Blog

  • Gigantyczna rewolucja w cieniu niedoboru: jak najwięksi zmieniają zasady gry

    Gigantyczna rewolucja w cieniu niedoboru: jak najwięksi zmieniają zasady gry

    Czy świat technologii zmierza ku całkowicie nowym zasadom? Marzec i kwiecień 2026 roku pokazały, że najwięksi gracze nie chcą już tylko kupować mocy — chcą kontrolować, jak ta moc jest budowana, kupowana i wykorzystywana. A w tle tego monumentalnego przesunięcia wciąż czai się jeden problem: niedobór.

    Niedobór rozlewa się na cały łańcuch

    Ze wszystkich zakamarków świata technologii płynie prosty przekaz: popyt przerasta podaż i nie wiadomo, kiedy to się zmieni. Niedobory dotykają kolejnych rodzajów produktów i wyłaniają nowych rozdających karty, zwycięzców oraz przegranych.

    Słowo „niedobór” było w kwietniu jednym z najczęściej używanych przez szefów firm technologicznych — i to niezależnie od tego, w której części łańcucha dostaw znajdują się ich produkty. Brakuje surowców, pamięci, mocy produkcyjnych, maszyn do wytwarzania chipów, miejsca w centrach danych, a coraz częściej także klasycznych procesorów serwerowych, które jeszcze niedawno były traktowane jako mniej ekscytujący dodatek do akceleratorów AI.

    „Ten trend pogłębia trwający niedobór chipów — i mimo rekordowych inwestycji w fabryki, ta luka nie zniknie szybko.” — Business Insider

    Nowa logika rynku: dostęp zamiast technologii

    To sprawia, że boom na sztuczną inteligencję coraz mniej przypomina zwykłą hossę, a coraz bardziej walkę o kontrolę nad przemysłowym zapleczem cyfrowej gospodarki. W tle widać twardszą logikę rynku: priorytetyzację dostaw, długie umowy i „rezerwowanie przyszłości”, które wypycha mniejszych graczy na margines i zmienia spór o technologię w spór o dostęp.

    I tu dochodzimy do sedna. Najważniejsza zmiana nie polega na tym, że „wszyscy chcą więcej mocy”, tylko że coraz więcej firm chce mieć kontrolę nad tym, jak ta moc jest budowana.

    Infrastruktura przejmuje stery

    Marzec dołożył do tego kilka kolejnych klocków: rośnie znaczenie elementów infrastruktury, które jeszcze niedawno traktowano jak tło, a dziś potrafią ustawić tempo całej branży — od sposobu przesyłu danych w serwerowniach po rolę klasycznych procesorów i pamięci.

    Infrastruktura, ta mało ekscytująca podstawa, nagle stała się polem bitwy. Kto kontroluje te elementy, ten dyktuje warunki.

    Co to oznacza dla kolejnych kwartałów?

    W kwietniowym Półprzewodniku Technologicznym pokazujemy, jak niedobory przekładają się na konkretne decyzje największych firm technologicznych. Trend jest jasny: gigantyczne pieniądze płyną tam, gdzie można zabezpieczyć przyszłość — nie poprzez zakup gotowych rozwiązań, ale przez kontrolę nad ich powstawaniem.

    To nie jest już wyścig o to, kto ma lepszy chip. To wyścig o to, kto ma dostęp do surowców, fabryk, energii i mocy obliczeniowej. Nowe zasady gry zostały już napisane. Pozostaje tylko pytanie, kto zdoła się w nich odnaleźć, a kto zostanie zepchnięty na margines.

    Jedno jest pewne: era, w której firmy technologiczne mogły po prostu kupować to, czego potrzebują, dobiega końca. Nadchodzi era rezerwacji, umów długoterminowych i bezpośredniej kontroli nad każdym ogniwem łańcucha. I to właśnie ta zmiana, a nie sam niedobór, może być prawdziwą rewolucją.

  • Jen w opałach: Czy Japonia właśnie wystrzeliła najcięższe działa walutowe?

    Jen w opałach: Czy Japonia właśnie wystrzeliła najcięższe działa walutowe?

    Kurs USD/JPY znów przekroczył magiczną barierę 160 jenów. Czy to oznacza, że powitaliśmy nowy sezon interwencyjny? Wygląda na to, że tak. Japońskie władze najwyraźniej postanowiły nie czekać i przystąpiły do kontrofensywy.

    W zeszły czwartek (30 kwietnia) rynki wstrząsnęła potężna akcja. Japońskie ministerstwo finansów najprawdopodobniej wydało około 5 bilionów jenów (31,3 miliarda dolarów) lub – jak szacują inni analitycy – nawet 30 miliardów dolarów, aby wspomóc krajową walutę. Efekt był natychmiastowy: kurs pary USD/JPY spadł o około 2,5%, przemieszczając się z rejonu powyżej 160 do około 156 jenów za dolara.

    Dlaczego właśnie teraz?

    Kluczem jest czas i precyzja. Interwencja została przeprowadzona tuż przed rozpoczęciem serii majowych świąt państwowych. To nie przypadek. Okres świąteczny oznacza niższą płynność na rynkach, co pozwala na osiągnięcie większego efektu przy mniejszym nakładzie kapitału. To klasyczny manewr z podręcznika japońskich decydentów.

    „Biorąc pod uwagę ograniczone źródła środków na interwencje walutowe, spodziewamy się, że Ministerstwo Finansów będzie starało się zmaksymalizować wpływ każdej interwencji i ostrożnie wybierać najskuteczniejszy moment, na przykład gdy jen gwałtownie słabnie” – tłumaczy Yuriko Tanaka z Wall Street Bank.

    Działanie przy umiarkowanej zmienności wysyła jasny sygnał: poziom 160 jest traktowany przez Tokio jako istotna linia obrony.

    Historia się powtarza?

    Ta strategia ma już swój precedens. W lipcu 2024 roku doszło do bardzo podobnej akcji, również gdy kurs przekroczył 160 jenów. Wówczas interwencje doprowadziły jedynie do chwilowego umocnienia waluty. W kwietniu 2024 roku Japonia sprzedała dolary za ponad 30 miliardów, a kurs spadł do poziomu 152. Jednak zaledwie dwa miesiące później jen osiągnął nowe minima.

    To samo pytanie wisi teraz w powietrzu: czy tym razem będzie inaczej?

    Główny problem nie znika

    Presja na jena wynika z fundamentalnej różnicy w polityce monetarnej. Różnica w stopach procentowych między USA a Japonią pozostaje ogromna. Analitycy są zgodni: bez jej zmniejszenia lub zmiany retoryki Banku Japonii w sprawie podwyżek stóp, presja na osłabienie jena będzie się utrzymywać.

