Blog

  • Czarnogóra bliżej UE. Bruksela ujawnia, ile zapłacimy za nowego członka

    Czarnogóra bliżej UE. Bruksela ujawnia, ile zapłacimy za nowego członka

    Unia Europejska coraz poważniej myśli o przyjęciu nowego członka. Po latach stagnacji w kwestii rozszerzenia, w centrum uwagi znalazła się Czarnogóra. Przedstawiciele Komisji Europejskiej ujawnili właśnie, ile może kosztować cała operacja.

    Kwota, która robi wrażenie

    Rzecznik Komisji Europejskiej Guillaume Mercier poinformował, że koszt akcesji Czarnogóry oszacowano na 3,2 miliarda euro. W przeliczeniu na każdego mieszkańca obecnej Unii Europejskiej to wydatek mniejszy niż jedno euro rocznie. Pakiet finansowy, jak zaznaczył Mercier, ma na celu zagwarantowanie płynnego i bezproblemowego przebiegu przystąpienia tego bałkańskiego państwa do Wspólnoty.

    Kiedy możliwe członkostwo?

    Optymistycznym scenariuszem jest rok 2028. Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa na szczycie UE-Bałkany Zachodnie w czerwcu wprost stwierdził, że po raz pierwszy od 2013 roku „naprawdę odliczamy dni” do kolejnego rozszerzenia. Czarnogóra ma szansę stać się 28. państwem członkowskim.

    Spośród wszystkich kandydatów do UE to właśnie Podgorica jest najbardziej zaawansowana w negocjacjach. Kraj zamknął już 16 z 33 rozdziałów negocjacyjnych, a wszystkie 33 zostały otwarte. W kwietniu Bruksela powołała grupę roboczą do przygotowania projektu traktatu akcesyjnego, a prace nad nim ruszyły w maju. Europejscy dyplomaci studzą jednak optymizm – aby wejście było możliwe 1 stycznia 2028 roku, kluczowe ustalenia muszą zapaść do końca 2026 roku, a traktat musi zostać ratyfikowany przez wszystkie 27 państw. Bardziej realnym terminem wydaje się więc lato 2028 roku.

    Ile Czarnogóra dostanie, a ile wniesie?

    Propozycja Komisji Europejskiej zakłada siedmioletni pakiet na lata 2028–2034. Z szacowanej kwoty 3,2 miliarda euro, 1 miliard euro ma stanowić pomoc przedakcesyjna. Z drugiej strony, szacuje się, że Czarnogóra będzie wpłacać do unijnego budżetu około 75 milionów euro rocznie, co łącznie przez siedem lat daje nieco ponad 500 milionów euro. Ostateczne szczegóły dotyczące składki oraz kwoty, jaką kraj otrzyma z budżetu, będą jeszcze przedmiotem negocjacji między państwami członkowskimi.

    Wyzwania na drodze do UE

    Mimo imponujących postępów, przed Czarnogórą wciąż stoją poważne wyzwania. UE domaga się wzmocnienia niezależności sądownictwa, skuteczniejszej walki z korupcją oraz zwiększenia wolności mediów. Kraj jest pod lupą ze względu na historyczne powiązania między grupami przestępczymi a strukturami politycznymi i gospodarczymi. W ostatnich latach rozpoczęto co prawda ofensywę antykorupcyjną, która doprowadziła do głośnych aresztowań byłych wysokich rangą sędziów, prokuratorów i policjantów, jednak liczba wyroków skazujących pozostaje relatywnie niska.

    Chorwacja stawia warunki

    Decyzja o rozszerzeniu wymaga zgody wszystkich państw członkowskich. Premier Chorwacji Andrej Plenković zadeklarował wsparcie dla Czarnogóry, ale postawił konkretne warunki. Obejmują one m.in.: odszkodowania dla chorwackich więźniów z obozu Morinj oraz przyznanie się do odpowiedzialności, wyjaśnienie losu osób zaginionych w czasie wojny w rejonie Dubrownika, ściganie zbrodni wojennych, rozstrzygnięcie roszczeń majątkowych, rozpoczęcie rozmów o granicy wokół spornego półwyspu Prevlaka, a także zwrot statku szkoleniowego Jadran.

    Co z euro?

    Co ciekawe, Czarnogóra od lat używa euro jako swojej oficjalnej waluty, choć nie jest członkiem strefy euro. Przyjęła ją jednostronnie w 2002 roku. Europejski Bank Centralny wyjaśnił jednak, że kraj nie może przystąpić do strefy euro jednocześnie z wejściem do UE – te procesy muszą następować jeden po drugim. Dokładne ramy prawne zostaną określone w traktacie akcesyjnym.

    Decyzja o przyjęciu Czarnogóry ma wymiar nie tylko finansowy, ale i geopolityczny. Kraj po uzyskaniu niepodległości w 2006 roku, będący niegdyś sojusznikiem Rosji, zdecydowanie zwrócił się w stronę Zachodu. Czarnogóra jest członkiem NATO od 2017 roku i przyłączyła się do sankcji wobec Rosji po agresji na Ukrainę.

  • Polacy znów ruszyli po obligacje skarbowe. Czerwiec z najlepszym wynikiem w 2026 roku

    Polacy znów ruszyli po obligacje skarbowe. Czerwiec z najlepszym wynikiem w 2026 roku

    Po dwóch miesiącach wyraźnego spowolnienia na rynek obligacji skarbowych wrócił dobry nastrój. W czerwcu Polacy kupili detaliczne papiery wartościowe za 8,62 mld zł – to najwyższy miesięczny wynik w tym roku i wyraźne odbicie po maju i kwietniu, gdy sprzedaż nie sięgała 6 mld zł. Skok napędziła przede wszystkim rekordowa fala zamiany starych obligacji na nowe serie.

    Zamiana podbija wynik o 3 mld zł

    Ministerstwo Finansów przyznaje, że czerwcowy sukces nie byłby możliwy bez mechanizmu wymiany papierów. Z tytułu zamiany obligacji detalicznych na nowe emisje sprzedaż wzrosła aż o ponad 3 mld zł. Dla porównania – w maju i kwietniu wartość zamian nie przekraczała 1 mld zł.

