Blog

  • Atal startuje w 2026 roku z 500 przekazanymi lokalami. Czy to początek rekordowego roku?

    Atal startuje w 2026 roku z 500 przekazanymi lokalami. Czy to początek rekordowego roku?

    Czy polski rynek deweloperski w końcu nabiera rozpędu? Jeden z kluczowych graczy, Atal, właśnie opublikował pierwsze twarde dane za 2026 rok, a one mogą być zapowiedzią dużych zmian.

    Pierwsze liczby 2026 roku są na stole

    Zarząd Atal S.A. poinformował właśnie, że w I kwartale 2026 roku Grupa przekazała nabywcom łącznie 500 lokali mieszkalnych i usługowych. To pierwszy oficjalny sygnał, jak spółka zarządzana przez Zbigniewa Juroszka radzi sobie w nowym roku.

    Zarząd ATAL S.A. informuje, że według danych zagregowanych na dzień dzisiejszy, w przychodach I kwartału 2026 roku Grupa ATAL S.A. uzna łącznie 500 lokali mieszkalnych i usługowych przekazanych w tym okresie nabywcom.

    Gdzie konkretnie oddano klucze? Liderem okazało się Trójmiasto (127 lokali), tuż za nim uplasowała się Łódź (97). Kolejne w kolejności były: Katowice (88), Wrocław (72), Poznań (50), Kraków (42) i Warszawa (24). To ciekawa mapa aktywności, zwłaszcza w kontekście wcześniejszych zapowiedzi prezesa.

    Cel: 2,5-3 tys. mieszkań rocznie. Realny?

    Te 500 lokali to dopiero początek. Przypomnijmy, że pod koniec marca prezes Zbigniew Juroszek stawiał sobie bardzo konkretne cele.

    W 2026 r. spodziewamy się wzrostu wolumenu sprzedaży oraz zdecydowanie większej liczby przekazań, rzędu 2,5-3 tys. Weszliśmy w ten rok bardzo silni. Widzimy zdecydowanie większy ruch w biurach sprzedaży – mówił Zbigniew Juroszek dla Pulsu Biznesu.

    To ambitny plan, biorąc pod uwagę, że w całym 2025 roku Atal sprzedał 1 678 mieszkań i lokali usługowych, a przekazał klientom 2 065 jednostek. Jeśli pierwszy kwartał jest miarodajny, roczny cel przekazań na poziomie 2,5-3 tysięcy wydaje się w zasięgu ręki.

    Strategia: rozwój w jednych miastach, hamulec w innych

    Kluczem do sukcesu ma być selektywne podejście. Prezes Juroszek już wcześniej wskazywał, gdzie spółka przyspiesza, a gdzie zwalnia.

    Rozwijamy ofertę m.in. w Krakowie i Warszawie, natomiast w Łodzi wstrzymujemy się z nowymi inwestycjami – informował Zbigniew Juroszek.

    Co ciekawe, dane za I kwartał pokazują, że Łódź, pomimo wstrzymania nowych inwestycji, była drugim najaktywniejszym rynkiem pod względem przekazań (97 lokali). To pokazuje siłę wcześniej zgromadzonego portfela. Atal ma zabezpieczone zasoby gruntowe na wiele lat – około 1 mln m kw. powierzchni użytkowej w budowie i przygotowaniu.

    Eksperci: „Atal wyraźnie się wyróżnia”

    Optymizm zarządu podzielają niektórzy analitycy. David Sharma z Trigon DM ocenia, że spółka znajduje się w rekordowym cyklu inwestycyjnym.

    Obecnie spółka znajduje się w rekordowym cyklu inwestycyjnym, z największą w swojej historii liczbą mieszkań w budowie, co może przełożyć się na rekordowe wyniki finansowe w 2026 r. Szacujemy, że sprzedaż dewelopera wyniesie około 2,8 tys. lokali, a liczba przekazań sięgnie 3,3 tys. – mówi David Sharma.

    To nawet nieco więcej, niż sam zarząd sobie zakłada. Kluczowy będzie jednak ogólny klimat na rynku.

    Czy wiosna przyniesie ożywienie?

    Eksperci rynku nieruchomości, jak Marcin Drogomirecki z Grupy Morizon-Gratka, wskazują, że początek roku był powolny, ale widzą szansę na poprawę.

    Ożywienie przyszło dopiero w drugiej połowie lutego. O ile po stronie popytu widać już wyraźną poprawę, o tyle aktywność sprzedających nadal pozostaje umiarkowana – mówi Drogomirecki.

    Jego zdaniem, aby wiosną doszło do prawdziwego ożywienia, konieczne jest zwiększenie podaży ofert i bardziej realistyczne podejście sprzedających do cen. Na ustabilizowanym rynku klienci nie czują presji i nie są skłonni przepłacać.

    Pierwszy kwartał 2026 roku dla Atala wygląda solidnie. 500 przekazanych lokali to dobry fundament pod realizację ambitnych, rocznych planów. Jeśli ruch w biurach sprzedaży utrzyma się, a rynek spełni oczekiwania ekspertów co do wiosennego ożywienia, możemy być świadkami naprawdę mocnego roku tego giełdowego dewelopera.

  • Uważaj! Możesz stracić nieruchomość, którą użytkujesz od lat. Kluczowy jest ten jeden wniosek

    Uważaj! Możesz stracić nieruchomość, którą użytkujesz od lat. Kluczowy jest ten jeden wniosek

    Czy wiesz, że samo korzystanie z ziemi czy domu przez dziesięciolecia nie czyni cię jeszcze właścicielem? To szokujące, ale prawdziwe. Dopóki nie przejdziesz formalnej procedury, ta nieruchomość wciąż może należeć do kogoś innego. A krewni dawnych właścicieli coraz częściej i skutecznie upominają się o swoje prawa.

    Czym jest zasiedzenie? Legalna droga do własności

    To sposób nabycia własności nieruchomości przez długotrwałe i nieprzerwane jej posiadanie. Jest to mechanizm prawny, który pozwala uporządkować los porzuconych gruntów, działek bez jasnego właściciela lub tych, których status prawny jest niejasny. Dotyczy to często przypadków sięgających czasów wojny, gdy rodziny opuszczały kraj, zostawiając po sobie ziemię czy gospodarstwa.

    Dziś problem najczęściej dotyczy niezabudowanych działek używanych jako pastwiska, ogródki czy po prostu sąsiadujących z zabudowaną posesją. Ludzie się do nich przyzwyczajają, ale zwlekają z formalnym przejęciem. Tymczasem czas działa na ich niekorzyść.