    Dodatkowo, wysoka cena energii ciąży nad japońskim bilansem handlowym, wymuszając na importerach wyprzedaż jena. Stratedzy sugerują, że Tokio mogło w tym roku rozszerzyć działania nawet na rynki kontraktów terminowych na ropę, aby zaatakować źródło słabości waluty.

    Gdzie szukać następnego ruchu?

    Rynki przenoszą teraz uwagę z Londynu na Nowy Jork. „Władze Japonii w zeszłym tygodniu skupiły się na sesji Londyn–Europa, ale ponieważ w Wielkiej Brytanii poniedziałek jest dniem wolnym od pracy, uwaga skupi się teraz na Nowym Jorku” – zauważa Mark Cranfield.

    Zmiana frontu działania może być kluczowa dla skuteczności kolejnych posunięć.

    Czy rezerw starczy?

    Na koniec marca 2026 roku Japonia dysponowała rezerwami walutowymi o wartości około 1,2 biliona dolarów. Z tej ogromnej puli 161,7 miliarda dolarów to depozyty, które mogą zostać wykorzystane do interwencji bezpośrednio. Zdaniem analityków Goldman Sachs, kraj ma potencjał na działania nawet 30-krotnie większe od tych ostatnich. Mają więc z czego strzelać.

    Jednak kluczowe nie jest to, ile amunicji mają w magazynku, ale jak celnie będą strzelać. Bez zmiany fundamentów, każda interwencja może okazać się tylko kosztownym kupowaniem czasu. Czy tym razem Japonia zdoła odwrócić bieg wydarzeń? Rynki wstrzymują oddech, a kurs USD/JPY nie spuszcza oczu z poziomu 160.

  • Kwietniowa ruletka: Które akcje galopowały, a które spadały jak kamień?

    Kwietniowa ruletka: Które akcje galopowały, a które spadały jak kamień?

    Kwietniowa sesja na GPW była jak jazda kolejką górską. Mimo zawirowań geopolitycznych, WIG ustanowił nowy rekord, ale czy te wzrosty naprawdę cieszyły wszystkich inwestorów? Oto podsumowanie miesiąca pełnego kontrastów.

    Rekord WIG i gwałtowna przecena

    Statystyki za cały kwiecień wcale nie są złe – indeksy zyskały na wartości kilka procent. Mimo to, koniec miesiąca przyniósł gwałtowną zmianę nastrojów. W ostatnim dniu kwietnia główne indeksy powróciły do spadków, a WIG20 utrzymywał się poniżej psychologicznej bariery 3 500 pkt. To nie było zaskoczenie dla analityków.

    Piotr Neidek z BM mBanku zauważa, że historycznie sekwencje kilku spadkowych dni częściej prowadzą do kontynuacji spadków niż do trwałego odbicia. Jego zdaniem, rynek „aż prosi się o odbicie, ale zamknięcie WIG poniżej 127 tys. pkt otworzyłoby drogę do głębszej korekty”.

    Top 10 kwietniowych gwiazd

    Mimo ogólnej zmienności, akcje niemal stu firm przyniosły minimum dwucyfrowe stopy zwrotu. Wśród absolutnych liderów znalazły się spółki z różnych sektorów, a nie jak wcześniej głównie związane z obronnością.

    Oto ścisła czołówka: Capital Partners, MDI Energia, APS Energy, Asbis, LSI Software, PMPG, Games Operators, Skarbiec, Artifex Mundi i Wasko. Tylko ta ostatnia awansowała z czołówki marca. Co napędzało te zwyżki?

    Lider z ponad 70% zysku

    Bezkonkurencyjny okazał się Capital Partners, którego akcje wzrosły o ponad 70% – z poziomu poniżej 2 zł do około 3,3 zł. Prezes Krzysztof Geritz w liście do akcjonariuszy wskazał kluczowy powód: sukces procesu pozyskania inwestora strategicznego.

    „Zainicjowany pod koniec trzeciego kwartału proces pozyskania inwestora strategicznego, połączony z podwyższeniem kapitału w celu zapewnienia spółce zdolności do bezpiecznego kontynuowania działalności, zakończył się sukcesem” – pisze Geritz.

    Na początku grudnia 2025 r. Bumech objął 9 mln akcji serii D, stając się największym akcjonariuszem z 50% kapitału.

    Energia wyników

    Na podium znaleźli się też gracze sektora energetycznego. MDI Energia pochwaliła się wynikami za 2025 r.: przychody wzrosły o 27% do 256 mln zł, a spółka wróciła do zysku netto na poziomie 3,2 mln zł po wcześniejszych stratach.

    Tuż za nią APS Energia zyskała niemal 50%, licząc na dynamiczny wzrost w 2026 r. dzięki portfelowi zamówień przekraczającemu 100 mln zł. Prezes Piotr Szewczyk komentuje: „Wysoki backlog i obiecujące perspektywy powodują, że z optymizmem patrzymy na ten rok”.

    Cyfrowa fala

    Globalne trendy cyfryzacji napędzały kolejnych liderów. Asbis zanotował niemal 50% zwyżkę, a jego przychody za marzec 2026 wyniosły rekordowe 462 mln dol., czyli o 68% więcej r/r.

    „Marzec był kolejnym bardzo dobrym miesiącem. Pobiliśmy dwa rekordy: najlepszy wynik miesięczny w tym roku i najlepsze marcowe przychody w historii grupy” – zapowiada prezes Serhei Kostevitch.

    Na cyfryzacji skorzystało też LSI Software (ponad 22% wzrost przychodów do rekordowych 85 mln zł) oraz Wasko, którego kurs od początku roku wzrósł z poniżej 3 zł do blisko 9 zł.

    Drugie dno: kto stracił najwięcej?

    Nie wszyscy świętowali. W przypadku niektórych spółek publikacja wyników przyniosła szok. Diagnostyka po rozczarowujących wynikach za IV kw. spadła z ponad 170 zł do około 150 zł.

    Prawdziwym symbolem kwietniowych rozczarowań zostało jednak Big Cheese Studio. Kurs studia załamał się po premierze gry „Cooking Simulator 2 Better Together”, która na Steamie ma zaledwie 45% pozytywnych ocen. Akcje nie zdołały się podnieść.

    Indeksy sektorowe: wielki rozdźwięk

    Po czterech miesiącach roku najwyższe stopy zwrotu notują WIG20 oraz mWIG40. Jednak podział sektorowy jest jaskrawy.

