Blog

  • Polska zbrojeniówka pędzi na łeb, na szyję. Lawina rekrutacji i setki wakatów

    Polska zbrojeniówka pędzi na łeb, na szyję. Lawina rekrutacji i setki wakatów

    Polski przemysł obronny przeżywa prawdziwy renesans. Największe państwowe spółki zbrojeniowe i ich podwykonawcy prowadzą masowe rekrutacje, a presja na zwiększenie produkcji jest ogromna. To efekt nie tylko zwiększonych krajowych wydatków na obronność, ale również unijnego programu SAFE, który uruchomił lawinę nowych kontraktów.

    PGZ szuka ponad 220 specjalistów

    Głównym graczem na rynku jest Polska Grupa Zbrojeniowa (PGZ), która zatrudnia już ponad 23 tys. osób. Obecnie na stronie internetowej holdingu widnieje ponad 220 aktywnych ofert pracy. Poszukiwani są głównie inżynierowie, mechanicy, elektromonterzy, analitycy finansowi, programiści oraz wykwalifikowani pracownicy produkcyjni. PGZ planuje do końca roku przyjąć jeszcze około 1 tys. nowych pracowników.

    — Presja jest ogromna: linie produkcyjne muszą pracować pełną parą już teraz, a nie być „w trakcie wykańczania” — mówił w kwietniu w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Konrad Gołota, wiceminister aktywów państwowych. Gołota zapowiadał liczne rekrutacje, podkreślając, że „pracownicy, którzy kiedyś nie widzieli przyszłości w swoich zakładach, dziś poczuli wiatr w żaglach. Doświadczona kadra odzyskuje pasję, a ich śladem do zbrojeniówki masowo przychodzą nowi, zdolni specjaliści”.

    Najwięcej wakatów oferują spółki zależne PGZ, takie jak Jelcz, który rozbudowuje swoje zakłady, PIT-RADWAR produkujący zaawansowaną elektronikę i radary dla wojska, czy PGZ Stocznia Wojenna, zajmująca się budową, naprawą i modernizacją okrętów wojennych.

    Nowe centrum produkcyjne w Raciborzu

    Jednym z kluczowych projektów jest utworzenie nowego centrum produkcyjnego w Raciborzu. Jelcz, główny dostawca pojazdów ciężarowych dla Wojska Polskiego, dzierżawi hale po byłym zakładzie Rafako, co pozwoli na zwiększenie zdolności produkcyjnych. Jesienią ubiegłego roku premier Donald Tusk zapowiadał, że w oddziale Jelcza pracę znajdzie ponad 500 osób. Prezes spółki RFK (działającej na terenie byłego zakładu) Andrzej Kopeć podczas konferencji prasowej kilka miesięcy temu potwierdził, że docelowo zatrudnienie ma wynieść nawet 500 osób, podczas gdy obecnie pracuje tam około 75 osób.

    Obecnie Jelcz szuka do Raciborza m.in.:

    • technologa,
    • mechanika pojazdów samochodowych,
    • elektromontera pojazdów samochodowych,
    • montera pojazdów samochodowych,
    • dyrektora produkcji,
    • specjalisty ds. BHP i bezpieczeństwa,
    • kontrolera jakości,
    • administratora sieci i systemów.

    Efekt mnożnikowy w całej gospodarce

    Jak informuje „Forbes”, nowe miejsca pracy powstają nie tylko w samych firmach zbrojeniowych, ale w całym ekosystemie branż o podwójnym zastosowaniu, w tym w produkcji przemysłowej, logistyce, IT, cyberbezpieczeństwie oraz inżynierii.

    — Sektor obronny już teraz należy do najszybciej rosnących w Polsce, a jego rozwój generuje efekt mnożnikowy w wielu powiązanych branżach. Powstają nowe miejsca pracy nie tylko w dużych grupach kapitałowych, ale także w firmach z sektora MŚP i start-upach technologicznych — tłumaczy w rozmowie z „Forbesem” Magda Dąbrowska, prezeska agencji pracy Grupa Progres.

    Z danych „Gazety Wyborczej” wynika, że w polskiej zbrojeniówce pracuje obecnie ponad 50 tys. osób, z czego niemal połowę zatrudnia PGZ. Jeśli jednak uwzględnić sieć krajowych podwykonawców i dostawców komponentów, liczba osób zatrudnionych w przemyśle obronnym może być nawet dwukrotnie większa.

