Blog

  • Złoto w rezerwach NBP tanieje, ale bank kupuje więcej. Oto najnowsze dane

    Złoto w rezerwach NBP tanieje, ale bank kupuje więcej. Oto najnowsze dane

    Narodowy Bank Polski konsekwentnie dokupuje złoto, ale wartość jego rezerw w kruszcu w czerwcu spadła o ponad 16 mld zł. Powód? Globalna przecena metalu szlachetnego. Mimo to prezes Adam Glapiński potwierdza cel 700 ton i chwali się historycznym momentem – Polska znalazła się w pierwszej dziesiątce banków centralnych świata pod względem zasobów złota.

    Aktywa rezerwowe NBP na koniec czerwca

    Oficjalne aktywa rezerwowe na koniec czerwca 2026 r. wyniosły 1 bln 107,7 mld zł. Oznacza to wzrost o 25 mld zł (2,3 proc.) w porównaniu z majem i o 211,4 mld zł (23,6 proc.) w ujęciu rocznym. W dolarach amerykańskich było to 293,5 mld USD – spadek o 1,3 proc. w skali miesiąca, co wynika z umocnienia dolara.

    Złoto: spadek wartości mimo wzrostu ilości

    Wartość złota w skarbcach NBP wyceniono na 307,8 mld zł, co stanowi 27,8 proc. całkowitych aktywów rezerwowych. To spadek o 2,2 pkt proc. w porównaniu z majem. W ujęciu złotowym kruszec stracił na wartości 16,4 mld zł (5,1 proc.) w ciągu miesiąca. W dolarach zasoby złota wyniosły 81,6 mld USD – spadek o 7,5 mld USD (8,4 proc.) w skali miesiąca.

    Przyczyną jest przecena na światowych rynkach. Na koniec czerwca za uncję płacono 3945 USD – pierwszy raz od początku listopada poniżej 4000 USD. To spadek o 13,2 proc. w ciągu miesiąca i aż 29,5 proc. od historycznego maksimum z końca stycznia (5595 USD).

    Mimo to bank centralny nie tylko nie sprzedał złota, ale wręcz zwiększył jego fizyczną ilość. Według danych z końca maja NBP posiadał 19,736 mln uncji (ok. 616,8 ton). Prezes Adam Glapiński podczas czwartkowej konferencji podał, że na koniec czerwca bank miał 632,4 ton złota. Z kolei dane z końca maja wskazują na zakup 18 ton w ciągu czerwca – te liczby pochodzą z różnych okresów i mogą wynikać z aktualizacji wyceny lub rozbieżności w raportowaniu.

    „Konsekwentnie kupujemy złoto, korzystając z niskich cen, z obniżek i jednorazowych okazji” – powiedział Adam Glapiński. Podtrzymał, że celem NBP jest osiągnięcie 700 ton.

    Prezes poinformował także, że niezrealizowane zyski ze złota wynoszą 127,5 mld zł. W jego kadencji bank centralny kupił łącznie 529 ton złota. W 2024 roku było to 90 ton, w 2025 roku – 102 tony, a w bieżącym 2026 roku – 82 tony. Polska znalazła się w gronie dziesięciu państw o największych zasobach złota na świecie.

    Bezpieczeństwo rezerw: inspekcje w Nowym Jorku i Londynie

    Glapiński dodał, że w czerwcu na jego polecenie przeprowadzono dwie rozszerzone inspekcje polskiego złota przechowywanego w oddziale Fed w Nowym Jorku oraz w Banku Anglii w Londynie. Nie stwierdzono żadnych ryzyk. Obecnie około 104,7 ton złota znajduje się w Polsce, a po zakończeniu przebudowy siedziby NBP w Warszawie pojemność „supernowoczesnego skarbca” ma być „praktycznie nieograniczona”.

    Inflacja w celu, stopy bez zmian

    Podczas tej samej konferencji prezes odniósł się do polityki pieniężnej. Inflacja w czerwcu spadła do 2,5 proc., czyli dokładnie do celu NBP. Rada Polityki Pieniężnej po dwudniowym posiedzeniu (zakończonym 8 lipca) utrzymała stopy procentowe bez zmian – stopa referencyjna nadal wynosi 3,75 proc.. To czwarta z rzędu decyzja bez zmian. Ostatnia obniżka miała miejsce w marcu 2026 r. o 0,25 pkt proc.

    Glapiński określił swoje nastawienie jako „zdecydowanie gołębie” i stwierdził, że po wakacjach możliwa jest obniżka stóp. – Jeśli się nic nie zmieni, wszystkie sygnały i parametry będą takie jak teraz, to jest prawdopodobne – powiedział. Dodał jednak, że nie wie, jak zdecydują pozostali członkowie Rady. Ewentualna obniżka mogłaby być jedna, jeszcze w tym roku.

    RPP nie spotyka się decyzyjnie w sierpniu, więc kolejna możliwość zmiany stóp pojawi się dopiero we wrześniu. Na razie koszt pieniądza pozostaje na poziomie 3,75 proc., a perspektywy inflacji – zdaniem prezesa – są dobre, choć ryzykiem pozostają ceny energii i sytuacja geopolityczna.

  • Trump zarobił miliardy na kryptowalutach i giełdzie. „Nie zarządzam moimi finansami”

    Trump zarobił miliardy na kryptowalutach i giełdzie. „Nie zarządzam moimi finansami”

    Nowe zeznanie majątkowe Donalda Trumpa ujawniło kwoty, które robią wrażenie nawet jak na miliardera. Rodzina prezydenta USA miała w 2025 roku uzyskać ponad 1,4 mld dolarów wyłącznie z przedsięwzięć kryptowalutowych. Do tego doszły zyski giełdowe – według doniesień CNBC łączny dochód z handlu akcjami i kryptowalutami sięgnął ponad 2 mld dolarów, przy czym samych transakcji na giełdzie było ponad 2 tysiące.

    Donald Trump nie zamierza jednak przepraszać za swoje bogactwo. Wręcz przeciwnie – w rozmowie z dziennikarzami tuż przed odlotem do Dakoty Północnej, a później w obszernym wywiadzie dla CNBC, przedstawił proste wytłumaczenie: on sam nie zarządza swoimi pieniędzmi.