    Najsilniejszy jest WIG-paliwa (wzrost o ok. 38,5%), napędzany przez Orlen, który jednak złapał „zadyszkę” po ostrej wspinaczce. Mocno radzi sobie też WIG-gry (wzrost 13,7%), głównie dzięki CD Projektowi, który w kwietniu zyskał około 16,5%.

    Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w WIG-informatyka, który po czterech miesiącach jest ponad 12% na minusie. Ponad połowę udziału w tym indeksie ma Asseco Poland, które jest prawie 20% w dół.

    Ciekawie zachowuje się WIG-nieruchomości, który po marcowym dołku w kwietniu wrócił do poziomów lutowych, notując obecnie podobną zwyżkę do szerokiego rynku.

    Co dalej po kwietniowej huśtawce?

    Kwiecień na GPW pokazał siłę pojedynczych historii spółek przy jednoczesnej ogólnej niepewności. Indeksy zyskały, ale pod koniec miesiąca poczuły ciężar korekty. Analitycy obserwują kluczowe poziomy wsparcia, jak 127 tys. pkt dla WIG czy 21,5 tys. pkt dla WIG-banki. Ich utrata może oznaczać głębszą przecenę.

    Czy maj przyniesie kontynuację zwyżek kwietniowych liderów, czy może szeroką korektę? Na to pytanie odpowie dopiero rynek, ale jedno jest pewne – zmienność zostaje z nami na dłużej. Bądźcie czujni!

  • Sezon wynikowy trwa. Które spółki mogą się pochwalić rekordowym początkiem 2026 roku?

    Sezon wynikowy trwa. Które spółki mogą się pochwalić rekordowym początkiem 2026 roku?

    Trwa gorący sezon publikacji wyników finansowych za pierwszy kwartał 2026 roku. Podczas gdy jedne branże przygotowują niespodzianki, w innych może być trudniej o spektakularne zwroty. Gdzie inwestorzy powinni kierować teraz swoją uwagę?

    Wynikowe żniwa już się rozpoczęły

    Sezon publikacji wyników za I kwartał 2026 r. już trwa, jednak prawdziwy wysyp raportów dopiero przed nami. To idealny moment, aby przyjrzeć się, które spółki z warszawskiej giełdy będą w stanie zaprezentować się lepiej na tle zeszłorocznych rezultatów.

    I właśnie tutaj pojawia się kluczowa informacja. Analitycy nie stawiają dużych oczekiwań wobec sektora bankowego, który błyszczał w poprzednich kwartałach. Piotr Gorczyca z Eques Investment TFI wskazuje: „Wynik netto sektora bankowego w I kwartał 2026 r. nie powinien wzrosnąć w ujęciu rok do roku głównie ze względu na podwyższony CIT.”

    Ale nie martwcie się! Ta lukę mogą wypełnić inne branże. Eksperci zakładają poprawę wyników w sektorze detalicznym. Co ważne, dotyczy to szczególnie spółek z branży odzieżowej, obuwniczej, usługowej oraz e-commerce.

    „Sprzyja temu ekspansja marż oraz silny konsument w Polsce i regionie CEE, wspierany przez wzrost realnego funduszu płac i odbudowany po pandemii poziom oszczędności gospodarstw domowych” – wyjaśnia Gorczyca.

    Gdzie szukać dynamiki? Surowce i paliwa w grze

    Jeśli chodzi o najwyższą dynamikę poprawy wyników, analitycy wskazują wyraźnie na dwa sektory: spółki wydobywcze oraz producenci paliw. Dlaczego? Korzystają one z globalnego wzrostu cen surowców i wysokich realizowanych marż.

    Na dużo lepsze wyniki niż przed rokiem może liczyć KGHM. To zasługa utrzymujących się wysokich cen miedzi i srebra. Prognozy są optymistyczne: kwartalna EBITDA koncernu mogła się zbliżyć do 4,6 mld zł, a zysk netto do niemal 2,4 mld zł. Dla porównania, rok wcześniej było to odpowiednio 2,5 mld zł i 330 mln zł.

    Nie inaczej jest w przypadku Orlenu. Zakończony kwartał był dla koncernu okresem wynikowych żniw. Skorzystał on z rosnących cen ropy naftowej i gazu, które poszybowały w górę w odpowiedzi na wojnę na Bliskim Wschodzie. Analitycy prognozują, że kwartalna EBITDA mogła się zbliżyć do 14,7 mld zł (wzrost o ok. 35% r/r), a zysk netto nawet do prawie 6,3 mld zł (wzrost o ok. 46% r/r).

    Kolejnym beneficjentem niestabilnej sytuacji geopolitycznej może być Unimot. Analitycy Trigon DM uważają: „W kontekście wojny na Bliskim Wschodzie, Unimot powinien być beneficjentem zmienności rynku, dostarczając ponadprzeciętnych marż w sektorze paliw ciekłych i handlu gazem.”

    Pozytywne trendy poza surowcami

    Ale dobre wieści nie kończą się na surowcach. Inwestorzy powinni wypatrywać pozytywnych wyników także w innych segmentach.

    W raportach niektórych deweloperów spodziewana jest efektowna poprawa rok do roku. Dotyczy to zwłaszcza Atalu, Archicomu, Develii i Marvipolu. Napędza ją znaczący wzrost sprzedanych lokali i częściowy wzrost cen przy względnie stabilnych kosztach.

    Pozytywne tendencje powinny być też widoczne w spółkach nastawionych na konsumentów. Dwucyfrowa dynamika wyników rok do roku spodziewana jest w przypadku Asbisu, Benefit Systems i LPP.

    A co z branżami pod presją?

    W sektorze przemysłowym, który mierzy się z wyzwaniami, również można szukać jasnych punktów. Pozytywna zmiana powinna być kontynuowana w wynikach Wieltonu, będąc bardziej efektem restrukturyzacji i cięcia kosztów niż gwałtownego wzrostu popytu.

    W sektorze mediów i telekomunikacji optymizm budzą ATM Grupa, Digital Network oraz Orange Polska. Eksperci umiarkowanie pozytywnie podchodzą też do Cyfrowego Polsatu, licząc na zapoczątkowanie ścieżki wzrostu skorygowanej EBITDA.

    Sezon na mocne raporty właśnie się rozpoczął. Kluczowe będzie teraz, które firmy nie tylko spełnią wysokie oczekiwania, ale i które zaskoczą inwestorów pozytywnie. Śledźcie kalendarze giełdowe!

