Blog

  • Nowy cios Donalda Trumpa w europejskich producentów aut. Zapowiada drastyczne cło!

    Nowy cios Donalda Trumpa w europejskich producentów aut. Zapowiada drastyczne cło!

    Czy europejskie samochody za chwilę podrożeją w USA o kolejne 15 procent? Donald Trump właśnie rzucił nowe wyzwanie Unii Europejskiej, a konsekwencje mogą uderzyć szczególnie w jedną branżę.

    Trump ogłasza wojnę celną

    Były (i obecny) prezydent USA nie przebiera w słowach. W poście na Truth Social ogłosił, że już w przyszłym tygodniu podnosi cła na samochody i ciężarówki z Unii Europejskiej do 25 procent!

    „Z przyjemnością ogłaszam, że z uwagi na fakt, iż Unia Europejska nie wywiązuje się z w pełni uzgodnionej z nami umowy handlowej, w przyszłym tygodniu podniosę cła nakładane na samochody i ciężarówki z Unii Europejskiej sprowadzane do Stanów Zjednoczonych” – napisał Trump.

    To nie są puste groźby. Obecnie, po wyroku Sądu Najwyższego USA, obowiązująca stawka celna wynosi 10 proc. Dojście do 25 proc. oznaczałoby więc potężną, ponad dwukrotną podwyżkę.

    Droga ucieczki? Buduj w USA!

    Ale jest jeden sposób, żeby uniknąć nowego podatku. Trump wyraźnie wskazał kierunek.

    „Wszyscy doskonale rozumieją i zgadzają się z tym, że jeśli samochody i ciężarówki będą produkowane w zakładach na terenie USA, nie będzie żadnych ceł” – oświadczył amerykański prezydent.

    To klasyczna taktyka Trumpa: nacisk ekonomiczny, by przenieść miejsca pracy i inwestycje za ocean. Dodaje przy tym, że inwestycje w amerykański sektor motoryzacyjny już płyną szerokim strumieniem.

    „Inwestowanych jest ponad 100 miliardów dolarów, co stanowi REKORD w historii produkcji samochodów i ciężarówek. Te zakłady, obsadzone przez amerykańskich pracowników, zostaną wkrótce otwarte” – chwalił się.

    Dlaczego teraz? „Kara dla Unii”

    Skąd ten nagły ruch? Jak analizuje francuski dziennik „Le Monde”, decyzja Trumpa ma kilka celów. Po pierwsze, to „ukaranie Unii Europejskiej”, która zdaniem Waszyngtonu zbyt zwleka z podpisaniem porozumienia handlowego zawartego latem 2025 roku.

    Po drugie, to wysłanie ogólnego sygnału europejskim sojusznikom. Stosunki ochłodziły się jeszcze bardziej po ataku na Iran, gdy „kraje Starego Kontynentu odmówiły udziału w operacjach” po stronie USA.

    A po trzecie, Trump chce jasno pokazać, że nadal trzyma rękę na pulsie światowego handlu.

    „Donald Trump chce pokazać, że nie stracił nic ze swej zdolności odstraszania oraz że nadal rządzi i dzieli, jeśli chodzi o handel światowy” – ocenia „Le Monde”.

    Komu najbardziej zagrożą nowe cła?

    To nie są dobre wieści dla europejskiej motoryzacji, która i tak jest już osłabiona. Według danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów (ACEA) na Stany Zjednoczone przypadało w 2024 roku aż 22 proc. całego eksportu samochodów z Europy.

    A szczególnie mocno nowe amerykańskie cła mogą uderzyć w niemieckie koncerny motoryzacyjne. To one są filarem europejskiego eksportu aut za ocean.

    Co na to europejscy przywódcy? Jak zauważa „Le Monde”, po zapowiedzi Trumpa kraje europejskie „nie spieszą się z reakcją”. Są bowiem „przyzwyczajone” do nagłych ciosów ze strony amerykańskiego przywódcy.

    Jedno jest pewne: kolejny epizod wojny handlowej między USA a Europą właśnie się rozpoczął. A jego pierwszą ofiarą mają być samochody.

  • Spadki trwają, ale czy to już koniec hossy na GPW?

    Spadki trwają, ale czy to już koniec hossy na GPW?

    Czy po spektakularnym rajdzie w pierwszej połowie kwietnia polska giełda zmierza ku poważnej korekcie? Analizy wskazują, że główne indeksy dotarły już do kluczowej strefy wsparcia, a decydująca walka może rozegrać się właśnie teraz.

    Ciężka passa na parkiecie

    Nie ma co ukrywać – ostatnie dni na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie nie były dla optymistów. Główne krajowe indeksy notują serię spadków, która podcina skrzydła po wyjątkowo udanym początku roku. Szczególnie wyraźnie widać to po sektorze bankowym, który najszybciej redukuje tegoroczne zwyżki. Przypomnijmy: w połowie kwietnia indeks WIG-Banki notował blisko 22% umocnienie od początku roku, podczas gdy w ostatnich dniach tegoroczny wynik kurczył się do 13,3%.

    Co ciekawe, to właśnie banki były motorem napędowym europejskiego rynku w pierwszej połowie miesiąca. Druga część kwietnia jest jednak wyraźnie słabsza. Notowania europejskiego indeksu bankowego STOXX Europe 600 Banks zaczynają wymazywać 38,2% fali wzrostowej od dołka z 23 marca. Ten dołek był apogeum spadków po amerykańsko-izraelskim ataku na Iran, kiedy inwestorzy uwierzyli, że inflacyjny wpływ wojny zmusi banki centralne do podwyżek stóp, co tradycyjnie sprzyja bankom.

    „Indeksowi dużych spółek w ostatnich latach zdarzyła się już podobna słabość, kiedy tracił pięć dni z rzędu” – zauważa Parkiet.

    Lutowe szczyty pod ostrzałem

    Z technicznego punktu widzenia krajowy rynek na razie nie daje poważnych sygnałów ostrzegawczych. Można mówić raczej o schłodzeniu wyjątkowo optymistycznego nastawienia z ostatnich tygodni. WIG i WIG20 jako jedne z pierwszych indeksów na świecie wymazały marcowe spadki i szybko wróciły do bicia rekordów hossy.

