Blog

  • Kierunek przepływu kapitału i sztuczna inteligencja. O czym dyskutuje śmietanka finansjery na Europejskim Kongresie Gospodarczym?

    Kierunek przepływu kapitału i sztuczna inteligencja. O czym dyskutuje śmietanka finansjery na Europejskim Kongresie Gospodarczym?

    W świecie napięć geopolitycznych, gwałtownych zmian technologicznych i wstrząsów na rynkach, gdzie szukać stabilności i kierunków rozwoju? Świat finansów stoi przed koniecznością głębokiej redefinicji. Odpowiedzi szuka elita biznesu i bankowości, która właśnie spotkała się w Katowicach na Europejskim Kongresie Gospodarczym (EEC).

    Fundamenty pod presją

    Nie ma wątpliwości – sektor finansowy znalazł się w centrum najważniejszych procesów kształtujących przyszłość gospodarki. Banki nie są już wyłącznie dostawcami kapitału. W obliczu rosnącej presji regulacyjnej i niepewności makroekonomicznej coraz częściej stają się strategicznymi partnerami dla biznesu. Współtworzą warunki dla wzrostu inwestycji, innowacji i konkurencyjności.

    O złożoności czynników wpływających dziś na decyzje inwestycyjne mówił m.in. Michał Bolesławski, prezes zarządu ING Banku Śląskiego.

    W centrum uwagi na EEC znalazły się strategie banków wobec nowych regulacji, presji kosztowej i transformacji cyfrowej. Kluczowe pytania? Jak sektor finansowy może efektywniej finansować inwestycje – zarówno wielkie projekty infrastrukturalne, jak i rozwój małych oraz średnich przedsiębiorstw (MŚP).

    Technologia na czele transformacji

    Ale to nie wszystko. Istotnym wątkiem kongresowych debat są zmiany technologiczne, które rewolucjonizują rynek. Fintechy, cyfrowe platformy inwestycyjne oraz narzędzia oparte na danych i sztucznej inteligencji zmieniają sposób funkcjonowania całego sektora.

    Rozwój sztucznej inteligencji redefiniuje modele działania instytucji finansowych, wpływając na obsługę klienta, zarządzanie ryzykiem czy procesy operacyjne. Pojawiają się też zupełnie nowe możliwości, jak tokenizacja aktywów, nowe formy płatności czy rozwój cyfrowych instrumentów finansowych. Wszystko to otwiera nowe horyzonty, ale jednocześnie stawia poważne wyzwania regulacyjne i systemowe.

    A tuż za nimi pojawia się kluczowe pytanie: jak banki mogą wspierać firmy i klientów indywidualnych w odpowiedzialnym i bezpiecznym wykorzystaniu nowych technologii?

    Polska na mapie inwestycji

    Uczestnicy Kongresu przyglądają się również atrakcyjności inwestycyjnej Polski i regionu. Analizują ją w kontekście stabilności regulacyjnej, jakości infrastruktury oraz zdolności do przyciągania kapitału zagranicznego. Wahania kursów walut, zmiany stóp procentowych i globalne przepływy kapitału pozostają jednym z kluczowych czynników wpływających na decyzje inwestorów.

    Nie brakuje także głosów dotyczących konkretnych działań. Jak instytucje finansowe – na przykładzie ING Banku Śląskiego – mogą wspierać przedsiębiorców w zwiększaniu skali działalności i budowaniu międzynarodowej konkurencyjności?

    Bezpieczeństwo w centrum uwagi

    W dobie rosnących zagrożeń nie sposób pominąć kwestii cyberbezpieczeństwa. To jeden z kluczowych obszarów współpracy między sektorem finansowym, klientami oraz instytucjami publicznymi. W tym kontekście pojawia się także szerszy temat suwerenności technologicznej Europy.

    Europejski Kongres Gospodarczy w Katowicach to przestrzeń, gdzie spotykają się różne perspektywy – banków, inwestorów, regulatorów i przedsiębiorców. To tutaj analizowane są mechanizmy rządzące współczesnym rynkiem finansowym i wypracowywane są kierunki jego dalszego rozwoju. A biorąc pod uwagę listę uczestników – wśród których są tacy liderzy jak Tadeusz Białek, Joao Brás Jorge, Przemysław Gdański, Piotr Żabski, Rafał Brzoska, Sebastian Kulczyk czy Michał Sołowow – dyskusje z pewnością nie pozostaną bez echa.

    W świecie finansów trwa wielka przemiana. A Katowice są w tych dniach jej epicentrum.

  • Wysokie koszty energii mogą zahamować wzrost PKB w regionie. Polska trzyma się mocno!

    Wysokie koszty energii mogą zahamować wzrost PKB w regionie. Polska trzyma się mocno!

    Czy kolejny kryzys cen ropy i gazu może wywrócić gospodarki naszego regionu? Dwóch niezależnych analityków przygląda się dokładnie naszej wrażliwości i ostrzega – Słowacja i Rumunia mogą nawet wpać w recesję.

    Niepokojąca zależność

    Analiza S&P Global rzuca jasne światło na kruchość sytuacji. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej w 57% swojego końcowego zużycia energii opierają się na importowanych węglowodorach. Dodatkowo, ich energochłonność jest o 19% wyższa niż średnia w UE, głównie przez duże sektory produkcyjne. Według danych z Parkiet.com, łączny udział ropy i gazu w końcowym zużyciu energii w większości tych krajów wynosi 55–75%. To sprawia, że region jest bardzo podatny na każde wahanie międzynarodowych cen energii.

    „Region pozostaje silnie uzależniony od importu ropy naftowej i gazu, a zatem jest narażony na szoki cenowe” – piszą ekonomiści UniCredit.

    Scenariusz bazowy: Strata bez szoku

    Analitycy S&P Global przygotowali dwa możliwe scenariusze. W pierwszym, bazowym, zakładają średnią cenę ropy Brent na 80 dolarów za baryłkę w 2026 roku i spadek do 65 dolarów w 2027. Ceny gazu ziemnego (TTF) przewidują na poziomie 18 dolarów/MMBtu. W takich warunkach wpływ na zdolność kredytową krajów regionu byłby „możliwy do opanowania”. Gospodarki mają dziś lepsze pozycje niż podczas szoku z 2022 roku – energochłonność spadła, źródła importu energii zdywersyfikowano, a rezerwy walutowe wzrosły.

