w ramach mechanizmu. Operator sprecyzował, że przywołanie obowiązuje w godzinach 18–19, 19–20 i 20–21.

    „Wytwórcy muszą ją przedstawić do dyspozycji operatora albo wprowadzić do sieci (w zależności od typu jednostki wytwórczej), a odbiorcy objęci umowami mocowymi muszą zredukować swoje zapotrzebowanie” – wyjaśniły PSE w komunikacie.

    Uczestnicy rynku mocy otrzymują stałe wynagrodzenie za pozostawanie w gotowości i realizację obowiązków na żądanie operatora. Koszty tych wypłat pokrywają wszyscy odbiorcy energii – w rachunkach widnieją jako tzw. opłata mocowa.

    Dlaczego rezerwy są tak niskie?

    PSE szacują rezerwę mocy po godzinie 19 na lekko ponad 600 MW. Dla porównania – operator roboczo przyjmuje, że jedna duża elektrownia węglowa ma moc około 1000 MW. Gdy rezerwa spada poniżej tej granicy, PSE uruchamia środki zaradcze.

    Głównym powodem są dwa zjawiska. Po pierwsze, kilka elektrowni węglowych, które normalnie zabezpieczają dostawy wieczorem, gdy fotowoltaika przestaje produkować, przechodzi akurat remonty i jest wyłączonych z eksploatacji. Po drugie, generacja ze źródeł odnawialnych jest wyjątkowo niska – mówi się o tzw. suszy pogodowej, czyli jednoczesnym braku słońca i wiatru. W godzinach 17–18 OZE pokryją zaledwie 1 proc. krajowego zapotrzebowania na energię.

    Dodatkowo wysokie zapotrzebowanie wywołane upałami oraz prognozowana niska generacja wiatrowa pogłębiają problem. Awaryjny import energii nie wchodzi w grę, bo u sąsiadów panuje podobna sytuacja.

    Czy odczują to gospodarstwa domowe?

    Operator uspokaja: okres przywołania na rynku mocy nie ma wpływu na indywidualnych odbiorców i nie powoduje żadnych utrudnień w dostawie prądu. Dotyczy wyłącznie firm i instytucji, które jako jednostki redukcji zapotrzebowania podpisały odpowiednie umowy mocowe.

    „Okresu przywołania na rynku mocy nie należy mylić ze stopniami zasilania – to dwa osobne mechanizmy. Stopnie zasilania, czyli ograniczenia w poborze i dostarczaniu energii elektrycznej, są «środkiem ostatniej szansy»” – podkreśla PSE.

    Przywołanie musi być ogłoszone najpóźniej na osiem godzin przed planowanym czasem dostawy – stąd poranna informacja PSE o wieczornych obowiązkach.

    Trzeci raz w historii

    Mechanizm rynku mocy funkcjonuje od 2018 roku (ustawa uchwalona pod koniec 2017 r.). Dotychczas operator sięgał po przywołanie tylko dwukrotnie – ostatni raz 6 listopada 2024 roku. Aktualna sytuacja pokazuje, że nawet w środku lata, gdy zapotrzebowanie jest wysokie, a produkcja z OZE chwilowa, system potrzebuje dodatkowego wsparcia ze strony umów mocowych.

    PSE podkreśla, że bezpieczna rezerwa mocy powinna wynosić co najmniej 9 proc. zapotrzebowania. Tymczasem dostępna nadwyżka jest obecnie znacznie poniżej tego progu. Kolejne godziny pokażą, czy uruchomienie mechanizmu wystarczy, by ustabilizować pracę sieci.

  • Koniec passy? Zyski banków w 2026 roku mogą stopnieć o 23%

    Koniec passy? Zyski banków w 2026 roku mogą stopnieć o 23%

    Po kilku latach tłustych dla polskiego sektora bankowego nadchodzi wyraźne ochłodzenie. Związek Banków Polskich (ZBP) opublikował właśnie prognozę, z której wynika, że w 2026 roku łączny zysk netto banków może spaść nawet o jedną czwartą w porównaniu z rekordowym 2025 rokiem.

    Rekordowe lata dobiegają końca

    Od 2021 roku polskie banki notowały nieprzerwany wzrost zysków. W 2025 roku wynik netto całego sektora zbliżył się do 50 miliardów złotych – to historyczny poziom. Najnowsze analizy ZBP wskazują jednak, że w tym roku takiego rezultatu nie uda się powtórzyć.

    Trzy scenariusze, jeden kierunek

    Eksperci ZBP przygotowali trzy warianty makroekonomiczne. Scenariusz bazowy zakłada wzrost PKB Polski na poziomie 3,5% oraz utrzymanie głównej stopy procentowej NBP na poziomie 3,75% do końca roku. W tym ujęciu zysk netto sektora ma spaść o około 23% – do 37,9 miliarda złotych.