    Ogromne zyski z kryptowalut i giełdy

    Ujawnione w tym tygodniu oświadczenie majątkowe pokazało skalę dochodów rodziny Trumpów na rynku kryptowalut. Same przedsięwzięcia crypto przyniosły ponad 1,4 mld dol. w 2025 roku. Do tego portfel akcyjny prezydenta, którym zarządzają zewnętrzne fundusze, również odnotował spektakularne wzrosty. W sumie, jak podaje CNBC, dochód z giełdy i kryptowalut przekroczył 2 mld dol.

    Trump odrzuca sugestie, by miał na te wyniki bezpośredni wpływ. Prezydent stwierdził, że nie angażuje się osobiście w zarządzanie swoim majątkiem – robią to za niego duże instytucje finansowe. Zaznaczył, że zarobił pieniądze jeszcze przed objęciem urzędu i to one decydują, gdzie lokować środki. Podkreślił, że z menedżerami tych funduszy w ogóle nie rozmawia i nie ingeruje w ich decyzje.

    „Dziękuję, prezydencie Trump”

    Prezydent nie kryje, że sukcesy swoich inwestycji przypisuje przede wszystkim ogólnej hossie na Wall Street. W rozmowie podkreślił, że na wzrostach korzystają wszyscy Amerykanie, zwłaszcza posiadacze kont emerytalnych 401(k).

    – Wiecie, dlaczego osiągam zyski? Bo giełda rośnie. Wszyscy osiągają zyski. Jeśli macie konto emerytalne 401(k), to jak sobie radzi? Wzrosło o jakieś 85 proc. Dziękuję, prezydencie Trump. Wszyscy więc na tym korzystamy – stwierdził.

    Dodał, że sam także zarabia, bo ma dużo gotówki powierzonej instytucjom. Przyznał, że nie wie, czy zawsze podejmują one właściwe decyzje, ale kupują bardzo szeroki wachlarz aktywów.

    Konflikt interesów? Trump odpowiada

    W wywiadzie dla CNBC prezydent odniósł się do zarzutów, jakoby wykorzystywał urząd do pomnażania majątku. Według jego zeznania finansowego dokonał ponad 2 tys. transakcji giełdowych, a w portfelu zarządzających znalazły się m.in. akcje Nvidii.

    Trump zapewnił, że szczegółami inwestycji zajmuje się jego syn Eric i że sam nie interesuje się nimi. Przyznał, że nie rozmawia z synem o takich sprawach, choć nie jest pewien, jaki jest status prawny ewentualnych rozmów. O akcjach Nvidii powiedział, że ma je w portfelu, ale to tylko jedna z wielu spółek, którymi zarządza fundusz, i że go to nie obchodzi.

    Na pytanie o kryptowalutowe przedsięwzięcia bliskich odparł, że o nich nie wiedział, ale mógł wiedzieć – i nie widzi w tym niczego nielegalnego ani niewłaściwego. Zaznaczył, że doradzał dzieciom, by trzymały się z daleka od wątpliwych rzeczy, ale dodał, że „one też mają swoje życie”.

    Gdy prowadzący wywiad przywołał przepisy zobowiązujące urzędników federalnych do wyłączania się z decyzji dotyczących ich interesów finansowych (z czego prezydent i wiceprezydent są wyłączeni), Trump odparł, że nawet o tym nie wiedział.

    Air Force One z Kataru

    Swoje komentarze Trump wygłaszał tuż przed inauguracyjnym rejsem nowym prezydenckim samolotem. Maszyna, którą poleciał do Dakoty Północnej, została podarowana przez Katar. Prezydent nie krył entuzjazmu, mówiąc, że to może być najlepszy samolot pasażerski, jaki kiedykolwiek zbudowano.

  • RPP zostawia stopy bez zmian. Kluczowy dokument może otworzyć drogę do obniżek

    RPP zostawia stopy bez zmian. Kluczowy dokument może otworzyć drogę do obniżek

    Rada Polityki Pieniężnej zakończyła dwudniowe posiedzenie i podjęła decyzję zgodną z oczekiwaniami rynku. Stopy procentowe w Polsce pozostają na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że przez całe wakacje kredytobiorcy nie muszą spodziewać się ani ulgi, ani podwyżki – ale Rada może wkrótce wrócić do dyskusji o obniżkach. Wszystko zależy od jednego, kluczowego dokumentu.

    Czwarte posiedzenie bez zmian

    Po środowym, lipcowym posiedzeniu RPP utrzymała stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. Komunikat poznamy w środę o godzinie 16:00. Konferencja prasowa prezesa NBP Adama Glapińskiego zaplanowana jest na czwartek, 9 lipca, na godzinę 15:00.

    Obecnie stopy procentowe w Polsce kształtują się następująco:

    • stopa referencyjna: 3,75% w skali rocznej,
    • stopa lombardowa: 4,25%,
    • stopa depozytowa: 3,25%,
    • stopa redyskonta weksli: 3,80%,
    • stopa dyskontowa weksli: 3,85%.

    To już czwarty miesiąc z rzędu bez zmiany stawek. Ostatnią obniżkę Rada przeprowadziła w marcu tego roku – o 25 punktów bazowych. Wcześniej, od maja 2025 roku, gdy wznowiono luzowanie polityki pieniężnej, stawka referencyjna NBP spadła łącznie o 2 punkty procentowe. W 2025 r. Rada obniżyła stopy łącznie o 175 pb., startując z poziomu 5,75%. Wcześniej, w 2023 r., cięcia wyniosły 100 pb. z poziomu 6,75%. Przypomnijmy, że przed cyklem obniżek, od września 2022 r. RPP utrzymywała stopy na najwyższym od ponad 20 lat poziomie 6,75%, osiągniętym po 11 podwyżkach z rzędu o łącznej skali 665 pb. – to najszybsze tempo w historii Rady.

    Wakacyjna przerwa w decyzjach

    Lipcowe posiedzenie jest szczególne – to ostatnie decyzyjne spotkanie Rady przed wakacjami. Sierpniowe posiedzenie jest bowiem niedecyzyjne, a kolejne wyznaczono na 1 i 2 września.