    Nie bez znaczenia są też fundusze z UE. Kraje członkowskie mają otrzymać znaczne transfery z mechanizmów odbudowy i odporności (RRF) oraz działań na rzecz bezpieczeństwa dla Europy (SAFE), wspierające wzrost w latach 2026-2027.

    Scenariusz stresowy: Droga ropa grozi recesją

    Ale drugi scenariusz, ze znacznie wyższymi cenami ropy – 130 dolarów za baryłkę w 2026 i 100 dolarów w 2027 – przynosi znacznie bardziej niepokojące prognozy. Ekonomiści UniCredit ostrzegają, że „bardziej wyraźny i długotrwały szok mógłby mieć istotny wpływ na region”.

    W tym scenariuszu S&P Global prognozuje średni spadek realnego wzrostu PKB o 1,1 punktu procentowego w 2026 roku dla siedmiu gospodarek regionu. „Oczekujemy, że Słowacja i Rumunia, gdzie konsumpcja prywatna jest już słaba, mogą wejść w recesję i ich gospodarki skurczą się odpowiednio o 0,4 proc. i 1 proc.”. Gospodarki najbardziej energochłonne i uzależnione od importu energii – Turcja, Węgry i Słowacja – prawdopodobnie ucierpią najbardziej.

    Wyższe globalne ceny energii mogą pogorszyć saldo rachunków bieżących o prawie 1,2 pkt proc. PKB, a spadek dochodów pogorszy saldo budżetowe średnio o co najmniej 1,5 pkt proc., zwiększając dług publiczny.

    Które kraje mają tarczę ochronną?

    Nie wszystkie gospodarki są tak samo narażone. Analizy wskazują, że kraje o silnych bilansach publicznych lub zagranicznych, takie jak Czechy i Polska, mogą lepiej złagodzić szok.

    Polska, Czechy i Serbia są mniej narażone, głównie dlatego, że węgiel kamienny i brunatny nadal dominują w ich wytwarzaniu energii elektrycznej i ogrzewaniu sieciowym. Co ciekawe, Rumunia, choć ma znaczne krajowe moce wytwórcze energii, może być zagrożona przez słabszy wzrost PKB i wpływy z podatków, które mogą zmniejszyć poparcie dla koniecznej konsolidacji fiskalnej.

    A jak sytuacja wygląda dla pozostałych krajów? Węgry, które zużywają znaczną ilość gazu do ogrzewania i przemysłu, znajdują się w górnym przedziale ryzyka. Słowenia i Słowacja plasują się bliżej środka, a Bułgaria częściowo łagodzi ryzyko dzięki znaczącej komponentowi jądrowemu w swoim miksie energetycznym.

    Podsumowując, przyszłość gospodarcza regionu mocno zawisła nad cenami surowców. Bezpieczniejsze kraje mogą tylko częściowo chronić się dzięki swoim lokalnym źródłom energii i solidnym bilansom. Te najbardziej uzależnione od importu muszą liczyć na łagodny scenariusz, by nie doświadczyć poważnego spowolnienia.

  • Powrót do kraju z emigracji? Dla Polaków to coraz częściej czysta kalkulacja

    Powrót do kraju z emigracji? Dla Polaków to coraz częściej czysta kalkulacja

    Wydawało się, że wielka fala polskiej emigracji zarobkowej to już zamknięty rozdział? Nowe dane i wypowiedzi ekspertów pokazują, że nie do końca. Ale tym razem ruch idzie w drugą stronę.

    Rewolucja w migracjach

    To nie są już pojedyncze przypadki. Najnowsze dane pokazują, że ruch migracyjny między Polską a krajami Zachodu wyraźnie się odwrócił. Mowa nie tylko o Niemczech czy Wielkiej Brytanii, ale też o Holandii – kraju, który przez lata był jednym z najpopularniejszych kierunków polskiej emigracji zarobkowej po przystąpieniu do UE.

    I tu pojawia się kluczowy fakt: Holandia w 2024 roku odnotowała ujemne saldo migracji z Polską po raz pierwszy w tym stuleciu. To nie przypadek, lecz część większego trendu.

    „Warunkiem numer jeden są jednak kwestie ekonomiczne” – tłumaczy w rozmowie z Business Insiderem dr Dominika Pszczółkowska z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego.

    Liczy się ekonomia

    Tu dochodzimy do sedna sprawy. Według ekspertki, jeśli żyjesz na emigracji, a chcesz żyć jak klasa średnia, to często musisz zdecydować się na powrót do Polski. Decyduje właśnie jedna, kluczowa kwestia.

    I ta kwestia to pieniądze i sprawy materialne. To właśnie one są głównym motorem decyzji o powrocie. Emigranci, z którymi rozmawiali dziennikarze, wprost przyznają, że decyzja prawie zawsze sprowadza się do kalkulacji finansowych.

    Brexit przyspieszył exodus

    Ale nie tylko Holandia. Zauważalny jest też wyraźny exodus Polaków z Wielkiej Brytanii, który znacząco nasilił się po brexicie. Ruch odbywa się już bardziej w stronę Polski, a nie – jak było to tuż po wejściu naszego kraju do Unii – za granicę.

    Podobne tendencje widać w danych z Niemiec. Wygląda na to, że dla wielu rodaków emigracyjna przygoda dobiega końca.

    Co dalej z rynkiem pracy?

    Tutaj pojawia się pytanie dla polskiej gospodarki. Czy powracający emigranci będą siłą napędową dla lokalnych firm i usług? A może ich powrót odzwierciedla głębsze zmiany w europejskim rynku pracy?

    Jedno jest pewne: kalkulacja ekonomiczna wygrywa z sentymentem. Polacy coraz częściej analizują, gdzie mogą osiągnąć wyższy standard życia – i w wielu przypadkach odpowiedź brzmi: w kraju.

    Nowa era migracji

    Czy to oznacza koniec polskiej emigracji? Raczej jej ewolucję. Ruch migracyjny staje się bardziej dwukierunkowy, a decyzje o wyjeździe czy powrocie są coraz bardziej racjonalne i oparte na twardych danych.