    Kluczowe warunki: posiadanie, czas i dowody

    Aby zasiedzieć nieruchomość, trzeba spełnić konkretne, prawne warunki. Oto one:

    1. Posiadanie samoistne

    Zgodnie z art. 172 § 1 Kodeksu cywilnego, musisz władać nieruchomością nieprzerwanie jako posiadacz samoistny. Oznacza to, że zachowujesz się tak, jakbyś był właścicielem: uprawiasz ziemię, ogradzasz teren, wykonujesz remonty, płacisz podatki. Te działania muszą być zauważalne dla otoczenia i nie mogą wynikać z innego tytułu prawnego (np. dzierżawy).

    2. Upływ czasu – 20 lub 30 lat

    Okres zależy od twojej wiary:

    • 20 lat – jeśli objąłeś nieruchomość w dobrej wierze, będąc przekonanym, że nabyłeś ją prawidłowo (np. kupując od kogoś, kto wydawał się właścicielem).
    • 30 lat – jeśli działałeś w złej wierze, wiedząc, że nieruchomość do ciebie nie należy.

    W obu przypadkach posiadanie musi być nieprzerwane i samoistne.

    3. Dowody posiadania

    Fakt nieprzerwanego użytkowania trzeba udowodnić w sądzie. Pomocne będą:

    • Zeznania świadków,
    • Pisemne oświadczenia,
    • Dowody opłacania podatku od nieruchomości (nawet jeśli były wystawione na inne nazwisko),
    • Dokumenty z gminy potwierdzające prowadzenie gospodarki na działce.

    Dziedziczenie prawa do zasiedzenia? Prawie niemożliwe

    Tu ważna uwaga: samego prawa do zasiedzenia nie można odziedziczyć, zapisać w testamencie ani sprzedać. To nie jest prawo majątkowe. Jest jednak istotny wyjątek.

    Zgodnie z art. 176 § 1 KC, jeśli posiadacz zmarł, a jego spadkobierca przejął faktyczne posiadanie, może doliczyć do swojego czasu posiadania czas użytkowania poprzednika.

    Przykład: Dziadek użytkował działkę w dobrej wierze przez 15 lat. Wnuk kontynuuje posiadanie po jego śmierci. Po kolejnych 5 latach może złożyć wniosek o zasiedzenie, sumując okresy. Pamiętaj jednak: każda przerwa w użytkowaniu przerywa bieg zasiedzenia i zmusza do zaczęcia wszystkiego od nowa!

    Procedura krok po kroku: od wniosku do księgi wieczystej

    Zasiedzenie nie dzieje się automatycznie. To proces sądowy.

    1. Złóż wniosek do sądu rejonowego właściwego dla miejsca położenia nieruchomości. Dołącz:

      • Wypis z księgi wieczystej (numer znajdziesz w sądzie lub urzędzie gminy),
      • Wypis i wyrys z ewidencji gruntów,
      • Dowody posiadania (zeznania, opłaty, zdjęcia),
      • Dowód uiszczenia opłaty sądowej – 2000 zł.
    2. Czekaj na rozstrzygnięcie. Postępowanie może trwać od kilku miesięcy do nawet 5 lat. Sąd może ogłosić publiczne obwieszczenie, by dotrzeć do wszystkich zainteresowanych.

    3. Prawomocne orzeczenie sądu stanowi podstawę do wpisania cię jako właściciela do księgi wieczystej.

    Co z poprzednim właścicielem? Zero odszkodowania

    To może być szokujące, ale po uprawomocnieniu się wyroku o zasiedzeniu, poprzedni właściciel traci wszelkie prawa do nieruchomości. Nie przysługuje mu żadne odszkodowanie ani rekompensata finansowa – nawet jeśli nie wiedział, że ktoś inny użytkuje jego działkę.

    Nie tylko domy i działki

    Zasiedzenie dotyczy też rzeczy ruchomych (np. maszyny, pojazdy) i praw (np. służebności). Dla ruchomości w dobrej wierze okres to tylko 3 lata. Uwaga: rzeczy skradzione, porzucone lub z przestępstwa nie mogą być zasiedziane.

    Podsumowując: jeśli od lat użytkujesz czyjąś nieruchomość, nie zwlekaj. Formalne potwierdzenie zasiedzenia to jedyna droga, by zabezpieczyć swoją pozycję przed roszczeniami spadkobierców i stać się pełnoprawnym właścicielem. Czas zaczyna działać na twoją korzyść dopiero wtedy, gdy złożysz ten kluczowy wniosek.

  • Fotoradary w rękach straży miejskiej? Lewica naciska, ale rząd mówi: nie ma potrzeby

    Fotoradary w rękach straży miejskiej? Lewica naciska, ale rząd mówi: nie ma potrzeby

    Czy pamiętacie czasy, gdy straż miejska mogła mierzyć prędkość za pomocą fotoradarów? Ta era skończyła się dekadę temu, ale teraz politycy chcą ją przywrócić. I wywołali niemałe zamieszanie!

    Koniec pewnej ery

    Wszystko zmieniło się 1 stycznia 2016 roku. Właśnie wtedy straż miejska straciła uprawnienia do pomiaru prędkości z użyciem fotoradarów na mocy nowelizacji ustawy. Ta decyzja budziła ogromne emocje wśród kierowców.

    Dlaczego? Wielu uważało, że gminy nie kierują się względami bezpieczeństwa, lecz w ten sposób… uzupełniają swoje budżety. I nie były to tylko plotki!

    Odebranie tych uprawnień było realizacją postulatu Najwyższej Izby Kontroli. W raporcie z 2014 roku wskazano, że działania części funkcjonariuszy były motywowane przede wszystkim chęcią zwiększania dochodów gmin.

    NIK była bezlitosna. Podkreślała, że straże miejskie nie powinny korzystać z mobilnych fotoradarów. Według Izby, zaangażowanie strażników przy urządzeniach przenośnych było w wielu przypadkach podyktowane „nie tyle troską o bezpieczeństwo, co przede wszystkim chęcią pozyskiwania środków do budżetu gmin”.

    Lewica stawia pytania

    Ale historia lubi zataczać koło. W sierpniu 2024 roku grupa posłów Lewicy złożyła interpelację do Ministerstwa Infrastruktury. Poseł Daria Gosek-Popiołek wskazała, że samorządy od lat sygnalizują problem.