    Kluczowym momentem będzie test lutowych szczytów. Spadki z ostatnich dni przybliżyły główne indeksy właśnie do tych poziomów. Eksperci z portalu Parkiet wskazują, że podstawowym scenariuszem jest wykończenie korekty spadkowej właśnie w tym rejonie. Dopiero przełamanie tego rodzaju wsparć będzie ostrzeżeniem przed zmianą nastrojów w średnim terminie.

    Krzysztof Ojczyk, analityk Noble Securities, w kontekście indeksu MSCI Poland zauważa, że miniony tydzień upłynął pod znakiem cofnięcia, które kojarzy się z korekcyjną falą IV w potencjalnym, pięciofalowym impulsie wzrostowym. Jego zdaniem zniesienie fali III sięgnęło już górnego ograniczenia typowego przedziału 50-38,2%, co pozwala oczekiwać prób zakończenia korekty i przejścia do końcowej, wzrostowej fali V.

    Co z zagranicznym kapitałem?

    O zachowaniu polskiego rynku akcji w największym stopniu decyduje nastawienie inwestorów zagranicznych, które można wyśledzić także z kursu złotego. Tutaj sytuacja nie wygląda na alarmującą. W przypadku pary EUR/PLN większe zwyżki obserwowano jedynie na początku poprzedniego tygodnia, a od środy kurs praktycznie stał w miejscu. W poniedziałek euro kosztowało 4,24 zł, pozostając w rejonie wahań z ostatnich tygodni.

    Po zwyżkach z poprzedniego tygodnia zawraca także dolar, który w poniedziałek kosztował 3,61 zł – nawet mniej niż na piątkowym zamknięciu. Indeks dolarowy dużych spółek porusza się więc podobnie do „czystego” WIG20, a jego tegoroczny wynik to nadal solidne 10,2%.

    Następny tydzień pod dyktando banków centralnych

    W szerszym ujęciu krajowe i europejskie rynki odstawały w ostatnich dniach od Stanów Zjednoczonych, gdzie trwał szał zakupów akcji spółek półprzewodnikowych. Piątek był dla nich 18. z rzędu dniem wzrostów.

    W nadchodzącym tygodniu czeka nas szereg posiedzeń banków centralnych, w tym amerykańskiego Fed. Oczekiwania wskazują raczej na utrzymanie dotychczasowych poziomów stóp. Ale, jak zauważa Daniel Kostecki z CMC Markets, „sama decyzja o pozostawieniu stóp bez zmian może mieć mniejsze znaczenie niż ton komunikatu”.

    „Problem polega na tym, że banki centralne podejmują decyzje w otoczeniu podwyższonej niepewności inflacyjnej i geopolitycznej” – podkreśla ekspert.

    Dla rynku obligacji i walut liczyć się będzie to, który bank centralny zacznie brzmieć bardziej defensywnie wobec wzrostu cen energii. Znacznie przyspieszy także sezon wyników amerykańskich spółek.

    Ostatnia sesja kwietnia przyniosła głęboką penetrację wsparcia

    Wracając do krajowych akcji, ostatnia sesja kwietnia przyniosła głęboką penetrację strefy wsparcia kształtującej się wokół lutowych szczytów. Zachowanie banków nie wskazywało na to, by inwestorzy mieli już teraz odwrócić los WIG i WIG20, co może oznaczać kolejną falę spadków.

    Trudno wskazać jedną przyczynę zmiany nastawienia do polskiego rynku. Można to tłumaczyć pomysłami podatków od „nadmiarowych” zysków, realizacją zysków przy świetnych raportach banków, albo po prostu tym, że nasza giełda uprzedziła zachowanie rynków bazowych.

    Co ciekawe, w tym samym czasie dolar tracił na wartości, a rentowności obligacji spadały. Taki układ może sugerować, że do inwestorów powoli docierają obawy o sytuację gospodarczą.

    Warto zauważyć, że o ile sektor bankowy po I kwartale zaskakuje pozytywnie, o tyle reakcja rynku na wyniki Kruka była już mocno negatywna. Czy to sygnał, że łatwe zyski się skończyły? Odpowiedź poznamy już w maju.

  • PGE stawia miliard na największą baterię w Polsce. To klucz do stabilnej energii z wiatru i słońca

    PGE stawia miliard na największą baterię w Polsce. To klucz do stabilnej energii z wiatru i słońca

    Czy można przechować energię z wiatru i słońca na zawołanie? Polska Grupa Energetyczna właśnie postawiła miliard złotych, że tak. I to w największej skali, jaką kiedykolwiek widzieliśmy nad Wisłą.

    Gigantyczna bateria za 1,14 mld zł

    PGE Energia Odnawialna podpisała właśnie umowę na budowę bateryjnego Magazynu Energii Gryfino. To nie byle jaka inwestycja – jej wartość to ponad 1,14 miliarda złotych brutto. Za tę kwotę powstanie instalacja o mocy do 400 MW i minimalnej pojemności 800 MWh.

    „Wchodzimy w kolejny etap rozwoju bateryjnego magazynowania energii w grupie PGE. Magazyn Energii Gryfino będzie największym w Polsce bateryjnym magazynem energii pod względem mocy zainstalowanej oraz jednym z kluczowych elementów wspierających bezpieczeństwo krajowego systemu elektroenergetycznego” – powiedział Dariusz Lubera, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

    Polskie firmy na czele projektu

    Tutaj pojawia się pierwsza dobra wiadomość dla krajowego rynku. Generalnym wykonawcą zostało konsorcjum dwóch polskich firm: SPEC BAU Polska oraz EL PROFESSIONAL. To strategiczny wybór, który ma głębszy sens.

    „Wybór dwóch polskich firm jako wykonawców tego strategicznego projektu to ważny krok w budowaniu krajowych kompetencji i zwiększaniu local contentu w obszarze nowoczesnych technologii magazynowania energii” – podkreślił Dariusz Lubera.

    Ale to nie wszystko. Kto dostarczy samą technologię magazynową? To zadanie dla światowego giganta – Fluence Energy.

    Po co nam taki magazyn?