    Wszelkie informacje o spółkach mają charakter wyłącznie informacyjny i nie stanowią rekomendacji inwestycyjnych. Decyzje inwestycyjne należy poprzedzić własną analizą.

  • Zasiłek dla bezrobotnych wzrasta! Ministerstwo zdradza nowe kwoty od czerwca

    Zasiłek dla bezrobotnych wzrasta! Ministerstwo zdradza nowe kwoty od czerwca

    Co czeka osoby tracące pracę po 1 czerwca 2026 roku? Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oficjalnie ogłosiło nowe, waloryzowane stawki popularnej „kuroniówki”. Zasady pozostają znane, ale liczby na kontach będą wyższe – to już pewne.

    Nowe stawki: sprawdź, ile dostaniesz

    Osoby ze stażem pracy wynoszącym 20 lat otrzymają przez pierwsze 90 dni 1783,90 zł brutto miesięcznie (obecnie 1721,90 zł), a później 1400,90 zł (obecnie 1352,20 zł).

    Osoby ze stażem powyżej 20 lat dostaną 2140,68 zł przez pierwsze 90 dni (obecnie 2066,30 zł) oraz 1681,06 zł w kolejnych miesiącach (obecnie 1622,60 zł).

    Wysokość zasiłku dla bezrobotnych zmienia się co roku 1 czerwca i zależy od wskaźnika inflacji ogłaszanego przez GUS. Im wyższa inflacja, tym większa podwyżka świadczeń.

    Ale pamiętajcie! To nie jest jednolita wypłata. Zasiłek dla bezrobotnych jest wypłacany w dwóch wysokościach. Wyższa stawka obowiązuje tylko przez pierwsze 90 dni. Po tym czasie świadczenie automatycznie się obniża – nawet o kilkaset złotych miesięcznie. To mechanizm, który ma motywować do szybszego powrotu na rynek pracy.

    Kluczowe warunki: kto może liczyć na podwyżkę?

    Podwyżka obejmie wszystkich, którzy spełnią określone warunki. Warunkiem otrzymania zasiłku jest przepracowanie co najmniej 365 dni w ciągu 18 miesięcy przed rejestracją oraz opłacanie składek na Fundusz Pracy.

    Do stażu uprawniającego do zasiłku wlicza się nie tylko czas pracy, ale także urlop wychowawczy, pobieranie renty czy służbę wojskową. Kluczowym warunkiem jest również uzyskiwanie wynagrodzenia w kwocie równej lub wyższej od minimalnej płacy (4806 zł brutto w 2026 roku), od której odprowadzano składki.

    Ważna informacja: kiedy wypłata?

    W standardowej procedurze – dotyczącej osób, których stosunek pracy wygasł lub został rozwiązany przez pracodawcę – prawo do zasiłku przysługuje już od dnia zarejestrowania się we właściwym powiatowym urzędzie pracy.

    Należy jednak odróżnić moment nabycia prawa od faktycznego terminu wypłaty. Urzędy pracy wypłacają świadczenia „z dołu”, czyli za miesiąc poprzedni. Zgodnie z przepisami wypłata następuje w terminach ustalonych przez dany urząd, zazwyczaj między 10. a 14. dniem każdego miesiąca.

    Przykładowo, jeśli osoba uprawniona zarejestruje się w urzędzie pracy 1 września, nabywa prawo do zasiłku od tego dnia, ale pierwszy przelew otrzyma dopiero w październiku – będzie on obejmował należność za cały wrzesień.

    Karencja: nie zawsze wypłata jest natychmiastowa

    Tu pojawia się ważny szczegół. W przypadku rozwiązania umowy w sposób inny niż wypowiedzenie przez pracodawcę obowiązuje tzw. karencja, która może trwać 90 lub 180 dni.

    Wypłata po 90 dniach następuje, jeśli stosunek pracy został rozwiązany na mocy porozumienia stron lub za wypowiedzeniem przez pracownika. Wtedy świadczenie zostanie przyznane dopiero po upływie 90 dni.

    Wypłata po 180 dniach dotyczy osób, które zostały zwolnione w trybie dyscyplinarnym lub rozwiązały stosunek pracy nawiązany w ramach skierowania z urzędu pracy przed terminem.

    Czy można dorabiać? Jest limit!

    Warto pamiętać, że przepisy nie zabraniają możliwości dorabiania podczas pobierania zasiłku. Formalnie zgodnie z ustawą, osoba bezrobotna nie może uzyskiwać miesięcznego przychodu przekraczającego połowę minimalnego wynagrodzenia (z wyjątkiem odsetek bankowych).

    Jeśli ktoś podejmie pracę na umowę zlecenie lub uzyska przychód przekraczający ten limit, natychmiast straci status bezrobotnego i prawo do zasiłku.

    Podsumowując: wyższe świadczenia są już oficjalnie ustalone. Teraz kluczowe jest spełnienie warunków i wiedza, kiedy faktycznie pieniądze pojawią się na koncie.

  • Dom jednorodzinny czy hotel pracowniczy? Rząd szykuje bat na właścicieli

    Dom jednorodzinny czy hotel pracowniczy? Rząd szykuje bat na właścicieli

    Czy twój spokojnie dotąd sąsiedztwo zmieniło się w noclegownię dla kilkudziesięciu osób? To niepokojące zjawisko, które z marginalnego problemu przerodziło się w prawdziwą plagę na osiedlach domów jednorodzinnych. Właściciele nieruchomości coraz częściej przekształcają je w nieoficjalne hotele robotnicze, a sąsiedzi są bezsilni. Ale to się ma zmienić – i to szybko.

    Problem, który wymknął się spod kontroli

    Hałas do późnej nocy, awantury, samochody zastawiające każdy wolny skrawek ulicy i góry śmieci. To codzienność mieszkańców wielu spokojnych dotąd osiedli, gdzie domy jednorodzinne zamieniają się w miejsca zbiorowego zakwaterowania pracowników. Jak relacjonuje „Dziennik Gazeta Prawna”, właściciele często ignorują zarówno uwagi sąsiadów, jak i interwencje służb. Problem w tym, że obowiązujące przepisy nie dają skutecznych narzędzi do rozwiązania takich sytuacji.

    Widzimy, że stąpamy po wąskiej linii. Będziemy się starali te przepisy w miarę szybko wprowadzić – mówiła Monika Wróblewska, dyrektor departamentu architektury, budownictwa i geodezji w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.

    Przygotowanie nowych regulacji nie jest proste, bo problem dotyka kilku obszarów prawa jednocześnie. Sprawa trafiła już pod obrady sejmowej komisji infrastruktury oraz komisji wspólnej rządu i samorządu terytorialnego.

