Blog

  • Digital Network z GPW stawia na dywidendy: minimum 30 mln zł i do 100% zysku dla akcjonariuszy

    Digital Network z GPW stawia na dywidendy: minimum 30 mln zł i do 100% zysku dla akcjonariuszy

    Digital Network, spółka z GPW działająca na rynku reklamy zewnętrznej, ogłosiła politykę dywidendową na lata 2026–2030. Zapisano w niej minimum 30 mln zł dywidendy z zysku za 2026 rok oraz plan rekomendowania wypłat od 60% do 100% jednostkowego zysku w latach 2027–2030. Komunikat zbiega się z publikacją wyników, które pokazują skok przychodów o prawie 200%.

    Co zakłada nowa polityka dywidendowa?

    Zarząd chce utrzymać coroczne wypłaty. Za 2026 rok minimum to 30 mln zł, jednak ostateczna kwota będzie zależeć od rocznego, zaudytowanego i zatwierdzonego przez walne zgromadzenie akcjonariuszy jednostkowego zysku netto Digital Network. Wypłata za ten rok nie będzie mogła przekroczyć 100% tego zysku. Decyzję o wysokości i terminach podejmie walne zgromadzenie, po uwzględnieniu rekomendacji zarządu i rady nadzorczej.

    W latach 2027–2030 zarząd będzie rekomendował radzie nadzorczej wypłatę od 60% do 100% jednostkowego zysku za dany rok obrotowy. Dywidenda może zostać powiększona o niepodzielone zyski z poprzednich lat albo środki przeniesione z kapitałów zapasowych i rezerwowych. Zastrzeżenie jest takie, że łączna kwota dla akcjonariuszy nie może przekroczyć 100% skonsolidowanego zysku netto grupy wypracowanego w danym roku.

    Wyniki: 198% wzrostu w II kwartale

    W II kwartale 2026 roku skonsolidowane przychody grupy sięgnęły 60,9 mln zł wobec 20,5 mln zł rok wcześniej. To wzrost o 198% r/r. Po pierwszych sześciu miesiącach przychody wyniosły 103,9 mln zł, podczas gdy rok wcześniej było to 35,9 mln zł – dynamika sięgnęła 190% r/r.

    Firma tłumaczy taki skok połączeniem trzech elementów: wzrostu organicznego, postępującej digitalizacji rynku reklamy outdoorowej w Polsce oraz przejęcia Braughman Group Media Outdoor. Akwizycję zrealizowano w IV kwartale 2025 roku. Według spółki trzykrotnie zwiększyła ona potencjał sprzedażowy grupy.

    Przejęcie i perspektywy na II półrocze

    Prezes Agnieszka Godlewska tak skomentowała pierwsze półrocze:

    Pierwsze półrocze jest dla nas wymierną weryfikacją efektów akwizycji oraz przyjętej strategii. Dynamika przychodów pierwszego półrocza 2026 jest najlepszym potwierdzeniem, że integracja przebiega zgodnie z planem i generuje konkretne efekty sprzedażowe.

    Firma wskazuje, że osiągnięte wyniki są bardzo dobrym prognostykiem na kolejne miesiące, bo w tej branży druga część roku zwykle wypada znacznie lepiej niż pierwsza. Zdaniem spółki transakcja trwale zmieniła układ sił na polskim rynku reklamy zewnętrznej, a jej efekty są już widoczne w danych finansowych.

    Kurs: ponad 6000% od 2021 roku

    Historia notowań Digital Network należy do najbardziej spektakularnych na GPW w ostatnich latach. Od 2021 roku akcje zyskały ponad 6000%. Od początku 2026 roku zwyżka przekroczyła 120%. Kurs jest obecnie w rejonie 300 zł; jeszcze kilka lat temu walory wyceniano w okolicach 30–40 zł.

    Po takim rajdzie przyszła jednak korekta. Od historycznego szczytu kurs cofnął się o około 13%. Korekta ma płaski charakter i trwa ponad 30 sesji, co może wskazywać na ograniczoną siłę podaży. W ostatnich 30 dniach pojawiły się dwa cofnięcia po około 12–13%. Wcześniej okrągłe poziomy 100 zł i 200 zł były miejscami, w których przez 30–40 sesji równoważyły się siły kupujących i sprzedających, zanim kurs wybijał na nowe maksima. Obecnie podobny układ widać w okolicach 300 zł.

    Co może wpłynąć na przyszłe wypłaty?

    Nowa polityka nie oznacza automatycznej wypłaty maksymalnej kwoty co roku. Zarząd ma analizować sytuację finansową i płynnościową spółki, ryzyka biznesowe oraz warunki rynkowe i makroekonomiczne. Pod uwagę będą brane zdarzenia jednorazowe, ewentualne zmiany przepisów prawa oraz dywidendy otrzymywane i oczekiwane od spółek zależnych. Liczyć się będą też planowane nakłady inwestycyjne na rok wypłaty oraz potrzeby związane z finansowaniem kolejnych akwizycji.

    Spółka chce jednocześnie zachować środki na zobowiązania publicznoprawne, zobowiązania wynikające z umów handlowych i utrzymanie płynności. Polityka będzie okresowo przeglądana przez zarząd, zwłaszcza gdy istotne okoliczności negatywnie wpłyną na realizację planów sprzedażowych lub pojawią się inne czynniki utrudniające wypłatę. Ostateczna decyzja o dywidendzie za 2026 rok należy do walnego zgromadzenia.

  • Pierwszy ruch R Ventures II: 1,24 mln zł w biotechnologiczną Pikralidę

    Pierwszy ruch R Ventures II: 1,24 mln zł w biotechnologiczną Pikralidę

    R Ventures II, notowany na NewConnect wehikuł inwestycyjny Grupy Rubicon Partners (dawniej Voolt S.A.), ogłosił właśnie swoją pierwszą inwestycję. Za 1,24 mln zł objął udziały w Pikralidzie – polskiej spółce biotechnologicznej na etapie klinicznym, która opracowuje terapie ratujące życie w nagłych stanach medycznych: po udarze niedokrwiennym mózgu oraz po ukąszeniach przez jadowite węże.

    Inwestycja jest częścią szerszej rundy finansowania Pikralidy uzgodnionej z inwestorami w listopadzie 2025 r. i przewidującej etapowe przekazywanie kapitału. Łączna wartość rundy to 13,3 mln zł. W ramach ostatniej transzy R Ventures II obejmuje udziały za 1,24 mln zł, a fundusz iif.vc – za 2,23 mln zł. W gronie pozostałych inwestorów Pikralidy znajdują się m.in. Hard2beat, N50/Manawa, Altamira VC oraz inwestorzy prywatni.

    Pierwsza inwestycja zgodna ze strategią

    R Ventures II stawia na współinwestycje z renomowanymi funduszami venture capital. W każdej transakcji działa na równych warunkach z partnerami, co – jak tłumaczy zarząd – daje obiektywną ocenę projektu i pomaga utrzymać racjonalną wycenę. Dla akcjonariuszy oznacza to dostęp do okazji, które zazwyczaj są zarezerwowane dla profesjonalnych funduszy.