    Jelcz beneficjentem programu SAFE

    Jelcz jest jednym z beneficjentów unijnego programu SAFE – spółka otrzymała zamówienia na setki milionów złotych. Od 2027 roku w Raciborzu ma być produkowanych po kilkaset podwozi rocznie; Jelcz ma docelowo dostarczać do 10 tys. pojazdów rocznie do klientów. W dzierżawionych halach będą powstawać podwozia wykorzystywane m.in. w systemach rakietowych i radarowych programu Narew.

    Warto dodać, że 8 lipca br. do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wpłynął wniosek o połączenie spółek RFK i Jelcza.

  • Eksperci górą w czerwcu. W lipcu stawiają na kosmos, banki i złoto

    Eksperci górą w czerwcu. W lipcu stawiają na kosmos, banki i złoto

    Czerwiec nie był łaskawy dla warszawskiej giełdy – po majowych szczytach indeksy weszły w korektę. Mimo to analitycy biorący udział w rywalizacji portfeli fundamentalnych poradzili sobie znacznie lepiej niż benchmark. W lipcu z kolei zarządzający funduszami zwiększają zaangażowanie w akcje i surowce.

    Czerwcowe rozstrzygnięcia

    Średnia stopa zwrotu wszystkich portfeli fundamentalnych wyniosła w ubiegłym miesiącu +1,9%. Dla porównania WIG zanotował stratę na poziomie 1%. Różnica na korzyść ekspertów sięgnęła więc prawie 3 pkt proc.

    Najlepszy wynik osiągnął zespół BM BNP Paribas BP – jego zestaw spółek przyniósł 9,8% zysku. Drugie miejsce przypadło BM Banku Millennium (+4,3%), a trzecie DM BDM (+1,2%). Dzięki czerwcowemu sukcesowi BM BNP Paribas BP wysunął się na prowadzenie w klasyfikacji rocznej – od początku 2026 roku jego portfel wypracował 34,5% stopy zwrotu. Za nim plasuje się BM Banku Millennium (blisko 30%), a na trzeciej pozycji DM BDM (8,3%).

    Średnia stopa zwrotu wszystkich uczestniczących portfeli liczona od stycznia to 11,4% – to o 4,3 pkt proc. mniej niż wskaźnik WIG (+15,7%). Warto jednak odnotować, że dystans do indeksu skurczył się względem maja o 3,6 pkt proc.

    Lipcowe przetasowania

    Na nowy miesiąc biura maklerskie wprowadziły sporo korekt. Wśród ulubionych sektorów wyraźnie wyróżniają się kosmos i banki. Creotech Instruments trafił do portfeli BM BNP Paribas BP, DM XTB oraz Ipopema Private Investments. Uzasadnienie? Eksperci wskazują na obiecujące perspektywy sektora new space i chęć wykorzystania niedawnej przeceny.

    PKO BP wrócił do łask – Oanda TMS Brokers postawiło na bank, argumentując, że oddala się perspektywa obniżek stóp procentowych. DM XTB natomiast usunął PKO BP z portfela, uznając potencjał do wzrostów za mniejszy niż w wybranych spółkach technologicznych. Z kolei Scanway pojawił się w zestawieniu Ipopemy, a GPW w portfelu Oanda TMS Brokers jako podmiot mogący skorzystać na wzroście aktywności inwestorów.

    Nie zabrakło też innych ruchów. Noble Securities dołożyło Eurocash i MFO, licząc na efekty restrukturyzacji i poprawę wyników w nadchodzących kwartałach. BM Banku Millennium wymieniło kilka spółek na nowe: Artifex Mindi, Atrem i Oponeo.pl. DM BDM włączył Bogdankę jako propozycję długoterminową. Ipopema postawiła na Cyfrowy Polsat, oczekując na aktualizację strategii spółki.

    Fundusze: większe ryzyko i powrót surowców

    Zmiany objęły także portfele funduszy inwestycyjnych. W lipcu średni udział akcji wzrósł o 3,1 pkt proc., osiągając 60,5%. Udział obligacji spadł o 3,8 pkt proc., do 28,3%, a na surowce przeznaczono 11,25% aktywów.