    Nie o metry tu chodzi

    Początkowo rozważano wprowadzenie limitów kubatury domów, aby utrudnić ich przekształcanie. Pomysł szybko wzbudził wątpliwości. Eksperci nie mają złudzeń – kluczowy jest nie rozmiar budynku, a liczba jego użytkowników.

    Problemem nie jest wielkość domu, tylko liczba osób go użytkujących, a w prawie budowlanym nie ma przepisu, który mówiłby, ile maksymalnie osób może mieszkać w domu jednorodzinnym – wskazał Andrzej Falkowski z Podlaskiej Okręgowej Izby Inżynierów Budownictwa.

    Podobne stanowisko prezentował Mariusz Ścisło ze Stowarzyszenia Architektów Polskich SARP, przypominając, że podobne przepisy w latach 70. Polacy szybko nauczyli się obchodzić.

    Konkretne propozycje: limit 30% i kary do 10 tys. zł

    Resort rozwoju nie zwalnia jednak tempa i przedstawia już konkretne rozwiązania legislacyjne. Zgodnie z propozycją wiceministra Tomasza Lewandowskiego, w domu jednorodzinnym tylko 30 proc. powierzchni będzie można przeznaczyć na cele zakwaterowania okresowego.

    Przekroczenie tego limitu będzie wymagało uzyskania decyzji o zmianie sposobu użytkowania budynku. Za użytkowanie budynku niezgodnie z przeznaczeniem ma grozić kara do 10 tys. zł, która będzie mogła być nakładana wielokrotnie, jeśli właściciel nie zastosuje się do przepisów.

    Wprost wskazujemy, że jeżeli ktoś chce u siebie prowadzić taki hotel pracowniczy, musi wystąpić o zmianę sposobu użytkowania budynku – podkreślił Lewandowski.

    Presja na szybkie działania jest ogromna

    Samorządowcy nie kryją zaniepokojenia skalą zjawiska i fatalnymi warunkami, w jakich żyją często mieszkańcy takich „hoteli”.

    Są w Polsce gminy, w których powstały wręcz osiedla zbudowane po to, żeby osoby przyjeżdżające spoza kraju wegetowały w tych pomieszczeniach – alarmuje Marek Wójcik, pełnomocnik Zarządu Związku Miast Polskich. – To są z reguły domy jednorodzinne, w którym mieszka kilkadziesiąt osób w urągających warunkach, bez szacunku dla przepisów sanitarnych i przeciwpożarowych. Ten problem musi się załatwić szybko, zanim dojdzie do tragedii.

    Z danych przedstawionych podczas posiedzeń wynika, że obecne przepisy pozwalają na zakwaterowanie w jednym domu nawet kilkudziesięciu osób. Przed 2018 rokiem prawo zezwalało na wydzielenie maksymalnie dwóch lokali w domu jednorodzinnym. Dziś, jak wskazuje Wójcik, zdarza się, że w jednym budynku jest 14 czy 18 lokali mieszkalnych, co fatalnie odbija się na lokalnej infrastrukturze.

    Resort deklaruje, że zmiany powinny wejść w życie jak najszybciej. Rozważane są różne ścieżki legislacyjne – zarówno projekt rządowy, jak i inicjatywa poselska. Szczegółowe propozycje Ministerstwo Rozwoju i Technologii ma przedstawić samorządom w najbliższych dniach.

    Czy to koniec ery dzikich hoteli pracowniczych w domach jednorodzinnych? Wszystko wskazuje na to, że rząd bierze sprawę na poważnie i szykuje solidne narzędzia do walki z tym uciążliwym procederem. Sąsiedzi pewnie już nie mogą się doczekać.

  • Działki ROD wracają do łask, ale cena to tylko wierzchołek góry lodowej

    Działki ROD wracają do łask, ale cena to tylko wierzchołek góry lodowej

    Rodzinne Ogródki Działkowe wracają na top, ale czy wiesz, co naprawdę stoi za pozornie atrakcyjną ceną? Wraz z boomem rosną koszty i złożoność formalności. A to dopiero początek!

    Jeśli planujesz „kupić” działkę, musisz być przygotowany na prawdziwą gimnastykę formalną. To nie jest zwykła transakcja nieruchomości – to proces regulowany przez konkretne prawo i wewnętrzne regulacje. Oto, co musisz wiedzieć, zanim się na to zdecydujesz.

    ROD kontra prywatna działka: fundamentalna różnica

    Przede wszystkim musisz jasno rozróżnić prywatne parcele letniskowe od działek w Rodzinnych Ogródkach Działkowych (ROD). To kluczowa sprawa, bo przepisy i zasady są zupełnie inne. Transakcje w ROD nie podlegają zwykłemu prawu cywilnemu, ale ustawie o ROD i regulaminom ogrodu.

    Oznacza to między innymi, że każda umowa wymaga obowiązkowego zatwierdzenia przez zarząd stowarzyszenia ogrodu. Bez tej zgody transakcja jest nieważna. To pierwsza i bardzo poważna bariera, o której wielu zapomina.

    Co właściwie kupujesz? Prawa, nie grunt

    Tutaj czeka kolejna pułapka. W ROD nie kupujesz ziemi na własność. Nabywasz prawo do dzierżawy działki od stowarzyszenia. To ma ogromne znaczenie choćby dla podatków.

    Podatek od czynności cywilnoprawnych wyniesie tu 1 proc. od wartości samego prawa do dzierżawy. Ale uwaga! Jeśli na działce stoją już jakieś nasadzenia, altana czy inne obiekty, za ich przeniesienie zapłacisz już 2 proc. podatku. Trzeba to rozdzielić w umowie, by nie przepłacać.

    Formalna dżungla: podpisy, zgody i opłaty

    Przejdźmy przez formalny proces krok po kroku. To nie jest tylko spotkanie i podpisanie papierów.

    • Poświadczenie podpisów: Umowę muszą podpisać obie strony, a te podpisy trzeba odpowiednio poświadczyć. Często wymagane jest poświadczenie notarialne lub przez zarząd ogrodu.

    • Zgoda zarządu: Jak już wspomnieliśmy – bez pieczątki i zgody zarządu ROD umowa jest bezwartościowa. Zarząd sprawdza, czy nowy działkowiec spełnia warunki regulaminu.

    • Opłaty wejściowe: Oprócz ceny „zakupu” prawa do dzierżawy, przygotuj się na dodatkowe opłaty na rzecz ogrodu – wpisowe, roczną składkę członkowską. Ich wysokość określa regulamin.