    Kluczowy dokument już w rękach Rady

    We wtorek członkowie Rady poznali najnowszą projekcję inflacyjną – dokument przygotowywany przez ekspertów NBP w marcu, lipcu i listopadzie. To właśnie on będzie wyznacznikiem przyszłych decyzji. Jeśli projekcja pokaże, że inflacja w dłuższym horyzoncie znajdzie się w celu NBP (2,5% z dopuszczalnym odchyleniem), droga do obniżek stanie się prostsza.

    Główne prognozy dotyczące PKB i inflacji z tej projekcji poznamy w komunikacie RPP, który zostanie opublikowany o godzinie 16:00. Kluczowe wnioski mogą pojawić się już w środowym komunikacie lub podczas czwartkowej konferencji prezesa Glapińskiego – opinia publiczna pozna szczegóły dokumentu prawdopodobnie pod koniec tygodnia.

    Cięcia prędzej niż podwyżki?

    Jeszcze wiosną rynki obawiały się nawet trzech podwyżek stóp w Polsce z powodu ryzyk inflacyjnych związanych z wojną na Bliskim Wschodzie. Dziś te obawy praktycznie zniknęły, a w wycenach nieśmiało pojawiają się oczekiwania na obniżki.

    Jak skomentował Andrzej Gwiżdż, analityk platformy Portu:

    Dzisiejsza decyzja nie jest zaskoczeniem dla rynku. Czerwcowy wstępny odczyt CPI, który trafił w środek celu NBP, praktycznie zamknął dyskusję o podwyżkach stóp procentowych w lipcu. W gospodarce nie widać silnej presji popytowej, dynamika wzrostu płac słabnie, a aktywność gospodarcza lekko się ochładza.

    Gwiżdż dodał jednak, że po wygaśnięciu pakietu CPN w lipcu inflacja może wzrosnąć w okolice 3%, a dodatkowym ryzykiem pozostaje ponowny wzrost cen ropy związany z zakończeniem zawieszenia broni na Bliskim Wschodzie.

    Co dalej? Różne scenariusze na horyzoncie

    Jeśli chodzi o najbliższe miesiące, analitycy rynkowi różnią się w ocenie tempa ewentualnych zmian. Specjaliści z PKO BP spodziewają się dwóch obniżek po 0,25 pkt proc. w połowie 2027 roku, co obniżyłoby stopę referencyjną do 3,25% – poziomu najniższego od lutego 2022 r. Z kolei eksperci Banku Pekao zakładają pierwsze cięcie dopiero na początku 2027 r. W drugiej połowie 2026 r. mogą pojawić się wstępne sygnały z RPP dotyczące możliwego luzowania, ale na konkretny ruch będzie jeszcze za wcześnie.

  • Revolut szykuje polski oddział. Szuka country managera i celuje w hipoteki

    Revolut szykuje polski oddział. Szuka country managera i celuje w hipoteki

    Revolut, fintechowy gigant obsługujący w Europie dziesiątki milionów klientów, przyspiesza prace nad uruchomieniem w Polsce swojego lokalnego oddziału banku. Firma właśnie rozpoczęła rekrutację country managera, a w planach ma między innymi wprowadzenie kredytów hipotecznych. O szczegółach opowiedział w obszernym wywiadzie nowy prezes Revolut Bank UAB, Jakub Fast.

    Polski oddział — bliżej klienta i regulatora

    Posiadanie własnego oddziału w Polsce to dla Revoluta kluczowy element strategii. Firma otrzymała już „zielone światło” od Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) i teraz pracuje nad spełnieniem wymogów operacyjnych oraz integracjami technicznymi. Jak przyznaje Fast, proces ten wymaga czasu i dbałości o szczegóły, ale tempo prac jest wysokie.

    „Po zielonym świetle od KNF piłka jest niejako po naszej stronie, aby po prostu jako bank być na to gotowi operacyjnie. Wymaga to jednak np. technicznych integracji i dostosowań” — mówi Kuba Fast.

    Utworzenie oddziału pozwoli Revolutowi działać jeszcze bardziej jak lokalny bank. Firma znajdzie się pod nadzorem KNF, zyska możliwość bezpośredniej współpracy z Narodowym Bankiem Polskim (NBP) oraz łatwiejszy dostęp do lokalnych systemów płatności i egzekucji komorniczych. Fast zapowiada, że Revolut chce również dołączyć do Związku Banków Polskich.

    Polska – kluczowy rynek z ogromnym potencjałem

    Polska jest dla Revoluta czwartym największym rynkiem na świecie. Bank obsługuje tu obecnie ponad 5 mln klientów, a do końca roku planuje przekroczyć 6 mln. Fast jest przekonany, że w Polsce jest miejsce na co najmniej dwa razy tyle. W samym tylko tym roku zatrudnienie w kraju ma wzrosnąć o około 25 proc., do 1600 osób.

    Co ciekawe, Revolut w Polsce przestaje być postrzegany wyłącznie jako aplikacja na wyjazdy. Aż 2/3 transakcji klientów Revoluta w Polsce to transakcje lokalne, a bank znajduje się w pierwszej piątce banków detalicznych pod względem liczby klientów.

    Hipoteka od Revoluta? To kwestia czasu

    Jedną z największych niewiadomych jest to, kiedy Revolut zacznie w Polsce oferować kredyty hipoteczne. Fast zdradza, że tego typu produkty są na liście możliwych usług, ale bank podchodzi do nich ostrożnie. Na Litwie kredyty hipoteczne są już dostępne. W Hiszpanii natomiast trwają wstępne rozmowy na temat otwarcia fizycznych oddziałów. Jeśli testy produktów hipotecznych w innych krajach zrealizują założenia, Polska znajdzie się na liście.

    „Działalność kredytowa musi być faktycznie dobrze poukładana, nic na hura. To nie kwestia strukturalnego braku apetytu na kredyt i ryzyko, tylko zasada miarowego, solidnego wzrostu” — podkreśla prezes.

    Na razie głównym źródłem przychodów Revoluta są prowizje, które stanowią 70 proc. wyniku. To odróżnia go od tradycyjnych banków, które w dużej mierze opierają się na dochodach odsetkowych. Fast widzi jednak ogromny potencjał w rozwijaniu oferty kredytowej i oszczędnościowej, które mają być kolejnym filarem wzrostu.