    Dwa alternatywne scenariusze nie odbiegają dramatycznie od bazowego. W pierwszym (Alt1) założono słabszy wzrost PKB (3,2%) i podwyżkę stopy referencyjnej do 4,25%. W drugim (Alt2) – wyższy wzrost (3,8%) i obniżkę stopy do 3,5%. Różnice w prognozowanym zysku są niewielkie.

    „Ostatecznie utrzymujący się wysoki wynik odsetkowy w połączeniu ze zwiększoną stopą podatku CIT pozwoli sektorowi bankowemu na osiągnięcie w 2026 r. zysku netto na poziomie ok. 37-38 mld zł wobec 49 mld zł w 2025 r., a stopa zwrotu z kapitału ROE spadnie do poziomu ok. 13 proc. wobec 18 proc. w 2025 r.” – czytamy w raporcie ZBP.

    Realne dane za pięć miesięcy już potwierdzają trend

    Opublikowane przez Narodowy Bank Polski dane za okres styczeń–maj 2026 roku pokazują, że spadek już się rozpoczął. Zysk netto w tych pięciu miesiącach wyniósł 17,61 miliarda złotych, czyli o 15,6% mniej niż rok wcześniej. W samym maju banki zarobiły 4,39 miliarda złotych.

    Całkowite przychody operacyjne netto w pierwszych pięciu miesiącach wzrosły zaledwie o 0,1% rdr – do 58,15 miliarda złotych. Przychody odsetkowe spadły o 10%, choć koszty odsetkowe zmniejszyły się jeszcze mocniej (o 22,1%). Przychody z opłat i prowizji urosły o 5,9%, ale koszty administracyjne podskoczyły o 8% – głównie za sprawą wzrostu kosztów pracowniczych (7,2%).

    Wyraźny spadek rezerw i wysoka kapitalizacja

    W obszarze ryzyka widać mieszany obraz. Odpisy z tytułu utraty wartości aktywów finansowych wzrosły o 24,2% w porównaniu z ubiegłym rokiem, ale pozycja rezerw spadła aż o 66%. To może sugerować, że banki ograniczyły tworzenie dodatkowych rezerw na potencjalne straty.

    ZBP podkreśla jednak dobrą sytuację kapitałową sektora. Łączny współczynnik kapitałowy na 2026 rok prognozowany jest na poziomie około 22% – to nieco więcej niż 21,47% w 2025 roku. Jest to poziom istotnie przekraczający minimalne wymagania CRR, nawet po uwzględnieniu wzrostu bufora antycyklicznego do 2%.

    Co to oznacza dla klientów?

    Wysoki bufor kapitałowy daje bankom przestrzeń do zwiększenia akcji kredytowej. ZBP ocenia, że w sprzyjającym otoczeniu gospodarczym i przy dobrej kondycji ekonomicznej klientów można oczekiwać stabilizacji lub nawet niewielkiego spadku ryzyka kredytowego. To dobra wiadomość dla firm i gospodarstw domowych, które planują zaciągnąć kredyt – banki mogą być bardziej skłonne do udzielania nowych pożyczek, mimo niższych zysków.

  • Kupujący w odwrocie: Tylko 25% Polaków wierzy w dobry moment na zakup mieszkania

    Kupujący w odwrocie: Tylko 25% Polaków wierzy w dobry moment na zakup mieszkania

    Polski rynek nieruchomości przechodzi w nową fazę – po stronie kupujących zapanowała wyraźna ostrożność, a inicjatywę powoli przejmują sprzedający. Najnowsze badanie nastrojów pokazuje, że odsetek osób uznających obecny czas za dobry na zakup mieszkania spadł do zaledwie 25%, co należy do najsłabszych wyników w ostatnich kwartałach.

    Spadek optymizmu kupujących

    Dane zebrane przez serwis Nieruchomosci-Online.pl za II kwartał 2026 roku nie pozostawiają złudzeń. Tylko 5% ankietowanych stwierdziło, że to „zdecydowanie dobry moment” na zakup, a łączne odpowiedzi pozytywne („zdecydowanie” i „raczej tak”) dały wynik 25%. To spadek o 2 punkty procentowe w porównaniu z poprzednim kwartałem i aż o 10 pp względem III kwartału 2025 roku.

    – Nawet stabilizacja cen w części miast nie przekłada się na poprawę nastrojów kupujących. Ceny przestały rosnąć tak dynamicznie jak w latach 2021–2024, ale wciąż są postrzegane jako bardzo wysokie, zarówno realnie, jak i psychologicznie – komentuje Anna Zachara-Widła z Nieruchomosci-Online.pl.