    Cena: od tysiąca do dziesiątek tysięcy

    A ile to wszystko kosztuje? Zakres cen jest ogromny. Jak zauważa Business Insider Polska, jak masz szczęście, działkę znajdziesz za 1 tys. zł. To cena, która może kusić.

    Ale autorzy przestrzegają: nawet przy dużo wyższych kwotach – rzędu dziesiątek tysięcy złotych – mówimy często o ruinach bez podstawowych udogodnień. Wysoka cena nie gwarantuje komfortu. Możesz kupić prawa do działki z rozpadającą się altaną, bez dostępu do wody czy toalety.

    Mimo to, jak podkreślają bohaterki reportaży, „to nie jest dom, ale daje coś, czego w mieście nie da się kupić”. Dla wielu jest to ucieczka od miejskiego zgiełku, powrót do korzeni i sposób na codzienność w kontakcie z naturą. Ta wartość niematerialna często przewyższa niedogodności.

    Pułapki, które kosztują czas i pieniądze

    Rozkładamy proces krok po kroku, z listą wydatków i ryzyk, które mogą realnie kosztować czas i pieniądze – podsumowuje źródłowy artykuł. O czym konkretnie mowa?

    1. Ukryte zobowiązania: Poprzedni dzierżawca mógł zalegać z opłatami. Przejmujesz działkę „w stanie istniejącym”, co może oznaczać długi wobec ogrodu.
    2. Restrykcyjny regulamin: Ograniczenia co do wysokości altany, rodzaju upraw, możliwości przebywania na działce. Może się okazać, że twoje plany są z góry skazane na niepowodzenie.
    3. Niedoinwestowana infrastruktura ogrodu: Słaby dostęp do wody, zaniedbane ścieżki, brak bezpieczeństwa. Na to nie masz wpływu, a wpływa na komfort.

    Czy zatem warto? Decyzja należy do ciebie. Rodzinne ogródki działkowe oferują unikalną wartość – kawałek zieleni, społeczność, możliwość samodzielnej uprawy. Ale wejście na tę ścieżkę wymaga świadomości, cierpliwości i dokładnego sprawdzenia wszystkich szczegółów. Nie daj się zwieść niskiej cenie – prawdziwy koszt może się ujawnić dużo później.

  • Ścieżka SMART wyłania zwycięzców, ale pula miliardów czeka na kolejnych innowatorów

    Ścieżka SMART wyłania zwycięzców, ale pula miliardów czeka na kolejnych innowatorów

    W Polsce zaczyna działać nowy, uporządkowany system finansowania innowacji. Zamiast rozproszonych programów, firmy mają jasno zdefiniowane ścieżki dla swoich ambitnych projektów. Co to oznacza dla przedsiębiorców? Sprawdźmy, jak wygląda to w praktyce i jakie szanse otwierają się w maju.

    Rewolucja w finansowaniu innowacji

    Jak zmienia się podejście do wspierania innowacji w Polsce? Według Tomasza Modzolewskiego z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP), Ścieżka SMART to przejście z rozproszonego systemu na uporządkowany i spójny model finansowania.

    „Ścieżka SMART” to przede wszystkim zmiana podejścia z rozproszonego systemu wsparcia na bardziej uporządkowany i spójny model finansowania innowacji.

    Przedsiębiorcy mają do dyspozycji jasno zdefiniowane ścieżki – osobno na prace B+R oraz na wdrożenie wyników tych prac. To podejście upraszcza i porządkuje proces, pozwalając firmom skupić się na konkretnych celach bez dopasowywania się do złożonych schematów.

    Luka wdrożeniowa – problem adresowany wprost

    Jedną z największych barier w systemie innowacji była dotąd tzw. luka wdrożeniowa – wiele projektów kończyło się na etapie prototypu. Ścieżka SMART adresuje ten problem, umożliwiając finansowanie zarówno badań, jak i inwestycji we wdrożenie ich wyników.

    Co istotne, już na etapie oceny projektu duży nacisk kładzie się na potencjał rynkowy. Liczy się nie tylko nowość rozwiązania, ale także to, czy ma realną szansę na komercjalizację. Dzięki temu wspierane są projekty, które trafiają do gospodarki – również na rynki zagraniczne – wzmacniając konkurencyjność polskich firm.

    Które branże już korzystają?

    Z dotychczasowych projektów wyraźnie widać koncentrację w kilku obszarach. Dużą aktywność obserwujemy w sektorze nowych technologii, w tym IT, sztucznej inteligencji i analityki danych. Silnie reprezentowany jest także przemysł produkcyjny, zwłaszcza projekty związane z automatyzacją i Przemysłem 4.0.

    Dużą dynamikę wykazują również branże medyczna i farmaceutyczna. Coraz więcej projektów dotyczy też cyfryzacji przedsiębiorstw oraz rozwiązania pozwalające na zazielenienie działalności.

    Konkretne przykłady? Wśród projektów można znaleźć innowacyjną zastawkę przezskórną, detektory podczerwieni działające w kosmosie, wsparcie badań nad terapiami onkologicznymi czy nową linię narzędzi skrawających dla przemysłu motoryzacyjnego i lotniczego.

    Majowy wysyp naborów

    Ale to nie tylko o projekty już przyznane. Właśnie rusza kolejna odsłona konkursów z grantami dla innowatorów!

    Od 14 maja MŚP mogą startować w konkursie Ścieżka SMART na wdrożenie wyników prac B+R. Granty pomogą sfinansować także działania związane z własnością przemysłową, umiędzynarodowieniem produktu i rozwojem kompetencji. W puli jest 700 mln zł. Minimalna wartość projektu to 3 mln zł, maksymalna 50 mln zł. Nabór trwa do 11 czerwca.

    Natomiast dzień później zakończy się Ścieżka SMART dla konsorcjów naukowo-przemysłowych (NCBR). W puli jest 350 mln zł. Granty wesprą także przedsięwzięcia dotyczące rozwoju produktów dual use (podwójnego zastosowania).

    NCBR prowadzi również Ścieżkę SMART dla dużych firm. Mogą one ubiegać się o dotacje w pojedynkę do 22 maja. W puli jest również 350 mln zł.