    Eksperci są zgodni, że złoto po ostatniej korekcie ma szansę odbić. Michał Krajczewski z BM BNP Paribas BP ocenia: „Mimo ostatniej korekty pozytywnie podchodzimy do notowań złota. Naszym zdaniem spadek cen kruszcu był przereagowaniem”. Patryk Pyka z Xelionu DI dodaje: „Oblężenie psychologicznego poziomu 4000 USD za uncję trwało wprawdzie przez pewien czas, jednak obecnie wygląda na to, że moment przesilenia jest już za nami”.

    W ramach akcji kapitał przesunął się w stronę rynków rozwiniętych (średnio 28% portfela) oraz wschodzących (9,4%). Udział funduszy amerykańskich nieco spadł – do 10,25%. Niektóre biura, jak zespół mBanku, nie dokonały żadnych zmian w lipcu, uznając dotychczasowe pozycjonowanie za optymalne. Ceres DI uruchomił alokację w fundusz spółek wydobywczych złota. Ipopema Private Investments w swoim portfelu fundamentalnym wprowadziła do zestawienia Creotech Instruments i Scanway, licząc na kontrakty kosmiczne.

    Zbliża się sezon wyników kwartalnych w USA – prognozy zakładają dwucyfrową dynamikę zysków spółek z Wall Street. Średnia łączna stopa zwrotu portfeli funduszy od początku roku wynosi obecnie 11,56%, a liderem pozostaje portfel mBanku z wynikiem 37,13%.

  • Czarnogóra bliżej UE. Bruksela ujawnia, ile zapłacimy za nowego członka

    Czarnogóra bliżej UE. Bruksela ujawnia, ile zapłacimy za nowego członka

    Unia Europejska coraz poważniej myśli o przyjęciu nowego członka. Po latach stagnacji w kwestii rozszerzenia, w centrum uwagi znalazła się Czarnogóra. Przedstawiciele Komisji Europejskiej ujawnili właśnie, ile może kosztować cała operacja.

    Kwota, która robi wrażenie

    Rzecznik Komisji Europejskiej Guillaume Mercier poinformował, że koszt akcesji Czarnogóry oszacowano na 3,2 miliarda euro. W przeliczeniu na każdego mieszkańca obecnej Unii Europejskiej to wydatek mniejszy niż jedno euro rocznie. Pakiet finansowy, jak zaznaczył Mercier, ma na celu zagwarantowanie płynnego i bezproblemowego przebiegu przystąpienia tego bałkańskiego państwa do Wspólnoty.

    Kiedy możliwe członkostwo?

    Optymistycznym scenariuszem jest rok 2028. Przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa na szczycie UE-Bałkany Zachodnie w czerwcu wprost stwierdził, że po raz pierwszy od 2013 roku „naprawdę odliczamy dni” do kolejnego rozszerzenia. Czarnogóra ma szansę stać się 28. państwem członkowskim.

    Spośród wszystkich kandydatów do UE to właśnie Podgorica jest najbardziej zaawansowana w negocjacjach. Kraj zamknął już 16 z 33 rozdziałów negocjacyjnych, a wszystkie 33 zostały otwarte. W kwietniu Bruksela powołała grupę roboczą do przygotowania projektu traktatu akcesyjnego, a prace nad nim ruszyły w maju. Europejscy dyplomaci studzą jednak optymizm – aby wejście było możliwe 1 stycznia 2028 roku, kluczowe ustalenia muszą zapaść do końca 2026 roku, a traktat musi zostać ratyfikowany przez wszystkie 27 państw. Bardziej realnym terminem wydaje się więc lato 2028 roku.

    Ile Czarnogóra dostanie, a ile wniesie?

    Propozycja Komisji Europejskiej zakłada siedmioletni pakiet na lata 2028–2034. Z szacowanej kwoty 3,2 miliarda euro, 1 miliard euro ma stanowić pomoc przedakcesyjna. Z drugiej strony, szacuje się, że Czarnogóra będzie wpłacać do unijnego budżetu około 75 milionów euro rocznie, co łącznie przez siedem lat daje nieco ponad 500 milionów euro. Ostateczne szczegóły dotyczące składki oraz kwoty, jaką kraj otrzyma z budżetu, będą jeszcze przedmiotem negocjacji między państwami członkowskimi.