    Utrata kompetencji przez straż miejską ma znacząco utrudniać działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa na drogach. I liczby są przerażające.

    Według danych KGP, w 2023 roku z winy kierujących doszło do 19 058 wypadków. Zginęły 1622 osoby, a 22 328 zostało rannych. Jedną z głównych przyczyn? Niedostosowanie prędkości do warunków ruchu.

    Posłowie postawili konkretne pytania:

    • Ile wniosków od samorządów dotyczących instalacji fotoradarów wpłynęło do GITD w ciągu ostatnich 12 miesięcy?
    • Jakie jest stanowisko ministerstwa wobec ewentualnych zmian przepisów?

    Odpowiedź resortu: ograniczone możliwości

    Ministerstwo Infrastruktury nie pozostawiło tych pytań bez odpowiedzi. I podało konkretne dane.

    Według Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego, od października 2023 do września 2024 roku wpłynęło 769 wniosków o instalację fotoradarów. Aż 197 z nich (26%) pochodziło od samorządów.

    Ale jest haczyk. Zasady finansowania określone przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad znacząco ograniczają możliwość realizacji wielu zgłoszonych lokalizacji.

    Mimo to, są pozytywne przykłady! Fotoradary pojawiły się między innymi:

    • między Borczem a Babim Dołem przy DK nr 20
    • w Gniewomirowicach przy DK nr 94
    • w Prudniku przy DK nr 41
    • w Częstochowie przy DK nr 46
    • w Rzeszowie

    To tylko niektóre z kilkunastu wymienionych lokalizacji.

    Będzie powrót do przeszłości?

    Tu dochodzimy do sedna sprawy. Czy straż miejska odzyska uprawnienia do kontroli prędkości?

    Ministerstwo Infrastruktury, powołując się na MSWiA, wskazało, że temat ten jest analizowany przez grupę roboczą. Działa ona w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego od 21 maja 2024 roku.

    Ale wnioski nie napawają optymizmem dla zwolenników zmian. Zespół przeanalizował przepisy i doszedł do klarownych konkluzji.

    Ustawodawca przyznał strażom gminnym kompetencje w zakresie porządku publicznego, wyłączając z ich zakresu bezpieczeństwo publiczne, które należy m.in. do Policji. Bezpieczeństwo ruchu drogowego pozostaje domeną wyspecjalizowanych służb.

    I tu pada kluczowe stwierdzenie. W ocenie MSWiA, przy rosnącej liczbie odcinkowych pomiarów prędkości oraz działaniach Policji i ITD, nie ma obecnie potrzeby angażowania straży miejskich w kontrolę prędkości przy użyciu urządzeń rejestrujących.

    Co dalej?

    Nie oznacza to jednak, że temat został zamknięty na zawsze. Ministerstwo podkreśliło, że analizy i opinie zespołu mogą stanowić punkt wyjścia do ewentualnych przyszłych zmian.

    Czy to oznacza, że za kilka lat znów zobaczymy strażników miejskich z fotoradarami? Na razie rząd mówi stanowcze „nie”, ale w polityce… nigdy nic nie wiadomo. Śledźcie dalszy rozwój sytuacji!

    Na podstawie materiałów Forsal.pl

  • Podatek katastralny w Polsce: Lewica szykuje rewolucję, a rząd mówi „nie”

    Podatek katastralny w Polsce: Lewica szykuje rewolucję, a rząd mówi „nie”

    Czy za posiadanie kilku mieszkań w Polsce wkrótce będziemy płacić nie kilkadziesiąt, a kilka tysięcy złotych rocznie? To nie scenariusz z filmu, a realna propozycja, która może trafić do Sejmu w ciągu najbliższych dni.

    Rewolucja zamiast metrażu

    Obecnie podatek od nieruchomości w Polsce jest relatywnie niski i zależy od powierzchni. Przy maksymalnej stawce 1,25 zł za metr kwadratowy w 2026 roku, za 50-metrowe mieszkanie zapłacimy około 60 zł rocznie. Gmina sama przysyła decyzję z wyliczoną kwotą.

    Nowa propozycja Lewicy zakłada całkowite odwrócenie tego systemu. Zamiast metrażu, podstawą wyliczeń miałaby być rynkowa wartość lokalu. To tzw. podatek katastralny, działający m.in. w Niemczech, Francji czy Hiszpanii.

    „Planujemy wnieść taki projekt. Ostatnio na posiedzeniu naszego klubu dyskutowano gotową treść projektu ustawy. Stanie się to w ciągu najbliższych dni” – powiedział rzecznik Nowej Lewicy Łukasz Michnik.

    Dla kogo uderzenie?

    Na pierwszy rzut oka właściciele jednego mieszkania nie odczuliby dużej zmiany. W największych miastach podatek nadal wynosiłby około 100 zł rocznie. Projekt uderza jednak przede wszystkim w osoby posiadające więcej nieruchomości.

    Zgodnie z założeniami projektu daniną mieliby zostać objęci właściciele co najmniej trzech nieruchomości. Stawki rosną gwałtownie: początkowo podatek miałby wynosić 0,5 proc. wartości lokalu, a docelowo nawet 1,5 proc..

    Oznacza to, że w dużych miastach rachunki mogłyby sięgnąć kilku tysięcy złotych rocznie za jedno mieszkanie. Dla przykładu – w Warszawie podatek od trzeciego mieszkania o powierzchni 50 m² wyniósłby najpierw około 2,7 tys. zł, a w kolejnych latach mógłby wzrosnąć do ponad 8 tys. zł rocznie.

    Cel jest jasny

    Autorzy projektu nie ukrywają intencji. Chodzi o ograniczenie traktowania mieszkań jako formy inwestycji oraz zwiększenie dostępności lokali dla osób kupujących je na własne potrzeby.

    Nad propozycją pracuje wiceminister gospodarki Tomasz Lewandowski, odpowiedzialny w resorcie za mieszkalnictwo. Projekt ustawy ma być projektem poselskim, a nie rządowym.

    Eksperci ostrzegają

    Eksperci rynku nieruchomości podchodzą do pomysłu sceptycznie. Zwracają uwagę, że wycena mieszkań na podstawie uśrednionych wskaźników może być niedokładna i prowadzić do licznych sporów.

    Pojawiają się też wątpliwości praktyczne – np. jak określić kolejność mieszkań w portfelu właściciela czy jak uwzględnić różnice w standardzie i lokalizacji.