    Dla polskich przedsiębiorców i decydentów to ważna informacja. Powracający rodacy to nie tylko konsumenci, ale często też osoby z zagranicznym doświadczeniem zawodowym, które mogą wnieść nową jakość do lokalnej gospodarki.

    Źródło: Business Insider

  • Bałtyk się wiruje! Polska staje się offshore’owym liderem, ale jak chronić nasze nowe źródło energii?

    Bałtyk się wiruje! Polska staje się offshore’owym liderem, ale jak chronić nasze nowe źródło energii?

    Czy Polska może stać się europejskim gigantem energii z morza? Wydaje się, że to pytanie ma już konkretną odpowiedź. Po latach przygotowań jesteśmy o krok od realnego początku pracy nowych, wielkoskalowych źródeł – morskich farm wiatrowych. To nie tylko rewolucja w miksie energetycznym, ale też nowy front w zakresie bezpieczeństwa.

    Gigantyczne moce już za kilka lat

    Prąd z pierwszej działającej farmy, Baltic Power (inwestycji Orlenu i kanadyjskiego Northland Power), popłynie jeszcze w tym roku. Następnie, w 2027 i 2028 r., dołączą projekty PGE Baltica i duńskiego Ørsted oraz Polenergii i norweskiego Equinora.

    Firma Polenergia, kojarzona z Dominiką Kulczyk, wspólnie z Equinorem realizuje w ramach pierwszej fazy dwa projekty: Bałtyk 2 i Bałtyk 3 o łącznej mocy 1,44 GW. Obie farmy, złożone z 100 turbin każda, mają być gotowe w 2028 roku.

    „W warunkach rosnącego zapotrzebowania na energię kluczowe stają się zarówno dywersyfikacja źródeł wytwarzania, jak i zdolność bilansowania, a morska energetyka wiatrowa w istotny sposób odpowiada na oba te wyzwania” – stwierdza Polenergia w komentarzu dla Business Insidera.

    Łączne moce w polskim offshore do 2030 r. mają wynieść 5,9 GW, czyli ponad połowę obecnych mocy wiatrowych zainstalowanych na lądzie. A to tylko początek.

    Polska liderem? Europa patrzy na Bałtyk

    Według danych organizacji Wind Europe za 2025 r., morskie farmy wiatrowe na wodach terytorialnych Starego Kontynentu liczyły 39 GW mocy zainstalowanej. Najwięcej mają Niemcy (9,6 GW), a na kolejnych miejscach są Holandia (4,7 GW) i Dania (2,6 GW).

    Wind Europe przewiduje jednak, że do 2030 r. europejskie moce zainstalowane urosną do 73 GW. I właśnie w tym ogromnym wzroście Polska ma odegrać kluczową rolę. Organizacja wskazuje, że nowym europejskim liderem branży jest Polska.

    Nie tylko energia, ale i bezpieczeństwo

    Tu pojawia się kluczowe pytanie: jak chronić tę nową, krytyczną infrastrukturę? Podobnie jak reszta infrastruktury na Bałtyku, morskie wiatraki są narażone na hybrydowe ataki. NATO stale monitoruje sytuację w akwenie, używa sond i dronów i jest w kontakcie z operatorami.

    Ekspertka ds. offshore z Politechniki Gdańskiej, Klaudia Maciata, rekomenduje w publikacji ABW: ustawowe doprecyzowanie statusu morskich farm wiatrowych jako infrastruktury krytycznej oraz stosowanie radarów czy sensorów akustycznych.

    Wind Europe w nowym opracowaniu odwołuje się do konkluzji szczytu państw regionu Morza Północnego: „ochrona morskich farm wiatrowych nie może być dłużej opcjonalna”.

    Według konkluzji szczytu bezpieczeństwo wszelkiej infrastruktury na morzu powinno opierać się na bliskiej współpracy rządów i biznesu.

    Organizacja zastrzega, że nie chodzi o militaryzację instalacji, ale o ich „wyczulenie” na nietypowe zachowania, które mogłyby odciąć farmy od odbiorców.

    Odstraszanie poprzez jawność

    Eksperci Wind Europe podkreślają ciekawą strategię: rzetelny monitoring i rejestrowanie incydentów potwierdzają ich występowanie, przez co przeciwnik nie może zaprzeczać.

    Według Wind Europe uzyskiwana w ten sposób jawność może sama w sobie działać odstraszająco.

    Wind Europe stwierdza też, że działalność producentów energii służąca ogólnemu bezpieczeństwu powinna być do pewnego stopnia finansowana z publicznych środków. Wymogi związane z ochroną powinny być obowiązkowe na etapie procedur zezwoleniowych – „Bezpieczeństwo to imperatyw, a nie przestrzeń konkurencji”.

    Co dalej?

    Rynek offshore będzie się rozwijał. Na samym Morzu Północnym do 2050 r. ma „wyrosnąć” łącznie 300 GW mocy. Zapotrzebowanie na prąd w Europie będzie rosło wraz z dekarbonizacją.

    „Odporność tych zasobów (morskich farm wiatrowych) jest ściśle związana z szerszą strategiczną odpornością oraz niezależnością energetyczną Europy” – podkreśla Wind Europe.

    Polska, z gigantycznymi projektami na Bałtyku, staje więc nie tylko ważnym producentem energii, ale też kluczowym elementem europejskiej strategicznej odporności. Era offshore nad Bałtykiem rozpoczęła się na serio – i będzie wymagała nie tylko inwestycji, ale i inteligentnej ochrony.

  • Polacy królują w Europie. Prawie co drugi z nas inwestuje w kryptowaluty!

    Polacy królują w Europie. Prawie co drugi z nas inwestuje w kryptowaluty!

    Czy wiesz, że Polska jest absolutnym liderem w adopcji kryptowalut w Europie? To nie domysły – najnowszy raport polskiej spółki ARI10, „Adopcja Kryptowalut w Europie 2026”, dostarcza twardych danych, które pokazują, jak mocno cyfrowe aktywa wrosły w nasz finansowy krajobraz.