    Zespół Rubicon Partners obserwował rozwój Pikralidy od dawna. To dokładnie ten typ projektu, którego szukamy dla R Ventures II: naukowo mocny, z jasną strategią rozwoju klinicznego i realną szansą na zaadresowanie obszarów, w których dziś brakuje skutecznych terapii. – mówi Piotr Karmelita, CEO R Ventures II i Partner w Rubicon Partners. – Decyzja o inwestycji zapadła po szczegółowej analizie modelu biznesowego Spółki, jej aktywów oraz zespołu naukowego, a wspólna runda z iif.vc zapewniła dodatkową, niezależną walidację projektu.

    Czym zajmuje się Pikralida?

    Pikralida to kliniczna spółka biotechnologiczna rozwijająca innowacyjne terapie w ostrych stanach medycznych, gdzie szybkość interwencji ma kluczowe znaczenie. Firma koncentruje się na leczeniu skutków ukąszeń przez jadowite węże oraz ochronie mózgu po udarze niedokrwiennym.

    Sercem prac Pikralidy jest cząsteczka o nazwie PKL-021, znana też jako marimastat. To inhibitor metaloproteinaz – enzymów odgrywających rolę w wielu patologiach. Marimastat był już testowany w onkologii w zaawansowanych fazach badań klinicznych, ale ostatecznie nie trafił do sprzedaży. Firma wykorzystuje dostępne dane oraz własne badania przedkliniczne i kliniczne, by nadać mu nowe zastosowania. Takie podejście – nazywane „drug rediscovery” – redukuje część ryzyka, ponieważ profil bezpieczeństwa i mechanizm działania są już dobrze poznane.

    W segmencie weterynaryjnym, dotyczącym leczenia ukąszeń węży, Pikralida przygotowuje się do złożenia wniosku rejestracyjnego – to może być najszybciej gotowy do komercjalizacji produkt w portfolio. Równolegle trwają prace nad doustną terapią dla ludzi; po udanej pierwszej fazie badań, która potwierdziła bezpieczeństwo, spółka szykuje się do drugiej fazy. W obszarze neuroprotekcji Pikralida opracowuje terapię, która ma chronić tkankę mózgową w trakcie przywracania przepływu krwi po udarze. Na rozwój formulacji dożylnej firma otrzymała blisko 20,5 mln zł dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR).

    Jak zapowiadała w ubiegłym roku w „Pulsie Biznesu” współzałożycielka Pikralidy Joanna Lipner, środki z obecnej rundy mają wesprzeć prace badawczo-rozwojowe oraz procesy regulacyjne przed amerykańską FDA. W przypadku leku weterynaryjnego spółka liczy na dopuszczenie do obrotu na przełomie lat 2027 i 2028.

    Kapitał pozyskany w ramach ostatniej rundy pozwala nam realizować istotne kamienie milowe w rozwoju naszych projektów. Cieszymy się, że do grona naszych udziałowców dołącza Rubicon Partners poprzez wehikuł R Ventures II – partner, który doskonale łączy zrozumienie specyfiki budowania wartości w spółkach technologicznych oraz perspektywę rynku kapitałowego. – mówi dr Stanisław Pikul, współzałożyciel i prezes zarządu Pikralida.

    Model R Ventures II

    R Ventures II funkcjonuje jako notowany na NewConnect wehikuł inwestycyjny typu evergreen, bez z góry określonego horyzontu inwestycji. Każdą transakcję realizuje wspólnie z funduszem pełniącym rolę lidera. Zakłada, że 50% zysków z wyjścia z inwestycji trafi do akcjonariuszy w formie dywidendy, a reszta zostanie reinwestowana. Kapitał wehikułu pochodzi wyłącznie od Rubicon Partners Ventures, a R Ventures II działa na własny rachunek i ryzyko. Jest to jedno z pierwszych rozwiązań w Europie Środkowo-Wschodniej, które łączy notowaną spółkę inwestycyjną z funduszem evergreen, dając inwestorom giełdowym płynny dostęp do tej klasy aktywów.

    Pikralida pozyskuje pieniądze z różnych źródeł: od inwestorów prywatnych i instytucjonalnych, z grantów (w latach 2019-2026 łącznie blisko 40 mln zł) oraz z działalności usługowej CRO. Spółka współpracuje z uznanymi ośrodkami naukowymi i klinicznymi z Europy oraz Stanów Zjednoczonych, w tym z jednostką badawczą amerykańskiej marynarki wojennej.

  • Świeczkowa fortuna Luki i Andziaks. Miliony formalnie należą do żony

    Świeczkowa fortuna Luki i Andziaks. Miliony formalnie należą do żony

    Kim są Luka i Andziaks?

    Łukasz Trochonowicz, w sieci znany jako Luka, sam z przekorą powtarza, że jego zawód to „mąż Andziaks”. Za tym żartem stoi konkretny biznes: rodzinna marka Twinkle Candle. W 2025 roku firma miała 12,2 mln zł przychodu i 2,82 mln zł zysku netto, a formalnie te pieniądze należą do jego żony.

    Luka urodził się 1 stycznia 1993 roku w Warszawie i ma 33 lata. Zanim pojawił się w internecie, pracował jako trener personalny. Angelika Trochonowicz z domu Zając, czyli Andziaks, urodziła się 10 listopada 1997 roku. W internecie zaczynała jako nastolatka – od filmów o zakupach i makijażu – a potem przerzuciła się na lifestyle’owe vlogi.

    Trochonowiczowie poznali się w 2015 roku, a pobrali 14 lipca 2022 roku. Wychowują dwoje dzieci: córkę Charlotte Elisabeth, urodzoną 8 maja 2020 roku, i syna Franco, który przyszedł na świat 7 stycznia 2026 roku. Telewizyjną popularność dało im zwycięstwo w trzeciej edycji „Azja Express” w 2023 roku. W trakcie udziału w programie przemierzali Turcję, Gruzję i Uzbekistan, mając do dyspozycji dolara dziennie.

    Skąd pochodzą rodzinne miliony?

    To właśnie Twinkle Candle odpowiada za największe wpływy w rodzinie. Firma sprzedaje naturalne świece sojowe, zapachy do domu, sole do kąpieli i kosmetyki. Według sprawozdania finansowego za 2025 rok przychody spółki wyniosły 12,2 mln zł, a zysk netto 2,82 mln zł. Rok wcześniej przychody sięgały niecałych 8,8 mln zł. Wycena firmy przekroczyła 23 mln zł, czyli o ponad 7 mln zł więcej niż rok wcześniej.

    Uwagę zwraca skala zatrudnienia: przy takich obrotach spółka w 2025 roku miała tylko trzy osoby na etacie. Wynagrodzenia pochłonęły 561 tys. zł, czyli około 6 proc. kosztów. Za produkcję i logistykę odpowiadają zewnętrzni partnerzy, a najcenniejszym aktywem marki pozostaje zasięg influencerki, która promuje własne produkty w mediach społecznościowych.