    Odpowiedź jest prosta: żeby w pełni wykorzystać potencjał zielonej energii. Budowa magazynu ma pozwolić na efektywne wykorzystanie energii z OZE w ciągu dnia. Chodzi o to, by przechować nadwyżki prądu z farm wiatrowych i słonecznych, gdy wieje wiatr i świeci słońce, a oddać go do sieci, gdy jest na niego największe zapotrzebowanie.

    Efekt? Zwiększenie elastyczności całego systemu i wzmocnienie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej do odbiorców.

    „Magazyn znacząco zwiększy możliwości bilansowania naszych farm wiatrowych i słonecznych oraz poprawi bezpieczeństwo Krajowego Systemu Elektroenergetycznego” – zaznaczył Krzysztof Müller, prezes PGE Energia Odnawialna.

    Gdzie i kiedy to powstanie?

    Magazyn Energii Gryfino powstanie w Nowym Czarnowie, w gminie Gryfino. To nieprzypadkowa lokalizacja – znajduje się w sąsiedztwie innych kluczowych inwestycji Grupy PGE.

    Jak podkreśla prezes Lubera, w Gryfinie działa już nowoczesna elektrownia gazowo-parowa, niedawno podpisano umowę na budowę nowego bloku gazowego, a wkrótce oddana zostanie nowa gazowa ciepłownia. Powstaje tam prawdziwy hub energetyczny.

    A kiedy magazyn zacznie działać? Planowane uruchomienie to koniec 2028 roku. Co ważne, cała inwestycja jest już zabezpieczona 17-letnim kontraktem na rynku mocy.

    Co obejmuje umowa?

    To projekt realizowany w formule „pod klucz”. Zamówienie obejmuje zaprojektowanie, dostawę, budowę, montaż, uruchomienie i przekazanie do eksploatacji. Na dodatek, w pakiecie jest 36-miesięczny serwis gwarancyjny.

    Za całość realizacji inwestycji oraz nadzór nad jej przebiegiem odpowiadać będzie PGE Energia Odnawialna.

    Przetarg na generalnego wykonawcę ogłoszono w sierpniu 2025 roku. W toku postępowania złożono trzy oferty. Jak zapewnia PGE, wybrana oferta spełniła wszystkie wymagania i uzyskała najwyższą liczbę punktów.

    Krok w stronę transformacji

    Magazyn w Gryfinie to druga, po Żarnowcu, wielkoskalowa inwestycja PGE w obszarze bateryjnego magazynowania. To wyraźny sygnał, że największy krajowy koncern energetyczny stawia na rozwój technologii, które są fundamentem zielonej transformacji.

    „Transformacja energetyczna może skutecznie iść w parze z silnym udziałem local contentu w nowoczesnych projektach energetycznych” – podsumował Dariusz Lubera.

    Czy miliardowa inwestycja się opłaci? Odpowiedź poznamy pod koniec 2028 roku. Jedno jest pewne – bez takich magazynów stabilna energia z wiatru i słońca pozostanie pięknym, ale trudnym do realizacji marzeniem.

  • Musk vs. Altman: Wojna Tytanów trafia do sądu. Stawka? Przyszłość AI i 134 mld dolarów

    Musk vs. Altman: Wojna Tytanów trafia do sądu. Stawka? Przyszłość AI i 134 mld dolarów

    Po latach internetowych utarczek i oskarżeń, dwa największe nazwiska technologicznego świata stanęły naprzeciwko siebie w sądzie. Elon Musk kontra Sam Altman – czy ten proces zadecyduje o przyszłości sztucznej inteligencji?

    Ring w federalnym sądzie

    Spór, który rozgrywał się głównie w internecie, właśnie przeniósł się do federalnego sądu w Kalifornii. Proces między Elonem Muskiem a szefem OpenAI, Samem Altmanem, oficjalnie się rozpoczął i ma potrwać nawet miesiąc. BBC porównuje to starcie do walki bokserskiej wagi ciężkiej, a jeden z obserwatorów – do pojedynku King Konga z Godzillą.

    OpenAI określiło pozew Muska jako bezpodstawną „kampanię nękania”. Firma napisała w poniedziałek w poście na X, że „nie może się doczekać, aby przedstawić swoją sprawę w sądzie, gdzie zarówno prawda, jak i prawo będą po jej stronie”.

    O co chodzi w tym procesie?

    Sprawa sięga roku 2018, kiedy Musk odszedł z zarządu OpenAI. Teraz pozwał zarówno firmę, jak i jej szefów – Altmana oraz Grega Brockmana. Jego zarzuty są poważne. Twierdzi, że OpenAI złamało obietnice utrzymania laboratorium sztucznej inteligencji jako organizacji non-profit.

    Po jego odejściu firma utworzyła spółkę zależną nastawioną na zysk, co – jak twierdzi Musk – miało nigdy nie nastąpić. To nie jest zwykły spór biznesowy. Musk zarzuca OpenAI odejście od pierwotnej misji, z jaką organizacja powstała w 2015 roku. Według niego firma miała działać jako podmiot non-profit i rozwijać sztuczną inteligencję dla dobra publicznego.

    Stawka jest astronomiczna

    W grę wchodzą niewyobrażalne pieniądze. Prawnicy Muska wskazują, że potencjalne odszkodowanie może sięgnąć nawet 134 miliardy dolarów. Ale to nie wszystko. Eksperci zwracają uwagę, że wynik procesu może wpłynąć na przyszłość całego sektora AI.

    Sprawa dotyka kluczowego pytania: czy rozwój sztucznej inteligencji powinien być kontrolowany przez prywatne firmy nastawione na zysk, czy działać w modelu bardziej otwartym i publicznym?

    Bez taryfy ulgowej dla miliarderów

    Proces odbywa się przed 10-osobową ławą przysięgłych, a nad jego przebiegiem czuwa sędzia Yvonne Gonzalez Rogers. Już na starcie dała jasno do zrozumienia, że status i majątek stron nie zapewnią im specjalnego traktowania.

    Sędzia obiecała, że bogactwo, władza i sława, które Musk i Altman wnoszą do sądu, nie zapewnią im „żadnego specjalnego traktowania”.