    Nowe struktury i ambitne cele

    Zmiany organizacyjne w Revolucie nie ominą Europy. Firma ogłosiła strategię dwóch central – jedna pozostanie na Litwie, a druga powstanie w Paryżu i będzie działać na francuskiej licencji. Objęte nią zostaną kraje zachodnioeuropejskie, takie jak Irlandia, Niemcy, Portugalia, Hiszpania, a w przyszłości także Włochy. Fast uspokaja jednak, że nie wpłynie to na tempo rozwoju biznesu w Polsce.

    Fast, pytany o szanse na wejście do pierwszej trójki banków w Polsce, odpowiada, że cele Revoluta nie są funkcją miejsca w rankingu. Biorąc pod uwagę dynamikę wzrostu liczby klientów, jest to jednak jak najbardziej możliwe. Wskazuje na przykład Irlandii, gdzie Revolut ma ponad 70-proc. penetrację rynku.

    Nowy prezes z bogatym doświadczeniem

    Jakub Fast, który objął stery Revolut Bank UAB, wcześniej kierował bankiem Chase w Wielkiej Brytanii, a jeszcze wcześniej pracował na stanowiskach kierowniczych w mBanku oraz w McKinsey & Company w Polsce i USA. Jego obszar odpowiedzialności obejmuje 30 rynków w Europejskim Obszarze Gospodarczym.

    Revolut zyskuje obecnie milion klientów co 17 dni, a Fast nie ma wątpliwości, że największe wyzwania i możliwości dopiero przed nim. Uruchomienie polskiego oddziału to dopiero pierwszy krok do pełnej integracji z lokalnym rynkiem i walki o miano banku pierwszego wyboru dla milionów Polaków.

  • Już teraz spełniają nowe wymogi NATO. Polska w ścisłej czołówce

    Już teraz spełniają nowe wymogi NATO. Polska w ścisłej czołówce

    Podczas zeszłorocznego szczytu w Hadze przywódcy NATO postawili sobie ambitny cel: do 2035 roku państwa członkowskie mają przeznaczać 3,5% PKB na podstawowe wydatki obronne (uzbrojenie, sprzęt, żołnierze) oraz dodatkowe 1,5% PKB na szersze bezpieczeństwo, w tym cyberbezpieczeństwo i infrastrukturę dual use. Łącznie daje to 5% PKB. Już teraz, rok po przyjęciu planu, pięć krajów osiągnęło próg podstawowy – a Polska jest w tej grupie.

    Liderzy wyścigu zbrojeniowego

    Opublikowane w czasie szczytu NATO w Ankarze dane pokazują, że czołówkę stanowią państwa graniczące z Rosją. Najwięcej na obronność przeznacza Litwa – 5,33% PKB. Tuż za nią plasują się Estonia (5,10%), Łotwa (4,92%) i Polska (4,68%). Piątym krajem, który już w tym roku przekroczył próg 3,5%, jest Grecja (3,65%).

    Warto podkreślić, że cztery z tych pięciu państw leżą na wschodniej flance Sojuszu, co nie dziwi w kontekście rosyjskiej agresji. Polska od lat systematycznie zwiększa nakłady – obecny wynik to efekt długofalowej polityki modernizacji armii.

    Reszta ma jeszcze sporo do nadrobienia

    Średnia dla europejskich członków NATO i Kanady w wydatkach podstawowych wynosi według dokumentu opublikowanego w Ankarze około 2,5% PKB. Wciąż istnieje spora grupa krajów, które ledwo osiągają poprzedni cel 2% – albo nawet go nie spełniają. W 2025 roku Albania, Słowenia i Czechy były poniżej 2%, choć w tym roku powinny już przekroczyć tę granicę. Najniższe wyniki na 2026 rok prognozowane są dla Belgii i Hiszpanii (po 2,00%), Czech (2,01%), Słowacji (2,02%) oraz Chorwacji i Luksemburga (po 2,03%).

    Nowy cel z Hagi zastąpił dawny próg 2%, który przez lata pozostawał martwym zapisem. W 2014 roku, po aneksji Krymu, zaledwie trzy kraje spełniały to kryterium. Niemcy przez dekadę nie potrafiły zbliżyć się nawet do 1,5%. Dopiero w 2024 roku niemieckie wydatki sięgnęły 2,1%.

    Presja USA i optymizm szefa NATO

    Zaostrzenie celów to bezpośredni skutek nacisków prezydenta Donalda Trumpa, który wielokrotnie krytykował europejskich sojuszników za zbyt niskie nakłady. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte na konferencji w Ankarze nie krył jednak optymizmu:

    „Dynamika zmian jest wyraźna. Sojusznicy nadal zwiększają zarówno podstawowe wydatki obronne, jak i nakłady na inwestycje, które wzmacniają nasze bezpieczeństwo. Nasza uwaga zdecydowanie przeniosła się z wyznaczania celów na osiąganie rezultatów.”

    Rutte zwracał też uwagę, że dla dużych gospodarek skok z 1,4% do 2% PKB oznacza dodatkowe 5–10 mld dolarów rocznie, co wymaga czasu na realne zagospodarowanie.

    Konkretne decyzje w Ankarze

    Szczyt w stolicy Turcji przyniósł nie tylko podsumowania, ale i nowe zobowiązania finansowe. W pierwszym dniu podpisano kontrakty o wartości 50 mld dolarów. Uruchomiono również inicjatywę NATO Drone Edge, w ramach której sojusznicy zainwestują 40 mld dolarów w systemy bezzałogowe w ciągu pięciu lat. Z kolei 27 mld euro ma być przeznaczone na modernizację łańcucha dostaw paliw, w tym budowę nowych rurociągów w kierunku wschodniej flanki – co ma szczególne znaczenie dla Polski.

    NATO potwierdziło także wsparcie dla Ukrainy: zobowiązano się do przekazania 70 mld euro na sprzęt wojskowy, pomoc i szkolenia w bieżącym roku oraz taką samą kwotę w roku przyszłym.