    „Polacy doceniają również korzyści z zamiany” – skomentował Jurand Drop, podsekretarz stanu w resorcie finansów. Podkreślił, że to wygodna forma przedłużenia oszczędzania, która nie tylko pozwala kontynuować pomnażanie środków, ale także generuje dodatkowy zysk dzięki dyskontu przy zakupie. Dodał: „Wiedzą o tym nasi klienci, którzy właśnie poprzez zamianę nabyli w czerwcu rekordową liczbę obligacji za ponad 3 mld złotych”.

    Ulubieńcy Polaków: roczne papiery na czele

    Które obligacje cieszyły się największym zainteresowaniem? Królowały jednoroczne papiery o zmiennym oprocentowaniu (ROR), których sprzedaż sięgnęła 3,76 mld zł. Stanowi to 43,5% całej czerwcowej sprzedaży – to wzrost udziału w porównaniu z majem, gdy wynosił 41,5%.

    Drugie miejsce zajęły trzyletnie obligacje o stałym oprocentowaniu (TOS) ze sprzedażą na poziomie 1,5 mld zł (17,4% udziału), a tuż za nimi uplasowały się czteroletnie papiery indeksowane inflacją (COI) – 1,49 mld zł (17,3 proc.). Mniejszym zainteresowaniem cieszyły się obligacje dwuletnie (DOR) i dziesięcioletnie (EDO) – po 9% udziału, oraz trzymiesięczne (OTS) z zaledwie 2%.

    Sezonowość i efekt rolowania

    Eksperci zwracają uwagę na wyraźną sezonowość letnich wyników. Emil Szweda, redaktor naczelny serwisu Obligacje.pl, już wcześniej przewidywał, że wakacyjne miesiące przyniosą wzrost sprzedaży. „Wynika to z mechanizmu rolowania obligacji. Kilka lat temu Ministerstwo Finansów wprowadziło obligacje roczne i dwuletnie, które okazały się ogromnym sukcesem. Teraz część tych papierów osiąga termin wykupu. Inwestorzy odzyskują kapitał i przynajmniej część tych środków będzie ponownie lokowana w obligacje skarbowe. To powinno wspierać wyniki sprzedaży w okresie wakacyjnym” – mówił na początku czerwca w „Parkiecie”.

    Business Insider dodaje, że wzrost sprzedaży w ujęciu rocznym (w czerwcu 2025 r. było to 6,6 mld zł) to także efekt niższej bazy oraz rekordowej zamiany. Mimo to czerwcowy rezultat pozostaje daleko od absolutnych szczytów – w czerwcu 2022 r. Polacy kupili obligacje za 14,1 mld zł, a w lipcu i sierpniu 2024 r. notowano wyniki powyżej 10-11 mld zł.

    Bilans półrocza i perspektywy

    Po pierwszych sześciu miesiącach 2026 r. łączna sprzedaż detalicznych obligacji skarbowych wyniosła niecałe 38,8 mld zł. Dla porównania – w całym rekordowym 2024 r. sięgnęła 82,6 mld zł, a w 2025 r. – 74,9 mld zł. Jeśli utrzyma się obecne tempo, istnieje szansa na przekroczenie wyniku z ubiegłego roku.

    Na lipiec resort finansów nie zmienił warunków oferty. Obligacje jednoroczne (ROR) mają oprocentowanie w pierwszym miesiącu na poziomie 4,00% w skali roku, a dwuletnie (DOR) 4,10%. Trzyletnie papiery stałoprocentowe (TOS) dają 4,40%, czteroletnie indeksowane inflacją (COI) – 4,75%, a dziesięcioletnie (EDO) – 5,35%. Osoby z programu „Rodzina 800+” mogą liczyć na 5,00% w przypadku obligacji sześcioletnich i 5,60% dla dwunastoletnich. Trzymiesięczne papiery (OTS) pozostają na poziomie 2,00%.

  • NATO stawia na prywatny kapitał. Kanada buduje globalny bank obronny z 9 krajami

    NATO stawia na prywatny kapitał. Kanada buduje globalny bank obronny z 9 krajami

    Miliony na obronność z banków i funduszy

    Na szczycie NATO w Ankarze jednym z głównych tematów stała się mobilizacja prywatnego kapitału na cele bezpieczeństwa i obronności. Sojusz chce, by banki, fundusze inwestycyjne i prywatni inwestorzy odgrywali większą rolę w finansowaniu sektora obronnego. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte ogłosił, że instytucje finansowe państw sojuszu zgromadziły już 217 miliardów dolarów na wsparcie bezpieczeństwa i obronności. Informację tę przedstawił podczas panelu, który odbył się na marginesie forum przemysłu obronnego, tuż przed rozpoczęciem szczytu w Ankarze. Panel był poświęcony mobilizacji sektora finansowego na rzecz bezpieczeństwa i obronności.

    W panelu wzięli udział przedstawiciele dużych instytucji finansowych z różnych krajów. Wśród nich znalazły się banki takie jak BNP Paribas, Citigroup, Danske Bank, NatWest, a także kanadyjski Business Development Bank of Canada oraz polski PKO Bank Polski.

    Kanadyjska propozycja: Bank DSRB

    Kanada, której premierem jest Mark Carney, promuje na szczycie utworzenie nowego globalnego banku obronnego. Inicjatywa nosi nazwę Defence, Security and Resilience Bank (DSRB) – Bank Obronności, Bezpieczeństwa i Odporności. Jak ogłosił Carney, dziewięć krajów zobowiązało się do wspierania tego projektu. Oprócz Kanady są to: Albania, Belgia, Grecja, Łotwa, Luksemburg, Rumunia, Turcja i Ukraina. To właśnie te państwa mają określić politykę i kierunki działania banku, kształtować jego operacje oraz zapewnić, by korzyści trafiły do gospodarek członkowskich NATO.

    „Powstanie DSRB pociągnie za sobą inwestycje, zwiększy naszą przemysłową bazę obronną i zapewni, że Kanada i sojusznicy będą dysponować możliwością sprostania razem mniej bezpiecznemu i bardziej podzielonemu światu” – podkreślił Mark Carney w komunikacie biura prasowego.