    Musk może zostać wezwany na mównicę do złożenia zeznań już we wtorek. Ale to nie koniec technologicznych gwiazd w tej sprawie. Na liście świadków znajduje się także prezes Microsoftu, Satya Nadella.

    Z jednej strony OpenAI przygotowuje się do dalszego rozwoju i potencjalnych dużych ruchów biznesowych. Z drugiej – ewentualna przegrana mogłaby skomplikować te plany zarówno finansowo, jak i wizerunkowo.

    Jedno jest pewne: bez względu na werdykt, żaden z tych technologicznych tytanów nie wyjdzie z tej sali sądowej bez szwanku. A branża AI z zapartym tchem obserwuje, jak ten proces kształtuje jej przyszłe reguły gry.

  • Szokująca decyzja Pentagonu. Amerykańska armia opuszcza Europę?

    Szokująca decyzja Pentagonu. Amerykańska armia opuszcza Europę?

    Czy Stany Zjednoczone redefiniują swoją rolę w Europie? To pytanie nabiera nowego znaczenia po decyzji podjętej w najwyższych kręgach władzy w Waszyngtonie. Pentagon właśnie ogłosił plan, który zmieni układ sił na Starym Kontynencie.

    Pentagon mówi: „Czas się zwijać”

    Szef Pentagonu Pete Hegseth podjął kluczową decyzję. Nakazał wycofanie około 5 tysięcy amerykańskich żołnierzy z Niemiec. Oficjalne oświadczenie w tej sprawie wydał rzecznik resortu Sean Parnell.

    „Decyzja ta jest następstwem gruntownej analizy rozmieszczenia sił w Europie i wynika z potrzeb oraz warunków panujących na miejscu” – poinformował Parnell.

    Najważniejszy szczegół? Cała operacja ma zostać zakończona w ciągu najbliższych 6-12 miesięcy. To oznacza, że do połowy 2027 roku w Niemczech może zabraknąć znaczącej części amerykańskiego kontyngentu.

    Niemiecka reakcja: „Przewidzieliśmy to”

    Berlin nie został zaskoczony. Minister obrony Niemiec Boris Pistorius skomentował wiadomość krótko: „Decyzja ta była do przewidzenia”. Ale to nie koniec niemieckiej odpowiedzi.

    Niemiecki minister nie zamierza siedzieć z założonymi rękami. Pistorius zapowiedział konkretne działania:

    • Bundeswehra się powiększa
    • Szybciej kupujemy sprzęt
    • Tworzymy infrastrukturę

    To wyraźny sygnał, że Europa szykuje się do przejęcia większej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo.

    Liczby, które mówią wszystko

    Obecnie w Niemczech stacjonuje ok. 35-36,5 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Wycofanie 5 tysięcy oznacza redukcję o około 14-15% obecnego stanu. To nie pierwsza taka decyzja – już w 2020 roku Donald Trump zapowiadał wycofanie 9,5 tysięcy żołnierzy, zarzucając Berlinowi niewypełnianie zobowiązań wobec NATO.

    Co ciekawe, część z tamtych wojsk miała trafić do Polski, ale te plany nie zostały wtedy zrealizowane.

    Dlaczego teraz?

    Kontekst jest kluczowy. Decyzja zapadła krótko po tym, jak kanclerz Niemiec Friedrich Merz ostro skrytykował wojnę prowadzoną przez administrację Donalda Trumpa z Iranem. Niemiecki przywódca stwierdził, że Stany Zjednoczone są „upokarzane” przez Iran, a administracja nie ma „żadnej naprawdę przekonującej strategii” zakończenia konfliktu.

    Ta krytyka wyraźnie nie pozostała bez echa w Waszyngtonie.

    Europa musi stanąć na nogi

    Pistorius nie ograniczył się do komentarzy o Bundeswehrze. Minister wyraził przekonanie, że NATO musi się stać bardziej europejskie, aby pozostać trwale transatlantyckie. To rewolucyjne stwierdzenie!

    „My, Europejczycy, musimy wziąć na siebie większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo” – podkreślił niemiecki minister.

    To nie są puste słowa. Pistorius zapowiedział, że będzie omawiał kolejne zadania z partnerami z europejskiej grupy E5, czyli z Wielką Brytanią, Francją, Polską i Włochami.

    Co z wycofanymi wojskami?

    Tu pojawia się największa niewiadoma. Telewizja CBS, powołując się na anonimowych urzędników ministerstwa, podaje możliwy scenariusz: część sił może wrócić do Stanów Zjednoczonych, a następnie zostać wysłana za granicę, prawdopodobnie w region Indo-Pacyfiku.

    To sugeruje globalną realokację sił, a nie ich całkowitą redukcję.

    Amerykańsko-niemiecka współpraca trwa

    Mimo napięć, Pistorius podkreślił ciągłość współpracy: „Ściśle współpracujemy z Amerykanami w Ramstein, w Grafenwoehr, we Frankfurcie i w innych miejscach na rzecz pokoju i bezpieczeństwa w Europie, na rzecz Ukrainy i wspólnego odstraszania”.

    To ważne zapewnienie w czasie, gdy Rosja wciąż stanowi poważne zagrożenie dla stabilności kontynentu.

    Co to oznacza dla Polski?

    Decyzja Pentagonu ma daleko idące konsekwencje dla całej Europy Środkowo-Wschodniej. Zwiększenie odpowiedzialności Europy za własne bezpieczeństwo może oznaczać większe obciążenie finansowe i logistyczne dla państw takich jak Polska.

    Jednocześnie, realokacja amerykańskich sił może otworć nowe możliwości współpracy wojskowej w regionie. Czy Warszawa stanie się jeszcze ważniejszym partnerem strategicznym dla Waszyngtonu? Czas pokaże.

    Bez względu na wszystko, jedno jest pewne – układ sił w Europie właśnie się zmienia. I to nie za rok czy dwa, ale w ciągu najbliższych miesięcy. Przygotujmy się na nową rzeczywistość.

  • Super Środa na Wall Street: AI vs. Bliski Wschód. Jak wyjdzie to starcie?

    Super Środa na Wall Street: AI vs. Bliski Wschód. Jak wyjdzie to starcie?