    Czyje są te pieniądze?

    W Krajowym Rejestrze Sądowym jako jedyny wspólnik Twinkle Candle widnieje Angelika Trochonowicz. Luka nie jest ani udziałowcem, ani członkiem władz spółki. Para mieszka jednak razem w willi pod Warszawą z basenem, jacuzzi i ogromnym ogrodem. Wspólnie inwestuje, wspólnie tworzy treści i – przy wspólności majątkowej – trudno w praktyce oddzielić ich finanse.

    Luka ma przy tym własne źródła dochodów. Jego kanał na YouTube obserwuje ponad 600 tys. osób, a instagramowy profil luckylukaofficial zgromadził około miliona obserwujących. Jedna kampania komercyjna przy takiej widowni potrafi być na polskim rynku warta kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jego prywatne dochody z autorskich kanałów i współprac można szacować na co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

    Do tego dochodzi praca, której fani zwykle nie widzą: Luka montuje i produkuje materiały na kanał żony. Andziaks na YouTube ma ponad 1,2 mln subskrybentów, a każdy jej film ogląda średnio 700 tys. widzów. Mąż pełni więc w rodzinnym biznesie rolę gwiazdy, operatora i działu produkcji naraz.

    Ile zarabia Andziaks?

    Serwisy analityczne szacują przychody reklamowe kanału Andziaks na 7–10 tys. dolarów miesięcznie, czyli równowartość około 30–40 tys. zł. Wpływy te mają jednak tendencję spadkową, bo polskie stawki reklamowe od szczytu z 2024 roku wyraźnie osłabły. Do tego dochodzą kampanie na Instagramie i lokowania produktów w filmach; u twórców z ponadmilionowymi zasięgami jedna taka współpraca bywa wyceniana na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Profile społecznościowe pełnią też funkcję darmowego działu marketingu dla świeczkowej marki.

    Ile wynosi wspólny majątek?

    Oficjalnych wyliczeń nikt nie publikuje. Ostrożnie można jednak założyć, że majątek Trochonowiczów sięga kilkudziesięciu milionów złotych. Sama wycena Twinkle Candle przekracza 23 mln zł, a do tego dochodzą wypracowane zyski, dochody z internetu i prywatne nieruchomości. To plasuje Andziaks w finansowej czołówce polskich twórców internetowych.

    Nawet huczne chrzciny i gender reveal party, które część widzów uznaje za przepych, wpisują się w ten model: z finansowego punktu widzenia to dla pary drobny wydatek, a przy okazji dostarczają treści, która podbija zasięgi i sprzedaż. Formalnie świeczkowe miliony należą do żony, ale milionowe zasięgi Luki mają samodzielną wartość reklamową.

  • Podwyżki stóp Fed a giełda: historia podważa czarne scenariusze

    Podwyżki stóp Fed a giełda: historia podważa czarne scenariusze

    Inwestorzy szykują się na kolejne posiedzenie Rezerwy Federalnej, a na rynku znów pojawia się pytanie, czy podwyżki stóp procentowych muszą oznaczać przecenę akcji. Choć wyższe stopy zwykle kojarzą się z gorszymi nastrojami, dane historyczne sugerują, że ten związek nie jest wcale tak jednoznaczny.

    Co mówią dane?

    Strateg inwestycyjny monachijskiego UniCredit, Tobias Keller, zwraca uwagę, że akcje często słabną w ciągu pierwszych trzech miesięcy cyklu zacieśniania polityki pieniężnej, ale później obraz się zmienia. Sześć miesięcy po pierwszej podwyżce indeks S&P 500 był wyżej w pięciu z siedmiu analizowanych okresów. Rok później akcje przynosiły średnio około 8 proc. zysku. Dwa wyjątki – 1994 i 2022 – miały wspólną cechę: polityka monetarna stała się znacznie bardziej restrykcyjna, niż oczekiwał rynek.

    Keller podkreśla, że kluczowe znaczenie ma nie sama decyzja o stopach, ale kondycja gospodarki, która do niej prowadzi. Wskazuje na stabilny wzrost, rynek pracy bliski pełnego zatrudnienia oraz wolniejszy wzrost inflacji. To one, jego zdaniem, przesądzają o tym, czy giełda poradzi sobie z wyższymi kosztami pieniądza.

    Rentowność obligacji w centrum uwagi

    Równolegle na rynku rośnie napięcie związane z rentownością amerykańskich 10-latek. W tym tygodniu wzrosła ona o ponad 15 pkt bazowych, a od początku wojny na Bliskim Wschodzie o około 100 pkt bazowych. W piątek, przy taniejącej ropie, rentowność zmniejszyła się o prawie 3 pkt bazowe do 4,94 proc., ale w nocy z czwartku na piątek dochodziła do 4,982 proc., najwyżej od 2023 roku. Wzrost rentowności napędzały obawy, że drożejąca ropa zwiększy presję inflacyjną i zmusi Fed do agresywniejszego zacieśniania polityki. Do tego czwartkowy raport o inflacji cen hurtowych w USA pokazał większy niż oczekiwano wzrost w sierpniu.

    Według badania Markets Pulse, na które powołuje się Bloomberg, prawie jedna trzecia inwestorów uważa, że wzrost rentowności do przedziału 5,0–5,25 proc. mógłby wywołać 10-procentowy spadek rynku akcji od szczytu, czyli techniczną korektę. Kolejna grupa, ponad jedna piąta badanych, wskazuje na wyższy przedział 5,25–5,50 proc.

    Tempo ważniejsze niż poziom

    Większość uczestników rynku zwraca jednak uwagę na co innego. Ponad dwie trzecie badanych stwierdziło, że największym ryzykiem byłaby niekontrolowana wyprzedaż – liczy się przede wszystkim tempo wzrostu rentowności, a nie sama jej wysokość.

    Andrew Graham, partner w Jackson Square Capital, ocenia, że rentowności 10-latek prawdopodobnie przetestują szczyt cyklu z 2023 roku na poziomie 4,99 proc., co odbije się na rynkach akcji. Zastrzega jednak, że z perspektywy ryzyka dla akcji tempo wzrostu rentowności jest znacznie ważniejsze niż sam poziom.

    Rynek akcji na razie pozostaje względnie odporny na wzrost rentowności. Bloomberg tłumaczy to znaczącą poprawą wyników spółek. Hitesh Jain, analityk Yes Securities, uważa, że silny wzrost zysków powinien pozwolić rynkowi akcji poradzić sobie ze strukturalnie wyższymi rentownościami amerykańskich obligacji.

    Co dalej z Fed?

    UniCredit zrewidowało niedawno swoją prognozę i obecnie zakłada, że Fed dokona dwóch podwyżek o 25 pkt bazowych – jednej we wrześniu i jednej w grudniu. Keller tłumaczy, że zmiana odzwierciedla stabilny wzrost gospodarczy, dobrą sytuację na rynku pracy i wolniejszy wzrost inflacji. Inflacyjny wpływ konfliktu w Iranie wzmacnia argumenty za ostrożnym podejściem decydentów.

