Blog

  • Czy etat to już przeżytek? Oto jak AI napędza rekordową falę startupów w USA

    Czy etat to już przeżytek? Oto jak AI napędza rekordową falę startupów w USA

    Czy praca na etacie traci sens? W Stanach Zjednoczonych dzieje się coś, co może być początkiem fundamentalnej zmiany na rynku pracy. Pracownicy sami rezygnują z dobrze płatnych stanowisk, inwestują własne oszczędności i rzucają się w wir przedsiębiorczości. Co ich pcha do takiego ryzyka?

    Rekord, który bije na alarm

    Od listopada do stycznia w USA złożono aż 1,56 miliona wniosków o rejestrację nowych firm. To najwięcej w ciągu trzech miesięcy od co najmniej 2004 roku, jak podają dane Biura Spisu Ludności analizowane przez CNBC Make It.

    Ale tu jest najciekawsza część. Coraz częściej to nie zwolnienia są impulsem do zmiany, tylko decyzja samego pracownika. 30-letni Travis Di Lombardi-Spicer zrezygnował z etatu po odmowie podwyżki i obawach o wpływ AI na branżę audio. Zainwestował 40 tysięcy dolarów własnych środków i uruchomił platformę Spotbookr. Michelle Yeung, była inżynierka oprogramowania zarabiająca 250 tysięcy dolarów rocznie, po latach wypalenia otworzyła w Nowym Jorku kawiarnię Matcha House.

    Wielu z nich wskazuje, że AI ułatwia start własnych firm, a decyzja o odejściu z etatu to próba przejęcia kontroli nad przyszłością zawodową — czytamy w Business Insider Polska.

    Strach przed AI jako motor zmian

    Dane są jasne. W badaniu Resume Now z grudnia 2025 roku 40% ankietowanych Amerykanów stwierdziło, że AI już „zastępuje, dewaluuje lub wchodzi w zakres ich obowiązków”. Kolejne 29% uważa, że AI mogłaby efektywnie wykonać połowę ich codziennych zadań.

    Ludzie nie czekają na zwolnienie. Przewidują nadchodzące zmiany i sami odchodzą z pracy. To zupełnie nowa fala przedsiębiorców, różna od poprzednich pokoleń.

    Czy to już strukturalna zmiana?

    Ekonomiści zauważają, że może to nie być chwilowy trend. John Haltiwanger z Uniwersytetu Maryland mówi o „niespodziewanym zrywie w zakładaniu nowych firm”. Liczba wniosków o nadanie numeru podatkowego — kluczowej miary przedsiębiorczości — jest dziś w USA aż o 60% wyższa niż przed pandemią.

    Torsten Slok, główny ekonomista Apollo, jest jeszcze bardziej bezpośredni:

    „Adopcja AI stymuluje rozwój przedsiębiorczości w USA. Sektory inwestujące w sztuczną inteligencję przodują w kreowaniu nowych firm”.

    Generatywna AI obniża próg wejścia do biznesu. Przedsiębiorcy wykorzystują ją do tworzenia stron, treści marketingowych czy analiz finansowych. Dzięki temu pomysł może szybciej stać się gotowym produktem.

    A co z Europą? Tu jest cisza

    Tu dochodzimy do kluczowej różnicy. Podczas gdy USA przeżywa boom, w Europie nie widać podobnego zjawiska.

    Liczba rejestracji nowych firm w Polsce jest dziś o 3,1% niższa niż w 2019 roku. W Niemczech wprawdzie wzrosła, ale tylko o 13,3% — to skromny wynik na tle amerykańskiego skoku.

    Dlaczego? Luis Garicano, ekonomista z London School of Economics, ma prowokującą tezę. W swojej pracy „Why Europe doesn’t have a Tesla” pisze: „11% amerykańskich start-upów technologicznych ma europejskiego współzałożyciela„.

    Problem nie polega na braku ducha przedsiębiorczości. Problem polega na tym, że Europejczycy wybierają przedsiębiorczość gdzie indziej — głównie w USA.

    Koszt porażki: 7 miesięcy vs. 62 miesiące

    Sedno sprawy leży w kosztach. W USA koszt restrukturyzacji firmy odpowiada zaledwie 7 miesięcznym wynagrodzeniom na jednego zwolnionego pracownika. W Europie te liczby są dramatycznie wyższe:

    • Niemcy: 31 miesięcy
    • Francja: 38 miesięcy
    • Włochy: 52 miesiące
    • Hiszpania: 62 miesiące

    Gdy koszt porażki jest astronomiczny, wielu po prostu rezygnuje — podkreśla Garicano.

    Europa chroni pracowników, podczas gdy USA stawia na elastyczność pracodawców. To świadomy wybór, ale ma swoją cenę.

    Nie zapominajmy o ryzyku

    Entuzjazm dla przedsiębiorczości ma też drugą stronę medalu. Według Biura Statystyki Pracy około 25% nowych firm w USA nie przetrwa nawet roku.

    Eksperci ostrzegają, że choć AI może wspierać małe firmy, nie gwarantuje sukcesu. Rosnąca liczba nowych firm oznacza po prostu większą konkurencję.

    Saikat Chaudhuri z Haas School of Business na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley podsumowuje: „Koszt alternatywny założenia firmy jest teraz niższy, bo możliwości na rynku pracy nie są już tak atrakcyjne”.

    Niestabilność geopolityczna, rosnące koszty życia i brak zaufania do pracodawców skłaniają Amerykanów do przejęcia kontroli nad swoją karierą.

    Czy obserwujemy początek nowej ery? W USA tak, w Europie — na razie nie. AI daje narzędzia, ale ostateczny wybór między bezpieczeństwem etatu a wolnością przedsiębiorcy zawsze pozostaje indywidualną decyzją.

  • Ropa z Iranu tnie ceny na giełdzie? „Czajniczki” w Chinach robią swoje

    Ropa z Iranu tnie ceny na giełdzie? „Czajniczki” w Chinach robią swoje

    Ceny ropy wróciły po szczytach w okolice 110 dolarów za baryłkę. A co, jeśli to właśnie gigantyczny głód Chiny na ropę napędza ceny? Okazuje się, że Państwo Środka ma swoje sposoby, by zapewnić sobie dostawy – i to wbrew zachodnim sankcjom.