    Przed wylotem do Ankary, podczas konferencji prasowej w Halifaksie, premier Carney mówił o dobrej pozycji finansowej Kanady i znaczeniu banku dla gospodarek uczestniczących krajów.

    Kluczowe założenia i harmonogram

    DSRB ma rozpocząć działalność w 2027 roku. Jego siedziba będzie znajdować się w Kanadzie, choć konkretne miasto nie zostało jeszcze wybrane. W kwietniu tego roku w Montrealu odbyła się trzecia runda negocjacji, podczas której uzgodniono lokalizację oraz treść porozumienia stanowiącego podstawę prawną banku.

    Bank będzie działał na modelu zbliżonym do Banku Światowego – oferując długoterminowe i tanie finansowanie projektów obronnych i związanych z bezpieczeństwem. Ma też wspierać unijną inicjatywę SAFE oraz umożliwiać współpracę między państwami NATO a krajami regionu Indo-Pacyfiku.

    Według wcześniejszych ustaleń, państwa będące udziałowcami mają zapewnić kapitał w wysokości od 65 do 70 miliardów dolarów. Dzięki temu bank ma uzyskać najwyższy rating kredytowy – potrójne A – co pozwoli na pozyskiwanie taniego finansowania. Celem DSRB jest udzielanie długoterminowych kredytów na projekty obronne, w tym również dla małych i średnich przedsiębiorstw. Jak podaje Reuters, bank ma docelowo pozyskać do 100 miliardów funtów na wzmocnienie obronności sojuszników.

    Prywatny sektor w grze

    W prace nad powołaniem DSRB ze strony kanadyjskiej zaangażowany jest rządowy Business Development Canada (BDC). Do instytucji finansowych, które chcą włączyć się w proces, należą największy kanadyjski bank Royal Bank of Canada (RBC), a także JP Morgan Chase, ING Group i Commerzbank.

    Odpowiedź na zagrożenia

    Jak podkreślono w komunikacie kanadyjskiego premiera, inwazja Rosji na Ukrainę wyznaczyła potrzeby sojuszników, by „wytwarzać możliwości obronne w tempie i skali niezbędnej do uzupełniania zapasów i wzmocnienia Sojuszu w dłuższym terminie”. Bank DSRB ma być „pragmatycznym” rozwiązaniem, które oprócz dużych projektów obronnych uwzględniać będzie także potrzeby małych i średnich firm. Na marginesie szczytu NATO w Ankarze sekretarz generalny Mark Rutte potwierdził, że instytucje finansowe państw sojuszu zmobilizowały już 217 miliardów dolarów na wsparcie bezpieczeństwa i obronności.

  • Liczba ofert obligacji dla Kowalskiego spadła o 70% w dwa lata. Co się dzieje na Catalyst?

    Liczba ofert obligacji dla Kowalskiego spadła o 70% w dwa lata. Co się dzieje na Catalyst?

    W pierwszej połowie tego roku na Catalyst trafiło zaledwie pięć publicznych emisji obligacji skierowanych do szerokiego grona inwestorów indywidualnych – plus dwie emisje listów zastawnych. To najgorszy wynik od pięciu lat i aż o 70 proc. mniej niż w rekordowym okresie dwa lata temu. Rynek detalicznych obligacji w Polsce przechodzi głęboką zmianę, ale jej skutki nie są jednoznaczne.

    Pięć ofert w pół roku – najgorszy wynik od lat

    Jeszcze dwa lata temu emitenci chętnie sięgali po prospekty emisyjne, by pozyskać pieniądze od Kowalskiego. Dziś takich ofert jest jak na lekarstwo. Co ważne, ten spadek dotyczy przede wszystkim emisji publicznych. Gdy spojrzymy na cały rynek obligacji korporacyjnych (bez instytucji finansowych), obraz jest nieco inny. Według danych „Parkietu” w ostatnich dwunastu miesiącach przeprowadzono łącznie 233 emisje – to najniższa liczba w tej dekadzie. Poprzednie minimum wyniosło 234 i padło rok temu, a w ostatnich sześciu kwartałach skumulowana liczba nie przekroczyła 241. Tendencja spadkowa utrzymuje się więc od dłuższego czasu.

    Coraz mniej, ale coraz większych

    Paradoksalnie, choć ofert jest mniej, ich średnia wartość rośnie. W drugim kwartale 2026 roku zamknięto 57 emisji obligacji korporacyjnych (z wyłączeniem finansowych) – o 5 proc. mniej niż rok wcześniej. Za to średnia wartość pojedynczej emisji poszła w górę aż o 15,7 proc. i od trzech kwartałów stabilizuje się nieznacznie powyżej 70 mln zł. Co więcej, w ostatnich trzech kwartałach padały kolejne rekordy średniej wielkości emisji. To już nie efekt kilku gigantycznych ofert powyżej 500 mln zł, ale rosnącej liczby emisji w przedziale 100–500 mln zł.

    Zupełnie inaczej wygląda segment emisji banków i instytucji finansowych. Tu liczba ofert od trzech kwartałów nie spada poniżej 150 rocznie, a ich łączna wartość przekracza 80 mld zł w skali 12 miesięcy. Średnia wartość pojedynczej emisji w tym segmencie przekracza 0,5 mld zł – to wzrost o około 60 proc. w porównaniu do średnich sprzed czterech lat. Dla porównania, średnia emisja korporacyjna wzrosła w tym czasie około 2,5-krotnie, głównie za sprawą stopniowego zanikania małych ofert.

    Banki odciągają emitentów

    Za spadkiem liczby ofert stoi kilka czynników. Przede wszystkim rosnąca konkurencja ze strony banków, które łagodzą kryteria kredytowe i „wyssają” z rynku potencjalnych emitentów. Dodatkowo banki same często biorą udział w emisjach, gdy firma uprze się na pozyskanie pieniędzy z rynku. Drugim powodem jest mniejsza aktywność deweloperów, zwłaszcza tych mniejszych, którzy wcześniej regularnie emitowali obligacje. Efekt? Emisje do 20 mln zł – kiedyś popularne – dziś trafiają głównie do funduszy private debt lub są przeprowadzane wewnątrz grup kapitałowych jako oferty bilateralne.