    Z kolei w badaniu Markets Pulse ponad 80 proc. uczestników zakłada, że jeśli Fed zdecyduje się na ruch, będzie to jedna lub maksymalnie dwie podwyżki, a nie długa seria zacieśniania. Rynek spodziewa się decyzji o 25 pkt bazowych już w przyszłym tygodniu.

    Liderzy mogą się zmienić

    Keller podkreśla, że bardziej jastrzębie nastawienie Fed nie musi być sprzeczne z konstruktywnym podejściem do akcji. Przyznaje, że zacieśnianie polityki może w krótkim terminie obciążać rynki, a podwyżki stóp mogą wywoływać okresy zmienności, zwłaszcza w droższych segmentach rynku. Jego zdaniem szerszy kontekst zysków pozostaje jednak sprzyjający.

    W miarę wzrostu stóp grono rynkowych liderów może się poszerzyć i wykroczyć poza wąską grupę akcji długoterminowych, która w ostatnich latach dominowała w zyskach. Strateg widzi w tym przede wszystkim zmianę układu sił, a nie zagrożenie dla całego rynku. Zakłada, że jeśli cykl podwyżek pozostanie zgodny z obecnymi oczekiwaniami, a wzrost gospodarczy i zyski utrzymają odporność, inwestorzy nie powinni mylić krótkoterminowej zmienności z pogorszeniem średnioterminowych perspektyw dla akcji.

    W piątek opublikowany zostanie raport o inflacji detalicznej w USA. Oczekiwane jest utrzymanie się jej na poziomie 3,4 proc., a inflacja bazowa ma osłabnąć do 2,4 proc. z 2,5 proc. w lipcu.

  • Rheinmetall odbija po przecenie. Goldman Sachs widzi 118 proc. potencjału

    Rheinmetall odbija po przecenie. Goldman Sachs widzi 118 proc. potencjału

    W trakcie sesji 8 września notowania Rheinmetall wyraźnie odbiły. Dzień wcześniej wycena niemieckiej spółki zbrojeniowej tąpnęła do 1016 euro, co było najniższym poziomem od lipca. Kupujący odzyskali inicjatywę: kurs rósł chwilami ponad 3 proc. i przejściowo znalazł się powyżej 1055 euro. Od razu pojawiło się pytanie, czy to dopiero początek większego ruchu, czy krótka reakcja po głębokiej przecenie. Zmienność notowań pozostaje przy tym wysoka.

    Goldman Sachs: 2300 euro nadal na stole

    Uwaga rynku skupia się teraz na prognozie Goldman Sachs. Mimo ostatniej przeceny bank nie zmienił celu dla akcji Rheinmetall i nadal wskazuje 2300 euro za papier. Przy notowaniach w okolicy 1055 euro oznacza to potencjał wzrostu o około 118 proc., a więc kurs miałby wzrosnąć ponad dwukrotnie. Skala różnicy między bieżącą wyceną a celem banku jest więc spora.

    Goldman Sachs bierze pod uwagę także wariant gorszego zachowania segmentu amunicji. Gdyby ten obszar miał mocno słabnąć od 2030 roku, wyliczana przez bank wartość godziwa akcji wynosiłaby około 1450 euro. Wobec kursu 1055 euro wciąż dawałoby to ok. 37 proc. potencjału. Obecna wycena może zatem już w części dyskontować ryzyko związane z przyszłymi wynikami amunicyjnymi.

    O 47 proc. poniżej szczytu

    Skalę ostatnich spadków widać gołym okiem na wykresie. W horyzoncie 52 tygodni najwyższy poziom to 2008 euro, a teraz akcje kosztują około 1055 euro. To oznacza przecenę o około 47 proc. od rekordu. Z drugiej strony dno z ostatniego roku wypada przy 900,20 euro, co pokazuje, jak szeroko rozpinał się przedział wahań notowań. Wycena zmieniała się gwałtownie w ostatnich miesiącach, a niepewność co do dalszego kierunku pozostaje duża.

    Warto przypomnieć, że próby odbicia pojawiały się już pod koniec sierpnia. Podczas czwartkowej sesji kurs rósł wtedy również o ponad 3 proc., po zejściu z okolic 1100 euro. Mimo to w ujęciu tygodniowym akcje pozostawały pod presją, choć bilans miesięczny wyglądał już znacznie lepiej. Notowania wciąż znajdowały się wyraźnie poniżej tegorocznego maksimum, dlatego uwaga inwestorów skupiła się na najbliższym oporze – to od jego pokonania może zależeć dalszy kierunek.

    Zamówienia i wyniki

    W średnim terminie największe znaczenie dla waloru będzie miał napływ nowych kontraktów i wyniki operacyjne. Rheinmetall niedawno otrzymał zamówienie na 149 dodatkowych mobilnych stacji ratowniczych dla niemieckich sił zbrojnych. Wartość tej części kontraktu przekracza 500 mln euro, a całe zlecenie urosło do ponad 600 mln euro. Dla spółki istotne jest to, że kolejne zlecenia tego typu mogą z czasem zasilać przychody i wyniki.

    Na liście potencjalnych impulsów wymienia się też projekt obozu wojskowego na Litwie oraz utrzymujący się wzrost wydatków na obronność. Rynek nie poprzestanie jednak na liczbie ogłaszanych projektów. Liczy się przede wszystkim to, czy zamówienia przełożą się na przychody i zyski. Przy wysokich oczekiwaniach inwestorów każde rozczarowanie – w sprzedaży, marżach albo prognozach zysku – może znów wzmocnić presję na kurs.

    Na notowania może wpływać także geopolityka, w tym perspektywa ewentualnej deeskalacji wojny w Ukrainie. Rynek stoi więc przed koniecznością wycenienia z jednej strony potencjału dalszych wydatków obronnych, a z drugiej ryzyka, że część oczekiwań okaże się zbyt optymistyczna.

    Brak potwierdzenia trendu

    Na razie nie ma jednoznacznego potwierdzenia zmiany trendu. Po tak dużej przecenie naturalne są techniczne odbicia, ale dopiero kolejne sesje zweryfikują, czy popyt jest na tyle silny, by utrzymać zwyżki. Obserwatorzy rynku wskazują, że kluczowym testem będzie zachowanie notowań przy oporze; jego przełamanie mogłoby poprawić perspektywy dalszych zwyżek.

    W branży zbrojeniowej nie ma jednolitego obrazu: część producentów notuje niewielkie spadki, a inne wciąż są obiektem zakupów inwestorów. Rheinmetall stoi przed zadaniem udowodnienia, że jego odbicie to coś więcej niż przejściowe odreagowanie. Najbliższe sesje i reakcja na opór dadzą odpowiedź, czy kurs może oddalić się od tegorocznych minimów.