    Rekordowa bariera dla kierowców

    Konflikt w Iranie uderzył w około 20 proc. światowej podaży ropy, powodując gwałtowne wzrosty. W marcu cena baryłki ropy Brent na giełdzie ICE otarła się o 109,90 dolarów. Chińskie władze zareagowały największą w historii podwyżką maksymalnych cen detalicznych benzyny i diesla.

    Kierowcy nie mają portfeli z gumy. Wolą ograniczyć przejazdy. To naturalna bariera dalszego popytu – tak sytuację komentuje źródło.

    I to właśnie ta bariera płacowa kierowców zaczęła przekładać się na decyzje rafinerii. Część z nich po prostu wstrzymała zakupy surowca.

    Chińskie „czajniczki” czekają na lepsze ceny

    Kluczową rolę w chińskim rynku odgrywają niezależne, prywatne rafinerie, nazywane ze względu na rozmiar „czajniczkami” (teapot). W ostatnich miesiącach korzystały one z tanich zapasów rosyjskiej i irańskiej ropy. Jednak tymczasowe zezwolenia USA na zakup uwięzionej na morzu ropy spowodowały gwałtowny wzrost jej cen.

    Tymczasem rabaty na irańską ropę dostarczaną do Chin topnieją. Obecnie surowiec ten sprzedawany jest po cenie równej lub tylko nieznacznie niższej od ceny ropy Brent. Przed rozpoczęciem wojny w Iranie rabaty przekraczały 10 dolarów.

    Efekt? Rafinerie opóźniają plany zakupu. Liczba zapytań o ładunki przypływające w kwietniu i maju jest niewielka – relacjonuje Reuters.

    Zapasy tanich „czajniczek” z prowincji Shandong mogą wystarczyć do końca kwietnia, jednak rafinerie borykające się z presją kapitałową będą zmuszone do wcześniejszego obniżenia stawek produkcyjnych – ostrzega Zhang Yuxin z Horizon Insights.

    Pekin otwarcie przeciwko sankcjom USA

    Ale to nie koniec historii. W tle tych zakupowych gier pojawia się kolejny, ważny czynnik: polityka. Stany Zjednoczone, chcąc ograniczyć wpływy Teheranu, nałożyły sankcje na pięć konkretnych chińskich firm, które mają kupować irańską ropę.

    Odpowiedź Pekinu była jednoznaczna. Chińskie ministerstwo handlu ogłosiło, że nie zastosuje się do tych amerykańskich sankcji.

    Chiński rząd konsekwentnie sprzeciwia się jednostronnym sankcjom, które nie uzyskały autoryzacji ONZ i nie mają oparcia w prawie międzynarodowym – brzmi oficjalny komunikat.

    Zdaniem analityków, irańska ropa stanowiła w 2025 roku około 12 proc. całkowitego importu ropy do Chin, czyli około 1,4 miliona baryłek dziennie. To ogromna ilość.

    Aby utrzymać te dostawy, powstała specjalna flota kilkuset statków potajemnie transportujących irański surowiec. Jak informował „Wall Street Journal”, niezależne rafinerie stały się kluczowym narzędziem Pekinu do omijania międzynarodowych restrykcji.

    Co dalej z cenami ropy?

    W grę wchodzą jeszcze przygotowywane spotkanie przywódców USA i Chin. Kolejne sankcje nakładane są w momencie dyplomatycznego impasu między Waszyngtonem a Teheranem.

    Efekt jest taki, że rynek ropy jest rozpostarty między geopolityką a twardymi prawami ekonomii. Potężni gracze jak Chiny znajdą sposób na tani surowiec, ale ostatecznie to portfele zwykłych kierowców na stacjach paliw wyznaczają górną granicę ceny. Na razie ta granica właśnie się ujawniła, zmuszając nawet „czajniczki” do chwilowej pauzy. Czekają na lepszy moment. I patrzą na Pekin, który ma w tej grze własne, bardzo wyraźne zasady.

  • Rekordowe pół miliarda zysku, a akcje XTB w dół. Dlaczego inwestorzy uciekają?

    Rekordowe pół miliarda zysku, a akcje XTB w dół. Dlaczego inwestorzy uciekają?

    Jak to możliwe? XTB właśnie opublikowało najświetniejszy kwartał w swojej historii, a kurs jego akcji w środę rano leci w dół. Momentami spadek sięgał nawet 5 proc., a po kilku godzinach notowania były niższe o 3,4%. Klasyczne „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” w pełnej krasie – inwestorzy po prostu realizują gigantyczne zyski po spektakularnej ostatniej przebitce.

    Co tak zaskoczyło rynek?

    Liczby są oszałamiające. W I kwartale 2026 roku XTB zgarnęło 535 mln zł zysku netto przy przychodach operacyjnych na poziomie 1,09 mld zł. To absolutny rekord we wszystkich kategoriach. Broker pozyskał też 370 tys. nowych klientów, a od początku kwietnia kolejne 100 tys., powiększając bazę do ponad 2,6 mln osób. Tu nie ma mowy o porażce.

    Ale jest haczyk. Wyniki były tak dobre, że były już… wliczone w cenę. Parkiet zauważa, że akcje XTB w ostatnich tygodniach imponowały siłą, ustanawiając nawet historyczny rekord. Teraz przyszedł czas na korektę.

    Skąd wziął się ten diamentowy kwartał?

    Odpowiedź brzmi: surowce i Iran. Rynkowa zmienność wywołana wybuchem wojny w Iranie stworzyła doskonałe warunki dla brokerów. A klienci XTB rzucili się właśnie na towary.

    „Kwartał był całkowicie zdominowany przez surowce, które stanowiły rekordowe ok. 55 proc. w obrotach, a przychodach z CFD aż 89 proc.” – komentuje dla portalu PB.pl Maciej Marcinowski, analityk Trigon DM.