    Wystarczyły tygodnie optymizmu, a światowe rynki znów są na szczytach. Hossa napędzana sztuczną inteligencją wydaje się nie do zatrzymania, ale w tle wciąż wisi groźba poważnego konfliktu. Czy dziś wszystko się może zmienić?

    Nerwowa środa na amerykańskich giełdach to nie przypadek. Inwestorzy czekają na dwie kluczowe rzeczy: decyzję Rezerwy Federalnej oraz lawinę wyników kwartalnych gigantów technologicznych. Według analityków z Comparic, ta „Super Środa” może być pierwszym poważnym testem dla obecnego optymizmu.

    Wszystkie oczy na Fed i Big Tech

    W tym tygodniu mamy prawdziwy maraton posiedzeń banków centralnych. Żadnych zmian stóp procentowych się nie spodziewamy, ale słowa bankierów będą kluczowe. Dlaczego? Ponieważ ceny ropy znów przekroczyły 100 dolarów za baryłkę, co odżywiło dyskusję o inflacji i przyszłych podwyżkach.

    „O ile po powołaniu Kevin Warch będzie mieć pełną niezależność od Trumpa, trudno wyobrazić sobie, aby na 'dzień dobry’ podniósł stopy” – zauważa dr Przemysław Kwiecień z XTB, cytowany przez Comparic.

    Oznacza to, że presja na wyższe stopy może nawet zaszkodzić dolarowi, podczas gdy inne banki centralne (jak EBC) mogą być gotowe do działania.

    Ale to nie koniec. Dziś raporty publikują „sponsorzy” rewolucji AI: Microsoft, Amazon, Meta i Alphabet (Google). Każda z nich wydaje rocznie dziesiątki miliardów na infrastrukturę pod sztuczną inteligencję. Według portalu PB.pl, tylko te cztery firmy zwiększyły ostatnio swoje nakłady inwestycyjne w skali roku o łączną kwotę 94 mld dolarów.

    Teraz inwestorzy chcą widzieć efekty. „Rynek oczekuje, że raporty pokażą realne efekty ogromnych inwestycji w sztuczną inteligencję” – czytamy w analizie.

    Czy AI wytrzyma presję faktów?

    Nastroje wokół technologii są już nieco nadszarpnięte. Doniesienia, że OpenAI nie osiągnęło celów wzrostu, podważyły narrację o szybkich zyskach z AI. Efekt? Akcje Oracle spadły, a pod presją znalazły się też Broadcom i Nvidia.

    Analitycy z Esaliens TFI zauważają jednak, że powrót optymizmu wokół AI znów napędza amerykańskie indeksy, choć widać wyraźny podział.

    „Mamy do czynienia z historią dwóch rynków – producentów półprzewodników, którzy są na fali, a także twórców oprogramowania, którzy mają pod górkę” – mówi Aleksander Jerzewski z Esaliens TFI w rozmowie z Parkietem.

    Wtorkowa sesja na Wall Street zakończyła się już lekkimi spadkami, co może wskazywać na rosnącą ostrożność przed kluczowymi danymi.

    Cień nad Cieśniną Ormuz

    Podczas gdy Wall Street żyje AI, główny niepokój dla globalnej gospodarki płynie z zupełnie innego kierunku – Bliskiego Wschodu.

    Konflikt wokół Iranu i kluczowej dla światowych dostaw ropy Cieśniny Ormuz utrzymuje ceny surowca na wysokim poziomie. To bezpośrednio przekłada się na wyższą inflację.

    Eksperci Esaliens TFI ostrzegają, że choć gospodarki „jeszcze zniosą” obecną cenę ropy, to dalsza eskalacja byłaby groźna. W niektórych krajach Azji wprowadzono już np. czterodniowy tydzień pracy w wybranych branżach, by ograniczyć zużycie paliwa.

    „Jesteśmy blisko poważnego zagrożenia, jeżeli cieśnina Ormuz nie zostanie w najbliższym czasie efektywnie odblokowana” – alarmuje Adam Szymko, dyrektor inwestycyjny Esaliens TFI.

    Szybki koniec konfliktu byłby ogromnym impulsem dla rynków, ale na razie scenariusz ten wydaje się odległy.

    A gdzie w tym wszystkim Polska?

    Co ciekawe, pomimo globalnych zawirowań polska waluta zachowuje imponującą stabilność. Według danych z poranka środy, euro kosztowało 4,25 zł, a dolar 3,63 zł.

    Analitycy są także umiarkowanie optymistyczni wobec polskiego rynku akcji, który może korzystać na wyższej inflacji. Szczególnie dotyczy to sektora bankowego, stanowiącego połowę indeksu WIG20.

    „Banki jeszcze przez lata będą korzystać z wysokich rentowności obligacji, które systematycznie skupują” – przekonuje dyrektor inwestycyjny Andrzej Bieniek (Esaliens TFI).

    Dodaje, że polska gospodarka nadal wygląda relatywnie dobrze na tle Europy, a napływ środków z KPO jest dodatkowym wsparciem.

    Super Środa właśnie się rozpoczyna. Czy giganty technologiczne pokażą, że wydane miliardy na AI się zwracają? Czy Fed zachowa zimną krew przy cenie ropy powyżej 100 dolarów? Odpowiedzi na te pytania mogą nadać ton rynkom na wiele nadchodzących tygodni. Wstrzymajmy oddech.

  • Abonament RTV znika? Niezupełnie! Rząd szykuje nową, powszechną opłatę

    Abonament RTV znika? Niezupełnie! Rząd szykuje nową, powszechną opłatę

    Myśleliście, że zrzucicie z karku obowiązek opłacania radia i telewizji? Czas na zimny prysznic. Polski rząd szykuje właśnie rewolucję, ale w zupełnie innym kierunku, niż wielu z nas liczyło.

    Koniec z opodatkowaniem sprzętu

    Obecny model, gdzie płacimy za samo posiadanie odbiornika, odchodzi do lamusa. Serwis Dziennik donosi, że rząd planuje zastąpić abonament RTV nową opłatą audiowizualną. I tutaj jest najważniejsza zmiana: nie będzie już obciążać telewizora czy radia, ale… podatnika.