    Polska, z wynikiem 4,68% PKB na obronę podstawową, już teraz znacząco wyprzedza nowy cel. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych udział wydatków na obronność w PKB ma wynieść 3,17%, w całym NATO – 2,86%, a łącznie w europejskich krajach członkowskich i Kanadzie – 2,53%.

  • Kawa znów uderza po kieszeni. Skok cen jakiego nie było od dekad

    Kawa znów uderza po kieszeni. Skok cen jakiego nie było od dekad

    Poniedziałek 6 lipca 2026 roku na długo zapadnie w pamięć miłośnikom kawy. Tego dnia kontrakty na kawę arabica odnotowały największy jednodniowy wzrost w XXI wieku – ceny skoczyły o 15%, sięgając poziomu 350 centów za funt. Tańsza robusta również poszła w górę, drożejąc o 8% i przekraczając barierę 4 100 USD za tonę. Po kilkumiesięcznej, wiosennej przerwie, rynek kawy znów daje o sobie znać – i to w mocny sposób.

    Pogodowy rollercoaster w Brazylii

    Główną przyczyną gwałtownej zwyżki są ekstremalne zjawiska pogodowe w brazylijskim stanie Minas Gerais, który jest kluczowym regionem uprawy arabiki na świecie. W ostatnim tygodniu czerwca opady deszczu były tam o 2000% wyższe niż norma historyczna. Ulewy całkowicie uniemożliwiły wjazd maszyn na pola, opóźniły zbiory i pogorszyły jakość ziaren. Według dostępnych danych, do końca czerwca zebrano zaledwie 52% plonów, podczas gdy rok wcześniej było to 60%, a średnia pięcioletnia wynosi 55%.

    Niemal natychmiast po potężnych opadach nastąpił jednak całkowity zwrot – w pierwszych dniach lipca w Minas Gerais spadło 0 mm deszczu. Taka zmienność jest wyjątkowo niekorzystna dla drzewek kawowych i może znacząco pogorszyć perspektywy nie tylko tegorocznych, ale i przyszłorocznych zbiorów.

    El Niño i kurczące się zapasy

    Za pogodowe ekstrema odpowiada zjawisko El Niño, które cyklicznie pojawia się w strefie równikowej Pacyfiku. Synoptycy szacują, że prawdopodobieństwo wystąpienia niszczycielskiego „Super El Niño” wynosi obecnie 67%. Co istotne, El Niño nie tylko nęka Brazylię, ale również powoduje suszę w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie uprawia się głównie robustę. To dodatkowo ogranicza światową podaż.

    Do tego dochodzą rekordowo niskie zapasy certyfikowanej kawy arabica monitorowane przez giełdę ICE – skurczyły się one do poziomu najniższego od ponad dwóch lat. Mimo że dane USDA wskazują na globalną nadwyżkę, fizycznego towaru na rynku zaczyna brakować.

    Analitycy XTB zwracają też uwagę na rosnące koszty produkcji. W Wietnamie, największym producencie robusty, ceny nawozów i paliw wzrosły rok do roku o 30%, a koszty pracy skoczyły o kolejne 33%.

    Jak wygląda sytuacja w Polsce?

    Wzrosty hurtowe już przełożyły się na ceny detaliczne w naszym kraju. Według danych portalu dlahandlu.pl średnia cena markowej kawy (250 g) wynosi obecnie 22,0 zł. To co prawda nieco mniej niż podczas szczytu pod koniec 2025 roku (23,8 zł), ale jednocześnie cztery razy więcej niż średnio cztery lata temu, gdy opakowanie kosztowało 6–8 zł.

    Główny Urząd Statystyczny podaje, że w okresie styczeń–maj 2026 roku kawa w polskich sklepach podrożała o 10,7%. Dla porównania, ogólny wzrost cen żywności w tym samym czasie wyniósł zaledwie 1,9%. W całym ubiegłym roku kawa zdrożała o 12,6%, a żywność ogółem o 4,7%.

    Kawa luksusem?

    Nasza codzienna chwila przyjemności z filiżanką ulubionego napoju w niedalekiej przyszłości może okazać się towarem luksusowym. Pora oswoić się z myślą, że za poranne przebudzenie przyjdzie nam w najbliższych miesiącach zapłacić znacznie więcej – ostrzega Michał Stajniak, wicedyrektor działu analiz XTB.

    Na koniec warto dodać, że problem nie dotyczy wyłącznie kawy. Podczas tej samej sesji 6 lipca wycena kakao poszła w górę o 13–14%, osiągając sześciomiesięczny szczyt na poziomie 5 700 USD za tonę. Powód? Nadmierne deszcze w Afryce Zachodniej, które podtopiły drogi transportowe i wywołały epidemie chorób drzew. Rynek surowców miękkich wyraźnie wysyła sygnał: taniej już było.

  • UOKiK wchodzi do BIK i trzech banków. Czy porównywanie ofert kredytów może obniżyć twój scoring?

    UOKiK wchodzi do BIK i trzech banków. Czy porównywanie ofert kredytów może obniżyć twój scoring?

    Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) przeszukał siedziby kluczowych instytucji na polskim rynku kredytowym. W środę, 8 lipca 2026 roku, za zgodą sądu i w asyście policji kontrolerzy pojawili się w biurach Biura Informacji Kredytowej (BIK), ING Banku Śląskiego, mBanku oraz mBanku Hipotecznego. To efekt postępowania wyjaśniającego, które toczy się od 2025 roku.

    Chodzi o to, jak banki widzą twoje zapytania kredytowe

    Głównym podejrzeniem jest, że sposób wymiany danych między bankami przez BIK może zniechęcać klientów do szukania najlepszych ofert, zwłaszcza w przypadku kredytów hipotecznych. Problem leży w tzw. zapytaniach kredytowych – każdym wniosku o symulację lub ofertę, który trafia do banku. Im więcej takich zapytań, tym gorzej może to wpłynąć na ocenę scoringową klienta.

    UOKiK sprawdza, czy przekazywanie przez banki za pośrednictwem BIK informacji o liczbie zapytań kredytowych jest w ogóle niezbędne do oceny zdolności spłaty wieloletniego zobowiązania. Obecna praktyka uwzględnia bowiem nie tylko historię spłat i poziom zadłużenia, ale też liczbę składanych zapytań. Urząd podkreśla, że banki i BIK powinny przetwarzać wyłącznie dane istotne i mające rzeczywisty wpływ na ocenę zdolności do spłaty.