    Co z inwestorami indywidualnymi?

    Dla drobnych graczy to niekorzystna wiadomość. Mniejsza liczba publicznych emisji oznacza zawężenie wyboru na Catalyst. W dłuższej perspektywie może to ograniczyć handel i zróżnicowanie wyników funduszy. Z drugiej strony, rosnąca wartość pojedynczych emisji – jeśli biorą w nich udział inwestorzy indywidualni – powinna skanalizować płynność na konkretnych seriach.

    Co ciekawe, od 30 września 2022 roku, czyli od przymusowej restrukturyzacji Getin Noble Banku, na Catalyst nie odnotowano ani jednego przypadku niewypłacalności (defaultu). Wcześniejsze statystyki były zatrważające – w najgorszym okresie pieniądze nie wracały nawet z co piątej małej emisji. Dopiero afera GetBacku i profesjonalizacja rynku wyeliminowały z obiegu najsłabszych emitentów. Autorzy opracowania przestrzegają jednak, że kilkuletni okres bez defaultów może uśpić czujność inwestorów, prowadząc do akceptacji wyższego ryzyka i niższych marż. W ich ocenie dobra passa prędzej czy później zostanie przerwana.

  • Pakiet zmian w ochronie zdrowia. Eksperci: to nie zatrzyma katastrofy

    Pakiet zmian w ochronie zdrowia. Eksperci: to nie zatrzyma katastrofy

    Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda ogłosiła w środę pakiet reform, który miał poprawić fatalną sytuację w polskiej ochronie zdrowia i ukrócić patologie. Eksperci nie mają jednak złudzeń – propozycje są niewystarczające i nie rozwiązują podstawowych problemów systemu.

    Co przewiduje pakiet?

    Resort zdrowia zaproponował szereg rozwiązań, w tym górny limit stawki godzinowej wynagrodzenia w wysokości 240 zł brutto oraz maksymalny udział wydatków na płace w budżetach szpitali w części finansowanej przez NFZ. Ministerstwo chce także wprowadzić obowiązek zatrudnienia na minimum pół etatu w jednej placówce i konieczność uzyskania zgody na pracę w innych miejscach. Kolejnym pomysłem jest zakaz zawierania przez placówki umów ze spółkami lekarzy. W pakiecie znalazły się również plany rozszerzenia e-Rejestracji i uruchomienia e-Kolejki.

    Eksperci: to nie jest recepta na kryzys

    Ten pakiet zmian nie uratuje nas przed katastrofą, to nie jest recepta na kryzys – mówi wprost Łukasz Kozłowski, członek rady nadzorczej NFZ, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich i autor Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia.

    Dr Maria Libura, ekspertka systemu ochrony zdrowia, określa propozycje jako „rozczarowujące”, podkreślając, że nie zwiększają dostępności świadczeń dla pacjentów.

    Także środowisko lekarskie nie kryje rozczarowania. Przed czwartkowym spotkaniem z minister Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej, mówił, że ministerstwo po raz kolejny wrzuciło do negocjacji postulat płacowy, by zogniskować uwagę opinii publicznej, podczas gdy prawdziwe wyzwania są inne. Po rozmowach dodał, że ze strony resortu było mało konkretów, i przestrzegł, że ograniczanie wynagrodzeń może doprowadzić do odpływu lekarzy specjalistów z publicznego systemu, a nawet do prywatyzacji sektora.

    Dziura w NFZ wciąż rośnie

    Największym problemem, którego pakiet nie rozwiązuje, jest narastający deficyt w finansach Narodowego Funduszu Zdrowia. Jak wskazuje Łukasz Kozłowski, w oficjalnym planie finansowym funduszu zapisano już 35 mld zł dotacji budżetowej, a i tak według eksperta zabraknie około 21 mld zł. Jeśli rząd nie znajdzie dodatkowych przychodów lub nie uda się ograniczyć wzrostu cen świadczeń, dostęp do leczenia się zmniejszy.

    Konsekwencją może być dalsze zadłużanie się szpitali. Według Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia CALPE w I kwartale 2026 roku długi szpitali przekroczyły 30 mld zł. Zobowiązania wymagalne wzrosły o prawie 20% w porównaniu z IV kwartałem 2025 r., osiągając 5,1 mld zł – to największy wzrost od początku 2020 roku.

    Spirala kosztów bez wyjścia?

    Łukasz Kozłowski zwraca uwagę na błędne koło: rosnące płace lekarzy podnoszą wyceny świadczeń, co z kolei winduje stawki kontraktowe. W ciągu 10 lat wyceny świadczeń wzrosły średnio o 130%, czyli 2,5 razy szybciej niż inflacja. Mimo zwiększania nakładów na ochronę zdrowia NFZ nie jest w stanie kupić tylu świadczeń co kiedyś, a potrzeby zdrowotne starzejącego się społeczeństwa rosną.

    – To powoduje ograniczenie dostępu do leczenia i mniejszą liczbę wykonywanych świadczeń. Trzeba jakoś wyplątać się z tej spirali, a niestety nie widzę w pakiecie MZ propozycji, które do tego problemu by się odnosiły – podsumowuje ekspert.

    Co dalej?

    Kolejną okazją do rozmów ma być posiedzenie Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia działającego przy Ministerstwie Zdrowia, zaplanowane na 16 lipca. Prezes NIL Łukasz Jankowski liczy, że resort przedstawi wtedy bardziej konkretne propozycje. Na razie jednak – jak sam przyznał – brakuje w nich informacji o tym, jak skrócić kolejki i zapewnić dostęp do specjalistów.

  • Pierwszy prąd z Bałtyku w polskiej sieci. Offshore staje się rzeczywistością

    Pierwszy prąd z Bałtyku w polskiej sieci. Offshore staje się rzeczywistością

    10 lipca 2026 r. na Pomorzu zapisano nowy rozdział w polskiej energetyce. Do stacji elektroenergetycznej PSE Choczewo w Osiekach Lęborskich po raz pierwszy popłynęła energia z morskiej farmy wiatrowej Baltic Power – pierwszego takiego obiektu w polskiej części Bałtyku. W wydarzeniu udział wzięli m.in. premier Donald Tusk, ministrowie finansów, energii oraz klimatu, a także prezes Orlenu Ireneusz Fąfara i szefowa Northland Power Christine Haley.