    Sprzedający coraz śmielej

    W tym samym czasie rośnie grupa właścicieli mieszkań, którzy dostrzegają okazję do sprzedaży. W II kwartale 2026 r. 39% badanych uznało, że to dobry moment na zbycie nieruchomości – to wzrost o 4 pp względem poprzedniego kwartału i o 5 pp rok do roku. Coraz więcej ofert trafia na rynek, co zwiększa presję podażową i stopniowo przesuwa równowagę w stronę nabywców – przynajmniej na papierze.

    Rosnąca przepaść między ofertami a transakcjami

    Mimo że w rzeczywistych transakcjach notarialnych w pierwszym kwartale 2026 r. pojawiły się pierwsze spadki cen – zwłaszcza w segmencie kawalerek i największych mieszkań – rynek ogłoszeń wygląda zupełnie inaczej. Ceny w ofertach nadal rosną, co powoduje narastający rozdźwięk między oczekiwaniami sprzedających a realnymi możliwościami kupujących. Efektem są dłuższe negocjacje i większe korekty cenowe na finiszu sprzedaży.

    Deweloperzy hamują, ale indywidualni trzymają poziom

    Równolegle do zmian nastrojów, dane Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) pokazują wyraźne wyhamowanie aktywności deweloperów. W maju 2026 r. rozpoczęto budowę 20,4 tys. lokali mieszkalnych – to spadek w porównaniu z kwietniem, ale wzrost o 7,1% rok do roku. Jednak w segmencie deweloperskim starty budów spadły aż o 20,9% w ujęciu miesięcznym (do 11 963 mieszkań), co jest pierwszym tak dużym spadkiem względem kwietnia od dekady. Inwestorzy indywidualni również zmniejszyli tempo – rozpoczęli budowę 8263 domów, o 11,8% mniej niż w kwietniu.

    W okresie styczeń–maj 2026 r. łącznie wystartowało 94 714 budów (stabilizacja – spadek o 0,2% r/r), a deweloperzy są na minusie 2,6% r/r. Segment indywidualny utrzymuje niewielką przewagę nad ubiegłym rokiem, ale dynamika słabnie.

    Liczba oddanych mieszkań poniżej psychologicznej bariery

    Maj przyniósł oddanie 9475 mieszkań deweloperskich – wzrost o 3,6% r/r, ale jednocześnie to pierwszy okres od ośmiu lat, w którym w żadnym miesiącu otwierającym rok liczba przekazanych lokali nie przekroczyła 10 tys.. Łącznie od początku roku oddano 45 290 mieszkań na sprzedaż lub wynajem (spadek o 2,4% r/r – najniższy wynik od 2018 r.). Indywidualni inwestorzy przekazali 28 689 domów, o 2,7% więcej niż rok wcześniej, co potwierdza stabilizującą rolę tego segmentu.

    Pozwolenia – mieszany obraz

    W maju deweloperzy uzyskali zgodę na budowę 14 045 lokali (spadek o 23,6% miesiąc do miesiąca, ale wzrost o 10,6% r/r). W pierwszych pięciu miesiącach wydano wyraźnie więcej pozwoleń niż rok wcześniej, co sugeruje, że projekty są przygotowywane, ale faktyczne rozpoczęcia budów pozostają ostrożne. W segmencie domów jednorodzinnych wydano w maju 8149 pozwoleń, a od początku roku blisko 37 tys., co świadczy o stabilności prywatnych inwestycji.

    Rynek nieruchomości w Polsce wchodzi więc w okres wzmożonej niepewności – kupujący czekają na spadki, sprzedający testują wyższe ceny, a deweloperzy ostrożniej podchodzą do nowych projektów. Wszystkie te sygnały wskazują, że najbliższe miesiące mogą przynieść dalsze korekty, zwłaszcza jeśli rosnąca podaż nie spotka się z adekwatnym popytem.

  • Koniec eldorado wynajmujących? Mieszkań przybywa, a czynsze stoją w miejscu

    Koniec eldorado wynajmujących? Mieszkań przybywa, a czynsze stoją w miejscu

    Maj przyniósł wyraźny wzrost liczby mieszkań na wynajem, ale popyt znów rozczarował. Według danych przeszukiwarki portali nieruchomości Adradar, przeanalizowanych przez GetHome.pl, w maju wynajęto lub wycofano z rynku około 43 tys. lokali – to spadek o mniej więcej 2% w ujęciu miesięcznym i 4% rok do roku. Nowych ofert pojawiło się około 46 tys., wyraźnie więcej niż w kwietniu, co podniosło całkowitą podaż do około 86 tys. mieszkań – o 13% więcej niż przed rokiem.