    „Świadomy konsument nie może być w żaden sposób karany obniżeniem zdolności kredytowej za swoją aktywność w uzyskaniu najlepszej oferty i warunków kredytowych” – podkreśla Tomasz Chróstny, prezes UOKiK.

    Paradoks: klient, który szuka okazji, może dostać gorszą ocenę

    Urząd zwraca uwagę na potencjalnie zaskakujący mechanizm: racjonalny konsument porównujący oferty kilku banków może otrzymać niższą ocenę punktową niż osoba, która skorzysta wyłącznie z oferty swojego macierzystego banku. Tym samym system – stworzony przez sektor i funkcjonujący od lat – paradoksalnie mógłby karać tych, którzy aktywnie szukają lepszych warunków.

    BIK to prywatny podmiot, którego właścicielami są dziewięć banków komercyjnych oraz Związek Banków Polskich. Jako jedyna instytucja w Polsce gromadzi i udostępnia dane o historii kredytowej z całego rynku. Banki wykorzystują te bazy do oceny zdolności kredytowej i analizy ryzyka. UOKiK bada również, czy sposób gromadzenia, przetwarzania i udostępniania informacji o zapytaniach przez BIK może stanowić nadużywanie pozycji dominującej. „Przedsiębiorca zajmujący pozycję dominującą ma szczególną odpowiedzialność za swoje działania i nie może wykorzystywać swojej pozycji na niekorzyść swoich kontrahentów i konsumentów” – zaznaczył urząd.

    BIK: „W rzeczywistości tylko pierwsze zapytanie ma znaczenie”

    Prezes BIK, Mariusz Cholewa, w rozmowie z Business Insider Polska wyjaśnia, że scoring BIK to tylko jedno z narzędzi używanych przez banki. Statystyki pokazują, że osoby często i gwałtownie poszukujące kredytu cechują się podwyższonym ryzykiem spłaty – dodaje.

    „Jednak w rzeczywistości tylko pierwsze zapytanie określonego typu w okresie 14 dni może mieć wpływ na ocenę punktową BIK. Kolejne wnioski o ten sam rodzaj kredytu, złożone w bankach, instytucjach pożyczkowych lub SKOK-ach w tym okresie, nie wpływają negatywnie na scoring klienta. Są traktowane jak jeden wniosek. Przy poszukiwaniu kredytu można zatem porównywać oferty bez obaw o obniżanie swojego scoringu BIK. W przypadku scoringu hipotecznego okres 'deduplikacji’ jest dłuższy i wynosi 30 dni” – wyjaśnia Mariusz Cholewa.

    Cholewa dodał również, że teoretycznie można by ignorować to zjawisko i nie rozróżniać bardziej ryzykownych klientów, ale wtedy wyższy koszt – w postaci większej marży mającej pokryć ryzyko – ponosiliby wszyscy pozostali klienci.

    Co dalej? Kary mogą sięgać 10% obrotu

    Na tym etapie UOKiK prowadzi postępowanie wyjaśniające w sprawie, a nie przeciwko konkretnym podmiotom. Przeszukanie to narzędzie stosowane, gdy urząd podejrzewa, że znajdują się tam dowody naruszenia prawa ochrony konkurencji – i przeprowadzane wyłącznie po uzyskaniu zgody sądu. Jeśli zebrane dowody potwierdzą podejrzenia o naruszenie konkurencji, prezes UOKiK może wszcząć postępowanie antymonopolowe. W przypadku stwierdzenia praktyk ograniczających konkurencję grozi sankcja do 10% rocznego obrotu.

    UOKiK przypomina również o programie łagodzenia kar (leniency), który daje przedsiębiorcom uczestniczącym w nielegalnym porozumieniu możliwość obniżenia, a nawet uniknięcia kary pieniężnej w zamian za współpracę w charakterze „świadka koronnego” i dostarczenie dowodów. Osoby zainteresowane mogą skontaktować się z urzędem pod numerem telefonu 22 55 60 555.

  • Urteste z patentem w USA. Test na raka trzustki wkracza w decydującą fazę

    Urteste z patentem w USA. Test na raka trzustki wkracza w decydującą fazę

    Urteste, polska spółka biotechnologiczna, otrzymała patent od Urzędu Patentowego Stanów Zjednoczonych (USPTO) na marker diagnostyczny raka trzustki opracowany w ramach projektu Panuri. To nieinwazyjny test wykrywający nowotwór na podstawie próbki moczu – najbardziej zaawansowany projekt w portfolio firmy.

    Amerykański patent ma szczególne znaczenie, ponieważ Stany Zjednoczone są największym rynkiem diagnostyki in vitro na świecie. Ochrona własności intelektualnej zwiększa wartość projektu i może ułatwić negocjacje z potencjalnymi partnerami strategicznymi.

    Grzegorz Stefański, prezes Urteste, skomentował decyzję USPTO:

    Stany Zjednoczone są największym rynkiem diagnostyki in vitro na świecie, dlatego skuteczna ochrona własności intelektualnej ma kluczowe znaczenie zarówno dla dalszego rozwoju projektu, jak i rozmów z potencjalnymi partnerami strategicznymi. To również potwierdzenie światowej innowacyjności naszej technologii wykrywania nowotworów na podstawie próbki moczu. Ponadto planujemy ubiegać się o ochronę patentową kolejnych elementów testu Panuri, co pozwoli zwiększyć zakres ochrony oraz wydłużyć okres jej obowiązywania.

    Test Panuri jest już chroniony patentami w Polsce, Japonii, Indonezji, Singapurze, Rosji i Korei Południowej. Spółka prowadzi także dalsze postępowania patentowe na innych kluczowych międzynarodowych rynkach.

    Badania kliniczne w Europie

    Równolegle z działaniami patentowymi trwają zaawansowane prace kliniczne. W czerwcu 2026 roku Urteste poinformowało o zastosowaniu testu Panuri u pierwszego uczestnika europejskiego badania klinicznego. Głównym celem jest ocena skuteczności testu w wykrywaniu raka trzustki – pierwszorzędowe punkty końcowe obejmują jego czułość i swoistość.