  • Koniec ery Tima Cooka w Apple. John Ternus przejmuje stery w kluczowym momencie

    Koniec ery Tima Cooka w Apple. John Ternus przejmuje stery w kluczowym momencie

    Apple ma nowego dyrektora generalnego. 1 września 2026 r. John Ternus, dotychczasowy starszy wiceprezes ds. inżynierii sprzętu, zastąpił Tima Cooka, który kierował spółką przez blisko 15 lat. Cook nie znika jednak całkowicie – objął funkcję przewodniczącego wykonawczego rady dyrektorów i pozostanie związany z firmą, wspierając wybrane projekty oraz relacje Apple z administracją i regulatorami.

    Z garażu do bilionów

    Gdy Cook przejmował stery w sierpniu 2011 r., Apple było warte około 350 mld dolarów. Dziś kapitalizacja spółki przekracza 5 bln dolarów – poziom, który po raz pierwszy osiągnięto 28 lipca 2026 r. Apple stało się wówczas drugą spółką w historii, po Nvidii, która pokonała tę barierę. W czasie jego prezesury wartość firmy wzrosła więc około 14-krotnie, a sama cena akcji od sierpnia 2011 r. do sierpnia 2026 r. zwiększyła się o około 2400%.

    Wyniki finansowe również mówią same za siebie. W roku 2011 Apple miało 108 mld dolarów przychodów i 33 mld dolarów zysku netto. W rekordowym roku 2025 przychody sięgnęły 416 mld dolarów, a zysk netto 112 mld dolarów – to niemal czterokrotny wzrost przychodów i ponad trzykrotny wzrost zysku w 15 lat.

    Co Ternus zastaje w spółce?

    John Ternus to weteran Apple – pracuje tam od 2001 r. i odpowiadał za rozwój takich produktów jak iPhone, iPad, Mac, Apple Watch, AirPods oraz Vision Pro. Przejmuje firmę w momencie, gdy musi przyspieszyć prace nad sztuczną inteligencją, w której Apple przez lata było postrzegane jako zapóźnione względem części konkurentów, oraz utrzymać tempo wzrostu przy rosnących kosztach komponentów.

    Podczas kadencji Cooka Apple przeszło wiele ważnych zmian: przywrócono wypłatę dywidendy w 2012 r., wprowadzono Apple Pay (2014), Apple Watch (2015), AirPods (2016) oraz własne procesory Apple Silicon (od 2020 r.). Firma zainwestowała też w gogle Vision Pro i uruchomiła autorski system generatywnej sztucznej inteligencji Apple Intelligence.

    Premiera, która miała być testem

    Już 9 września, podczas pierwszej prezentacji produktowej Ternusa jako CEO, Apple pokazało nową generację iPhone’ów – w tym iPhone’a 18 Pro i Pro Max z układem A20 Pro oraz długo wyczekiwany składany iPhone Duo. Jego cena startowa została ustalona na 1999 dolarów. Firma podniosła również ceny części dotychczasowych modeli, tłumacząc to presją kosztową związaną m.in. z komponentami.

    Reakcja giełdy była jednak chłodna. Kurs Apple spadał w trakcie prezentacji, a inwestorzy analizowali zarówno wysoką cenę składanego modelu, jak i perspektywy sprzedaży całej nowej linii. Na nastroje wpływały też czynniki makroekonomiczne i sytuacja na rynku ropy. Zdaniem Bank of America akcje Apple często przechodzą po premierach przez krótkoterminową fazę „sell the news”, by w kolejnych tygodniach odrabiać część strat.

    Polski akcent

    Apple ma także silną pozycję na polskim rynku. Wiceprezes Greg Joswiak mówił o wzroście udziału iPhone’a w Polsce z około 11 do blisko 20 proc. w ostatnich latach. Sam Tim Cook wielokrotnie wskazywał Polskę jako jeden z dynamicznie rozwijających się rynków.

    Co dalej z akcjami?

    Mimo krótkoterminowej nerwowości Wall Street pozostaje w większości pozytywnie nastawiona do Apple. Wśród analityków dominują rekomendacje „kupuj” i „trzymaj”, choć ceny docelowe są mocno zróżnicowane. Kurs spółki od początku roku zyskał 16 proc., niemal dokładnie tyle co Nasdaq 100.

    Ciekawostką pozostaje inwestycja Berkshire Hathaway Warrena Buffetta, który od 2016 r. zbudował w Apple jedną z największych pozycji w swoim portfelu. W szczytowym okresie konglomerat posiadał blisko 900 mln akcji, ale w latach 2024–2025 sprzedał ponad trzy czwarte pakietu. W pierwszej połowie 2026 r., już pod wodzą Grega Abela, Berkshire utrzymywało około 228 mln akcji Apple.

    Apple pozostaje też jednym z filarów amerykańskich indeksów, wchodząc w skład grupy Magnificent Seven. Dla polskich inwestorów akcje spółki są dostępne m.in. za pośrednictwem warszawskiego rynku GlobalConnect prowadzonego przez GPW, a także w ramach ETF PZU śledzącego indeks MSCI World, który zadebiutował wiosną 2026 r.

    Najbliższe tygodnie pokażą, czy Ternusowi uda się przekonać rynek do swojej wizji. Kluczowe będą tempo wdrażania AI, strategia cenowa i przyjęcie pierwszego składanego iPhone’a. Pierwszy duży test nowy CEO ma już za sobą – a ocena inwestorów, przynajmniej na razie, pozostaje mieszana.

  • Maszyniści zwolnią do 20 km/h. PKP Intercity ostrzega przed trudnym piątkiem

    Maszyniści zwolnią do 20 km/h. PKP Intercity ostrzega przed trudnym piątkiem

    PKP Intercity nie odwołuje piątkowych pociągów, ale ostrzega, że podróż może zająć znacznie więcej czasu niż zwykle. Powodem jest ogólnopolski protest maszynistów, którzy w ten sposób reagują na tragiczny wypadek na przejeździe w Sokolnikach Suchych.

    Prezes PKP Intercity Janusz Malinowski przekazał w czwartek, że rozkład jazdy zostanie utrzymany. Jednocześnie zaznaczył, że tego dnia opóźnienia mogą być bardzo duże. Zastrzegł, że w niektórych miejscach utrudnienia mogą być wyjątkowo dotkliwe. Spółka porozumiała się ze wszystkimi operatorami działającymi w kraju w sprawie honorowania biletów i zapowiedziała, że tam, gdzie zajdzie taka potrzeba, uruchomi komunikację zastępczą.

    Kraków–Zakopane pod szczególnym ostrzeżeniem

    Najtrudniejsza sytuacja może czekać pasażerów na trasie Kraków–Zakopane. Część pociągów jadących w kierunku Tatr może kończyć bieg w Krakowie. Dalej podróżni będą musieli przesiąść się do autobusów zastępczych.

    Jak mówił prezes spółki, skala utrudnień będzie istotnie mniejsza, jeśli organizatorzy zdecydują się zakończyć akcję przed południem. Pasażerowie, którzy nie chcą jechać w piątek, mogą zrezygnować z przejazdu bez ponoszenia kosztów odstępnego.