    Największe obawy dotyczą jednak skutków dla najemców. Zdaniem specjalistów wyższe podatki mogą zostać przeniesione na lokatorów poprzez wzrost czynszów.

    Rząd: Nie prowadzimy takich prac

    Tu pojawia się polityczny paradoks. Podczas gdy Lewica zapowiada złożenie projektu, rząd dystansuje się od całej idei.

    Minister finansów Andrzej Domański zapewnił, że rząd nie prowadzi prac nad wprowadzeniem podatku od pustostanów ani podatku katastralnego.

    „Jeśli chodzi o podatek katastralny czy podatek od pustostanów, to rząd w tej chwili nie prowadzi takich prac” – powiedział minister Domański.

    Jak to wygląda za granicą?

    Gdyby w Polsce obowiązywał system hiszpański, podatek mógłby być znacznie wyższy. W Hiszpanii stawki mieszczą się w przedziale 0,4–1,4 proc. wartości katastralnej.

    Mieszkanie warte 329 tys. euro w Marbelli generuje podatek ok. 2100 euro rocznie, czyli prawie 9 tys. złotych. Średnio to wydatek od 300 do 1500 euro rocznie.

    W innych krajach stawki też są znaczące:

    • Niemcy – od 0,26 do 1 proc. wartości nieruchomości,
    • USA – średnio 2–2,5 proc. wartości rynkowej,
    • Singapur – od 4 proc. dla mieszkań właścicieli do nawet 10 proc. dla nieruchomości wynajmowanych.

    Co dalej?

    Projekt Lewicy ma szansę trafić do Sejmu już niebawem. Jego przyszłość jest jednak niepewna, biorąc pod uwagę stanowisko rządu. Jedno jest pewne – dyskusja o tym, jak opodatkować nieruchomości w Polsce, dopiero się rozgrzewa.

    Czy uda się pogodzić cele społeczne z realiami rynku i obawami ekspertów? Odpowiedź poznamy w nadchodzących tygodniach.

  • Amerykańska karta przetargowa: Czy Polska i Rumunia staną się nowym domem dla wojsk USA?

    Amerykańska karta przetargowa: Czy Polska i Rumunia staną się nowym domem dla wojsk USA?

    Czy gniew Donalda Trumpa na sojuszników z NATO może paradoksalnie wzmocnić bezpieczeństwo Polski? Administracja amerykańskiego prezydenta rozważa właśnie taki scenariusz, a wszystko przez napięcia wokół Iranu.

    Niebezpieczna gra w sojuszu

    Szef NATO, Jens Stoltenberg, robi wszystko, by znaleźć „wąską ścieżkę” wyjścia z obecnego kryzysu w sojuszu i przetrwać gniew Trumpa. Jak relacjonował weteran amerykańskiej dyplomacji, Daniel Fried, po spotkaniu z ekspertami w Instytucie Reagana, sekretarz generalny jest niestrudzenie konstruktywny.

    „Rutte próbuje znaleźć tę wąską ścieżkę naprzód, która po prostu omija grzmoty Trumpa” – powiedział Fried.

    Jego zdaniem, celem jest wykorzystanie uzasadnionych pretensji Trumpa co do NATO i niewystarczających nakładów na obronę, by przekuć je w sytuację, w której sojusz wyjdzie z tego silniejszy.

    Kompromis, który może zmienić mapę Europy

    I tu pojawia się kluczowy pomysł. Według analizy Frieda, kompromisowym sposobem na „odreagowanie” frustracji Trumpa byłby plan przedstawiony w „Wall Street Journal”. Zakłada on przeniesienie sił USA z baz w Niemczech, Włoszech czy Hiszpanii do państw takich jak Polska czy Rumunia.

    „Wycofanie się z Ramstein jest kosztowne i to po prostu nie ma większego sensu. Ale jeśli mamy zaspokoić potrzebę Donalda Trumpa, można zastanowić się, na jakiej podstawie możesz przenieść się z krajów Europy Zachodniej do Polski i Rumunii. Przyjąłbym tę ofertę” – ocenił były dyplomata.

    A dlaczego miałoby to być politycznie sensowne dla Białego Domu? Fried wskazuje na dobre stosunki Trumpa z prezydentem Polski, Karolem Nawrockim, oraz na postawę Rumunii, która zadeklarowała gotowość do współpracy w sprawie Iranu i jest położona bliżej Bliskiego Wschodu.

    Co stoi za gniewem Waszyngtonu?

    Źródła podają, że największe niezadowolenie w administracji USA budzą konkretne postawy sojuszników. Hiszpania, jako jedyny kraj NATO, nie zobowiązała się do wydatków obronnych na poziomie 5 proc. PKB i – co kluczowe – zablokowała przeloty amerykańskich samolotów przez swoją przestrzeń powietrzną w trakcie operacji przeciwko Iranowi.

    Niemcy natomiast krytycznie odniosły się do samego konfliktu. Dodatkowo, Włochy tymczasowo ograniczyły korzystanie z bazy na Sycylii, a Francja zgodziła się na użycie swojej bazy pod warunkiem, że nie będą z niej startować samoloty bezpośrednio zaangażowane w naloty.

    Kto może zyskać na tej grze?

    Według doniesień, wśród potencjalnych beneficjentów relokacji sił amerykańskich wymienia się nie tylko Polskę i Rumunię, ale także Litwę oraz Grecję. To państwa, które utrzymują wysokie wydatki na obronność i aktywnie wspierają działania sojusznicze.

    Część z nich szybko zadeklarowała udział w koalicji monitorującej sytuację w cieśninie Ormuz, a Rumunia wyraziła zgodę na użycie własnych baz przez amerykańskie lotnictwo. To właśnie frustracja związana z sytuacją w Ormuzie jest, zdaniem Frieda, jednym z kluczowych źródeł gniewu Trumpa.

    Co dalej z planem?

    Propozycja, która w ostatnich tygodniach zyskała poparcie części wysokich rangą urzędników, znajduje się na wczesnym etapie prac i jest jedną z kilku opcji wywierania presji na partnerów. Nie oznacza to jednak całkowitego wycofania sił amerykańskich z Europy – taki ruch wymagałby zgody Kongresu.

    Plan przewiduje również możliwość zamknięcia co najmniej jednej bazy wojskowej w Europie – najprawdopodobniej w Hiszpanii lub Niemczech. Jak zauważa „Wall Street Journal”, przesunięcie wojsk USA bliżej wschodniej flanki NATO może spotkać się z reakcją Rosji.