    Na liście TOP10 instrumentów znalazły się wysokomarżowe srebro, ropa i gaz. W połączeniu z podwyższonymi przez spółkę spreadami na metalach szlachetnych, rentowność wystrzeliła w kosmos. Rentowność na lota skoczyła do 439 zł z 277 zł przed rokiem.

    Łyżka dziegciu w beczce rekordowego miodu

    Analizy z PB.pl i Parkietu wskazują jednak na pewne słabości. Główną jest niska aktywność pojedynczego klienta. Jeden aktywny klient handlował średnio mniej niż 2 loty (dokładnie 1,83). To wyraźnie mniej niż średnia z ubiegłego roku.

    Mikołaj Lemańczyk z BM mBanku tłumaczy to silnymi trendami (np. na złocie), które nie wymagają ciągłego wchodzenia i wychodzenia z pozycji. Mateusz Chrzanowski z Noble Securities przypomina, że już w przeszłości duża zmienność zniechęcała do aktywności.

    Drugą łyżką dziegciu była kara od KNF. Broker zaksięgował w kosztach 20 mln zł kary nałożonej 13 kwietnia. Bez niej zysk netto byłby jeszcze wyższy, a przekroczenie prognoz analityków większe.

    Co dalej? Analizy są podzielone

    Wszyscy zgadzają się, że taki kwartał prędko się nie powtórzy. Ale co z tego wynika?

    • Maciej Marcinowski (Trigon DM) już zapowiada podniesienie prognoz zysku netto na 2026 rok o 10-15%, w kierunku 1,45-1,5 mld zł. Uważa, że wyższe spready na surowcach są utrzymane, co dobrze wróży.
    • Łukasz Jańczak (Erste) studzi emocje: „Minie dużo czasu, zanim tak doskonałe warunki powrócą. […] pierwszy kwartał 2026 roku należy postrzegać […] jako chwilowe, silne odbicie.” Nie zdziwiłby się falą wyprzedaży.
    • Mateusz Chrzanowski (Noble Securities) pozostaje „lekko optymistyczny”, ale wskazuje na ryzyko w postaci potencjalnej ABB (przyspieszonej budowy księgi popytu) w maju, czyli sprzedaży pakietu przez większego akcjonariusza.

    Mikołaj Lemańczyk podsumowuje to elegancko: „Nie ekstrapolowalibyśmy takich wyników w nieskończoność, ale przypominają nam one, że mogą zdarzyć się kwartały silniejsze (I kw. 2026 r.) i słabsze (III kw. 2025 r.).”

    I na tym właśnie polega gra. XTB udowodniło, że przy sprzyjającym wietrze potrafi zarobić pół miliarda w trzy miesiące. Ale rynek już patrzy do przodu – i dziś pyta, czy ten wiatr nie ucichł.

    Teraz oczy skierowane są na konferencję zarządu. Tam może paść odpowiedź na pytanie, czy ten rekordowy kwartał to początek nowej ery, czy tylko piękny, jednorazowy epizod.

  • Nowy cios Donalda Trumpa w europejskich producentów aut. Zapowiada drastyczne cło!

    Nowy cios Donalda Trumpa w europejskich producentów aut. Zapowiada drastyczne cło!

    Czy europejskie samochody za chwilę podrożeją w USA o kolejne 15 procent? Donald Trump właśnie rzucił nowe wyzwanie Unii Europejskiej, a konsekwencje mogą uderzyć szczególnie w jedną branżę.

    Trump ogłasza wojnę celną

    Były (i obecny) prezydent USA nie przebiera w słowach. W poście na Truth Social ogłosił, że już w przyszłym tygodniu podnosi cła na samochody i ciężarówki z Unii Europejskiej do 25 procent!

    „Z przyjemnością ogłaszam, że z uwagi na fakt, iż Unia Europejska nie wywiązuje się z w pełni uzgodnionej z nami umowy handlowej, w przyszłym tygodniu podniosę cła nakładane na samochody i ciężarówki z Unii Europejskiej sprowadzane do Stanów Zjednoczonych” – napisał Trump.

    To nie są puste groźby. Obecnie, po wyroku Sądu Najwyższego USA, obowiązująca stawka celna wynosi 10 proc. Dojście do 25 proc. oznaczałoby więc potężną, ponad dwukrotną podwyżkę.

    Droga ucieczki? Buduj w USA!

    Ale jest jeden sposób, żeby uniknąć nowego podatku. Trump wyraźnie wskazał kierunek.

    „Wszyscy doskonale rozumieją i zgadzają się z tym, że jeśli samochody i ciężarówki będą produkowane w zakładach na terenie USA, nie będzie żadnych ceł” – oświadczył amerykański prezydent.

    To klasyczna taktyka Trumpa: nacisk ekonomiczny, by przenieść miejsca pracy i inwestycje za ocean. Dodaje przy tym, że inwestycje w amerykański sektor motoryzacyjny już płyną szerokim strumieniem.

    „Inwestowanych jest ponad 100 miliardów dolarów, co stanowi REKORD w historii produkcji samochodów i ciężarówek. Te zakłady, obsadzone przez amerykańskich pracowników, zostaną wkrótce otwarte” – chwalił się.

    Dlaczego teraz? „Kara dla Unii”

    Skąd ten nagły ruch? Jak analizuje francuski dziennik „Le Monde”, decyzja Trumpa ma kilka celów. Po pierwsze, to „ukaranie Unii Europejskiej”, która zdaniem Waszyngtonu zbyt zwleka z podpisaniem porozumienia handlowego zawartego latem 2025 roku.

    Po drugie, to wysłanie ogólnego sygnału europejskim sojusznikom. Stosunki ochłodziły się jeszcze bardziej po ataku na Iran, gdy „kraje Starego Kontynentu odmówiły udziału w operacjach” po stronie USA.

    A po trzecie, Trump chce jasno pokazać, że nadal trzyma rękę na pulsie światowego handlu.

    „Donald Trump chce pokazać, że nie stracił nic ze swej zdolności odstraszania oraz że nadal rządzi i dzieli, jeśli chodzi o handel światowy” – ocenia „Le Monde”.

    Komu najbardziej zagrożą nowe cła?