    Tragedia, która wywołała protest

    Protest to reakcja na wypadek na przejeździe kolejowym w Sokolnikach Suchych koło Przysuchy na Mazowszu. Do zdarzenia doszło w środę około 11.30 przy drodze krajowej nr 12. Według wstępnych ustaleń śledczych kierowca ciężarówki zignorował sygnał świetlny zakazujący wjazdu na przejazd.

    Ciężarówka wjechała wprost pod pociąg InterCity relacji Lublin Główny–Szczecin. Zderzenie spowodowało wykolejenie elektrycznej lokomotywy i dwóch pierwszych wagonów. Komisja kolejowa ustaliła, że pojazd nie uderzył w pierwszy wagon, jak początkowo zakładano, i nie jechał od strony Sokolnik Suchych, lecz od drogi krajowej nr 12. W wyniku zderzenia lokomotywa podniosła się, obróciła o 180 stopni i przewróciła na pierwszy wagon.

    W składzie podróżowało co najmniej 114 osób, w tym troje członków załogi. Śmierć poniosła 39-letnia mieszkanka okolic Lublina. Do placówek medycznych trafiło 10 osób w wieku od 27 do 71 lat. Dwie po udzieleniu pomocy opuściły szpitale. Osiem osób nadal przebywa w placówkach w Radomiu, Kielcach i Opocznie. Stan kierowcy ciężarówki oraz maszynisty określany jest jako poważny. Śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Radomiu.

    Straty po katastrofie: miliony i naprawy

    Jak ustaliła Polska Agencja Prasowa, PKP Polskie Linie Kolejowe oszacowały szkody po wypadku na około 3 mln zł. Spółka przekazała, że na miejscu trwają prace związane z usuwaniem skutków wypadku. W czwartek po południu specjalistyczne dźwigi podniosły lokomotywę i wagon stojący bezpośrednio za nią. Wcześniej jeden wagon zjechał do stacji w Wolanowie.

    Jak przekazała Anna Znajewska-Pawluk z zespołu prasowego PKP PLK, na torowisku pozostały trzy z sześciu wagonów. Przedstawicielka spółki wskazała, że głównym wyzwaniem są zniszczenia infrastruktury na znacznym odcinku. Do naprawy są tor, podkłady i sieć trakcyjna. Konieczna będzie wymiana ponad kilometra sieci trakcyjnej, ponad 400 m torowiska i pięciu słupów sieci trakcyjnej.

    Prace mają być prowadzone tak, by jak najszybciej przywrócić ruch. Kolejarze starają się maksymalnie przyspieszyć usuwanie skutków wypadku. Jeśli warunki atmosferyczne nie przeszkodzą, pierwszy tor zostanie udrożniony w piątkowy późny wieczór. Wtedy pociągi pojadą po jednym torze.

    Rząd zapowiada ostrzejsze kary

    Premier Donald Tusk ocenił, że wydarzenia w Sokolnikach Suchych dowodzą, iż potrzeba natychmiastowych, pilnych prac nad radykalnie surowszymi sankcjami dla osób, które regularnie wjeżdżają na przejazdy kolejowe. Minister infrastruktury Dariusz Klimczak przekazał, że „w trybie pilnym przygotowywane jest ustawowe zaostrzenie kar za łamanie przepisów na przejazdach drogowo-kolejowych”.

    Zgodnie z przygotowywanymi regulacjami kierowcom, którzy spowodują zagrożenie w ruchu lądowym lub katastrofę w ruchu lądowym, ma grozić zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych przez ponad trzy lata.

    Protest w piątek

    W piątek odbędzie się ogólnopolska akcja protestacyjna zapowiedziana przez Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych. Członkowie związku zamierzają przed przejazdami kolejowo-drogowymi zwalniać maksymalnie do 20 km/h. PKP Intercity utrzymuje rozkład jazdy, ale pociągi w całym kraju mogą być opóźnione.

  • Vigo Photonics celuje w inteligentną amunicję. Giełdowa spółka łączy siły z Polskim Pierścieniem Amunicyjnym

    Vigo Photonics celuje w inteligentną amunicję. Giełdowa spółka łączy siły z Polskim Pierścieniem Amunicyjnym

    Vigo Photonics, giełdowy producent detektorów i materiałów półprzewodnikowych, podpisał list intencyjny ze spółkami wchodzącymi w skład Polskiego Pierścienia Amunicyjnego. Porozumienie dotyczy rozwoju nowoczesnych technologii dla sektora obronnego, a wśród pierwszych obszarów wskazano inteligentną i precyzyjną amunicję artyleryjską oraz systemy optoelektroniczne stosowane w dronach.

    Co może powstać w ramach współpracy?

    Strony zapowiedziały analizę wspólnych projektów, w tym modułów wspierających naprowadzanie amunicji oraz innych rozwiązań mogących zwiększać skuteczność amunicji kierowanej. Drugi ważny obszar to drony: chodzi o wykorzystanie detektorów i matryc podczerwieni Vigo w systemach obserwacji i rozpoznania dla różnych klas bezzałogowców, w tym dronów klasy Reacto. Technologie te mogą być przydatne zwłaszcza w warunkach ograniczonej widoczności, czyli po zmroku lub w zadymieniu.

    Porozumienie obejmuje również analizę wykorzystania sensorów i detektorów przy budowie oraz automatyzacji nowoczesnych fabryk wielkokalibrowej amunicji artyleryjskiej. Celem jest poprawa jakości, bezpieczeństwa i efektywności procesów produkcyjnych. Strony chcą też pracować nad projektami badawczo-rozwojowymi związanymi z ochroną pojazdów i obiektów oraz systemami detekcji chemicznej. Projekty mają charakter dual-use, co oznacza, że opracowywane technologie mogą znaleźć zastosowanie zarówno w wojsku, jak i przy ochronie infrastruktury krytycznej, monitoringu pożarowym czy w systemach przeciwdronowych.

    Kim jest Polski Pierścień Amunicyjny?

    Polski Pierścień Amunicyjny to konsorcjum przemysłowe skupiające polskie firmy zbrojeniowe. Jego celem jest rozwój i zwiększanie krajowych zdolności w produkcji oraz dostawach amunicji wielkokalibrowej i innego uzbrojenia. Konsorcjum rozwija też potencjał technologiczny m.in. przez spółki celowe, takie jak AMC Polish Arsenal, we współpracy z partnerami z Europy Środkowo-Wschodniej. W zakresie działalności znajduje się również inteligentna i kierowana amunicja dla polskich sił zbrojnych, europejskich sojuszników oraz klientów spoza Europy.

    Rynek zareagował na list intencyjny

    Informacja o porozumieniu szybko odbiła się na notowaniach. Tuż po publikacji komunikatu kurs Vigo rósł o ponad 6 proc., a w kolejnych doniesieniach prasowych pojawiały się informacje o wzroście o około 16 proc. przy niezłych obrotach. Wcześniej, od końca kwietnia, akcje spółki straciły blisko 33 proc., więc czwartkowa zwyżka była wyraźną próbą odwrócenia tej słabości.

    Prezes Vigo Photonics Adam Piotrowski wiąże z partnerstwem duże nadzieje związane z programem SAFE.