    Czy więc gniew jednego przywódcy może stać się szansą na strategiczne wzmocnienie pozycji Polski w regionie? Na to pytanie odpowiedzą najbliższe tygodnie negocjacji w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego.

  • Tesla na krawędzi? JP Morgan prognozuje dalszy spadek o 60%, a Nvidia już nie zachwyca

    Tesla na krawędzi? JP Morgan prognozuje dalszy spadek o 60%, a Nvidia już nie zachwyca

    Czy to koniec ery niepohamowanego optymizmu wobec technologicznych gigantów? Na Wall Street gaśnie fascynacja sztuczną inteligencją i elektrykami, a dwie ikony – Tesla i Nvidia – tracą blask. Inwestorzy zaczynają patrzeć trzeźwo na fundamenty, a analitycy jednego z największych banków inwestycyjnych świata rzucają wyjątkowo ponurą prognozę.

    BigTechy sprowadzone na ziemię

    Na Wall Street maleje fascynacja spółkami technologicznymi i sztuczną inteligencją. Inwestorzy bardziej krytycznie patrzą na sektory półprzewodników, oprogramowania i pojazdów elektrycznych. Nie bez znaczenia są czynniki makroekonomiczne, takie jak spowolnienie gospodarcze, utrzymujące się wysokie stopy procentowe w USA i Europie oraz zmienność na rynkach finansowych. Utrzymywanie wysokich stóp sprawia, że kapitał jest drogi, co negatywnie wpływa na wyceny spółek opierających wartość na przyszłych przepływach pieniężnych.

    Tesla w najtrudniejszym okresie?

    Spółka Elona Muska przechodzi przez jeden z najtrudniejszych okresów w swojej giełdowej historii. Kurs akcji Tesli spadł o około 30% w ciągu zaledwie czterech miesięcy, z historycznych szczytów w okolicach 500 dolarów do poziomu około 346-347 dolarów. Ale to może być dopiero przedsmak.

    Analitycy JP Morgan ostrzegają, że akcje Tesli są zagrożone dalszym spadkiem o 60%, do poziomu 145 dolarów przed końcem 2026 roku. Bank konsekwentnie podtrzymuje rekomendację „sprzedaj”.

    „Obecna wycena giełdowa akcji Tesli jest całkowicie i w sposób nieuzasadniony odłączona od fundamentów” – podkreśla analityk JP Morgan Ryan Brinkman.

    Gdzie leży problem?

    Pesymistyczna prognoza opiera się na twardych danych. W pierwszym kwartale 2026 roku Tesla dostarczyła jedynie około 358 tysięcy pojazdów, co rozminęło się z oczekiwaniami i potwierdziło, że dynamika sprzedaży traci impet. Rynek prawdopodobnie jest już nasycony obecną ofertą.

    JP Morgan radykalnie obniżył prognozę zysku na akcję (EPS) za pierwszy kwartał 2026 roku do zaledwie 0,30 dolara.

    Rosnąca konkurencja, zarówno ze strony tradycyjnych producentów, jak i nowych graczy z Chin (BYD, Xiaomi), dysponujących nowoczesnymi technologiami i agresywnymi strategiami cenowymi, zmusza Teslę do twardej walki. Flagowe modele Model 3 i Model Y spotykają się z coraz silniejszą i nowszą konkurencją.

    Dodatkowo, dotychczasowa wysoka cena akcji opierała się w dużej mierze na nadmiernych nadziejach związanych z technologiami jutra, takimi jak w pełni autonomiczna jazda (FSD) czy roboty humanoidalne, których komercjalizacja się opóźnia.

    Cały obraz sytuacji poznamy 21 kwietnia, kiedy Tesla przedstawi pełne sprawozdanie finansowe za I kwartał 2026 roku.

    Nvidia też traci moc?

    Zmiana nastrojów dotyka też „króla półprzewodników”. Nvidia, będąca symbolem rewolucji AI, przyzwyczaiła inwestorów do regularnego „miażdżenia” prognoz. Teraz nawet solidne wyniki nie robią już wielkiego wrażenia.

    Uczestnicy rynku przesuwają uwagę z bieżących rezultatów na kwestię trwałości ogromnych inwestycji w infrastrukturę AI. Nvidia może się pochwalić, że od momentu udostępnienia ChatGPT jej sprzedaż w segmencie centrów danych wzrosła 13-krotnie.

    Ale pojawiają się obawy, czy kolosalne sumy wydawane przez klientów (hyperscalerzy: Microsoft, Meta, Alphabet) na chipy przełożą się na szybki zwrot z inwestycji. Największe koncerny technologiczne – Meta, Amazon, Alphabet, Microsoft i Oracle – zapowiedziały łączne nakłady inwestycyjne rzędu 700 miliardów dolarów do końca 2026 roku.

    Druga strona medalu AI

    Zdaniem ekspertów Goldman Sachs, te ogromne wydatki nie stają się automatycznie silnym impulsem dla PKB USA. Główny ekonomista banku, Jan Hatzius, stwierdził, że wkład inwestycji w AI do amerykańskiego PKB w 2025 roku był „praktycznie zerowy”.

    Dzieje się tak, ponieważ duża część wartości dodanej trafia do Azji, bo produkcja kluczowych chipów odbywa się poza USA – zaawansowane procesory dla Nvidii wytwarza tajwańska TSMC, a pamięci HBM dostarczają koreańskie SK Hynix i Samsung.

    Badanie National Bureau of Economic Research z lutego 2026 roku pokazało, że choć około 70% firm deklaruje wykorzystanie AI, to ponad 80% nie widzi istotnego wpływu na produktywność ani zatrudnienie w ostatnich trzech latach.

    Czy to już koniec bajki?

    Sceptycznych głosów nie brakuje, ale wciąż są też optymiści. Miliarder Leo KoGuan, znany z inwestycji w Teslę, kupił ostatnio około 2 miliony akcji Nvidii. Analityk New Street Research, Pierre Ferragu, dopisał Nvidię do listy najlepszych pomysłów inwestycyjnych na 2026 rok, wierząc, że akcje mogą podwoić wartość do 2027 roku.

    Jednak po serii spektakularnych wzrostów rynek zdaje się wchodzić w fazę trzeźwej oceny. Zamiast ślepej wiary w przyszłe obietnice, liczą się twarde dane, marże i realna konkurencja. Nadchodzące tygodnie, zwłaszcza z raportem Tesli, pokażą, czy to tylko korekta, czy początek głębszej przemiany.