    To nie są dobre wieści dla europejskiej motoryzacji, która i tak jest już osłabiona. Według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA) na Stany Zjednoczone przypadało w 2024 roku aż 22 proc. całego eksportu samochodów z Europy.

    A szczególnie mocno nowe amerykańskie cła mogą uderzyć w niemieckie koncerny motoryzacyjne. To one są filarem europejskiego eksportu aut za ocean.

    Co na to europejscy przywódcy? Jak zauważa „Le Monde”, po zapowiedzi Trumpa kraje europejskie „nie spieszą się z reakcją”. Są bowiem „przyzwyczajone” do nagłych ciosów ze strony amerykańskiego przywódcy.

    Jedno jest pewne: kolejny epizod wojny handlowej między USA a Europą właśnie się rozpoczął. A jego pierwszą ofiarą mają być samochody.

  • Spadki trwają, ale czy to już koniec hossy na GPW?

    Spadki trwają, ale czy to już koniec hossy na GPW?

    Czy po spektakularnym rajdzie w pierwszej połowie kwietnia polska giełda zmierza ku poważnej korekcie? Analizy wskazują, że główne indeksy dotarły już do kluczowej strefy wsparcia, a decydująca walka może rozegrać się właśnie teraz.

    Ciężka passa na parkiecie

    Nie ma co ukrywać – ostatnie dni na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie nie były dla optymistów. Główne krajowe indeksy notują serię spadków, która podcina skrzydła po wyjątkowo udanym początku roku. Szczególnie wyraźnie widać to po sektorze bankowym, który najszybciej redukuje tegoroczne zwyżki. Przypomnijmy: w połowie kwietnia indeks WIG-Banki notował blisko 22% umocnienie od początku roku, podczas gdy w ostatnich dniach tegoroczny wynik kurczył się do 13,3%.

    Co ciekawe, to właśnie banki były motorem napędowym europejskiego rynku w pierwszej połowie miesiąca. Druga część kwietnia jest jednak wyraźnie słabsza. Notowania europejskiego indeksu bankowego STOXX Europe 600 Banks zaczynają wymazywać 38,2% fali wzrostowej od dołka z 23 marca. Ten dołek był apogeum spadków po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran, kiedy inwestorzy uwierzyli, że inflacyjny wpływ wojny zmusi banki centralne do podwyżek stóp, co tradycyjnie sprzyja bankom.

    „Indeksowi dużych spółek w ostatnich latach zdarzyła się już podobna słabość, kiedy tracił pięć dni z rzędu” – zauważa Parkiet.

    Lutowe szczyty pod ostrzałem

    Z technicznego punktu widzenia krajowy rynek na razie nie daje poważnych sygnałów ostrzegawczych. Można mówić raczej o schłodzeniu wyjątkowo optymistycznego nastawienia z ostatnich tygodni. WIG i WIG20 jako jedne z pierwszych indeksów na świecie wymazały marcowe spadki i szybko wróciły do bicia rekordów hossy.

    Kluczowym momentem będzie test lutowych szczytów. Spadki z ostatnich dni przybliżyły główne indeksy właśnie do tych poziomów. Eksperci z portalu Parkiet wskazują, że podstawowym scenariuszem jest wykończenie korekty spadkowej właśnie w tym rejonie. Dopiero przełamanie tego rodzaju wsparć będzie ostrzeżeniem przed zmianą nastrojów w średnim terminie.

    Krzysztof Ojczyk, analityk Noble Securities, w kontekście indeksu MSCI Poland zauważa, że miniony tydzień upłynął pod znakiem cofnięcia, które kojarzy się z korekcyjną falą IV w potencjalnym, pięciofalowym impulsie wzrostowym. Jego zdaniem zniesienie fali III sięgnęło już górnego ograniczenia typowego przedziału 50-38,2%, co pozwala oczekiwać prób zakończenia korekty i przejścia do końcowej, wzrostowej fali V.

    Co z zagranicznym kapitałem?

    O zachowaniu polskiego rynku akcji w największym stopniu decyduje nastawienie inwestorów zagranicznych, które można wyśledzić także z kursu złotego. Tutaj sytuacja nie wygląda na alarmującą. W przypadku pary EUR/PLN większe zwyżki obserwowano jedynie na początku poprzedniego tygodnia, a od środy kurs praktycznie stał w miejscu. W poniedziałek euro kosztowało 4,24 zł, pozostając w rejonie wahań z ostatnich tygodni.

    Po zwyżkach z poprzedniego tygodnia zawraca także dolar, który w poniedziałek kosztował 3,61 zł – nawet mniej niż na piątkowym zamknięciu. Indeks dolarowy dużych spółek porusza się więc podobnie do „czystego” WIG20, a jego tegoroczny wynik to nadal solidne 10,2%.

    Następny tydzień pod dyktando banków centralnych

    W szerszym ujęciu krajowe i europejskie rynki odstawały w ostatnich dniach od Stanów Zjednoczonych, gdzie trwał szał zakupów akcji spółek półprzewodnikowych. Piątek był dla nich 18. z rzędu dniem wzrostów.

    W nadchodzącym tygodniu czeka nas szereg posiedzeń banków centralnych, w tym amerykańskiego Fed. Oczekiwania wskazują raczej na utrzymanie dotychczasowych poziomów stóp. Ale, jak zauważa Daniel Kostecki z CMC Markets, „sama decyzja o pozostawieniu stóp bez zmian może mieć mniejsze znaczenie niż ton komunikatu”.

    „Problem polega na tym, że banki centralne podejmują decyzje w otoczeniu podwyższonej niepewności inflacyjnej i geopolitycznej” – podkreśla ekspert.

    Dla rynku obligacji i walut liczyć się będzie to, który bank centralny zacznie brzmieć bardziej defensywnie wobec wzrostu cen energii. Znacznie przyspieszy także sezon wyników amerykańskich spółek.

    Ostatnia sesja kwietnia przyniosła głęboką penetrację wsparcia

    Wracając do krajowych akcji, ostatnia sesja kwietnia przyniosła głęboką penetrację strefy wsparcia kształtującej się wokół lutowych szczytów. Zachowanie banków nie wskazywało na to, by inwestorzy mieli już teraz odwrócić los WIG i WIG20, co może oznaczać kolejną falę spadków.