    To przełomowy moment dla polskiego przemysłu zbrojeniowego. Rekordowe zamówienia w ramach programu SAFE generują olbrzymie zapotrzebowanie na nasze technologie, stanowiące krytyczny komponent nowoczesnych systemów obronnych. Partnerstwo z Polskim Pierścieniem Amunicyjnym otwiera przed nami perspektywiczny obszar zastosowań dla naszych detektorów i matryc podczerwieni: inteligentną amunicję precyzyjną oraz systemy rozpoznania i obserwacji dla dronów. Naszą ambicją jest dostarczanie polskiej armii rozwiązań na światowym poziomie, produkowanych w całości w kraju, co realnie wzmacnia naszą suwerenność technologiczną i bezpieczeństwo państwa.

    Program SAFE w tle

    Porozumienie pojawia się w momencie dużych wydatków na modernizację Sił Zbrojnych RP. Realizacja programu SAFE wiąże się z kontraktami o wartości blisko 60 mld zł na dostawy nowoczesnego sprzętu. To właśnie ten kontekst bywa wskazywany jako potencjalnie duży rynek dla krajowych dostawców zaawansowanych komponentów, w tym detektorów i matryc podczerwieni.

    Wiceprezes Polskiego Pierścienia Amunicyjnego Marcin Krawczyk podkreśla, że konsorcjum myśli już o kolejnej generacji produktów.

    W naszych nowo powstających zakładach rozwijamy zdolności do produkcji amunicji wielkokalibrowej. Obok klasycznych zestawów kalibru 155 mm i 120 mm już dziś myślimy o kolejnej generacji produktów. Widzimy wyraźną potrzebę rozwoju, a następnie seryjnej produkcji amunicji inteligentnej, wykorzystującej nowoczesne rozwiązania optoelektroniczne. Zawarte porozumienie otwiera nam drogę do budowy takich kompetencji i wprowadzenia tego typu produktów do naszej przyszłej oferty.

    List intencyjny to dopiero początek

    Zawarte porozumienie nie jest jeszcze kontraktem ani gwarancją przychodów. List intencyjny ma charakter niewiążący i wyznacza obszary potencjalnej współpracy, ale kluczowe będą kolejne etapy: decyzje o konkretnych projektach i ewentualne przejście od prac rozwojowych do zamówień seryjnych. Strony podkreśliły też, że zakres współpracy obejmuje projekty badawczo-rozwojowe o charakterze dual-use, co może poszerzyć zastosowanie technologii Vigo poza wojsko.

  • Niemieckie zamówienia w przemyśle: +2,5% w lipcu, ale bez dużych kontraktów byłby spadek

    Niemieckie zamówienia w przemyśle: +2,5% w lipcu, ale bez dużych kontraktów byłby spadek

    Lipiec przyniósł kolejną niespodziankę z Niemiec. Zamówienia w przemyśle wzrosły o 2,5% w porównaniu z czerwcem, podczas gdy rynek spodziewał się zaledwie 0,3%. To już trzeci miesiąc z rzędu z dodatnim odczytem – coś, czego w tym roku jeszcze nie widzieliśmy. Jednak za optymistyczną liczbą kryje się obraz znacznie bardziej złożony.

    Destatis: rok do roku aż 13,1% w górę

    Niemiecki urząd statystyczny Destatis poinformował w piątek, że po uwzględnieniu czynników sezonowych i kalendarzowych nowe zamówienia wzrosły o 2,5% miesiąc do miesiąca. Dla porównania w czerwcu dynamika wyniosła 3,7% (również po korekcie). W ujęciu rok do roku zamówienia urosły aż o 13,1% (dane skorygowane o liczbę dni roboczych), wobec 7,2% w czerwcu. To kolejny pozytywny sygnał z największej gospodarki Europy, ale warto pamiętać, że w poprzednich miesiącach odczyty przeplatały się z dodatnimi i ujemnymi, a wyniki często poddawane są rewizjom lub zależą od dużych zamówień.

    Motorem duże zamówienia transportowe – w tym zbrojeniowe

    Głównym źródłem wzrostu był sektor „produkcji pozostałego sprzętu transportowego”, obejmujący statki, tabor kolejowy, samoloty i pojazdy wojskowe. Według Destatis zamówienia w tej kategorii wzrosły aż o 126,4% w ujęciu miesięcznym dzięki wyjątkowo wysokiemu wolumenowi zamówień wielkoskalowych. Równocześnie przemysł motoryzacyjny zanotował spadek o 12,5%, co pociągnęło cały wynik w dół.

    Ekonomiści ING Banku Śląskiego wskazali, że wzrost w lipcu napędzała głównie produkcja metali, korzystająca z wyższych wydatków zbrojeniowych. W przemyśle chemicznym zamówienia pozostały bez zmian, a w trzech pozostałych szerokich kategoriach – komputery i elektronika, sprzęt inżynieryjny oraz samochody i części – odnotowano spadki, największy w ostatniej kategorii.

    Popyt krajowy w górę, zagranica w dół

    Nowe zamówienia na dobra inwestycyjne wzrosły w lipcu o 2,4% mdm, a na dobra pośrednie o 4,3%. Dobra konsumpcyjne odnotowały spadek o 4,8%. Popyt krajowy gwałtownie wzrósł – o 9,1% w ujęciu miesięcznym. Zamówienia zagraniczne natomiast spadły o 2,1%, przy czym zamówienia ze strefy euro wzrosły o 12,1%, a z krajów spoza strefy euro spadły o 10,1%.

    Bez wielkoskalowych kontraktów obraz jest gorszy

    Jeśli spojrzeć na dane z wyłączeniem największych kontraktów, ogólna liczba nowych zamówień w lipcu spadła o 1,4% w porównaniu z poprzednim miesiącem. W mniej zmiennym ujęciu trzymiesięcznym (maj–lipiec) popyt wzrósł o 2,9% względem poprzednich trzech miesięcy, ale po odrzuceniu dużych zamówień spadł o 2,2%. To potwierdza, że głównym motorem są jednorazowe, duże kontrakty.

    Ekonomiści: ostrożnie z entuzjazmem

    Analitycy mBanku skomentowali na platformie X:

    „W pierwszej chwili sądziliśmy, że lipcowe zamówienia w przemyśle Niemiec to kolejny pozytywny sygnał z tamtejszej gospodarki. Niemniej bardziej wnikliwy rzut oka obnaża pewną słabość: zryw w lipcu był efektem (jednorazowych) dużych zamówień. Bez nich zanotowaliśmy spadek.”

    Oliver Rakau z Oxford Economics ocenił, że blisko 20-procentowy skok zamówień w ostatnich miesiącach zdecydowanie wyolbrzymia krótkoterminowy bodziec wzrostowy dla gospodarki. Wciąż oczekuje silniejszego przyspieszenia wzrostu w Niemczech w drugiej połowie roku, co ma być podstawą dla prognozy PKB na 2027 r. powyżej rynkowego konsensusu. Rakau dodał jednak, że wzrosty zamówień są mocno skoncentrowane w sektorach takich jak zbrojeniowy, które są już maksymalnie obciążone, przez co zwiększenie produkcji na miarę popytu będzie trudne.