    Nowa opłata audiowizualna ma zostać przypisana bezpośrednio do osoby podatnika – informuje serwis Dziennik.

    Kiedy to się wydarzy? Kalendarz jest już ustalony. Wejście nowej opłaty zaplanowano na 1 stycznia 2027 roku.

    Ile zapłacimy? Kwota, która ucieka z portfela

    Oto sedno sprawy. Miesięczna stawka ma wynosić około 8-9 złotych. Ale uwaga – prawie nikt jej nie uniknie. Dlaczego? Bo pieniądze będą pobierane automatycznie, w trakcie rozliczania rocznego zeznania podatkowego przez Urząd Skarbowy.

    Kwota ta podlegać będzie corocznej waloryzacji, więc z czasem może nieznacznie wzrosnąć. Co więcej, nowa danina ma objąć nie tylko osoby fizyczne (PIT), ale także firmy (CIT).

    Dla porównania, wciąż obowiązujący w 2026 roku abonament RTV to 30,50 zł miesięcznie za telewizor i 9,50 zł za radio. Płacąc z góry za cały rok, można dostać 10% zniżki, co daje roczny koszt 329,40 zł za telewizor i 102,60 zł za radio.

    Kto będzie zwolniony? Nowa lista ulg

    Opłata ma być powszechna, ale rząd przewidział system zwolnień dla najbardziej potrzebujących. Z nowej opłaty audiowizualnej zwolnieni mają być:

    • Seniorzy po ukończeniu 75. roku życia,
    • Uczniowie i studenci do 26. roku życia,
    • Osoby o niskich dochodach (poniżej płacy minimalnej),
    • Osoby z niepełnosprawnościami,
    • Bezrobotni.

    To szersza lista niż obecne zwolnienia z abonamentu RTV, które automatycznie dotyczą tylko osób po 75. roku życia.

    A co ze starymi długami? Fiskus nie zapomni

    Tu ważna informacja dla tych, którzy mają zaległości z obecnym abonamentem. Nie ma mowy o amnestii. Poczta Polska zachowuje prawo do ścigania dłużników aż do 31 grudnia 2028 roku. Dopiero po tej dacie stare długi ulegną przedawnieniu.

    Pamiętajcie, że za niepłacenie abonamentu w 2026 roku grozi kara w wysokości 30-krotności miesięcznej opłaty. W przypadku telewizora to aż 819 zł.

    Co dalej? Ruszają prace legislacyjne

    Rząd ma przyjąć ostateczny projekt techniczny ustawy wprowadzającej nową opłatę na przełomie II i III kwartału. Wysoka, wynosząca około 30%, ściągalność obecnego abonamentu jest jednym z kluczowych argumentów za tą reformą.

    Podsumowując: stary, znienawidzony abonament RTV faktycznie ma zniknąć. Ale na jego miejsce pojawi się nowa, powszechna opłata, która w automatyczny sposób trafi do budżetu za pośrednictwem Urzędu Skarbowego. Rewolucja nadchodzi, ale nasze portfele wciąż będą co miesiąc lżejsze – choć tym razem o nieco mniejszą kwotę.

  • Ostatnie słowo Powella wstrząśnie rynkiem? Dziś wieczorem wszystko się wyjaśni

    Ostatnie słowo Powella wstrząśnie rynkiem? Dziś wieczorem wszystko się wyjaśni

    Czy dzisiejszy dzień przejdzie do historii? Wszystko wskazuje na to, że to właśnie dziś wieczorem usłyszymy ostatnie słowa Jerome’a Powella jako przewodniczącego Fed. Chociaż stopy procentowe najprawdopodobniej pozostaną na poziomie 3,50%-3,75%, to cały świat finansów wstrzymuje oddech, czekając na jego komunikat.

    W końcu to nie sama decyzja jest dziś najważniejsza, ale to, co Powell powie o przyszłości inflacji i polityki monetarnej USA. A to może wstrząsnąć rynkami!

    Stopy bez zmian? To tylko formalność

    Dziś o godzinie 20:00 czasu polskiego Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku (FOMC) ogłosi swoją decyzję. Konsensus rynkowy jest wyraźny – będzie to trzecia z rzędu pauza w cyklu decyzyjnym.

    Rynek przygotował się już na to, że stopy procentowe zostaną utrzymane w dotychczasowym przedziale 3,50%-3,75%, dlatego uwaga inwestorów skupi się na treści komunikatu oraz pożegnalnej konferencji prasowej.

    Prawdziwa rozgrywka zaczyna się dopiero po ogłoszeniu decyzji.

    Każde słowo Powella może wywołać burzę

    Kluczowe dla interpretacji dzisiejszej decyzji będzie komentarz Powella dotyczący wpływu wysokich cen surowców oraz inflacji na przyszłe decyzje banku. Fed znajduje się w wyjątkowo niewygodnym położeniu.

    Z jednej strony wojna w Iranie i skok cen energii zwiększają ryzyko ponownego nasilenia presji inflacyjnej. Z drugiej – gospodarka zaczyna odczuwać skutki podwyższonej niepewności.

    Powell prawdopodobnie zachowa dużą ostrożność, by nie stawiać swojego następcy w trudnym położeniu, jednak każde jego słowo dotyczące przyszłej ścieżki inflacji i stóp może wywołać znaczną zmienność na parze EUR/USD.

    Nowa era za pasem – Kevin Warsh przejmuje stery

    I tu dochodzimy do drugiego kluczowego wątku. Kadencja Jerome’a Powella wygasa 15 maja 2026 r., a to może być jego ostatnie posiedzenie jako przewodniczącego.

    Jego potencjalnym następcą jest Kevin Warsh, który zapowiada „zmianę reżimu” w Fed. Rynki sceptycznie podchodzą do jego deklaracji, obawiając się zwiększonego wpływu administracji Trumpa na decyzje banku centralnego.

    Warto zauważyć, że przejście od ery Powella do ery Warsha następuje w momencie, gdy amerykańska gospodarka wysyła mieszane sygnały. Z jednej strony mamy solidne dane o PKB, z drugiej zaś uporczywą inflację podsycaną przez ceny energii.

    Ta zmiana personalna może być kluczowym czynnikiem wpływającym na wyprzedaż amerykańskiej waluty w kolejnych miesiącach.