    Trudno wskazać jedną przyczynę zmiany nastawienia do polskiego rynku. Można to tłumaczyć pomysłami podatków od „nadmiarowych” zysków, realizacją zysków przy świetnych raportach banków, albo po prostu tym, że nasza giełda uprzedziła zachowanie rynków bazowych.

    Co ciekawe, w tym samym czasie dolar tracił na wartości, a rentowności obligacji spadały. Taki układ może sugerować, że do inwestorów powoli docierają obawy o sytuację gospodarczą.

    Warto zauważyć, że o ile sektor bankowy po I kwartale zaskakuje pozytywnie, o tyle reakcja rynku na wyniki Kruka była już mocno negatywna. Czy to sygnał, że łatwe zyski się skończyły? Odpowiedź poznamy już w maju.

  • PGE stawia miliard na największą baterię w Polsce. To klucz do stabilnej energii z wiatru i słońca

    PGE stawia miliard na największą baterię w Polsce. To klucz do stabilnej energii z wiatru i słońca

    Czy można przechować energię z wiatru i słońca na zawołanie? Polska Grupa Energetyczna właśnie postawiła miliard złotych, że tak. I to w największej skali, jaką kiedykolwiek widzieliśmy nad Wisłą.

    Gigantyczna bateria za 1,14 mld zł

    PGE Energia Odnawialna podpisała właśnie umowę na budowę bateryjnego Magazynu Energii Gryfino. To nie byle jaka inwestycja – jej wartość to ponad 1,14 miliarda złotych brutto. Za tę kwotę powstanie instalacja o mocy do 400 MW i minimalnej pojemności 800 MWh.

    „Wchodzimy w kolejny etap rozwoju bateryjnego magazynowania energii w grupie PGE. Magazyn Energii Gryfino będzie największym w Polsce bateryjnym magazynem energii pod względem mocy zainstalowanej oraz jednym z kluczowych elementów wspierających bezpieczeństwo krajowego systemu elektroenergetycznego” – powiedział Dariusz Lubera, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

    Polskie firmy na czele projektu

    Tutaj pojawia się pierwsza dobra wiadomość dla krajowego rynku. Generalnym wykonawcą zostało konsorcjum dwóch polskich firm: SPEC BAU Polska oraz EL PROFESSIONAL. To strategiczny wybór, który ma głębszy sens.

    „Wybór dwóch polskich firm jako wykonawców tego strategicznego projektu to ważny krok w budowaniu krajowych kompetencji i zwiększaniu local contentu w obszarze nowoczesnych technologii magazynowania energii” – podkreślił Dariusz Lubera.

    Ale to nie wszystko. Kto dostarczy samą technologię magazynową? To zadanie dla światowego giganta – Fluence Energy.

    Po co nam taki magazyn?

    Odpowiedź jest prosta: żeby w pełni wykorzystać potencjał zielonej energii. Budowa magazynu ma pozwolić na efektywne wykorzystanie energii z OZE w ciągu dnia. Chodzi o to, by przechować nadwyżki prądu z farm wiatrowych i słonecznych, gdy wieje wiatr i świeci słońce, a oddać go do sieci, gdy jest na niego największe zapotrzebowanie.

    Efekt? Zwiększenie elastyczności całego systemu i wzmocnienie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej do odbiorców.

    „Magazyn znacząco zwiększy możliwości bilansowania naszych farm wiatrowych i słonecznych oraz poprawi bezpieczeństwo Krajowego Systemu Elektroenergetycznego” – zaznaczył Krzysztof Müller, prezes PGE Energia Odnawialna.

    Gdzie i kiedy to powstanie?

    Magazyn Energii Gryfino powstanie w Nowym Czarnowie, w gminie Gryfino. To nieprzypadkowa lokalizacja – znajduje się w sąsiedztwie innych kluczowych inwestycji Grupy PGE.

    Jak podkreśla prezes Lubera, w Gryfinie działa już nowoczesna elektrownia gazowo-parowa, niedawno podpisano umowę na budowę nowego bloku gazowego, a wkrótce oddana zostanie nowa gazowa ciepłownia. Powstaje tam prawdziwy hub energetyczny.

    A kiedy magazyn zacznie działać? Planowane uruchomienie to koniec 2028 roku. Co ważne, cała inwestycja jest już zabezpieczona 17-letnim kontraktem na rynku mocy.

    Co obejmuje umowa?

    To projekt realizowany w formule „pod klucz”. Zamówienie obejmuje zaprojektowanie, dostawę, budowę, montaż, uruchomienie i przekazanie do eksploatacji. Na dodatek, w pakiecie jest 36-miesięczny serwis gwarancyjny.

    Za całość realizacji inwestycji oraz nadzór nad jej przebiegiem odpowiadać będzie PGE Energia Odnawialna.

    Przetarg na generalnego wykonawcę ogłoszono w sierpniu 2025 roku. W toku postępowania złożono trzy oferty. Jak zapewnia PGE, wybrana oferta spełniła wszystkie wymagania i uzyskała najwyższą liczbę punktów.

    Krok w stronę transformacji

    Magazyn w Gryfinie to druga, po Żarnowcu, wielkoskalowa inwestycja PGE w obszarze bateryjnego magazynowania. To wyraźny sygnał, że największy krajowy koncern energetyczny stawia na rozwój technologii, które są fundamentem zielonej transformacji.

    „Transformacja energetyczna może skutecznie iść w parze z silnym udziałem local contentu w nowoczesnych projektach energetycznych” – podsumował Dariusz Lubera.

    Czy miliardowa inwestycja się opłaci? Odpowiedź poznamy pod koniec 2028 roku. Jedno jest pewne – bez takich magazynów stabilna energia z wiatru i słońca pozostanie pięknym, ale trudnym do realizacji marzeniem.