    Skala zjawiska jest ogromna

    Okazuje się, że kryptowaluty dawno wyszły z niszy. Blisko 40% Europejczyków z 11 badanych krajów miało już kontakt z kryptoaktywami, a ponad 31% aktywnie inwestuje. To już nie jest margines – to znacząca i rosnąca klasa aktywów.

    „Kryptoaktywa w Europie nie są już niszą, są już niemal zjawiskiem powszechnym” – czytamy w raporcie.

    Ale tu zaczyna się prawdziwa sensacja.

    Polska na czele stawki – spektakularne liczby

    Oto, jak wyglądamy na tle Europy. Aż 47,1% polskich respondentów deklaruje kontakt z kryptowalutami. To najwyższy wynik w całym badaniu! To oznacza, że prawie co drugi Polak miał z nimi do czynienia.

    Polska nie tylko przoduje w ogólnym zainteresowaniu. Mamy również:

    • Najniższy odsetek osób (13,6%), które nie widzą dla siebie żadnego zastosowania krypto – czyli najmniejszy sceptycyzm w Europie.
    • Najwyższy odsetek aktywnych inwestorów (35,6%).
    • Największą świadomość działania unijnych regulacji MiCA (31,4%).

    To pokazuje nie tylko skalę, ale i dojrzałość naszego rynku. Inwestujemy mądrzej i bardziej świadomie.

    Co napędza tę rewolucję? Motywacja jest prosta

    Wbrew temu, co można by sądzić, głównym motorem nie jest fascynacja technologią blockchain. Blisko połowa inwestorów (około 50%) jako kluczowy powód wskazuje oczekiwanie wzrostu wartości aktywów.

    „Motyw finansowy odgrywa dominującą rolę w decyzji o pierwszej inwestycji” – podkreśla raport.

    Kryptowaluty są dziś przede wszystkim postrzegane jako narzędzie inwestycyjne i sposób na dywersyfikację portfela, podobnie jak akcje czy złoto.

    Bezpieczeństwo i wyzwania

    Czy ten rynek jest bezpieczny? Aktywni inwestorzy są do niego nastawieni raczej pozytywnie – ponad 60% z nich uważa kryptowaluty za bezpieczne.

    Mimo to istnieją wyraźne bariery. Respondenci wskazują na ryzyko inwestycyjne, zmienność cen czy brak wiedzy technicznej. Co ciekawe, ponad 56% wszystkich respondentów za istotne zagrożenie uznaje brak regulacji, co pokazuje rosnące oczekiwania wobec prawodawców.

    Jaka jest przyszłość? Kluczem jest edukacja

    Raport jasno pokazuje, że potencjał dalszego wzrostu adopcji wciąż jest wysoki. Aż 64,6% badanych Europejczyków widzi dla siebie potencjalne zastosowanie kryptowalut.

    Zdaniem Mateusza Kary, prezesa ARI10 & Morphic Financial Group, kluczem do wykorzystania tego potencjału jest właśnie edukacja.

    „Kluczem do dalszego wzrostu jest edukacja obalająca strach przed technologią oraz tworzenie bezpiecznych i prostych rozwiązań do codziennych zastosowań” – twierdzi Kara.

    Największy napływ inwestorów miał miejsce w latach 2021–2022, ale rynek ewoluuje z fazy spekulacyjnej w stronę uporządkowanego segmentu finansów. Polska, jako niekwestionowany lider europejskiej adopcji, ma szansę odgrywać w tym procesie kluczową rolę.

    Czy twoje finanse są już częścią tej cyfrowej transformacji?

  • Polacy gotowi płacić miliardy za technologiczną niezależność? Nowy raport i inwestycje otwierają oczy

    Polacy gotowi płacić miliardy za technologiczną niezależność? Nowy raport i inwestycje otwierają oczy

    Czy Polacy są gotowi dopłacać do swojej cyfrowej wolności? Najnowsze dane pokazują, że tak. Ale to nie tylko kwestia sentymentu – to pilna sprawa bezpieczeństwa i gospodarki.

    Ponad połowa społeczeństwa mówi: „suwerenność priorytetem”

    Według raportu Fundacji Digital Poland 56 proc. Polaków uważa suwerenność technologiczną za kwestię dużego lub bardzo dużego znaczenia. Zaledwie 9 proc. marginalizuje ten temat. To wyraźny sygnał, że świadomość wyzwań rośnie.

    Ale to nie wszystko. Blisko 6 na 10 badanych opowiada się za modelem, w którym niezależność buduje się wyłącznie na krajowych zasobach (29 proc.) lub w ramach współpracy z Unią Europejską (28 proc.). Autorzy raportu nazywają to wizją technologicznej „Twierdzy Europa”.

    I tu pojawia się kluczowa kwestia: cena tej niezależności. Aż 71 proc. Polaków deklaruje gotowość do poniesienia wyższych kosztów za korzystanie z rodzimych lub europejskich technologii.

    — Wyniki badania potwierdzają, że Polacy rozumieją wagę rozwoju silnego przemysłu technologicznego w Europie i są gotowi wspierać go nawet wyższymi kosztami — komentuje Cristina Caffarra, założycielka EuroStack Initiative Foundation.

    Brak niezależności kosztuje nas miliardy

    Dlaczego temat jest tak palący? Bo koszty zależności już dziś są gigantyczne. Firmy w krajach będących producentami technologii osiągają marże na poziomie 25-35 proc. Tymczasem w krajach odbiorców, takich jak Polska, marże spadają do zaledwie 5-10 proc.

    To przekłada się na realny deficyt. Według szacunków Sieci Badawczej Łukasiewicz deficyt handlowy w usługach cyfrowych sięga już 45 mld zł rocznie. Prognozy są alarmujące – do 2030 r. jego wartość może być porównywalna z deficytem z importu paliw kopalnych.

    Ekonomiczne skutki to tylko część problemu. Autorzy raportu ostrzegają przed ryzykiem paraliżu operacyjnego przez brak dostępu do komponentów czy zdalne odcięcie usług (tzw. kill switch). Wzrasta także niebezpieczeństwo szpiegostwa, utraty własności intelektualnej czy manipulacji procesami demokratycznymi.