    Nie tylko SMART – cały wachlarz możliwości

    Maj to również czas na inne strategiczne programy:

    • STEP – technologie cyfrowe i deeptech: Od 21 maja MŚP mogą ubiegać się o dotacje na zaawansowane półprzewodniki, sztuczną inteligencję, technologię kwantową i robotykę. PARP przeznaczyła na dwa konkursy 300 mln zł.
    • Biotechnologie: Do 18 czerwca MŚP mogą stanąć w szranki o dofinansowanie projektów inwestycyjnych z branży biotechnologicznej, obejmujących technologie genowe i nanobiotechnologię. Łączny budżet to 300 mln zł.
    • Agrostrateg: Od 14 maja konsorcja naukowo-przemysłowe z sektora rolnego mogą ubiegać się o dofinansowanie projektów B+R odpowiadających na kluczowe wyzwania branży. W puli jest 300 mln zł. Nabór kończy się 28 sierpnia.
    • Hydrostrateg: Pod koniec maja (od 28 maja) konsorcja naukowo-przemysłowe dostaną granty na projekty B+R poprawiające jakość wody. Budżet konkursu Gospostrateg to 200 mln zł.
    • Dotacje regionalne: Przedsiębiorcy z województwa warmińsko-mazurskiego od 20 maja mogą ubiegać się o granty na budowę lub rozwój firmowych centrów B+R. W puli jest 70 mln zł.

    Jak przygotować się do sukcesu?

    Program cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem – w dotychczasowych naborach złożono kilka tysięcy wniosków. Obecnie na 7,6 mld zł dostępnego budżetu, ponad 4 mld zł już zostało przyznanych dla ponad 520 projektów.

    Największe szanse mają projekty dobrze przemyślane i spójne – takie, które łączą wysoki poziom innowacyjności z realnym potencjałem rynkowym. Kluczowe jest także wpisanie się w Krajowe Inteligentne Specjalizacje.

    PARP rozwija działania doradcze i edukacyjne, które pomagają firmom unikać typowych błędów – takich jak brak potencjału wdrożenia, niska innowacyjność czy niejasne wskaźniki rezultatów.

    Wysoki poziom konkurencji sprawia, że wsparcie trafia do najlepiej przygotowanych projektów – o najwyższym poziomie innowacyjności i największym potencjale wdrożeniowym. To przekłada się na realny wpływ na rozwój gospodarki. Kolejne nabory przed nami – czas na przygotowanie wniosków!

  • „Nazwij go grubą świnią”. Jak jedno pytanie demaskuje szpiegów wśród kandydatów na pracę

    „Nazwij go grubą świnią”. Jak jedno pytanie demaskuje szpiegów wśród kandydatów na pracę

    Wyobraź sobie, że prowadzisz rozmowę kwalifikacyjną. Wszystko idzie gładko, a potem pada prośba: „Nazwij Kim Dzong Una grubą świnią”. Twój kandydat nagle się rozłącza, a nagranie z Google Meet robi furorę w sieci. To nie jest żart. To realny test, który ma oddzielić zwykłych programistów od agentów jednego z najbardziej izolowanych reżimów na świecie.

    Wirusowe nagrania, które ujawniają prawdę

    W kwietniu 2026 r. w mediach społecznościowych, zwłaszcza na platformie X, rozeszły się dwa nagrania, które stały się symbolem nowego zagrożenia. Na pierwszym z nich kandydat ubiegający się o pracę w amerykańskiej firmie technologicznej zostaje poproszony o wypowiedzenie obraźliwego zdania pod adresem przywódcy Korei Północnej. Mężczyzna zamiera, a po chwili decyduje, że „życie jest ważniejsze”, i po prostu wychodzi z rozmowy.

    Drugie nagranie, udostępnione przez Simona Wijckmansa, pochodzi bezpośrednio z Google Meet – tam kandydat również zastyga w bezruchu i szybko się rozłącza. Te krótkie filmiki to nie żart rekrutera. Stanowią prostą, choć tymczasową metodę weryfikacji.

    Dlaczego to działa? Lęk o rodzinę

    Reżim w Korei Północnej od pokoleń indoktrynuje swoich obywateli do absolutnej lojalności. Każde publiczne obrażenie Kim Jong Una – nawet za granicą – grozi nie tylko karą dla danej osoby, ale także represjami wobec całej rodziny pozostawionej w kraju. Nawet wytrenowani szpiedzy nie są w stanie podjąć takiego ryzyka.

    Jeden taki test trwa kilkanaście sekund, a może uchronić firmę przed stratami sięgającymi milionów dolarów. W erze zdalnej pracy i AI, gdy fałszowanie tożsamości jest łatwiejsze niż kiedykolwiek, takie pytania zyskują na znaczeniu jako szybki filtr.

    Masz kreta w firmie? To część ogromnej operacji

    To, co widzimy na nagraniach, nie jest kuriozum. To część dobrze zorganizowanej, wieloletniej operacji północnokoreańskiego reżimu, znanej pod nazwami takimi jak WageMole lub Famous Chollima. Działania te ruszyły na szerszą skalę około 2018 r. i zyskały na znaczeniu wraz z rozpowszechnieniem pracy zdalnej.

    Reżim w Phenianie wysyła tysiące wykształconych obywateli – najczęściej młodych mężczyzn przeszkolonych w programowaniu – do pracy za granicą lub w warunkach zdalnych. Przedstawiają się jako doświadczeni programiści z USA, Kanady, Europy Zachodniej, Japonii czy Korei Południowej.

    Ich celem jest hybrydowe działanie: generowanie twardej waluty dla reżimu ograniczonego sankcjami oraz szpiegostwo przemysłowe. Uzyskują dostęp do wewnętrznych systemów firm, kodu źródłowego, baz danych, a czasem nawet infrastruktury krytycznej. Mogą kraść własność intelektualną i wprowadzać ukryte luki bezpieczeństwa na przyszłość.

    Skala problemu budzi poważny niepokój

    Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz amerykańskich agencji rządowych, program północnokoreańskich pracowników IT generuje dla reżimu od 250 do nawet 600 milionów dolarów rocznie. Pojedynczy taki „pracownik” może zarobić dla siebie i reżimu nawet 300 tysięcy dolarów w ciągu roku, z czego nawet 90 proc. trafia bezpośrednio do budżetu Phenianu.

    Liczba fałszywych tożsamości jest trudna do określenia, ale eksperci mówią już o tysiącach aktywnych operacji. Firmy z listy Fortune 500 przyznają, że w wielu przypadkach zatrudniały takich pracowników, zanim udało się ich wykryć. Wzrost liczby incydentów w 2025 r. wyniósł nawet 220 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem.

    Zagrożenie nie ogranicza się już tylko do Stanów Zjednoczonych. Coraz częściej dotyczy ono także firm europejskich. Startupy, software house’y i międzynarodowe korporacje otrzymują codziennie dziesiątki, a czasem setki podejrzanych aplikacji.