    Kurs EUR/USD testuje kluczowy poziom 1,17 dol.

    Niepewność przed decyzją Fed doskonale widać na rynku walutowym. Notowania EUR/USD testują barierę 1,17 dol., której przełamanie mogłoby ponownie otworzyć drogę do 1,16 dol.

    Powrót notowań w ten rejon jest doskonałym odzwierciedleniem narastającej niepewności przed wieczornym komunikatem Fed. Rynek będzie szukał sygnałów, czy obecne władze monetarne sugerują kontynuację dotychczasowej strategii, czy też pozostawiają przestrzeń do jej modyfikacji.

    Przełamanie poziomu 1,17 dol. mogłoby otworzyć drogę do głębszej przeceny, szczególnie jeśli Powell w swojej mowie podkreśli uporczywość inflacji.

    Inflacja nie odpuszcza – liczby mówią same za siebie

    Presja inflacyjna jest realna i widać to w danych. Marcowy wskaźnik CPI wzrósł o 3,3 proc. rok do roku, a ceny energii skoczyły o 10,9 proc. w ciągu miesiąca. Ceny benzyny poszybowały w górę o 21,2 proc. miesiąc do miesiąca.

    Taki układ może wskazywać na to, że nawet jeśli bazowa część koszyka nie przyspiesza gwałtownie, to szok paliwowy znów komplikuje ścieżkę powrotu inflacji do celu.

    Płynność w tle – Fed zmniejsza zakupy bonów

    W tle samej decyzji o stopach jest jeszcze jeden techniczny, ale istotny temat. Chodzi o zakupy bonów skarbowych w ramach zarządzania rezerwami.

    Oficjalny harmonogram operacji pokazuje, że w okresie 14 kwietnia-13 maja planowana skala zakupów została zmniejszona do około 25 mld USD z około 40 mld USD miesiąc wcześniej.

    To może oddziaływać na rynek pieniężny i krótki koniec krzywej rentowności.

    Gotowi na wszystko?

    Dzisiejsze posiedzenie Fed nie jest klasycznym wydarzeniem, w którym rynek czeka przede wszystkim na zmianę stóp procentowych. Decyzja wydaje się przesądzona, ale jej otoczenie jest wyjątkowo istotne.

    Kluczowe będzie to, czy Powell utrzyma strategię „czekaj i obserwuj”, czy też zasugeruje bardziej jastrzębie podejście w odpowiedzi na ryzyka inflacyjne. Dla inwestorów najważniejszy będzie każdy sygnał dotyczący tego, czy Fed nadal widzi przestrzeń do obniżek, czy zaczyna przygotowywać rynek na dłuższy okres wysokich stóp.

    Jedno jest pewne – po dzisiejszym wieczorze rynek już nie będzie taki sam. Ostatnie słowa Powella jako szefa Fed mogą zdeterminować trend na amerykańskiej walucie na najbliższe tygodnie, a nawet miesiące. Szykujcie się na emocje!

  • Trump szoruje po dniu. Nowy sondaż pokazuje, co naprawdę myślą Amerykanie

    Trump szoruje po dniu. Nowy sondaż pokazuje, co naprawdę myślą Amerykanie

    Czy Donald Trump zmierza ku największemu kryzysowi swojej drugiej kadencji? Najnowsze sondaże nie pozostawiają złudzeń – poparcie dla prezydenta osiągnęło najniższy poziom, a Amerykanie są coraz bardziej krytyczni wobec jego działań w kluczowych obszarach.

    Gospodarka na czele obaw

    Gospodarka pozostaje kluczowym problemem dla 29 proc. respondentów, wyprzedzając zagrożenia dla demokracji (24 proc.), opiekę zdrowotną (12 proc.) czy przestępczość (10 proc.). Największe obawy budzą inflacja oraz rosnące koszty życia – wskazało je aż 45 proc. badanych.

    Negatywne oceny działań prezydenta w obszarze gospodarki wyraziło 68 proc. ankietowanych, z czego ponad połowa określiła swoją dezaprobatę jako „zdecydowaną”. W porównaniu z poprzednim rokiem liczba osób krytykujących politykę gospodarczą wzrosła o 7 pkt proc.

    Poparcie dla jego polityki gospodarczej wynosi obecnie 27 proc., co jest wynikiem znacznie gorszym niż w jego pierwszej kadencji.

    Spadek zaufania jest zauważalny także wśród zwolenników partii rządzącej. W elektoracie Republikanów poparcie dla działań antyinflacyjnych administracji Trumpa obniżyło się o 10 pkt proc. Nawet wśród Republikanów, którzy w większości (78 proc.) nadal popierają Trumpa, aż 41 proc. krytykuje jego politykę gospodarczą.

    Rosnące ceny i polaryzacja społeczna

    Czterech na dziesięciu Amerykanów uważa, że ich sytuacja finansowa pogorszyła się w ciągu ostatniego roku. Wśród Demokratów aż 55 proc. wskazuje na pogorszenie swojej sytuacji materialnej, podobnie jak 46 proc. osób niezależnych. W kontrze do tych danych, 34 proc. Republikanów deklaruje poprawę swoich finansów.

    Jednym z najczęściej wymienianych problemów są rosnące ceny benzyny, które szczególnie dotykają pracowników fizycznych oraz osoby z niższym wykształceniem. Średnia cena benzyny w USA wzrosła o ponad 40 proc. i wynosi obecnie ok. 4,18 dol. za galon.

    Zaledwie 22 proc. Amerykanów ocenia pozytywnie działania prezydenta w kwestii kosztów życia, co oznacza spadek o 3 pkt proc. w porównaniu do poprzedniego badania.

    Wojna z Iranem dzieli społeczeństwo

    Znaczący spadek popularności Trumpa rozpoczął się po decyzji o rozpoczęciu działań wojennych przeciwko Iranowi 28 lutego. Mimo zawieszenia broni ogłoszonego 7 kwietnia, oceny działań prezydenta w związku z tym konfliktem pozostają podzielone.

    Jedynie jedna trzecia respondentów popiera politykę Trumpa w tej sprawie. Niemal wszyscy Demokraci i większość niezależnych wyrażają sprzeciw, podczas gdy 74 proc. Republikanów ją aprobuje.