    — Zagrożenie ukrytymi podatnościami jest ściśle powiązane z ryzykiem zdalnego wyłączenia infrastruktury przez zagranicznego producenta oraz możliwością szpiegostwa — podkreśla Marcin Madey, Country Manager SUSE Polska.

    Geopolityka przyspiesza działania. Europa buduje własną chmurę

    Potrzeba suwerenności nie jest teorią. Po agresji Rosji na Ukrainę temat bezpieczeństwa danych stał się priorytetem. Niedługo po wybuchu wojny firma Data4 otworzyła pierwsze centrum danych pod Warszawą. Teraz, w obliczu zmiennej sytuacji geopolitycznej, tematem zajmuje się cała Unia.

    W kwietniu Komisja Europejska rozstrzygnęła przetarg o wartości 180 mln euro na „suwerenną chmurę” na użytek instytucji UE. To odpowiedź na dominację amerykańskich gigantów, którzy kontrolują 65 proc. unijnego rynku chmury obliczeniowej (Alphabet, Microsoft, Amazon).

    Rządy również działają. Francuski rząd zadecydował o rezygnacji z Windows na rzecz Linuksa na około 2,5 mln komputerów służb publicznych. Podobne ruchy zaczęły Niemcy, Austria i Dania.

    Inwestycje w Polsce: od słów do czynów

    Na naszym podwórku również widać ruch. Firma Data4, której głównym udziałowcem jest AXA, właśnie otworzyła drugie centrum danych w Polsce, w Jawczycach pod Warszawą.

    — To flagowa inwestycja Data4 — mówił Olivier Micheli, prezes Data4.

    Łączne inwestycje firmy w Polsce sięgają już 200 mln euro, a plany zakładają ich potrojenie do 2030 roku. Nowy obiekt o mocy 10 MW jest pierwszym w kraju zgodnym z ekologicznym standardem BREEAM. Docelowo kampus w Jawczycach ma osiągnąć moc 60 MW.

    Obecnie zainstalowana moc centrów danych w Polsce wynosi 300 MW, a do 2030 roku ma wzrosnąć do 500 MW. Jak podkreślał podczas otwarcia minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, Polska odpowiada już za ponad jedną trzecią mocy centrów danych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

    Sztuczna inteligencja napędza wyścig

    Rozwój AI tylko przyspiesza ten trend. Analitycy McKinsey & Co szacują, że globalne wydatki na centra danych do 2030 roku sięgną 7 bilionów dolarów. To największa inwestycja w infrastrukturę cyfrową w historii.

    — Każdy 1 MW oddany do użytku to kolejne koło zamachowe gospodarki. Dolar zainwestowany oddaje 2,5 dolara w gospodarce — mówił Adam Ponichtera, dyrektor zarządzający Data4 w Polsce.

    Ekspansja sztucznej inteligencji wzmacnia potrzebę suwerenności danych. Chodzi nie tylko o to, gdzie dane są przechowywane, ale kontrolę nad tym, które algorytmy AI mają do nich dostęp.

    Wniosek jest jeden. Suwerenność technologiczna przestała być abstrakcyjnym hasłem. To dziś kluczowy element bezpieczeństwa narodowego, przewagi konkurencyjnej i… realny postulat większości Polaków, gotowych za tę niezależność zapłacić.

  • Admirał z NATO i politolog Krastew o tym samym: Europa jest słaba i Putin to wie

    Admirał z NATO i politolog Krastew o tym samym: Europa jest słaba i Putin to wie

    Czy Europa śpi spokojnie tylko dzięki amerykańskim gwarancjom? Czy jesteśmy gotowi na wojnę, która już trwa za naszą wschodnią granicą? Wstrząsające ostrzeżenia płyną równocześnie z dwóch stron: od wysokiego rangą oficera NATO i od czołowego europejskiego politologa. Ich diagnoza jest zbieżna: kontynent jest bezbronny, a Rosja o tym wie.

    Admirał NATO: „Jesteśmy słabi, zapasy nie są duże, a przeciwnik o tym wie”

    Wojna w Ukrainie pokazuje, że charakter konfliktów zmienia się szybciej, niż zachodnie armie są w stanie się dostosować. Zdaniem admirała Vandiera z NATO luka między ambicjami obronnymi Europy a jej rzeczywistymi zdolnościami osłabia odstraszanie i może zachęcić Rosję do dalszej agresji.

    Podkreślił to podczas Paris Defense & Strategy Forum. Wojna w Ukrainie zapoczątkowała wyścig technologiczny, gdzie pole walki jest nasycone dronami i systemami walki elektronicznej.

    „Wstrząs to moment, w którym trzeba stworzyć nowy świat i nowy sposób działania. To właśnie widzimy w Ukrainie. Mając wszystko przeciwko sobie poza samym przeciwnikiem, muszą wymyślić nową wojnę” – powiedział admirał.

    Według Vandiera Europa wciąż funkcjonuje w trybie reagowania kryzysowego. Jego zdaniem jednym z największych wyzwań jest powrót masowości. Rosja i Iran produkują setki tanich dronów Shahed na każdy pojedynczy, drogi pocisk przechwytujący Zachodu.

    „Celów jest znacznie więcej niż środków, które mogą je zniszczyć. Trzeba wymyślić coś innego” – podkreślił.

    Admirał zaznacza, że problemem nie są pieniądze, lecz szybkość decyzji. Nawet bogate państwa Zatoki Perskiej mają trudności z obroną przed tanimi dronami. Jego zdaniem dziś czołg bez aktualnych systemów zakłócania może zostać zniszczony w 10 minut.

    I tu dochodzimy do sedna: Vandier uważa, że NATO musi patrzeć w przyszłość.

    „Musimy przygotować się do kolejnej wojny, a nie poprzedniej, ponieważ tę poprzednią Rosjanie uważają, że mogą wygrać. Następnej nie są już pewni”.

    Politolog Krastew: Europa utraciła język poświęcenia

    Zaskakująco podobną diagnozę stawia bułgarski politolog Iwan Krastew. Jego zdaniem problem Europy nie sprowadza się tylko do budżetów, ale do głębszej luki: europejskie społeczeństwa i politycy utracili język poświęcenia.