    „Wskaźniki aktywności o wysokiej częstotliwości oraz ankiety również przemawiają przeciwko rychłemu skokowi produkcji. Co więcej, słaby handel na świecie, cła, trwała utrata konkurencyjności oraz słabnący popyt na europejskie samochody pozostają potężnymi obciążeniami dla aktywności gospodarczej w Niemczech” – podsumował Rakau.

    Źródłem ożywienia – wydatki państwa

    Piątkowe dane Destatis potwierdzają, że odbicie w niemieckim przemyśle napędzane jest głównie przez zamówienia rządowe – w tym wydatki militarne, inwestycje infrastrukturalne oraz rozwój centrów danych. Impuls nie pochodzi natomiast od konsumentów. Liczby wyraźnie pokazują, że niemiecki przemysł faktycznie ożywa, ale przede wszystkim dzięki dużym kontraktom – bez nich obraz wciąż pozostaje mieszany, a długoterminowe wyzwania, od ceł po spadek konkurencyjności, nie znikają.

  • Giełdowe rekordy kuszą i straszą. Ekspert: nie szukaj idealnego momentu

    Giełdowe rekordy kuszą i straszą. Ekspert: nie szukaj idealnego momentu

    Rekordy na giełdzie działają jak magnes: przyciągają osoby, które dotąd trzymały się z dala od rynku, ale równocześnie budzą obawę, że najlepszy moment na zakupy już minął. Tomasz Jaroszek, bloger i edukator finansowy, przekonuje, że to dylemat powracający podczas każdej hossy, a próba trafienia w idealny punkt wejścia często prowadzi do czekania.

    Idealny moment widać tylko z perspektywy czasu

    Jaroszek zwraca uwagę, że pytanie „czy nie jest za późno” pojawia się właściwie zawsze.

    Duża część osób mówi: poczekam, aż będzie znacznie niżej, bo zaraz przyjdzie kryzys. Internet kocha przecież kryzysy, które co chwilę mają wybuchnąć. Gdybyśmy jednak spotkali się dokładnie rok wcześniej, pytanie prawdopodobnie brzmiałoby tak samo.

    Ekspert podkreśla, że w Polsce wielu ludzi woli „zainwestować” całą odłożoną kwotę naraz, zamiast budować długoterminowy proces. Jego zdaniem to największe ryzyko, bo nigdy nie wiadomo, czy wybrany moment jest właściwy. Nie ma jednak sensu czekać, aż sytuacja się unormuje: ryzyko jest wpisane w rynki na stałe, a chwilę, w której niepewność znika, zwykle rozpoznaje się dopiero z perspektywy czasu.

    Na rynkach rzeczywiście dzieje się dużo. Geopolityka wciąż miesza szyki: konflikt na Bliskim Wschodzie podważa bezpieczeństwo dostaw surowców i szlaków transportowych, a wojna w Ukrainie oddziałuje na europejską energetykę, handel i oczekiwania inflacyjne. Bieżące informacje potrafią zmieniać się szybciej niż długoterminowe fundamenty gospodarki. Łatwo wtedy uznać krótkotrwały ruch notowań za początek trwałego trendu. Silne zwyżki podsycają lęk przed przegapieniem okazji, a spadki zachęcają do odwlekania decyzji albo wyprzedaży po niekorzystnej cenie.

    Prosty portfel na początek

    Zanim pierwsza złotówka trafi na giełdę, warto odłożyć poduszkę finansową na nieprzewidziane wydatki i spłacić najdroższe zobowiązania. Środki na rachunki, remont albo wkład własny, które będą potrzebne w najbliższym czasie, nie powinny być uzależnione od giełdowej koniunktury.

    W poradniku można przeczytać, że pierwszy portfel nie musi być skomplikowany. Większa liczba składników utrudnia ocenę, skąd pochodzą wyniki i na jakie ryzyko naprawdę jest się narażonym. Część akcyjna może być oparta na szeroko zdywersyfikowanym funduszu indeksowym lub ETF, dzięki czemu wynik nie zależy od jednej spółki, branży ani kraju. Obligacje mają za zadanie wygładzać wahania portfela i dawać środki do okresowego równoważenia proporcji, ale one także potrafią przynosić straty. Gotówka nie ma maksymalizować stopy zwrotu, tylko chronić przed koniecznością sprzedawania akcji w trakcie przeceny.

    Jako przykład edukacyjny można podać portfel umiarkowany: 50 proc. na globalny fundusz akcyjny, 30 proc. na instrumenty obligacyjne i 20 proc. na gotówkę lub krótkoterminowe papiery o niskiej zmienności. To jednak nie uniwersalna recepta: przy długim horyzoncie można myśleć o większym udziale akcji, a przy wcześniejszych potrzebach finansowych lepiej ograniczać ryzyko.

    Regularność zamiast jednego wielkiego zakładu

    Jaroszek proponuje więc rozkładanie zakupów w czasie, np. na comiesięczne albo kwartalne wpłaty. Dzięki nim można uśrednić cenę zakupu i pozostać na rynku, zamiast wypatrywać idealnej chwili. To nie chroni przed stratą ani nie daje gwarancji ponadprzeciętnych wyników, ale ogranicza wagę jednej decyzji i pomaga zachować systematyczność.

    Jaroszek przypomina, że w ostatnich latach były dwa solidne tąpnięcia i kilka mniejszych, a gwałtowne ruchy potrafi wywołać nawet publiczna wypowiedź Donalda Trumpa. Dlatego środki, które mogą być potrzebne szybko, nie powinny być narażone na giełdowe wahania.

    Kiedy rekordy powinny niepokoić

    Gdy notowania mocno urosną, pojawia się z kolei pokusa realizacji zysków i równoczesna obawa przed zbyt wczesną sprzedażą. Zdaniem eksperta odpowiedź zależy przede wszystkim od horyzontu i strategii. Ktoś, kto aktywnie inwestuje i ma spory zysk, powinien ocenić, czy fundamenty spółki lub indeksu wciąż są zdrowe, czy rynek żyje już tylko oczekiwaniami.

    Sam poziom indeksu nie musi być sygnałem ostrzegawczym. Gorzej, gdy pojawia się powszechna euforia i inwestowanie zaczyna uchodzić za łatwy oraz szybki sposób na pieniądze. Przywołuje hossę na kryptowalutach, gdy temat bitcoina pojawiał się nawet u fryzjera czy taksówkarza. Kiedy temat wychodzi poza środowisko inwestorów, warto się zastanowić, czy wyceny nie odkleiły się od fundamentów.

    Jaroszek zastrzega jednak, że polski rynek do powszechnej euforii jeszcze daleko. Otwartych rachunków maklerskich jest około 3 mln, ale aktywnie używanych – tylko około 400 tys. „Dopiero budzimy się inwestycyjnie” – podsumowuje ekspert.