    Gdańsk wyłamuje się z ogólnokrajowego trendu

    Gdańsk wyraźnie odbiega od reszty kraju. W maju liczba dostępnych tam mieszkań spadła trzeci miesiąc z rzędu, do około 3,3 tys. lokali, czyli o 3% w porównaniu z kwietniem. Podczas gdy w większości dużych miast oferta rosła, trójmiejski rynek poszedł pod prąd. Eksperci tłumaczą to silnym uzależnieniem od turystyki – wraz z nadejściem sezonu część właścicieli przenosi lokale z najmu długoterminowego do krótkoterminowego. Mimo ostatnich spadków roczna oferta w Gdańsku jest jednak wciąż o 38% wyższa.

    W innych metropoliach sytuacja była odwrotna: w Warszawie liczba ofert wzrosła do około 16,2 tys. (+5% r/r), w Krakowie do 7,9 tys. (+20%), a we Wrocławiu do 6,5 tys. (+18%). Wzrosty odnotowano też w Łodzi (ok. 3 tys., +11%) i Katowicach (ok. 2,4 tys., +4%). Wyjątkiem pozostał Poznań, gdzie podaż utrzymała się na poziomie około 3,3 tys. lokali.

    Czynsze stabilne lub niższe niż przed rokiem

    Słabszy popyt i rosnąca liczba dostępnych mieszkań przekładają się na stabilizację stawek. W maju mediany czynszów w większości dużych miast nie zmieniły się względem kwietnia lub nieznacznie spadły. W Warszawie typowa stawka wyniosła około 4,2 tys. zł (–7% r/r), w Krakowie 3 tys. zł (bez zmian), a we Wrocławiu obniżyła się do około 2,7 tys. zł (–4%). W Poznaniu mediana sięgnęła około 2,5 tys. zł (–4%), w Łodzi 2,1 tys. zł (–5%), a w Gdańsku około 3 tys. zł (bez zmian). Jedynym wyjątkiem są Katowice, gdzie czynsze są o mniej więcej 10% wyższe niż przed rokiem.

    „Przy dużej liczbie dostępnych mieszkań właściciele mają ograniczone pole manewru. Kluczowe staje się szybkie znalezienie najemcy, a nie maksymalizacja stawki” – zauważa Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl.

    Nowe regulacje i wrześniowy test

    Rynek najmu przechodzi także zmiany pod wpływem unijnych przepisów. Eksperci łączą spadki liczby ofert w Olsztynie (–23%) i Trójmieście (–11%) z regulacjami dotyczącymi najmu krótkoterminowego, które weszły w życie w kwietniu. W miastach turystycznych właściciele wstrzymują publikację ogłoszeń z obawy przed niejasnościami w egzekwowaniu przepisów.

    Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku w Otodom, podkreśla, że rynek znajduje się w fazie przejściowej, ale cechuje go wysoka płynność. W samej Warszawie stosunek nowych ofert do stanu na koniec miesiąca wyniósł około 75%, co oznacza, że niemal trzy czwarte aktywnej bazy jest co miesiąc odświeżane. Kluczowym momentem ma być wrzesień, kiedy okaże się, czy mieszkania z najmu krótkoterminowego zasilą rynek długoterminowy.

    Średnia cena najmu w miastach wojewódzkich w maju wyniosła 3571 zł, czyli o 1,3% więcej niż w kwietniu. Najdrożej było w Warszawie (4844 zł), najtaniej w Kielcach (1968 zł) i Białymstoku (2090 zł). Wzrosty odnotowano w Warszawie (+1,7%) i Trójmieście (+1,6%), natomiast Kielce przeżyły najgłębszą roczną korektę (–6,7%).

    Preferencje najemców i cyfrowy konsjerż

    Zmieniają się też oczekiwania młodych osób szukających mieszkania. Z raportu „Szczęśliwy dom” wynika, że 71% przedstawicieli pokolenia Z rozważa przeprowadzkę do innego miasta, a 30% planuje pozostać na rynku najmu na stałe. Coraz większe znaczenie ma możliwość zamieszkania ze zwierzętami – w 2026 r. aż 12% wyszukiwań uwzględniało to kryterium, co stanowi dwukrotny wzrost w porównaniu z 2024 r. Najemcy oczekują także prostych, cyfrowych rozwiązań, takich jak aplikacje do zgłaszania usterek czy odbioru przesyłek. Eksperci przewidują, że narzędzia pełniące rolę „cyfrowego konsjerża” staną się standardem.

    „Połączenie danych rynkowych z potrzebami najemców wskazuje na rosnące znaczenie jakości codziennego użytkowania mieszkań. Dla wielu osób lokal staje się przestrzenią regeneracji, a nie tylko adresem” – podsumowuje Paweł Jarząbek. Wynajmujący, którzy dostosują się do tych zmian, mogą liczyć na większe zainteresowanie i lojalność najemców.