    „Doszliśmy do punktu, w którym rządy nie wiedzą, jak mówić obywatelom, że w razie potrzeby mogą być wezwani do poświęcenia życia za swój kraj. Nawet samo słowo ‘poświęcenie’ zniknęło z politycznego języka” – mówi Krastew.

    Według niego europejskie bezpieczeństwo przez dekady opierało się na psychologicznym założeniu, że Ameryka zawsze przyjdzie z pomocą.

    „Dla wielu Europejczyków NATO było ostatnią religią, ale wraz z powrotem Trumpa na urząd prezydenta to myślenie się zmieniło” – dodaje.

    Krastew zwraca uwagę na drastycznie niską gotowość do obrony kraju w niektórych państwach: w Niemczech deklaruje ją zaledwie 18 proc. obywateli, w Danii 37 proc. Dla porównania, w Finlandii to 74 proc.

    Okno możliwości dla Putina?

    Najostrzejsze ostrzeżenie politologa dotyczy Rosji. Jego zdaniem na Kremlu toczy się realna debata o „oknie możliwości” dla ewentualnego uderzenia na Europę, zanim Niemcy – które ogłosiły zamiar budowy „najsilniejszej konwencjonalnej armii w Europie” – zdążą przełożyć gigantyczne wydatki na realną siłę.

    „To temat, o którym w Rosji rozmawia się poważnie. Czas jest dziś po ich stronie, dlatego musimy działać bardzo szybko” – alarmuje Krastew.

    Jego zdaniem Ukraina, z największą i najbardziej doświadczoną armią lądową na kontynencie (poza rosyjską), musi być integralną częścią europejskiej architektury bezpieczeństwa dla dobra całej Europy.

    Test rzeczywistości: ćwiczenia NATO z 10 mln euro

    Tymczasem NATO nie zasypia gruszek w popiele. W kwietniu sojusz planuje duże ćwiczenia antydronowe w Rumunii. Jak poinformował admirał Vandier, przeznaczono na nie 10 mln euro. Udział potwierdziło 20 z 32 państw członkowskich i 24 firmy z sektora obronnego.

    „Przez sześć godzin dziennie będziemy strzelać i strzelać. Zobaczymy, kto mówi prawdę, a kto robi sprzęt, który dobrze wygląda tylko w prezentacjach” – zapowiedział Vandier.

    Ćwiczenia mają pomóc oddzielić marketing od rzeczywistej skuteczności. To paląca potrzeba, bo jak podkreślają obaj analitycy, następna wojna może wyglądać zupełnie inaczej.

    Między jednością a słabością

    Czy jest jakaś nadzieja w tych ponurych diagnozach? Iwan Krastew nie wierzy w Europę jako supermocarstwo, ale w Europę jako średnią potęgę, zdolną do przetrwania dzięki politycznej jedności.

    „Najbardziej optymistyczne jest to, że żadne z kluczowych państw nie chce wychodzić z UE” – mówi, dodając, że to wcale niemało.

    Admirał Vandier widzi rozwiązanie w innowacji i sprycie, wzorując się na Ukrainie, gdzie w ukrytych fabrykach produkuje się tysiące dronów dziennie.

    „Musimy być sprytniejsi. Musimy stworzyć taką wojnę, którą Rosja przegra” – podsumował.

    Ich przesłanie jest jasne: era iluzji bezpieczeństwa się skończyła. Czas na zimną, trudną pracę. I to szybko, bo jak przypominają, czas jest po stronie przeciwnika.

  • Czy etat to już przeżytek? Oto jak AI napędza rekordową falę startupów w USA

    Czy etat to już przeżytek? Oto jak AI napędza rekordową falę startupów w USA

    Czy praca na etacie traci sens? W Stanach Zjednoczonych dzieje się coś, co może być początkiem fundamentalnej zmiany na rynku pracy. Pracownicy sami rezygnują z dobrze płatnych stanowisk, inwestują własne oszczędności i rzucają się w wir przedsiębiorczości. Co ich pcha do takiego ryzyka?

    Rekord, który bije na alarm

    Od listopada do stycznia w USA złożono aż 1,56 miliona wniosków o rejestrację nowych firm. To najwięcej w ciągu trzech miesięcy od co najmniej 2004 roku, jak podają dane Biura Spisu Ludności analizowane przez CNBC Make It.

    Ale tu jest najciekawsza część. Coraz częściej to nie zwolnienia są impulsem do zmiany, tylko decyzja samego pracownika. 30-letni Travis Di Lombardi-Spicer zrezygnował z etatu po odmowie podwyżki i obawach o wpływ AI na branżę audio. Zainwestował 40 tysięcy dolarów własnych środków i uruchomił platformę Spotbookr. Michelle Yeung, była inżynierka oprogramowania zarabiająca 250 tysięcy dolarów rocznie, po latach wypalenia otworzyła w Nowym Jorku kawiarnię Matcha House.

    Wielu z nich wskazuje, że AI ułatwia start własnych firm, a decyzja o odejściu z etatu to próba przejęcia kontroli nad przyszłością zawodową — czytamy w Business Insider Polska.

    Strach przed AI jako motor zmian

    Dane są jasne. W badaniu Resume Now z grudnia 2025 roku 40% ankietowanych Amerykanów stwierdziło, że AI już „zastępuje, dewaluuje lub wchodzi w zakres ich obowiązków”. Kolejne 29% uważa, że AI mogłaby efektywnie wykonać połowę ich codziennych zadań.

    Ludzie nie czekają na zwolnienie. Przewidują nadchodzące zmiany i sami odchodzą z pracy. To zupełnie nowa fala przedsiębiorców, różna od poprzednich pokoleń.

    Czy to już strukturalna zmiana?

    Ekonomiści zauważają, że może to nie być chwilowy trend. John Haltiwanger z Uniwersytetu Maryland mówi o „niespodziewanym zrywie w zakładaniu nowych firm”. Liczba wniosków o nadanie numeru podatkowego — kluczowej miary przedsiębiorczości — jest dziś w USA aż o 60% wyższa niż przed pandemią.

    Torsten Slok, główny ekonomista Apollo, jest jeszcze bardziej bezpośredni:

    „Adopcja AI stymuluje rozwój przedsiębiorczości w USA. Sektory inwestujące w sztuczną inteligencję przodują w kreowaniu nowych firm”.