    „Technologiczne zwycięstwo” – jak premier ocenił moment

    Donald Tusk nie krył entuzjazmu, nazywając uruchomienie stacji „historycznym momentem” i „technologicznym zwycięstwem”. Podkreślił, że w dobie geopolitycznych zawirowań uniezależnienie się od zewnętrznych dostawców energii ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa kraju. – To wszystko pokazuje, jak ważne jest, żebyśmy mieli niezależne od kaprysów historii i geopolityki źródło energii – mówił premier. Zwrócił też uwagę, że wiatr, który napędza turbiny, jest darmowy i nie podlega politycznym naciskom.

    Stacja Choczewo – gigant z KPO

    Budowa stacji o powierzchni 25 ha (odpowiednik 35 boisk piłkarskich) ruszyła w 2019 r., a jej koszt wyniósł ok. 530 mln zł – w całości sfinansowany z Krajowego Planu Odbudowy. W trakcie prac wmurowano niemal 9,5 tony fundamentów, zmontowano ponad 800 ton konstrukcji stalowych, ułożono 300 km kabli i wybudowano 8 km dróg asfaltowych.

    Za realizację odpowiadały pomorskie firmy SPIE Energy Poland i Elfeko wraz z lokalnymi podwykonawcami. Urządzenia dostarczyły m.in. Olmex z Olsztyna, Hitachi Energy Poland, Siemens Polska, Telefonika Polska oraz Arteche. Stację połączono linią z rozbudowaną stacją Żarnowiec, a trwa budowa kolejnych trzech linii wyprowadzających moc z offshore.

    Wszystkie inwestycje niezbędne do wyprowadzenia mocy z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku zostały zrealizowane na czas – powiedział prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Grzegorz Onichimowski. – To przykład wykorzystywania pieniędzy z KPO do stworzenia infrastruktury przyszłości – dodał.

    Baltic Power – 54 turbiny już na morzu

    Projekt Baltic Power, realizowany przez Orlen i kanadyjski Northland Power, wkracza w ostatnią fazę. Na Bałtyku zainstalowano już 54 z 76 turbin o mocy 15 MW każda. Campania instalacyjna jest zaawansowana w ponad 80%, a zakończenie budowy zaplanowano na jesień 2026 r.

    Osiągnięty etap first power oznacza uruchomienie produkcji przez pierwsze turbiny i rozpoczęcie stopniowego oddawania farmy do eksploatacji. – W kolejnych tygodniach następne turbiny będą przechodzić rozruch i testy. Wytwarzana przez nie energia będzie już trafiać do krajowej sieci – poinformował Orlen.

    Docelowo farma osiągnie moc ok. 1,2 GW i będzie produkować około 4 TWh rocznie, co stanowi ok. 3% obecnego krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. To ilość wystarczająca dla ponad 1,5 mln gospodarstw domowych.

    Ile zapłacimy za prąd z Bałtyku?

    W ramach kontraktu różnicowego (CfD) dla pierwszej fazy offshore cena energii z Baltic Power została ustalona na 319,60 zł/MWh, z coroczną waloryzacją o inflację. Obecnie, według szacunków, wynosi ona ok. 400 zł za MWh. Dla porównania ceny giełdowe energii z dostawą na rok przyszły na początku lipca kształtowały się na poziomie 450–455 zł/MWh.

    Co dalej?

    Stacja Choczewo ma docelowo obsługiwać sześć morskich farm wiatrowych o łącznej mocy blisko 6 GW – to więcej niż Elektrownia Bełchatów. Do sieci w najbliższym czasie przyłączone zostaną farmy Baltica 2 (PGE) – w przyszłym roku, oraz C-Wind (Ocean Winds) – w 2028 r. Operator planuje też podłączenie centrów danych i magazynów energii – pierwsi inwestorzy już się zgłaszają.

    Wszystkie prace związane z budową stacji i linii przesyłowych mają zakończyć się w pierwszym półroczu 2027 r.

  • Chińskie auta przejęły 10% Europy. Volkswagen szykuje zwolnienia na niespotykaną skalę

    Chińskie auta przejęły 10% Europy. Volkswagen szykuje zwolnienia na niespotykaną skalę

    Chińskie marki samochodowe po raz pierwszy w historii przekroczyły 10% udziału w europejskim rynku, a tradycyjni giganci zaczynają się trząść w posadach. Volkswagen, który przez dekady był synonimem motoryzacyjnej potęgi, przygotowuje jeden z największych programów zwolnień w dziejach branży – może on objąć nawet 100 000 osób. To dwa oblicza tej samej rewolucji.

    Chiński przełom w Europie

    W maju 2026 r., jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA), chińscy producenci zdobyli około 10% europejskiego rynku, a trend wciąż jest wzrostowy. Do czołowych graczy należą BYD, Chery i Leapmotor, które oferują tańsze i często lepiej wyposażone auta elektryczne oraz hybrydy. Z raportu ACEA za pierwsze pięć miesięcy 2026 roku wynika, że aż dziewięć marek odnotowało w Europie dwucyfrowe spadki rejestracji – a to przy wzroście całego rynku o 4,5%. Klienci masowo przerzucają się na nowych producentów.

    Volkswagen pod presją

    Volkswagen przygotowuje się do radykalnych zmian. Wcześniej ogłoszono plany redukcji 50 000 etatów w Niemczech do 2030 r. i zmniejszenia krajowej produkcji o 500 000 aut rocznie. Porozumienie z 2024 r. z pracownikami zakładało już redukcję ponad 35 000 etatów w samej marce Volkswagen do 2030 r. Jak donosi „Manager Magazin”, liczba zwolnień może sięgnąć nawet 100 000. Wśród analizowanych fabryk znalazły się Hanower, Zwickau, Emden oraz zakład Audi w Neckarsulm – zamknięcie tych czterech lokalizacji mogłoby kosztować około 45 000 miejsc pracy.