    Wyzwania na drodze do UE

    Mimo imponujących postępów, przed Czarnogórą wciąż stoją poważne wyzwania. UE domaga się wzmocnienia niezależności sądownictwa, skuteczniejszej walki z korupcją oraz zwiększenia wolności mediów. Kraj jest pod lupą ze względu na historyczne powiązania między grupami przestępczymi a strukturami politycznymi i gospodarczymi. W ostatnich latach rozpoczęto co prawda ofensywę antykorupcyjną, która doprowadziła do głośnych aresztowań byłych wysokich rangą sędziów, prokuratorów i policjantów, jednak liczba wyroków skazujących pozostaje relatywnie niska.

    Chorwacja stawia warunki

    Decyzja o rozszerzeniu wymaga zgody wszystkich państw członkowskich. Premier Chorwacji Andrej Plenković zadeklarował wsparcie dla Czarnogóry, ale postawił konkretne warunki. Obejmują one m.in.: odszkodowania dla chorwackich więźniów z obozu Morinj oraz przyznanie się do odpowiedzialności, wyjaśnienie losu osób zaginionych w czasie wojny w rejonie Dubrownika, ściganie zbrodni wojennych, rozstrzygnięcie roszczeń majątkowych, rozpoczęcie rozmów o granicy wokół spornego półwyspu Prevlaka, a także zwrot statku szkoleniowego Jadran.

    Co z euro?

    Co ciekawe, Czarnogóra od lat używa euro jako swojej oficjalnej waluty, choć nie jest członkiem strefy euro. Przyjęła ją jednostronnie w 2002 roku. Europejski Bank Centralny wyjaśnił jednak, że kraj nie może przystąpić do strefy euro jednocześnie z wejściem do UE – te procesy muszą następować jeden po drugim. Dokładne ramy prawne zostaną określone w traktacie akcesyjnym.

    Decyzja o przyjęciu Czarnogóry ma wymiar nie tylko finansowy, ale i geopolityczny. Kraj po uzyskaniu niepodległości w 2006 roku, będący niegdyś sojusznikiem Rosji, zdecydowanie zwrócił się w stronę Zachodu. Czarnogóra jest członkiem NATO od 2017 roku i przyłączyła się do sankcji wobec Rosji po agresji na Ukrainę.

  • Polacy znów ruszyli po obligacje skarbowe. Czerwiec z najlepszym wynikiem w 2026 roku

    Polacy znów ruszyli po obligacje skarbowe. Czerwiec z najlepszym wynikiem w 2026 roku

    Po dwóch miesiącach wyraźnego spowolnienia na rynek obligacji skarbowych wrócił dobry nastrój. W czerwcu Polacy kupili detaliczne papiery wartościowe za 8,62 mld zł – to najwyższy miesięczny wynik w tym roku i wyraźne odbicie po maju i kwietniu, gdy sprzedaż nie sięgała 6 mld zł. Skok napędziła przede wszystkim rekordowa fala zamiany starych obligacji na nowe serie.

    Zamiana podbija wynik o 3 mld zł

    Ministerstwo Finansów przyznaje, że czerwcowy sukces nie byłby możliwy bez mechanizmu wymiany papierów. Z tytułu zamiany obligacji detalicznych na nowe emisje sprzedaż wzrosła aż o ponad 3 mld zł. Dla porównania – w maju i kwietniu wartość zamian nie przekraczała 1 mld zł.

    „Polacy doceniają również korzyści z zamiany” – skomentował Jurand Drop, podsekretarz stanu w resorcie finansów. Podkreślił, że to wygodna forma przedłużenia oszczędzania, która nie tylko pozwala kontynuować pomnażanie środków, ale także generuje dodatkowy zysk dzięki dyskontu przy zakupie. Dodał: „Wiedzą o tym nasi klienci, którzy właśnie poprzez zamianę nabyli w czerwcu rekordową liczbę obligacji za ponad 3 mld złotych”.

    Ulubieńcy Polaków: roczne papiery na czele

    Które obligacje cieszyły się największym zainteresowaniem? Królowały jednoroczne papiery o zmiennym oprocentowaniu (ROR), których sprzedaż sięgnęła 3,76 mld zł. Stanowi to 43,5% całej czerwcowej sprzedaży – to wzrost udziału w porównaniu z majem, gdy wynosił 41,5%.