    Generatywna AI obniża próg wejścia do biznesu. Przedsiębiorcy wykorzystują ją do tworzenia stron, treści marketingowych czy analiz finansowych. Dzięki temu pomysł może szybciej stać się gotowym produktem.

    A co z Europą? Tu jest cisza

    Tu dochodzimy do kluczowej różnicy. Podczas gdy USA przeżywa boom, w Europie nie widać podobnego zjawiska.

    Liczba rejestracji nowych firm w Polsce jest dziś o 3,1% niższa niż w 2019 roku. W Niemczech wprawdzie wzrosła, ale tylko o 13,3% — to skromny wynik na tle amerykańskiego skoku.

    Dlaczego? Luis Garicano, ekonomista z London School of Economics, ma prowokującą tezę. W swojej pracy „Why Europe doesn’t have a Tesla” pisze: „11% amerykańskich start-upów technologicznych ma europejskiego współzałożyciela„.

    Problem nie polega na braku ducha przedsiębiorczości. Problem polega na tym, że Europejczycy wybierają przedsiębiorczość gdzie indziej — głównie w USA.

    Koszt porażki: 7 miesięcy vs. 62 miesiące

    Sedno sprawy leży w kosztach. W USA koszt restrukturyzacji firmy odpowiada zaledwie 7 miesięcznym wynagrodzeniom na jednego zwolnionego pracownika. W Europie te liczby są dramatycznie wyższe:

    • Niemcy: 31 miesięcy
    • Francja: 38 miesięcy
    • Włochy: 52 miesiące
    • Hiszpania: 62 miesiące

    Gdy koszt porażki jest astronomiczny, wielu po prostu rezygnuje — podkreśla Garicano.

    Europa chroni pracowników, podczas gdy USA stawia na elastyczność pracodawców. To świadomy wybór, ale ma swoją cenę.

    Nie zapominajmy o ryzyku

    Entuzjazm dla przedsiębiorczości ma też drugą stronę medalu. Według Biura Statystyki Pracy około 25% nowych firm w USA nie przetrwa nawet roku.

    Eksperci ostrzegają, że choć AI może wspierać małe firmy, nie gwarantuje sukcesu. Rosnąca liczba nowych firm oznacza po prostu większą konkurencję.

    Saikat Chaudhuri z Haas School of Business na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley podsumowuje: „Koszt alternatywny założenia firmy jest teraz niższy, bo możliwości na rynku pracy nie są już tak atrakcyjne”.

    Niestabilność geopolityczna, rosnące koszty życia i brak zaufania do pracodawców skłaniają Amerykanów do przejęcia kontroli nad swoją karierą.

    Czy obserwujemy początek nowej ery? W USA tak, w Europie — na razie nie. AI daje narzędzia, ale ostateczny wybór między bezpieczeństwem etatu a wolnością przedsiębiorcy zawsze pozostaje indywidualną decyzją.

  • Ropa z Iranu tnie ceny na giełdzie? „Czajniczki” w Chinach robią swoje

    Ropa z Iranu tnie ceny na giełdzie? „Czajniczki” w Chinach robią swoje

    Ceny ropy wróciły po szczytach w okolice 110 dolarów za baryłkę. A co, jeśli to właśnie gigantyczny głód Chiny na ropę napędza ceny? Okazuje się, że Państwo Środka ma swoje sposoby, by zapewnić sobie dostawy – i to wbrew zachodnim sankcjom.

    Rekordowa bariera dla kierowców

    Konflikt w Iranie uderzył w około 20 proc. światowej podaży ropy, powodując gwałtowne wzrosty. W marcu cena baryłki ropy Brent na giełdzie ICE otarła się o 109,90 dolarów. Chińskie władze zareagowały największą w historii podwyżką maksymalnych cen detalicznych benzyny i diesla.

    Kierowcy nie mają portfeli z gumy. Wolą ograniczyć przejazdy. To naturalna bariera dalszego popytu – tak sytuację komentuje źródło.

    I to właśnie ta bariera płacowa kierowców zaczęła przekładać się na decyzje rafinerii. Część z nich po prostu wstrzymała zakupy surowca.

    Chińskie „czajniczki” czekają na lepsze ceny

    Kluczową rolę w chińskim rynku odgrywają niezależne, prywatne rafinerie, nazywane ze względu na rozmiar „czajniczkami” (teapot). W ostatnich miesiącach korzystały one z tanich zapasów rosyjskiej i irańskiej ropy. Jednak tymczasowe zezwolenia USA na zakup uwięzionej na morzu ropy spowodowały gwałtowny wzrost jej cen.

    Tymczasem rabaty na irańską ropę dostarczaną do Chin topnieją. Obecnie surowiec ten sprzedawany jest po cenie równej lub tylko nieznacznie niższej od ceny ropy Brent. Przed rozpoczęciem wojny w Iranie rabaty przekraczały 10 dolarów.

    Efekt? Rafinerie opóźniają plany zakupu. Liczba zapytań o ładunki przypływające w kwietniu i maju jest niewielka – relacjonuje Reuters.

    Zapasy tanich „czajniczek” z prowincji Shandong mogą wystarczyć do końca kwietnia, jednak rafinerie borykające się z presją kapitałową będą zmuszone do wcześniejszego obniżenia stawek produkcyjnych – ostrzega Zhang Yuxin z Horizon Insights.

    Pekin otwarcie przeciwko sankcjom USA

    Ale to nie koniec historii. W tle tych zakupowych gier pojawia się kolejny, ważny czynnik: polityka. Stany Zjednoczone, chcąc ograniczyć wpływy Teheranu, nałożyły sankcje na pięć konkretnych chińskich firm, które mają kupować irańską ropę.

    Odpowiedź Pekinu była jednoznaczna. Chińskie ministerstwo handlu ogłosiło, że nie zastosuje się do tych amerykańskich sankcji.

    Chiński rząd konsekwentnie sprzeciwia się jednostronnym sankcjom, które nie uzyskały autoryzacji ONZ i nie mają oparcia w prawie międzynarodowym – brzmi oficjalny komunikat.