    Sprzedaż samochodów marki Volkswagen skurczyła się o około 7% rok do roku, a jej marża operacyjna spadła do zaledwie 3,3%. Dla porównania, Grupa Volkswagen zatrudniała globalnie ponad 667 tys. osób, z czego niemal 43% w Niemczech. Podczas walnego zgromadzenia akcjonariuszy prezes Oliver Blume mówił o rekordowo wysokim i wciąż rosnącym poziomie ryzyka dla koncernu.

    Spór o skalę restrukturyzacji

    Volkswagen planuje też uprościć ofertę modelową – obecnie koncern ma około 150 linii modelowych w markach Porsche, Audi, Škoda i Volkswagen Samochody Dostawcze. Liczba modeli ma zostać zmniejszona nawet o połowę, aby skoncentrować nakłady na najbardziej rentownych segmentach. Koncern nie ujawnił, które modele lub marki zostaną objęte zmianami ani harmonogramu realizacji. Zakres zmian pozostaje przedmiotem sporu z przedstawicielami pracowników.

    „Dość tego, to już ostatnia kropla” – powiedziała Daniela Cavallo, główna przedstawicielka związków zawodowych, zapowiadając nadzwyczajne zebrania w zakładach po wakacyjnej przerwie, jeśli zarząd nie przedstawi wyjaśnień.

    Dyrektor finansowy Arno Antlitz ocenił, że dotychczasowe wysiłki VW na rzecz redukcji miejsc pracy i mocy produkcyjnych „nie przyniosły rezultatu wystarczająco w obecnym otoczeniu gospodarczym i politycznym”. Zarząd uważa, że wcześniej uzgodnione działania nie zapewnią oczekiwanych oszczędności ze względu na pogarszające się warunki rynkowe. Koncern odczuwa również skutki amerykańskich ceł, które obciążają wyniki marek Audi i Porsche.

    BYD – nauka na błędach

    Ekspansja BYD w Europie była początkowo utrudniona przez błędy – zbyt słabą sieć dealerską i późne wejście z hybrydami plug-in – jak relacjonowała agencja Reuters. Firma szybko je skorygowała, rozbudowując salony i przyciągając menedżerów z europejskich koncernów, w tym ze Stellantisa, kusząc ich atrakcyjnymi pakietami płacowymi. Obecnie BYD notuje rejestracje rosnące o ponad 145% w stosunku do poprzedniego roku, co plasuje go wśród najszybciej rosnących marek na rynku.

    Chiński rynek – bolesna strata Volkswagena

    Sytuacja w Chinach pokazuje, jak głęboka jest zmiana. Volkswagen przez lata dominował na tamtejszym rynku, ale w 2024 r. przegonił go BYD, a w 2025 r. znalazł się na trzecim miejscu. Z analizy AlixPartners wynika, że udział producentów spoza Chin spadł z 57% w 2020 r. do 32% w 2025 r. – innymi słowy, stracili ponad połowę swojej pozycji. Co więcej, sprzedaż nowych aut w Chinach zaczęła spadać, co skłania tamtejszych producentów do zwiększania eksportu, zwłaszcza w kierunku Europy.

    Zdaniem ekspertów ogłoszone plany mogą nie wystarczyć do odwrócenia trendu. Dalsza eskalacja konkurencji w Chinach, presja kosztowa w Europie i amerykańskie taryfy mogą zdaniem analityków zmusić VW do jeszcze głębszych cięć. Ostateczne decyzje w sprawie skali zwolnień i przyszłości fabryk wciąż są przedmiotem negocjacji z pracownikami i władzami Dolnej Saksonii.

  • Eurocontrol zamraża miliardy PAŻP. Pfizer sięga po swoje przez opłaty lotnicze

    Eurocontrol zamraża miliardy PAŻP. Pfizer sięga po swoje przez opłaty lotnicze

    To niecodzienna sytuacja: pieniądze, które normalnie trafiają do Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej z tytułu opłat trasowych, zostały zablokowane przez Eurocontrol. Powód? Amerykański gigant Pfizer chce w ten sposób wyegzekwować gigantyczne odszkodowanie od polskiego rządu.

    1 lipca 2026 r. PAŻP otrzymała zawiadomienie od Europejskiej Organizacji ds. Bezpieczeństwa Żeglugi Powietrznej (Eurocontrol) o zajęciu należnych jej wierzytelności z tytułu opłat trasowych. Decyzja ma bezpośredni związek z wyrokiem sądu belgijskiego z kwietnia 2026 r. w sprawie Pfizer przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej.

    Jak Eurocontrol wstrzymuje płatności?

    Eurocontrol, który na podstawie Konwencji Eurocontrol i umowy wielostronnej ratyfikowanych przez Polskę pobiera opłaty trasowe w imieniu PAŻP, ma teraz obowiązek wstrzymać przekazywanie agencji wszelkich środków z tego tytułu. Jak wyjaśnia PAŻP, dotyczy to zarówno środków już zgromadzonych, jak i tych, które wpłyną w przyszłości – aż do momentu zaspokojenia roszczenia Pfizera lub innego rozstrzygnięcia sprawy.

    „Otrzymanie przez Eurocontrol tytułu wykonawczego oznacza obowiązek wstrzymania przekazywania PAŻP wszelkich środków pochodzących z opłat trasowych” – czytamy w oświadczeniu agencji.

    Opłaty trasowe stanowią ponad 80% przychodów PAŻP i są podstawowym źródłem finansowania jej działalności. To pokazuje, jak poważne może być to uderzenie w finanse instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo ruchu lotniczego nad Polską. PAŻP jest przy tym jedyną instytucją w kraju, która szkoli i zatrudnia cywilnych kontrolerów lotu oraz zarządza ruchem na polskim niebie.

    Reakcja PAŻP: formalny sprzeciw i koordynacja z państwem

    PAŻP nie zamierza biernie czekać. Agencja poinformowała, że podejmuje wszelkie działania zmierzające do uchylenia zabezpieczenia i zwolnienia jej środków. Przygotowywany jest formalny sprzeciw, który zostanie wniesiony w wymaganym terminie.