  • Podejrzane transakcje na rynkach. Czy ktoś miał wcześniejszy dostęp do informacji z Białego Domu?

    Podejrzane transakcje na rynkach. Czy ktoś miał wcześniejszy dostęp do informacji z Białego Domu?

    Czy ogromne, podejrzanie dobrze czasowane transakcje na rynkach finansowych i platformach predykcyjnych mogą wskazywać na wyciek poufnych informacji z kręgów władzy? Narastająca liczba takich przypadków zmusiła nawet administrację prezydenta USA do wysłania wewnętrznego ostrzeżenia do swoich pracowników.

    Miliardowe ruchy na ropie przed ogłoszeniem Trumpa

    Jeden z najbardziej uderzających przykładów dotyczy rynku ropy naftowej. Zaledwie 15 minut przed ogłoszeniem przez Donalda Trumpa pięciodniowego opóźnienia ataków na irańską infrastrukturę energetyczną, na rynkach akcji i kontraktów terminowych zawarto transakcje wartości miliardów dolarów.

    Tylko na rynku kontraktów na ropę w ciągu dwóch minut sprzedano ekwiwalent 6 milionów baryłek. Dla porównania, średnia dla tego samego okresu w poprzednich pięciu dniach wynosiła około 700 tysięcy baryłek. Sprzedaż kontraktów pozwala zarobić na spadku cen, który faktycznie nastąpił – kurs ropy Brent spadł tego dnia o prawie 10%.

    Inny przypadek, opisany przez Reutersa, jest jeszcze bardziej spektakularny. Niecałe trzy godziny przed ogłoszeniem zawieszenia broni między USA a Iranem, inwestorzy sprzedali 8600 kontraktów terminowych na ropę Brent i WTI o wartości 950 milionów dolarów. Następnego dnia ceny ropy poszybowały w dół.

    Zakłady bukmacherskie, które wyprzedzają wydarzenia

    Ale to nie wszystko. Podejrzane aktywności pojawiły się również na rynkach predykcyjnych, takich jak Polymarket. Tuż przed ogłoszeniem przez Trumpa dwutygodniowego zawieszenia broni, co najmniej 50 nowo utworzonych, anonimowych kont obstawiło znaczące zakłady na pozytywny rozwój sytuacji, pomimo zaostrzonej przez prezydenta retoryki tego samego dnia.

    Jeden z właścicieli takich kont postawił 72 tysiące dolarów, aby wkrótce wypłacić wygraną wysokości 200 tysięcy dolarów. To nie pierwszy raz, gdy zakłady wyprzedzają fakty. Firma analityczna Bubblemaps wskazała wcześniej sześć kont, które zarobiły łącznie 1,2 miliona dolarów, finansując zakłady zaledwie kilka godzin przed atakiem, w którym zginął najwyższy przywódca Iranu.

    Biały Dom reaguje – wewnętrzne ostrzeżenie

    Ta seria doniesień skłoniła administrację do działania. 24 marca, dzień po ogłoszeniu opóźnienia ataku na Iran, do wszystkich pracowników Białego Domu trafił wewnętrzny e-mail. Ostrzegał on przed wykorzystywaniem poufnych informacji do zawierania transakcji na rynkach finansowych i platformach z zakładami na wydarzenia.

    Bloomberg przypomina, że pracownicy federalni mają zakaz uprawiania hazardu na terenie obiektów rządowych i wykorzystywania niepublicznych informacji rządowych dla osobistych korzyści.

    Rzecznik Białego Domu, Kush Desai, wcześniej stanowczo odrzucał sugestie o możliwych nadużyciach, podkreślając obowiązujące przepisy. Jego zdaniem, „Wszelkie sugestie, jakoby urzędnicy administracji angażowali się w takie działania bez dowodów, są bezpodstawne i nieodpowiedzialne”.

    Wzorzec, który się powtarza

    To nie są odosobnione przypadki. Podobne wątpliwości pojawiły się przy okazji styczniowego zatrzymania byłego prezydenta Wenezueli, Nicolasa Maduro – jeden z inwestorów zarobił wtedy około 410 tysięcy dolarów na zakładach o jego usunięcie.

    W kwietniu 2025 roku anonimowi traderzy zarobili dziesiątki milionów dolarów na opcjach giełdowych tuż przed ogłoszeniem przez Trumpa wstrzymania ceł. Wartość niektórych kontraktów wzrosła wtedy niemal dziesięciokrotnie w ciągu kilku godzin.

    Czy to zbieg okoliczności, czy systemowy problem? Eksperci i regulatorzy z pewnością przyglądają się tym transakcjom z rosnącą uwagą. Na razie wiadomo, że samego Białego Domu sprawa zdaje się niepokoić na tyle, by wysłać oficjalne, wewnętrzne przypomnienie o zasadach.

  • GPW w ogniu: Kontrakty, zyski i 5G napędzają rekordowe hossy!

    GPW w ogniu: Kontrakty, zyski i 5G napędzają rekordowe hossy!

    Czy na warszawskiej giełdzie właśnie tworzą się nowe fortuny? W ostatnich dniach rynek oszalał na punkcie kilku spółek, których kursy wystrzeliły w górę o dziesiątki, a nawet ponad 100 procent! Za każdym razem stoją za tym konkretne, fundamentalne powody – od przełomowych umów po spektakularną poprawę wyników finansowych. Oto trzy firmy, które rozpalają wyobraźnię inwestorów.

    Energoinstal: Kontrakt z ORLENEM napędza wzrosty o 32%

    Kurs Energoinstal rośnie o ponad 20% na wysokich obrotach, a w ciągu ostatnich 10 dni łączny wzrost przekroczył 32%. To dynamiczne wybicie ma bardzo konkretny powód.

    Zarząd spółki poinformował o podpisaniu umowy z ORLEN SA. Kontrakt, podpisany 7 kwietnia 2026 roku, dotyczy doradztwa technicznego oraz nadzoru nad realizacją prac. Jego wartość przekracza 5 mln PLN, a realizacja potrwa do końca 2026 roku.

    „Kryterium uznania umowy za znaczącą jest przekroczenie progu 10% wartości przychodów ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów według ostatnio opublikowanego skonsolidowanego sprawozdania finansowego Grupy Kapitałowej Energoinstal”.

    Rynek interpretuje to jako istotny sygnał potencjalnego wzrostu przychodów i wzmocnienia pozycji spółki. Nie ma się co dziwić euforii!