    Badanie prowadzone jest w Polsce, na Węgrzech i we Włoszech. Docelowo obejmie 30 ośrodków medycznych. W ramach analizy statystycznej zostaną wykorzystane próbki pochodzące od 550 uczestników. Spółka oczekuje uzyskania wyników analizy pośredniej (interim analysis) w IV kwartale 2026 roku.

    Uzyskane dane posłużą jako część dokumentacji niezbędnej do certyfikacji wyrobu medycznego IVD w Europie. Ponadto – jak zaznacza spółka – mogą potencjalnie stanowić uzupełnienie danych klinicznych uzyskanych w planowanym badaniu w Stanach Zjednoczonych.

    Szerokie portfolio diagnostyczne

    Choć Panuri jest priorytetem, Urteste rozwija znacznie więcej projektów. Firma posiada obecnie 13 prototypów testów diagnostycznych opartych na analizie próbki moczu. Obejmują one diagnostykę nowotworów: piersi, mózgu, żołądka, dróg żółciowych, jajnika, pęcherza moczowego, trzonu macicy, nerki, jelita grubego, płuca, wątroby, trzustki oraz prostaty. Jak podaje spółka, nowotwory objęte tymi projektami odpowiadają łącznie za blisko 70% wszystkich zgonów spowodowanych nowotworami na świecie.

    Technologia Urteste polega na pomiarze aktywności enzymów obecnych w moczu, co powoduje zmianę intensywności zabarwienia próbki – może to świadczyć o obecności nowotworu. Prezes Stefański podkreśla, że firma posiada najszersze na świecie portfolio prototypów onkologicznych testów opartych na analizie moczu i konsekwentnie realizuje strategię prowadzącą do ich komercjalizacji.

    Reakcja rynku

    Informacja o amerykańskim patencie wywołała wyraźne ożywienie w notowaniach Urteste. W ciągu ostatnich sześciu dni kurs akcji wzrósł o niemal 29%, przy wyraźnie podwyższonych obrotach na sesjach wzrostowych. To odbicie następuje po wcześniejszej, trwającej od końca stycznia 2026 roku, korekcie sięgającej około 45% od szczytu.

    Najbliższym kluczowym wydarzeniem dla spółki będą wyniki analizy pośredniej badania klinicznego Panuri, spodziewane w IV kwartale 2026 roku. Posłużą one do certyfikacji wyrobu medycznego w Europie i mogą uzupełnić dane kliniczne w planowanym badaniu w USA.

  • Małe Lubieszyn wielkim zagłębiem paliwowym. Niemcy wciąż ustawiają się w kolejkach po tańsze paliwo

    Małe Lubieszyn wielkim zagłębiem paliwowym. Niemcy wciąż ustawiają się w kolejkach po tańsze paliwo

    Lubieszyn to maleńka miejscowość tuż przy granicy z Niemcami. Mieszka w niej niespełna 100 osób, a mimo to działa tam aż pięć stacji benzynowych. Ich biznes od lat opiera się głównie na klientach zza Odry. Gdy na początku lipca polski rząd wygasił tzw. pakiet CPN (Ceny Paliw Niżej), wielu obawiało się, że niemieccy kierowcy przestaną przyjeżdżać. Jak się jednak okazuje, obawy były przedwczesne.

    Mała miejscowość, wielki biznes

    Przed 1 lipca na stacjach w Lubieszynie panował wzmożony ruch – kierowcy chcieli zatankować jeszcze przed podwyżkami. Po krótkim uspokojeniu sytuacja wróciła jednak do normy. Jak relacjonują pracownicy jednej ze stacji:

    „Faktycznie, tuż przed lipcem było zdecydowanie więcej klientów. Kto chciał zatankować przed 1 lipca, ten zatankował. Ale teraz znów ruch wzrasta. Niemcy nas nie opuścili, wracają na tankowanie, kanistry nie zniknęły.”

    Stacje są doskonale przygotowane na obsługę gości z Niemiec. Ceny podawane są często w euro, a za paliwo można płacić wspólną walutą. To ułatwia zakupy i sprawia, że klienci chętnie przyjeżdżają, często z kanistrami, by zatankować na zapas.

    Lokalny przedsiębiorca przyznaje, że przed lipcem panował niepokój o to, czy Niemcy nadal będą chcieli jeździć do Polski po paliwo. „Zastanawialiśmy się, czy Niemcom ciągle będzie się chciało jechać za polską granicę na tankowanie. Był to pewien stres, bo stacje w Lubieszynie żyją z Niemców. Mało Polaków tu tankuje, w naszej miejscowości może jest kilkadziesiąt samochodów” – opowiada.

    Koniec obniżek VAT, wzrost cen

    Od 1 lipca VAT na paliwa wrócił do 23%, podczas gdy wcześniej wynosił 8%. Efekt? Ceny poszybowały w górę. Średnio litr benzyny 95 kosztuje obecnie 6,79 zł, a olej napędowy blisko 7 zł. Sama benzyna podrożała w ciągu tygodnia o niemal 90 groszy. To spora różnica dla polskich kierowców, ale w porównaniu z Niemcami wciąż jest tanio.

    Ceny w Niemczech też w górę

    Nie tylko w Polsce zakończyły się ulgi podatkowe. U naszych zachodnich sąsiadów również wygasły specjalne obniżki – nastąpiło to z końcem czerwca. W efekcie litr benzyny w Niemczech kosztuje średnio 2,09 euro, a litr diesla 1,96 euro. Przed wygaśnięciem rabatu ceny wynosiły odpowiednio około 1,90 euro i 1,77 euro.

    Przeliczając na złotówki, niemiecka benzyna to prawie 9 zł za litr, a diesel ponad 8,40 zł. Różnica w stosunku do polskich cen jest więc wciąż znacząca.

    Dlaczego Niemcy wciąż przyjeżdżają?