    „Przygotowywany jest formalny sprzeciw, który zostanie wniesiony w wymaganym terminie” – podała PAŻP.

    W sprawie uchylenia zabezpieczenia PAŻP współpracuje z Prokuratorią Generalną Rzeczypospolitej Polskiej oraz innymi odpowiednimi organami państwowymi. Równocześnie, we współpracy z krajowymi instytucjami, agencja pracuje nad zabezpieczeniem środków finansowych na zapewnienie nieprzerwanej realizacji swoich zadań.

    Agencja zapewnia, że bezpieczeństwo i ciągłość służb żeglugi powietrznej nie są zagrożone, a pracownicy nie muszą obawiać się zwolnień. PAŻP podkreśla, że proces przed sądem w Brukseli nie miał z nią nic wspólnego i nie jest związany z jej działalnością operacyjną.

    Tło sporu: Pfizer kontra Polska

    1 kwietnia 2026 r. sąd pierwszej instancji w Brukseli orzekł, że Polska musi odebrać od Pfizera szczepionki przeciwko COVID-19 i zapłacić firmie 5,644 mld zł (dokładnie 5 mld 644 mln zł). Do odbioru jest około 64 mln dawek szczepionki. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało już odwołanie od nieprawomocnego wyroku. Do kwoty głównej należy dodać około 170 mln zł kosztów procesowych.

    Spór toczy się przed brukselskim sądem, ponieważ tam została zawarta umowa między Komisją Europejską a Pfizerem w 2021 r. Polska zobowiązała się wtedy do zakupu określonej liczby szczepionek, ale w 2022 r. odmówiła dalszego odbioru dawek. We wrześniu 2023 r. Pfizer pozwał Polskę o wykonanie umowy.

    Sąd w Brukseli uznał, że Polska nie wykazała, aby Pfizer nadużył swoich praw, kontynuując egzekwowanie umowy. Sąd stwierdził też, że ani wojna na Ukrainie, ani spadek liczby zakażeń nie stanowiły okoliczności uzasadniających odstąpienie od zobowiązań. Ponadto sąd orzekł, że Polska nie udowodniła, by klauzule umowy dotyczące ceny, liczby dawek czy zrzeczenia się odpowiedzialności wskazywały na nadużycie pozycji dominującej przez Pfizera.

    Co dalej?

    Na początku czerwca 2026 r. Polsce doręczono kopię wykonawczą wyroku wraz z nakazem zapłaty. Ministerstwo Zdrowia ma 60 dni od daty doręczenia na złożenie apelacji – termin ten upływa więc w sierpniu. W międzyczasie PAŻP przygotowuje swój sprzeciw wobec zajęcia środków. Cała sprawa wciąż się rozwija.

  • Glapiński w roli gołębia. Rynki już reagują na zapowiedź obniżki stóp

    Glapiński w roli gołębia. Rynki już reagują na zapowiedź obniżki stóp

    Prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński zaskoczył w czwartek uczestników rynku, otwarcie przyznając się do „gołębiego” nastawienia i sugerując, że pierwsza obniżka stóp procentowych może nastąpić jeszcze przed końcem 2026 roku. Jego słowa natychmiast odbiły się na notowaniach złotego oraz obligacji skarbowych.

    „Jestem nastawiony zdecydowanie gołębio”

    Podczas czwartkowej konferencji prasowej Glapiński sam siebie określił mianem „gołębia”, co w języku bankierów centralnych oznacza skłonność do luzowania polityki pieniężnej. – Jestem nastawiony zdecydowanie gołębio do tego, co rada mogłaby zrobić po wakacjach – powiedział prezes NBP, który jest jednocześnie przewodniczącym Rady Polityki Pieniężnej. Dodał, że widzi miejsce na jedną obniżkę o 25 punktów bazowych w tym roku, ale wykluczył dwie takie obniżki.

    To istotna zmiana retoryki – jeszcze w maju bilans ryzyk był przechylony w kierunku potencjalnych podwyżek, a sam prezes miesiąc wcześniej o możliwej obniżce nie wspominał.

    Reakcja rynku: złoty słabnie, obligacje drożeją

    Zapowiedź cięcia stóp wywołała natychmiastowe efekty na rynkach finansowych. Kurs złotego wobec euro wyraźnie osłabł, osiągając poziom 4,33 zł za euro – najwyższy od listopada 2024 roku. Jednocześnie umocniły się polskie obligacje skarbowe, a kontrakty terminowe na stopę procentową zaczęły wyceniać jej redukcję właśnie o 0,25 pkt proc. po wakacjach.

    Jak zauważają ekonomiści ING Banku Śląskiego Rafał Benecki i Adam Antoniak, retoryka banku centralnego stała się jeszcze bardziej gołębia niż w czerwcu. „Bilans ryzyk przechyla się obecnie w kierunku możliwej obniżki stóp procentowych przed końcem roku” – napisali w komentarzu. Zastrzegli jednak, że kluczowe dla realizacji tego scenariusza są spadek cen ropy i uspokojenie sytuacji wokół Iranu.

    RPP stawia na ostrożność, ale Glapiński chce przyspieszyć

    Sama Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła w środę stopy procentowe bez zmian, a nastawienie jej członków Glapiński określił jako „ostrożnie gołębie”. Sam prezes poszedł jednak dalej, mówiąc: – Ja jestem mniej ostrożnym gołębiem, mniej płochliwym. Moje doświadczenie i intuicja podpowiada, że można być teraz mniej ostrożnym gołębiem.

    Ekonomiści ING zwracają uwagę na jeszcze jeden gołębi sygnał ze strony Glapińskiego – stwierdzenie, że odmrożenie cen paliw w tym roku przyniesie tylko przejściowy wzrost inflacji. To wyraźny kontrast wobec 2025 roku, gdy prezes mocno podkreślał ryzyka inflacyjne związane z odmrożeniem cen energii.

    Polska na przekór globalnym trendom?