    Orange Polska: 5G i klienci pchają kurs na 13-letnie szczyty

    Orange Polska osiąga najwyższy poziom kursu od ponad 13 lat! W ostatnich 10 dniach akcje zyskały ponad 15%, a od początku 2026 roku wzrost wynosi już imponujące ponad 44%. Co napędza tę niesamowitą passę?

    Kluczem jest intensywna rozbudowa infrastruktury sieciowej. Spółka posiada obecnie około 4500 stacji 5G w paśmie C, a do końca roku planuje zwiększyć tę liczbę do co najmniej 5600. Równolegle rozwijana jest sieć w paśmie 700 MHz, gdzie liczba stacji ma wzrosnąć z ponad 1300 do minimum 2600.

    Rzecznik spółki, Wojciech Jabczyński, podkreśla tempo: „Dbamy o bezpieczeństwo i szybki rozwój sieci 5G… Intensywnie rozbudowujemy też sieć w paśmie 700 MHz”.

    But wait, there’s more! Spółka notuje też napływ klientów. Pierwszy kwartał 2026 roku zakończyła wynikiem +17 tysięcy przeniesionych numerów, po dobrym 2025 roku z ponad +27 tysiącami. To połączenie rozwoju sieci i rosnącej bazy klientów robi wrażenie.

    Mercator Medical: Spektakularny powrót do zysków

    Mercator Medical notuje dynamiczne odbicie, a kurs akcji w ciągu 10 dni wzrósł o ponad 52%. W ujęciu niespełna miesięcznym spółka zyskała już ponad 57%. Za tymi oszałamiającymi liczbami stoi fundamentalna zmiana.

    W raporcie za III kwartał 2025 roku spółka wykazała 4,73 mln zł skonsolidowanego zysku netto, podczas gdy rok wcześniej notowała 26,67 mln zł straty. To nie jest drobna korekta, to prawdziwy przełom!

    Członek zarządu, Mariusz Popek, wskazał: „Trzeci kwartał przyniósł dalszą stabilizację działalności i poprawę kluczowych wyników finansowych. Skonsolidowane przychody ze sprzedaży były wyższe o 4% r/r, a wzrost marż przełożył się na EBITDA na poziomie 8,9 mln zł”.

    Poprawa jest widoczna na każdym poziomie. Zysk operacyjny wyniósł 1,29 mln zł wobec straty 4,55 mln zł rok wcześniej. W ujęciu narastającym za I-III kwartały 2025 roku spółka osiągnęła 25,22 mln zł zysku netto. Inwestorzy z niecierpliwością czekają na raport roczny za 2025 rok, który ma zostać opublikowany 30 kwietnia.

    Inni giełdowi giganci też nie próżnują

    Choć powyższa trójka przyciąga dziś najwięcej spojrzeń, na parkiecie buzuje też energia innych spółek. Warto rzucić okiem na ich niezwykłe osiągnięcia:

    • Bogdanka: Akcje spółki od początku 2026 roku zyskały już 100%, odrabiając część ogromnych spadków z poprzednich lat. Analitycy łączą ten wzrost z czynnikami surowcowymi i geopolitycznymi. Spółka przedstawiła wstępne wyniki za 2025 rok: zysk netto 263,8 mln zł i EBITDA 543,1 mln zł.
    • MedTech Solutions: Kurs tej spółki skoczył o 62% w zaledwie 3 dni! Bezpośrednim impulsem było podpisanie kluczowej umowy dystrybucyjnej z MACS Sterilisationsanlagen, na mocy której MedTech Solutions został wyłącznym dystrybutorem systemów zarządzania odpadami medycznymi w Polsce.

    Jak widać, na GPW dzieje się naprawdę dużo. Euforia nie bierze się znikąd – ma solidne, fundamentalne podstawy. Czy to początek szerszej hossy? Na to pytanie odpowiedzą najbliższe tygodnie, ale jedno jest pewne: inwestorzy z zapartym tchem śledzą te dynamiczne ruchy. Pamiętajcie, by zawsze opierać swoje decyzje na wiarygodnych źródłach, takich jak raporty Comparic.pl.

  • Niemcy w kryzysie: Rekordowa fala bankructw firm bije po 20 latach

    Niemcy w kryzysie: Rekordowa fala bankructw firm bije po 20 latach

    Czy największa gospodarka Europy właśnie przeżywa najgorszy kryzys od pokolenia? Dane za pierwszy kwartał 2026 roku są bezlitosne i pokazują skalę problemu, z jakim mierzą się niemieckie przedsiębiorstwa.

    Historyczny rekord upadłości

    Według raportu Instytutu Badań Ekonomicznych im. Leibniza w Halle (IWH), w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2026 roku zbankrutowały 4573 spółki. To nie tylko więcej niż podczas globalnego kryzysu finansowego w 2009 roku, ale też najwyższy poziom od trzeciego kwartału 2005 roku – czyli od ponad dwóch dekad!

    Ale prawdziwy szok przyniosły dane za marzec. Tylko w tym jednym miesiącu odnotowano 1716 przypadków upadłości. To o 17 proc. więcej niż w lutym i aż o 71 proc. więcej w porównaniu ze średnią marcową z lat przed pandemią. Tak wysokiej miesięcznej liczby bankructw nie widziano od czerwca 2005 roku.

    „To najwyższy poziom od trzeciego kwartału 2005 r.” – podkreśla ekspert instytutu.

    54 tysiące miejsc pracy w ogniu

    Tu dochodzimy do najbardziej bolesnego aspektu całej sytuacji. Te bankructwa oznaczają realne zagrożenie dla tysięcy ludzi. W całym pierwszym kwartale zagrożonych było aż 54 tys. miejsc pracy. To najwyższy wynik od trzeciego kwartału 2020 roku, kiedy upadały takie firmy jak Esprit, Vapiano czy Wirecard.

    Co ciekawe, w marcu samym zagrożonych było „tylko” około 14 tys. miejsc pracy w największych dziesięciu procentach niewypłacalnych firm – to o 40 proc. mniej niż w lutym. Badacze tłumaczą to koncentracją bankructw wśród mniejszych przedsiębiorstw.

    Największy udział w tej liczbie ma przemysł przetwórczy, który od kilku kwartałów pozostaje szczególnie wrażliwy na pogorszenie koniunktury.