  • Musk vs. Altman: Wojna Tytanów trafia do sądu. Stawka? Przyszłość AI i 134 mld dolarów

    Musk vs. Altman: Wojna Tytanów trafia do sądu. Stawka? Przyszłość AI i 134 mld dolarów

    Po latach internetowych utarczek i oskarżeń, dwa największe nazwiska technologicznego świata stanęły naprzeciwko siebie w sądzie. Elon Musk kontra Sam Altman – czy ten proces zadecyduje o przyszłości sztucznej inteligencji?

    Ring w federalnym sądzie

    Spór, który rozgrywał się głównie w internecie, właśnie przeniósł się do federalnego sądu w Kalifornii. Proces między Elonem Muskiem a szefem OpenAI, Samem Altmanem, oficjalnie się rozpoczął i ma potrwać nawet miesiąc. BBC porównuje to starcie do walki bokserskiej wagi ciężkiej, a jeden z obserwatorów – do pojedynku King Konga z Godzillą.

    OpenAI określiło pozew Muska jako bezpodstawną „kampanię nękania”. Firma napisała w poniedziałek w poście na X, że „nie może się doczekać, aby przedstawić swoją sprawę w sądzie, gdzie zarówno prawda, jak i prawo będą po jej stronie”.

    O co chodzi w tym procesie?

    Sprawa sięga roku 2018, kiedy Musk odszedł z zarządu OpenAI. Teraz pozwał zarówno firmę, jak i jej szefów – Altmana oraz Grega Brockmana. Jego zarzuty są poważne. Twierdzi, że OpenAI złamało obietnice utrzymania laboratorium sztucznej inteligencji jako organizacji non-profit.

    Po jego odejściu firma utworzyła spółkę zależną nastawioną na zysk, co – jak twierdzi Musk – miało nigdy nie nastąpić. To nie jest zwykły spór biznesowy. Musk zarzuca OpenAI odejście od pierwotnej misji, z jaką organizacja powstała w 2015 roku. Według niego firma miała działać jako podmiot non-profit i rozwijać sztuczną inteligencję dla dobra publicznego.

    Stawka jest astronomiczna

    W grę wchodzą niewyobrażalne pieniądze. Prawnicy Muska wskazują, że potencjalne odszkodowanie może sięgnąć nawet 134 miliardy dolarów. Ale to nie wszystko. Eksperci zwracają uwagę, że wynik procesu może wpłynąć na przyszłość całego sektora AI.

    Sprawa dotyka kluczowego pytania: czy rozwój sztucznej inteligencji powinien być kontrolowany przez prywatne firmy nastawione na zysk, czy działać w modelu bardziej otwartym i publicznym?

    Bez taryfy ulgowej dla miliarderów

    Proces odbywa się przed 10-osobową ławą przysięgłych, a nad jego przebiegiem czuwa sędzia Yvonne Gonzalez Rogers. Już na starcie dała jasno do zrozumienia, że status i majątek stron nie zapewnią im specjalnego traktowania.

    Sędzia obiecała, że bogactwo, władza i sława, które Musk i Altman wnoszą do sądu, nie zapewnią im „żadnego specjalnego traktowania”.

    Musk może zostać wezwany na mównicę do złożenia zeznań już we wtorek. Ale to nie koniec technologicznych gwiazd w tej sprawie. Na liście świadków znajduje się także prezes Microsoftu, Satya Nadella.

    Z jednej strony OpenAI przygotowuje się do dalszego rozwoju i potencjalnych dużych ruchów biznesowych. Z drugiej – ewentualna przegrana mogłaby skomplikować te plany zarówno finansowo, jak i wizerunkowo.

    Jedno jest pewne: bez względu na werdykt, żaden z tych technologicznych tytanów nie wyjdzie z tej sali sądowej bez szwanku. A branża AI z zapartym tchem obserwuje, jak ten proces kształtuje jej przyszłe reguły gry.

  • Szokująca decyzja Pentagonu. Amerykańska armia opuszcza Europę?

    Szokująca decyzja Pentagonu. Amerykańska armia opuszcza Europę?

    Czy Stany Zjednoczone redefiniują swoją rolę w Europie? To pytanie nabiera nowego znaczenia po decyzji podjętej w najwyższych kręgach władzy w Waszyngtonie. Pentagon właśnie ogłosił plan, który zmieni układ sił na Starym Kontynencie.

    Pentagon mówi: „Czas się zwijać”

    Szef Pentagonu Pete Hegseth podjął kluczową decyzję. Nakazał wycofanie około 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Niemiec. Oficjalne oświadczenie w tej sprawie wydał rzecznik resortu Sean Parnell.

    „Decyzja ta jest następstwem gruntownej analizy rozmieszczenia sił w Europie i wynika z potrzeb oraz warunków panujących na miejscu” – poinformował Parnell.

    Najważniejszy szczegół? Cała operacja ma zostać zakończona w ciągu najbliższych 6-12 miesięcy. To oznacza, że do połowy 2027 roku w Niemczech może zabraknąć znaczącej części amerykańskiego kontyngentu.

    Niemiecka reakcja: „Przewidzieliśmy to”

    Berlin nie został zaskoczony. Minister obrony Niemiec Boris Pistorius skomentował wiadomość krótko: „Decyzja ta była do przewidzenia”. Ale to nie koniec niemieckiej odpowiedzi.

    Niemiecki minister nie zamierza siedzieć z założonymi rękami. Pistorius zapowiedział konkretne działania:

    • Bundeswehra się powiększa
    • Szybciej kupujemy sprzęt
    • Tworzymy infrastrukturę

    To wyraźny sygnał, że Europa szykuje się do przejęcia większej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.

    Liczby, które mówią wszystko

    Obecnie w Niemczech stacjonuje ok. 35-36,5 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Wycofanie 5 tysięcy oznacza redukcję o około 14-15% obecnego stanu. To nie pierwsza taka decyzja – już w 2020 roku Donald Trump zapowiadał wycofanie 9,5 tysięcy żołnierzy, zarzucając Berlinowi niewypełnianie zobowiązań wobec NATO.

    Co ciekawe, część z tamtych wojsk miała trafić do Polski, ale te plany nie zostały wtedy zrealizowane.

    Dlaczego teraz?