    Jeden z niemieckich kierowców, z którym rozmawiał portal Business Insider, wyjaśnia: „Polska ciągle jest dla nas tania, a rząd szybciej reaguje na problemy”. Rzeczywiście, w Niemczech debata nad obniżkami podatków na paliwa była bardziej gorąca, a rząd w Berlinie mniej skory do cięć. Rabat podatkowy wprowadzono tam dopiero na początku maja, podczas gdy w Polsce ruszył pod koniec marca. Kosztował niemiecki budżet 1,6 mld euro (niemal 7 mld zł). Mimo nacisków różnych środowisk, rząd nie zgodził się na przedłużenie ulgi.

    Kanistry nie zniknęły

    Pracownicy stacji w Lubieszynie nie mają wątpliwości – dopóki różnice cenowe będą tak duże, niemieckie tablice rejestracyjne i kanistry będą stałym widokiem. Jeden z nich podsumowuje:

    „Może i zarobki w Niemczech wyrównują się z tymi polskimi, ale póki różnice w cenach ciągle będą tak znaczące, niemieckie kanistry ciągle będzie widać w Polsce.”

    Lubieszyn, choć liczy zaledwie kilkudziesięciu mieszkańców, pozostaje paliwowym zagłębiem, które napędza popyt zza granicy. I nic nie wskazuje na to, by miało się to szybko zmienić.

  • Premier Tusk przed szczytem NATO: Polska oczekuje specjalnego traktowania ws. Ukrainy

    Premier Tusk przed szczytem NATO: Polska oczekuje specjalnego traktowania ws. Ukrainy

    Premier Donald Tusk wysłał na szczyt NATO w Ankarze dwóch wicepremierów z jasnym przekazem — Polska musi być traktowana w specjalny sposób, jeśli chodzi o wsparcie finansowe dla Ukrainy. Tusk ogłosił te plany najpierw w piątek 3 lipca na konferencji prasowej, a następnie potwierdził je przed wtorkowym posiedzeniem rządu 7 lipca, gdy szczyt już trwał.

    Misja w Ankarze

    Władysław Kosiniak-Kamysz (wicepremier i minister obrony narodowej) oraz Radosław Sikorski (szef MSZ) reprezentują polski rząd na szczycie NATO w Ankarze. Premier podkreślił, że pojechali tam z oczywistą misją.

    — Pojechali tam z oczywistą misją, aby nasi sojusznicy, wszyscy bez wyjątku w Pakcie Północnoatlantyckim, wiedzieli, że polska polityka w odniesieniu do wojny rosyjsko-ukraińskiej jest polityką stabilną i nie będzie zależała od politycznych emocji czy politycznych gier pomiędzy jakimiś partiami politycznymi w Polsce — mówił Donald Tusk.

    Specjalne traktowanie i ochrona granic

    Tusk zaapelował o to, by Polska — jako kraj graniczący z Ukrainą i chroniący wschodnią granicę UE — otrzymała specjalne traktowanie w kontekście dalszego wsparcia finansowego dla Kijowa. Jak podkreślił, Ukraina potrzebuje wsparcia finansowego, ale Polska musi chronić wschodnią granicę Unii Europejskiej.

    Polska polityka stabilna jak skała

    Premier zapewnił, że Polska utrzyma dotychczasową politykę wobec Ukrainy i będzie kontynuować wsparcie dla Kijowa w obronie przed rosyjską agresją. Dodał, że nie jest to tylko kwestia solidarności, ale przede wszystkim polskiego interesu narodowego.

    — Polska będzie wspierała Ukrainę w jej obronie przeciwko rosyjskiej agresji nie tylko ze względu na przyzwoitość i solidarność, ale przede wszystkim ze względu na nasze bezpieczeństwo, nasz interes narodowy — podkreślił szef rządu.

    W jego ocenie zapobieżenie przegranej Ukrainy leży w żywotnym interesie Polski, ponieważ zmniejsza to zagrożenie ze strony Rosji.

    — W interesie Polski jest to, aby Ukraina nie przegrała tej wojny — stwierdził Tusk. — Nie trzeba kochać Ukrainy, nie mam tego typu oczekiwań, ale każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie i odrobinę przyzwoitości w sercu wie, że w interesie Polski jest to, aby Ukraina nie przegrała tej wojny.

    Ostra krytyka opozycji

    Premier odniósł się również do działań polityków opozycji. Zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu, Sławomirowi Mentzenowi, Krzysztofowi Bosakowi i Grzegorzowi Braunowi, że próbują zdobywać poparcie poprzez odwoływanie się do antyukraińskich nastrojów. Tusk dał jasno do zrozumienia, że jego gabinet nie zamierza angażować się w tego typu polityczne przepychanki, koncentrując się wyłącznie na tym, co leży w interesie państwa. Jak dodał, prywatna rywalizacja polityczna oparta na radykalnych hasłach może przynieść korzyści poszczególnym politykom, ale będzie niekorzystna dla kraju.

    Twarde decyzje, ale bez zmiany kursu

    Tusk przypomniał, że wspieranie Ukrainy nie oznacza bezwarunkowej akceptacji wszystkich rozwiązań. Szef rządu zaznaczył, że jego gabinet nie wahał się przed wprowadzeniem twardych środków, gdy było to konieczne – jako przykład podał ograniczenia importu produktów rolnych z Ukrainy, mające chronić polskich rolników. W kwestiach bezpieczeństwa i współpracy wojskowej stanowisko pozostaje jednak niezmienne.

    — Nie jesteśmy naiwni. Kiedy trzeba bronić choćby polskiego rolnika przed nadmiernym importem z Ukrainy, to my podejmowaliśmy twarde decyzje. Ale w kwestii bezpieczeństwa, współpracy militarnej i obrony przed Rosją będziemy dalej ściśle współpracować — mówił Tusk.

    Działania odpowiedzialne, ale zdecydowane

    Premier podsumował, że Polska nie działa samodzielnie, ale robi wszystko, by Rosja nie stanowiła większego zagrożenia dla Polski, regionu i Europy. Jak zapewnił, na ten cel rząd jest gotów pracować tak jak do tej pory, działając odpowiedzialnie i rozsądnie.

    Szczyt NATO w Ankarze, na którym Polskę reprezentują Kosiniak-Kamysz i Sikorski, jest właśnie areną, gdzie polskie stanowisko ma być wyraźnie słyszalne – ze szczególnym naciskiem na potrzebę specjalnego potraktowania kraju pełniącego rolę strażnika wschodniej granicy Unii.