    Ewolucja zagrożenia: Sztuczna inteligencja w służbie reżimu

    Szczególnie niepokojące jest to, że operacja ewoluuje wraz z technologią. Coraz częściej korzysta się z narzędzi sztucznej inteligencji – do generowania realistycznych awatarów, zmiany głosu, tworzenia deepfake’ów wideo czy automatyzacji odpowiedzi podczas rozmów. To sprawia, że tradycyjne metody weryfikacji stają się mniej skuteczne, a ryzyko infiltracji rośnie.

    Reżim opracował cały proces infiltracji z precyzją: od przygotowania fałszywych profili na GitHub i LinkedIn, przez rozmowy kwalifikacyjne z użyciem deepfake’ów, aż po działanie po zatrudnieniu, obejmujące transfery danych i zostawianie „bomb zegarowych” w kodzie.

    Jak się bronić? Praktyczne rady dla firm

    Na etapie rekrutacji warto szczegółowo analizować profile. Na GitHub czerwoną flagą jest data utworzenia konta późniejsza niż pierwsze commity (tzw. „postarzanie”). Na LinkedIn uwagę powinny przykuwać słabe sieci kontaktów i niespójności. Podczas rozmowy kluczowe jest wymuszenie ludzkiej interakcji – wymaganie włączonej kamery i uważna obserwacja. Po zatrudnieniu należy monitorować adresy IP logowań i nietypowe godziny aktywności.

    A co, jeśli ktoś się już wkradł? Najważniejsze jest natychmiastowe, spokojne działanie: ograniczenie dostępu, przegląd logów i zabezpieczenie dowodów. W Polsce sprawę należy zgłosić do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Ministerstwa Finansów.

    Infiltracja takiego pracownika nie kończy się na wycieku danych. To także mimowolne finansowanie programu nuklearnego Korei Północnej i poważne zagrożenie dla całej branży technologicznej. To, co zaczyna się od jednego wirusowego nagrania z rozmowy o pracę, może skończyć się katastrofą bezpieczeństwa dla firmy i jej klientów. Nie lekceważ tego zagrożenia.

  • Sejm załatwił problem właścicieli mieszkań? Kluczowa zmiana idzie do Senatu

    Sejm załatwił problem właścicieli mieszkań? Kluczowa zmiana idzie do Senatu

    Czy jako właściciel nieruchomości kiedykolwiek głowiłeś się nad interpretacjami podatkowymi swojej gminy? Sejm właśnie podjął decyzję, która ma to ułatwić. Posłowie uchwalili nowelizację Ordynacji podatkowej, która przewiduje centralizację informacji w jednej, ogólnodostępnej bazie.

    Centralna baza interpretacji – koniec z szukaniem po gminach

    Dokładnie chodzi o przepis, który zobowiąże wójtów, burmistrzów i prezydentów miast do publikowania indywidualnych interpretacji w sprawach podatku od nieruchomości w centralnej bazie EUREKA. To ta sama baza, w której od dawna publikowane są interpretacje dotyczące VAT, PIT czy CIT.

    Zmiana to realne ułatwienie dla podatników. Dziś interpretacje są rozproszone na stronach internetowych blisko 2,5 tysiąca gmin i miast. To utrudniało, a czasem wręcz uniemożliwiało, porównanie stanowisk różnych samorządów w tych samych, często spornych kwestiach – na przykład tego, czy dany obiekt to budynek, czy budowla.

    Ustawa ma wejść w życie po upływie trzech miesięcy od dnia ogłoszenia. Teraz trafi do Senatu.

    Co z innymi projektami? Kolejne zmiany w toku

    To nie koniec prac legislacyjnych. W Sejmie na ostatnim posiedzeniu trwały gorące dyskusje nad kilkoma innymi projektami podatkowymi.

    Prace nad zmianami dla biogazowni rolniczych będą kontynuowane w komisjach sejmowych, w tym w komisji ochrony środowiska. Projekt PiS (druk 2168) zakłada opodatkowanie ich niższym podatkiem rolnym zamiast podatkiem od nieruchomości. Rząd jest jednak przeciwny tym zmianom.

    Za to żegnamy się z pomysłem likwidacji opłaty od psa. Posłowie odrzucili w całości projekt PiS, który to zakładał. Przypomnijmy – decyzja o jej pobieraniu należy do rad gmin i jest dobrowolna.

    A co z podatkami od czynności prawnych? Ważne zmiany w procedurach

    Sejm pracował również nad innymi, ważnymi dla przedsiębiorców zmianami w Ordynacji podatkowej. Odbyło się II czytanie rządowego projektu (druk 2288), który ma zakończyć wieloletnie spory sądowe.

    Kluczowa zmiana? Uchylenie artykułu, który pozwalał na zawieszenie biegu przedawnienia zobowiązań podatkowych przez wszczęcie postępowania karnego skarbowego. Organy podatkowe bywały oskarżane o nadużywanie tego przepisu jedynie po to, by przedłużyć postępowanie.

    Projekt wprowadza jednak nową przesłankę zawieszenia: będzie to możliwe, jeśli szef KAS wszczął postępowanie, by zastosować klauzulę przeciw unikaniu opodatkowania. Przewiduje też, że dokonanie wpisu hipoteki przymusowej lub zastawu skarbowego będzie zawieszało bieg terminu przedawnienia. Ustawa ma wejść w życie 1 października 2026 roku.

    E-papierosy, JPK i VAT na laptopy – co jeszcze się działo?

    Posłowie nie zwolnili tempa. Rozpoczęto prace nad obciążeniem akcyzą e-papierosów na poziomie takim, jak dla e-papierosów z grzałką elektryczną (druk 2457).

    Przeprowadzono też I czytanie projektu wydłużającego terminy na przesyłanie JPK dla podatników PIT i CIT prowadzących księgi rachunkowe. Z danych MF wynika, że dotyczy to 51 tys. podatników PIT i 300 tys. podatników CIT.

    Na koniec – gorący temat. PiS zaproponował rozszerzenie zerowej stawki VAT na laptopy. Rząd wskazuje jednak, że na taką obniżkę nie pozwala unijna dyrektywa VAT. Poseł Janusz Kowalski ripostował, że obecne przepisy też są z nią niezgodne, co potwierdził wiceminister finansów Jarosław Neneman.

    Jak widać, ostatnie posiedzenie Sejmu było bardzo pracowite. Centralna baza interpretacji to krok w dobrą stronę, ale na ostateczny kształt innych propozycji przyjdzie nam jeszcze poczekać.