    Małe firmy toną pierwsze

    I tu właśnie leży sedno problemu. Z raportu wynika jasno, że za wzrost liczby bankructw odpowiada przede wszystkim pogarszająca się sytuacja mniejszych przedsiębiorstw. To one najczęściej nie są w stanie poradzić sobie z rosnącymi kosztami działalności i spowolnieniem gospodarczym.

    W efekcie to właśnie segment małych i średnich firm staje się głównym źródłem obecnej fali upadłości. To alarmujący sygnał dla całej struktury niemieckiej gospodarki, która tradycyjnie opierała się na silnym Mittelstandzie.

    Prognozy? Niestety, ponure

    Eksperci z IWH nie mają dobrych wiadomości na najbliższe miesiące. Steffen Müller, szef działu badań nad niewypłacalnością w IWH, podkreśla, że wskaźniki wyprzedzające sugerują utrzymanie się wysokiego poziomu bankructw.

    „Możliwe, że powtórzą się bardzo wysokie wyniki z marca” – stwierdza Müller.

    Oznacza to, że w drugim kwartale 2026 roku liczba bankructw pozostanie bardzo wysoka, a nawet może zbliżyć się do poziomów odnotowanych w marcu. Zdaniem ekonomistów oznacza to utrzymującą się presję na przedsiębiorstwa i brak szybkiej poprawy sytuacji.

    Szerszy kontekst gospodarczej zapaści

    Problemy firm wpisują się w szerszy obraz niemieckiej gospodarki. Po dwóch latach recesji odnotowała ona w 2025 roku jedynie symboliczny wzrost na poziomie 0,2 proc. Rząd w Berlinie obniżył już prognozę wzrostu PKB na 2026 rok do 1,0 proc., co dodatkowo potwierdza ostrożne oczekiwania.

    Na sytuację wpływają również czynniki globalne, w tym napięcia geopolityczne i konflikt na Bliskim Wschodzie. Rosnące ceny ropy i gazu, zakłócenia w handlu oraz presja inflacyjna dodatkowo obciążają i tak już zmagające się z problemami przedsiębiorstwa.

    Dane te wskazują na poważne wyzwania stojące przed niemiecką gospodarką, która zmaga się z konsekwencjami pandemii i globalnych zawirowań ekonomicznych. W obliczu rosnącej liczby upadłości, szczególnie wśród małych firm, rynek pracy pozostaje pod ogromną presją. Wygląda na to, że najgorsze może być jeszcze przed nami.

  • Sprytny manewr polskich kierowców. Jak legalnie wstrzymać punkty karne?

    Sprytny manewr polskich kierowców. Jak legalnie wstrzymać punkty karne?

    Balansujesz na granicy 24 punktów karnych i kolejny mandat może oznaczać utratę prawa jazdy? Okazuje się, że niektórzy kierowcy odkryli prosty, legalny sposób, by odsunąć tę czarną chmurę na horyzoncie.

    Jak opisuje portal bezprawnik.pl, sekret tkwi w jednym ruchu: odmowie przyjęcia mandatu i skierowaniu sprawy do sądu. To nie jest żadna szara strefa, tylko pełnoprawne wykorzystanie procedur.

    Co się dzieje po odmowie?

    Standardowo, przyjmując mandat, punkty lądują na twoim koncie natychmiast. Odmowa zmienia wszystko. Punkty karne nie znikają, ale trafiają do swoistej „poczekalni” – zostają oznaczone jako tymczasowe.

    Kluczowe jest to, że do czasu prawomocnego wyroku sądu nie są one brane pod uwagę przy ocenie aktualnego stanu twojego konta. Dla osób tuż przy limicie, ta różnica może być zbawienna.

    Gra na czas. Na czym polega przewaga?

    Stan zawieszenia może trwać miesiące, a nawet lata – wszystko zależy od tempa postępowania sądowego. I tu pojawia się potencjalna korzyść.

    W czasie, gdy sprawa czeka na rozstrzygnięcie, wcześniej naliczone punkty mogą… wygasnąć. Zgodnie z przepisami dzieje się to po 12 miesiącach od zapłacenia mandatu.

    „Jeśli więc kierowca wstrzyma przypisanie nowych punktów i jednocześnie ‘przeczeka’ przedawnienie starych, może uniknąć przekroczenia limitu” – opisuje bezprawnik.pl.

    Przeczekać czy działać?

    Zyskany czas można też wykorzystać aktywnie. Kierowcy mają możliwość – raz na pół roku – wzięcia udziału w specjalnym kursie w wojewódzkim ośrodku ruchu drogowego. Jego ukończenie pozwala zmniejszyć liczbę punktów aż o sześć.

    Dla kogoś z 22 czy 23 punktami na koncie, to może być różnica między prowadzeniem samochodu a pieszymi wycieczkami.

    Druga strona medalu

    Czy to oznacza, że system faktycznie sprzyja kierowcom? Przewlekłość postępowań sądowych bywa w tym kontekście korzystna. Zanim zapadnie wyrok, część punktów może po prostu „zniknąć” z ewidencji.

    Ale uwaga – to strategia wysokiego ryzyka, bez gwarancji sukcesu. Jak tłumaczy były policjant drogówki, odmowa mandatu uruchamia inną machinę.

    „Z chwilą odmowy przyjęcia mandatu karnego, do czego każdy ma prawo, do sądu kierowany jest wniosek o ukaranie kierowcy” – podkreśla.

    I tu pojawia się haczyk. Oprócz grzywny, którą określi sąd (często wyższej niż pierwotny mandat), dochodzą koszty postępowania sądowego. Mogą one sięgać nawet kilku tysięcy złotych, zwłaszcza jeśli w sprawie powołano biegłych.

    Szybko czy wolno? To zależy od miejsca

    Czy zawsze można liczyć na wieloletnie przeciąganie sprawy? Nie wszędzie. Były policjant wskazuje, że w dużych miastach postępowanie może toczyć się latami, ale w mniejszych ośrodkach wygląda to inaczej.

    „W miastach powiatowych (…) to maksymalnie kilka miesięcy. (…) Zwykłe wykroczenia jakimi najczęściej jest przekroczenie prędkości czy korzystanie z telefonu podczas jazdy to idzie błyskawicznie, bo to banalnie proste sprawy” – konkluduje.

    Podsumowując, mechanizm „zawieszenia” punktów istnieje i można go wykorzystać. To legalna opcja dla tych, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Pamiętajmy jednak, że to gra, w której stawką jest nie tylko czas, ale też potencjalnie wyższe koszty. Czasem prostszym rozwiązaniem może być po prostu… kurs reedukacyjny.