    Kontekst jest kluczowy. Decyzja zapadła krótko po tym, jak kanclerz Niemiec Friedrich Merz ostro skrytykował wojnę prowadzoną przez administrację Donalda Trumpa z Iranem. Niemiecki przywódca stwierdził, że Stany Zjednoczone są „upokarzane” przez Iran, a administracja nie ma „żadnej naprawdę przekonującej strategii” zakończenia konfliktu.

    Ta krytyka wyraźnie nie pozostała bez echa w Waszyngtonie.

    Europa musi stanąć na nogi

    Pistorius nie ograniczył się do komentarzy o Bundeswehrze. Minister wyraził przekonanie, że NATO musi się stać bardziej europejskie, aby pozostać trwale transatlantyckie. To rewolucyjne stwierdzenie!

    „My, Europejczycy, musimy wziąć na siebie większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo” – podkreślił niemiecki minister.

    To nie są puste słowa. Pistorius zapowiedział, że będzie omawiał kolejne zadania z partnerami z europejskiej grupy E5, czyli z Wielką Brytanią, Francją, Polską i Włochami.

    Co z wycofanymi wojskami?

    Tu pojawia się największa niewiadoma. Telewizja CBS, powołując się na anonimowych urzędników ministerstwa, podaje możliwy scenariusz: część sił może wrócić do Stanów Zjednoczonych, a następnie zostać wysłana za granicę, prawdopodobnie w region Indo-Pacyfiku.

    To sugeruje globalną realokację sił, a nie ich całkowitą redukcję.

    Amerykańsko-niemiecka współpraca trwa

    Mimo napięć, Pistorius podkreślił ciągłość współpracy: „Ściśle współpracujemy z Amerykanami w Ramstein, w Grafenwoehr, we Frankfurcie i w innych miejscach na rzecz pokoju i bezpieczeństwa w Europie, na rzecz Ukrainy i wspólnego odstraszania”.

    To ważne zapewnienie w czasie, gdy Rosja wciąż stanowi poważne zagrożenie dla stabilności kontynentu.

    Co to oznacza dla Polski?

    Decyzja Pentagonu ma daleko idące konsekwencje dla całej Europy Środkowo-Wschodniej. Zwiększenie odpowiedzialności Europy za własne bezpieczeństwo może oznaczać większe obciążenie finansowe i logistyczne dla państw takich jak Polska.

    Jednocześnie, realokacja amerykańskich sił może otworć nowe możliwości współpracy wojskowej w regionie. Czy Warszawa stanie się jeszcze ważniejszym partnerem strategicznym dla Waszyngtonu? Czas pokaże.

    Bez względu na wszystko, jedno jest pewne – układ sił w Europie właśnie się zmienia. I to nie za rok czy dwa, ale w ciągu najbliższych miesięcy. Przygotujmy się na nową rzeczywistość.

  • Super Środa na Wall Street: AI vs. Bliski Wschód. Jak wyjdzie to starcie?

    Super Środa na Wall Street: AI vs. Bliski Wschód. Jak wyjdzie to starcie?

    Wystarczyły tygodnie optymizmu, a światowe rynki znów są na szczytach. Hossa napędzana sztuczną inteligencją wydaje się nie do zatrzymania, ale w tle wciąż wisi groźba poważnego konfliktu. Czy dziś wszystko się może zmienić?

    Nerwowa środa na amerykańskich giełdach to nie przypadek. Inwestorzy czekają na dwie kluczowe rzeczy: decyzję Rezerwy Federalnej oraz lawinę wyników kwartalnych gigantów technologicznych. Według analityków z Comparic, ta „Super Środa” może być pierwszym poważnym testem dla obecnego optymizmu.

    Wszystkie oczy na Fed i Big Tech

    W tym tygodniu mamy prawdziwy maraton posiedzeń banków centralnych. Żadnych zmian stóp procentowych się nie spodziewamy, ale słowa bankierów będą kluczowe. Dlaczego? Ponieważ ceny ropy znów przekroczyły 100 dolarów za baryłkę, co odżywiło dyskusję o inflacji i przyszłych podwyżkach.

    „O ile po powołaniu Kevin Warch będzie mieć pełną niezależność od Trumpa, trudno wyobrazić sobie, aby na 'dzień dobry’ podniósł stopy” – zauważa dr Przemysław Kwiecień z XTB, cytowany przez Comparic.

    Oznacza to, że presja na wyższe stopy może nawet zaszkodzić dolarowi, podczas gdy inne banki centralne (jak EBC) mogą być gotowe do działania.

    Ale to nie koniec. Dziś raporty publikują „sponsorzy” rewolucji AI: Microsoft, Amazon, Meta i Alphabet (Google). Każda z nich wydaje rocznie dziesiątki miliardów na infrastrukturę pod sztuczną inteligencję. Według portalu PB.pl, tylko te cztery firmy zwiększyły ostatnio swoje nakłady inwestycyjne w skali roku o łączną kwotę 94 mld dolarów.

    Teraz inwestorzy chcą widzieć efekty. „Rynek oczekuje, że raporty pokażą realne efekty ogromnych inwestycji w sztuczną inteligencję” – czytamy w analizie.

    Czy AI wytrzyma presję faktów?

    Nastroje wokół technologii są już nieco nadszarpnięte. Doniesienia, że OpenAI nie osiągnęło celów wzrostu, podważyły narrację o szybkich zyskach z AI. Efekt? Akcje Oracle spadły, a pod presją znalazły się też Broadcom i Nvidia.

    Analitycy z Esaliens TFI zauważają jednak, że powrót optymizmu wokół AI znów napędza amerykańskie indeksy, choć widać wyraźny podział.

    „Mamy do czynienia z historią dwóch rynków – producentów półprzewodników, którzy są na fali, a także twórców oprogramowania, którzy mają pod górkę” – mówi Aleksander Jerzewski z Esaliens TFI w rozmowie z Parkietem.

    Wtorkowa sesja na Wall Street zakończyła się już lekkimi spadkami, co może wskazywać na rosnącą ostrożność przed kluczowymi danymi.