    Zdaniem analityków, irańska ropa stanowiła w 2025 roku około 12 proc. całkowitego importu ropy do Chin, czyli około 1,4 miliona baryłek dziennie. To ogromna ilość.

    Aby utrzymać te dostawy, powstała specjalna flota kilkuset statków potajemnie transportujących irański surowiec. Jak informował „Wall Street Journal”, niezależne rafinerie stały się kluczowym narzędziem Pekinu do omijania międzynarodowych restrykcji.

    Co dalej z cenami ropy?

    W grę wchodzą jeszcze przygotowywane spotkanie przywódców USA i Chin. Kolejne sankcje nakładane są w momencie dyplomatycznego impasu między Waszyngtonem a Teheranem.

    Efekt jest taki, że rynek ropy jest rozpostarty między geopolityką a twardymi prawami ekonomii. Potężni gracze jak Chiny znajdą sposób na tani surowiec, ale ostatecznie to portfele zwykłych kierowców na stacjach paliw wyznaczają górną granicę ceny. Na razie ta granica właśnie się ujawniła, zmuszając nawet „czajniczki” do chwilowej pauzy. Czekają na lepszy moment. I patrzą na Pekin, który ma w tej grze własne, bardzo wyraźne zasady.

  • Rekordowe pół miliarda zysku, a akcje XTB w dół. Dlaczego inwestorzy uciekają?

    Rekordowe pół miliarda zysku, a akcje XTB w dół. Dlaczego inwestorzy uciekają?

    Jak to możliwe? XTB właśnie opublikowało najświetniejszy kwartał w swojej historii, a kurs jego akcji w środę rano leci w dół. Momentami spadek sięgał nawet 5 proc., a po kilku godzinach notowania były niższe o 3,4%. Klasyczne „kupuj plotki, sprzedawaj fakty” w pełnej krasie – inwestorzy po prostu realizują gigantyczne zyski po spektakularnej ostatniej przebitce.

    Co tak zaskoczyło rynek?

    Liczby są oszałamiające. W I kwartale 2026 roku XTB zgarnęło 535 mln zł zysku netto przy przychodach operacyjnych na poziomie 1,09 mld zł. To absolutny rekord we wszystkich kategoriach. Broker pozyskał też 370 tys. nowych klientów, a od początku kwietnia kolejne 100 tys., powiększając bazę do ponad 2,6 mln osób. Tu nie ma mowy o porażce.

    Ale jest haczyk. Wyniki były tak dobre, że były już… wliczone w cenę. Parkiet zauważa, że akcje XTB w ostatnich tygodniach imponowały siłą, ustanawiając nawet historyczny rekord. Teraz przyszedł czas na korektę.

    Skąd wziął się ten diamentowy kwartał?

    Odpowiedź brzmi: surowce i Iran. Rynkowa zmienność wywołana wybuchem wojny w Iranie stworzyła doskonałe warunki dla brokerów. A klienci XTB rzucili się właśnie na towary.

    „Kwartał był całkowicie zdominowany przez surowce, które stanowiły rekordowe ok. 55 proc. w obrotach, a przychodach z CFD aż 89 proc.” – komentuje dla portalu PB.pl Maciej Marcinowski, analityk Trigon DM.

    Na liście TOP10 instrumentów znalazły się wysokomarżowe srebro, ropa i gaz. W połączeniu z podwyższonymi przez spółkę spreadami na metalach szlachetnych, rentowność wystrzeliła w kosmos. Rentowność na lota skoczyła do 439 zł z 277 zł przed rokiem.

    Łyżka dziegciu w beczce rekordowego miodu

    Analizy z PB.pl i Parkietu wskazują jednak na pewne słabości. Główną jest niska aktywność pojedynczego klienta. Jeden aktywny klient handlował średnio mniej niż 2 loty (dokładnie 1,83). To wyraźnie mniej niż średnia z ubiegłego roku.

    Mikołaj Lemańczyk z BM mBanku tłumaczy to silnymi trendami (np. na złocie), które nie wymagają ciągłego wchodzenia i wychodzenia z pozycji. Mateusz Chrzanowski z Noble Securities przypomina, że już w przeszłości duża zmienność zniechęcała do aktywności.

    Drugą łyżką dziegciu była kara od KNF. Broker zaksięgował w kosztach 20 mln zł kary nałożonej 13 kwietnia. Bez niej zysk netto byłby jeszcze wyższy, a przekroczenie prognoz analityków większe.

    Co dalej? Analizy są podzielone

    Wszyscy zgadzają się, że taki kwartał prędko się nie powtórzy. Ale co z tego wynika?

    • Maciej Marcinowski (Trigon DM) już zapowiada podniesienie prognoz zysku netto na 2026 rok o 10-15%, w kierunku 1,45-1,5 mld zł. Uważa, że wyższe spready na surowcach są utrzymane, co dobrze wróży.
    • Łukasz Jańczak (Erste) studzi emocje: „Minie dużo czasu, zanim tak doskonałe warunki powrócą. […] pierwszy kwartał 2026 roku należy postrzegać […] jako chwilowe, silne odbicie.” Nie zdziwiłby się falą wyprzedaży.
    • Mateusz Chrzanowski (Noble Securities) pozostaje „lekko optymistyczny”, ale wskazuje na ryzyko w postaci potencjalnej ABB (przyspieszonej budowy księgi popytu) w maju, czyli sprzedaży pakietu przez większego akcjonariusza.

    Mikołaj Lemańczyk podsumowuje to elegancko: „Nie ekstrapolowalibyśmy takich wyników w nieskończoność, ale przypominają nam one, że mogą zdarzyć się kwartały silniejsze (I kw. 2026 r.) i słabsze (III kw. 2025 r.).”

    I na tym właśnie polega gra. XTB udowodniło, że przy sprzyjającym wietrze potrafi zarobić pół miliarda w trzy miesiące. Ale rynek już patrzy do przodu – i dziś pyta, czy ten wiatr nie ucichł.

    Teraz oczy skierowane są na konferencję zarządu. Tam może paść odpowiedź na pytanie, czy ten rekordowy kwartał to początek nowej ery, czy tylko piękny, jednorazowy epizod.