    Co istotne, aż 61 proc. ankietowanych sprzeciwia się dalszej eskalacji militarnej. W grupie osób poniżej 30. roku życia odsetek ten wzrasta do 74 proc.

    Kluczowi niezależni wyborcy

    Rosnące ceny energii i niepopularna wojna z Iranem wpływają również na preferencje polityczne niezależnych wyborców, którzy mogą zdecydować o wyniku listopadowych wyborów środka kadencji.

    Według sondażu Reuters/Ipsos 34 proc. niezależnych wyborców deklaruje poparcie dla Demokratów, podczas gdy Republikanów popiera 20 proc. Co czwarty badany z tej grupy wciąż nie podjął decyzji.

    Mieszane oceny w innych obszarach

    Sondaż wskazuje na niewielką poprawę w postrzeganiu polityki imigracyjnej prezydenta – popiera ją 44 proc. badanych. Mimo to, większość Amerykanów pozostaje krytyczna wobec podejścia administracji Trumpa do tej kwestii.

    Jednocześnie rośnie poparcie dla zaostrzenia przepisów wyborczych. Aż trzy czwarte respondentów opowiada się za obowiązkowym dokumentem tożsamości przy głosowaniu, a większość z nich również za wymogiem potwierdzenia obywatelstwa.

    Najnowszy sondaż Reuters/Ipsos, przeprowadzony w całym kraju i online, zebrał odpowiedzi od 1269 dorosłych Amerykanów, w tym 1014 zarejestrowanych wyborców, a margines błędu wynosił 3 pkt proc. Badanie zostało przeprowadzone w dniach 15-20 kwietnia.

  • Rewolucja na rynku ropy: ZEA wychodzą z OPEC! Co to oznacza dla cen?

    Rewolucja na rynku ropy: ZEA wychodzą z OPEC! Co to oznacza dla cen?

    Czy OPEC straci swoją moc? Po ponad 50 latach członkostwa, Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) wychodzą z organizacji. Decyzja zapadła – kraj złożył formalne oświadczenie i od 1 maja nie będzie już częścią kartelu. To poważny cios dla grupy koordynującej produkcję największych eksporterów ropy naftowej na świecie.

    Co stało się?

    Według państwowej agencji prasowej ZEA, WAM, kraj podjął decyzję o rezygnacji z członkostwa zarówno w OPEC, jak i w OPEC+. Ministerstwo Energii ZEA oświadczyło, że po kompleksowej analizie polityki produkcyjnej i możliwości wydobywczych, wystąpienie z OPEC leży w interesie narodowym kraju.

    Minister energii Suhail Al Mazrouei stwierdził dla CNBC, że ZEA podjęły decyzję o wyjściu w momencie, który będzie „minimalnie zakłócający” dla pozostałych producentów w grupie.

    „Nasz wyjazd w tym momencie jest właściwym czasem, ponieważ będzie miał minimalny wpływ na cenę ropy i minimalny wpływ na naszych przyjaciół w OPEC i OPEC+” – oświadczył Al Mazrouei.

    Dlaczego właśnie teraz?

    Decyzja zapadła po kilku tygodniach ataków rakietowych i dronowych na ZEA ze strony Iranu. Blokada cieśniny Ormuz przez Teheran również poważnie ograniczyła możliwości eksportu ropy przez ZEA, zagrażając fundamentom ich gospodarki.

    Ale to nie tylko wojna. ZEA przez niemal sześć dekad odgrywały wpływową rolę w decyzjach OPEC. W lutym były trzecim co do wielkości producentem ropy w grupie, za Arabią Saudyjską i Irakiem.

    Analicy wskazują, że wyjście ZEA z OPEC i OPEC+ wygląda przede wszystkim na próbę odzyskania swobody wydobycia po latach napięć wokół limitów produkcji. ZEA od lat zwiększają moce wydobywcze i chcą dojść do poziomu 5 mln baryłek dziennie do 2027 r. Problem? Porozumienie OPEC+ przez długi czas zmuszało kraj do utrzymywania wydobycia wyraźnie poniżej jego możliwości technicznych.

    Co to zmienia dla rynku?

    Tuż po decyzji kontrakty na ropę WTI z dostawą w maju drożały o 3,60 proc. do 99,88 USD za baryłkę, a czerwcowe kontrakty na ropę Brent o 2,73 proc. do 111,18 USD za baryłkę.

    W krótkim terminie wpływ na realną podaż może być ograniczony – wojna z Iranem i napięcia w Cieśninie Ormuz nadal utrudniają logistykę eksportu z regionu.

    Ale w średnim terminie konsekwencje mogą być już znacznie większe. Jeśli ZEA odzyskają pełną swobodę wydobycia, mogą próbować szybciej wykorzystać rozbudowane moce produkcyjne. To zwiększa ryzyko presji na spadek cen ropy, zwłaszcza jeśli napięcia wojenne osłabną.

    Wyjście jednego z kluczowych producentów z Zatoki Perskiej osłabia wiarygodność całego mechanizmu koordynacji podaży OPEC.

    Kto następny?

    Wyjście ZEA z OPEC to piąty taki ruch w ostatniej dekadzie. W 2016 roku, po kilku miesiącach członkostwa, z organizacji wystąpiła Indonezja, w 2019 r. Katar, rok później Ekwador, a w 2023 r. Angola.

    Czy to początek większych zmian w globalnym kartelu? Decyzja ZEA pokazuje, że napięcia w ramach OPEC są realne. Arabia Saudyjska, która odgrywa wiodącą rolę w organizacji i ograniczała podaż, może być szczególnie niezadowolona.

    ZEA mają geograficznie korzystne położenie tuż przy Cieśninie Ormuz, a ich infrastruktura naftowa nie ucierpiała znacząco w ostatnim czasie. Mogą więc skorzystać na zwiększeniu wydobycia ponad narzucane przez OPEC limity.

    Dla świata to dobra wiadomość – jeśli ZEA będą produkować więcej, to do kupienia będzie więcej tańszej ropy.

    Źródło: CNBC, CNN, Reuters, S&P Global