    Zapowiedź luzowania polityki pieniężnej w Polsce jest zaskakująca na tle innych gospodarek. Europejski Bank Centralny niedawno podniósł stopy procentowe w reakcji na wyższe ceny paliw, a w amerykańskiej Rezerwie Federalnej część członków również opowiada się za zaostrzeniem polityki. Jak zauważają ekonomiści, gdy banki centralne największych stref walutowych podnoszą koszt pieniądza, redukcja stóp w Polsce może wywierać presję na dalsze osłabienie złotego.

    Z drugiej strony są czynniki, które mogą sprzyjać obniżce. Presja płacowa w Polsce jest coraz niższa – pracownicy mają słabszą pozycję negocjacyjną, co może ograniczać presję kosztową w firmach i tłumić popyt konsumpcyjny, a w efekcie sprowadzać inflację w dół.

    Co dalej?

    Ostateczna decyzja RPP będzie uzależniona od danych o inflacji latem. Jeśli wskaźnik spadnie poniżej 2,5 proc., NBP może faktycznie zdecydować się na pierwszy od dawna ruch w dół. Glapiński zapowiedział, że wniosek o obniżkę może złożyć po wakacjach.

  • Drożyzna w elektronice to nowa normalność. Producenci nie zamierzają obniżać cen

    Drożyzna w elektronice to nowa normalność. Producenci nie zamierzają obniżać cen

    Podwyżki, które bolą

    Jeśli myśleliście, że ostatnie podwyżki cen elektroniki to chwilowa korekta, to mamy złe wieści. Apple podniosło ceny MacBooków nawet o 1500 zł – podstawowy MacBook Pro 14″ kosztuje teraz 9 999 zł zamiast 8 499 zł. MacBook Air zdrożał o 1000 zł, a iPad Pro o 1000 zł. Microsoft ogłosił, że od 1 sierpnia Xbox Series podrożeje z 499 do 649 dolarów, czyli o 30 proc. Dołączyły do tego Sony i Nintendo. Krytykowana jest także cena długo wyczekiwanego komputera Steam Machine – według wielu graczy jest ona przynajmniej o 1000 zł za wysoka. To nie przypadek – to skutek lawinowo rosnących cen pamięci komputerowej.

    Skąd się bierze ta drożyzna?

    Głównym winowajcą jest boom na sztuczną inteligencję. Giganci technologiczni – Amazon, Microsoft, Google i Oracle – wydadzą w tym roku 700 mld dolarów na budowę centrów danych. Te pieniądze trafiają do garstki producentów pamięci: Samsunga, SK hynix i Microna. Efekt? Ceny pamięci DRAM i NAND poszybowały w górę. Według jednego z polskich dystrybutorów w maju 2026 r. 32 GB RAM kosztowało 915 zł – w październiku 2025 r. było to zaledwie 250 zł.

    Pamięć drożeje w setkach procent

    Skala wzrostów jest oszałamiająca. W ubiegłym roku średnia cena modułów RAM 16 GB wzrosła o 530 proc., a dysków SSD 1 TB o 320 proc. W tym roku dynamika nieco zwolniła, ale ceny i tak są wyższe o kilkadziesiąt procent. Dla producentów elektroniki konsumenckiej oznacza to, że muszą podnosić ceny końcowych produktów nawet o 10–20 proc. – i nie mają wyboru.

    Producenci: nie liczcie na spadek

    Sytuacja nie poprawi się szybko. Micron w swoim ostatnim raporcie finansowym pochwalił się fenomenalnymi wynikami: przychody wzrosły 4,5-krotnie rok do roku, marża brutto przekroczyła 80 proc., a zysk netto za jeden kwartał wyniósł 28,2 mld dolarów, przy 33,3 mld USD zysku operacyjnego. Samsung zwiększył zysk netto 19-krotnie do 58 mld dolarów i zarezerwował 10,5 proc. zysku operacyjnego na premie – średnio 400 tys. dolarów na pracownika. Jak wynika z analiz serwisu PB, taki zastrzyk gotówki może wywołać w Korei chorobę holenderską – gwałtowny wzrost cen nieruchomości i usług.

    Producenci pamięci nie zamierzają obniżać cen. Micron wprost przyznał, że nie widzi szans na dogonienie popytu przez podaż. Sumit Sadana, Chief Business Officer (CBO) firmy Micron, w rozmowie z „Wall Street Journal” stwierdził:

    „Niektórzy klienci wykorzystywali rynkową sytuację, aby płacić za pamięć bardzo niskie stawki, które uniemożliwiały inwestowanie w nowe moce przerobowe.”

    To jasny sygnał, że producenci będą robić wszystko, by utrzymać wysokie marże. SK hynix przyspieszył budowę nowego kampusu w Yongin z 2045 na 2033 rok – o 12 lat. Pracownik Lenovo podczas konferencji ISC 2026 ostrzegł, że nawet po uruchomieniu nowych fabryk ceny nie wrócą do rekordowo niskich poziomów z pierwszej połowy 2025 r.

    Inne komponenty też drożeją

    Pamięć to nie wszystko. Boom na AI podbija ceny także innych podzespołów. Drożeją usługi TSMC, czyli producenta większości zaawansowanych chipów. Rosną ceny płytek drukowanych, kondensatorów, a nawet podstawowych surowców i chemikaliów. W łańcuchu dostaw pojawia się coraz więcej wąskich gardeł.

    Nowa normalność?

    Coraz więcej analityków spodziewa się, że względna równowaga między popytem a podażą wróci najwcześniej po 2030 roku – i nawet wtedy ceny nie wrócą do poziomu z 2025 r. Chiński producent CXMT, według informacji przed IPO, chce korzystać z obecnej koniunktury, a nie agresywnie zbijać ceny, a Pekin może ściśle kontrolować eksport pamięci. Analityk Charlie Billello podsumował to ironicznie:

    „Dominująca narracja inwestycyjna pierwszego półrocza 2026 brzmi: kupuj biznesy sprzedające łopaty, sprzedawaj biznesy płacące za te łopaty. I zakładaj, że te wydatki nigdy nie spowolnią.”

    Elektroniczna drożyzna najwyraźniej pozostanie z nami na dłużej.