    Cień nad Cieśniną Ormuz

    Podczas gdy Wall Street żyje AI, główny niepokój dla globalnej gospodarki płynie z zupełnie innego kierunku – Bliskiego Wschodu.

    Konflikt wokół Iranu i kluczowej dla światowych dostaw ropy Cieśniny Ormuz utrzymuje ceny surowca na wysokim poziomie. To bezpośrednio przekłada się na wyższą inflację.

    Eksperci Esaliens TFI ostrzegają, że choć gospodarki „jeszcze zniosą” obecną cenę ropy, to dalsza eskalacja byłaby groźna. W niektórych krajach Azji wprowadzono już np. czterodniowy tydzień pracy w wybranych branżach, by ograniczyć zużycie paliwa.

    „Jesteśmy blisko poważnego zagrożenia, jeżeli cieśnina Ormuz nie zostanie w najbliższym czasie efektywnie odblokowana” – alarmuje Adam Szymko, dyrektor inwestycyjny Esaliens TFI.

    Szybki koniec konfliktu byłby ogromnym impulsem dla rynków, ale na razie scenariusz ten wydaje się odległy.

    A gdzie w tym wszystkim Polska?

    Co ciekawe, pomimo globalnych zawirowań polska waluta zachowuje imponującą stabilność. Według danych z poranka środy, euro kosztowało 4,25 zł, a dolar 3,63 zł.

    Analitycy są także umiarkowanie optymistyczni wobec polskiego rynku akcji, który może korzystać na wyższej inflacji. Szczególnie dotyczy to sektora bankowego, stanowiącego połowę indeksu WIG20.

    „Banki jeszcze przez lata będą korzystać z wysokich rentowności obligacji, które systematycznie skupują” – przekonuje dyrektor inwestycyjny Andrzej Bieniek (Esaliens TFI).

    Dodaje, że polska gospodarka nadal wygląda relatywnie dobrze na tle Europy, a napływ środków z KPO jest dodatkowym wsparciem.

    Super Środa właśnie się rozpoczyna. Czy giganty technologiczne pokażą, że wydane miliardy na AI się zwracają? Czy Fed zachowa zimną krew przy cenie ropy powyżej 100 dolarów? Odpowiedzi na te pytania mogą nadać ton rynkom na wiele nadchodzących tygodni. Wstrzymajmy oddech.

  • Abonament RTV znika? Niezupełnie! Rząd szykuje nową, powszechną opłatę

    Abonament RTV znika? Niezupełnie! Rząd szykuje nową, powszechną opłatę

    Myśleliście, że zrzucicie z karku obowiązek opłacania radia i telewizji? Czas na zimny prysznic. Polski rząd szykuje właśnie rewolucję, ale w zupełnie innym kierunku, niż wielu z nas liczyło.

    Koniec z opodatkowaniem sprzętu

    Obecny model, gdzie płacimy za samo posiadanie odbiornika, odchodzi do lamusa. Serwis Dziennik donosi, że rząd planuje zastąpić abonament RTV nową opłatą audiowizualną. I tutaj jest najważniejsza zmiana: nie będzie już obciążać telewizora czy radia, ale… podatnika.

    Nowa opłata audiowizualna ma zostać przypisana bezpośrednio do osoby podatnika – informuje serwis Dziennik.

    Kiedy to się wydarzy? Kalendarz jest już ustalony. Wejście nowej opłaty zaplanowano na 1 stycznia 2027 roku.

    Ile zapłacimy? Kwota, która ucieka z portfela

    Oto sedno sprawy. Miesięczna stawka ma wynosić około 8-9 złotych. Ale uwaga – prawie nikt jej nie uniknie. Dlaczego? Bo pieniądze będą pobierane automatycznie, w trakcie rozliczania rocznego zeznania podatkowego przez Urząd Skarbowy.

    Kwota ta podlegać będzie corocznej waloryzacji, więc z czasem może nieznacznie wzrosnąć. Co więcej, nowa danina ma objąć nie tylko osoby fizyczne (PIT), ale także firmy (CIT).

    Dla porównania, wciąż obowiązujący w 2026 roku abonament RTV to 30,50 zł miesięcznie za telewizor i 9,50 zł za radio. Płacąc z góry za cały rok, można dostać 10% zniżki, co daje roczny koszt 329,40 zł za telewizor i 102,60 zł za radio.

    Kto będzie zwolniony? Nowa lista ulg

    Opłata ma być powszechna, ale rząd przewidział system zwolnień dla najbardziej potrzebujących. Z nowej opłaty audiowizualnej zwolnieni mają być:

    • Seniorzy po ukończeniu 75. roku życia,
    • Uczniowie i studenci do 26. roku życia,
    • Osoby o niskich dochodach (poniżej płacy minimalnej),
    • Osoby z niepełnosprawnościami,
    • Bezrobotni.

    To szersza lista niż obecne zwolnienia z abonamentu RTV, które automatycznie dotyczą tylko osób po 75. roku życia.

    A co ze starymi długami? Fiskus nie zapomni

    Tu ważna informacja dla tych, którzy mają zaległości z obecnym abonamentem. Nie ma mowy o amnestii. Poczta Polska zachowuje prawo do ścigania dłużników aż do 31 grudnia 2028 roku. Dopiero po tej dacie stare długi ulegną przedawnieniu.

    Pamiętajcie, że za niepłacenie abonamentu w 2026 roku grozi kara w wysokości 30-krotności miesięcznej opłaty. W przypadku telewizora to aż 819 zł.

    Co dalej? Ruszają prace legislacyjne

    Rząd ma przyjąć ostateczny projekt techniczny ustawy wprowadzającej nową opłatę na przełomie II i III kwartału. Wysoka, wynosząca około 30%, ściągalność obecnego abonamentu jest jednym z kluczowych argumentów za tą reformą.

    Podsumowując: stary, znienawidzony abonament RTV faktycznie ma zniknąć. Ale na jego miejsce pojawi się nowa, powszechna opłata, która w automatyczny sposób trafi do budżetu za pośrednictwem Urzędu Skarbowego. Rewolucja nadchodzi, ale nasze portfele wciąż będą co miesiąc lżejsze – choć tym razem o nieco mniejszą kwotę.