    Drugie miejsce zajęły trzyletnie obligacje o stałym oprocentowaniu (TOS) ze sprzedażą na poziomie 1,5 mld zł (17,4% udziału), a tuż za nimi uplasowały się czteroletnie papiery indeksowane inflacją (COI) – 1,49 mld zł (17,3 proc.). Mniejszym zainteresowaniem cieszyły się obligacje dwuletnie (DOR) i dziesięcioletnie (EDO) – po 9% udziału, oraz trzymiesięczne (OTS) z zaledwie 2%.

    Sezonowość i efekt rolowania

    Eksperci zwracają uwagę na wyraźną sezonowość letnich wyników. Emil Szweda, redaktor naczelny serwisu Obligacje.pl, już wcześniej przewidywał, że wakacyjne miesiące przyniosą wzrost sprzedaży. „Wynika to z mechanizmu rolowania obligacji. Kilka lat temu Ministerstwo Finansów wprowadziło obligacje roczne i dwuletnie, które okazały się ogromnym sukcesem. Teraz część tych papierów osiąga termin wykupu. Inwestorzy odzyskują kapitał i przynajmniej część tych środków będzie ponownie lokowana w obligacje skarbowe. To powinno wspierać wyniki sprzedaży w okresie wakacyjnym” – mówił na początku czerwca w „Parkiecie”.

    Business Insider dodaje, że wzrost sprzedaży w ujęciu rocznym (w czerwcu 2025 r. było to 6,6 mld zł) to także efekt niższej bazy oraz rekordowej zamiany. Mimo to czerwcowy rezultat pozostaje daleko od absolutnych szczytów – w czerwcu 2022 r. Polacy kupili obligacje za 14,1 mld zł, a w lipcu i sierpniu 2024 r. notowano wyniki powyżej 10-11 mld zł.

    Bilans półrocza i perspektywy

    Po pierwszych sześciu miesiącach 2026 r. łączna sprzedaż detalicznych obligacji skarbowych wyniosła niecałe 38,8 mld zł. Dla porównania – w całym rekordowym 2024 r. sięgnęła 82,6 mld zł, a w 2025 r. – 74,9 mld zł. Jeśli utrzyma się obecne tempo, istnieje szansa na przekroczenie wyniku z ubiegłego roku.

    Na lipiec resort finansów nie zmienił warunków oferty. Obligacje jednoroczne (ROR) mają oprocentowanie w pierwszym miesiącu na poziomie 4,00% w skali roku, a dwuletnie (DOR) 4,10%. Trzyletnie papiery stałoprocentowe (TOS) dają 4,40%, czteroletnie indeksowane inflacją (COI) – 4,75%, a dziesięcioletnie (EDO) – 5,35%. Osoby z programu „Rodzina 800+” mogą liczyć na 5,00% w przypadku obligacji sześcioletnich i 5,60% dla dwunastoletnich. Trzymiesięczne papiery (OTS) pozostają na poziomie 2,00%.

  • NATO stawia na prywatny kapitał. Kanada buduje globalny bank obronny z 9 krajami

    NATO stawia na prywatny kapitał. Kanada buduje globalny bank obronny z 9 krajami

    Miliony na obronność z banków i funduszy

    Na szczycie NATO w Ankarze jednym z głównych tematów stała się mobilizacja prywatnego kapitału na cele bezpieczeństwa i obronności. Sojusz chce, by banki, fundusze inwestycyjne i prywatni inwestorzy odgrywali większą rolę w finansowaniu sektora obronnego. Sekretarz generalny NATO Mark Rutte ogłosił, że instytucje finansowe państw sojuszu zgromadziły już 217 miliardów dolarów na wsparcie bezpieczeństwa i obronności. Informację tę przedstawił podczas panelu, który odbył się na marginesie forum przemysłu obronnego, tuż przed rozpoczęciem szczytu w Ankarze. Panel był poświęcony mobilizacji sektora finansowego na rzecz bezpieczeństwa i obronności.

    W panelu wzięli udział przedstawiciele dużych instytucji finansowych z różnych krajów. Wśród nich znalazły się banki takie jak BNP Paribas, Citigroup, Danske Bank, NatWest, a także kanadyjski Business Development Bank of Canada oraz polski PKO Bank Polski.

    Kanadyjska propozycja: Bank DSRB

    Kanada, której premierem jest Mark Carney, promuje na szczycie utworzenie nowego globalnego banku obronnego. Inicjatywa nosi nazwę Defence, Security and Resilience Bank (DSRB) – Bank Obronności, Bezpieczeństwa i Odporności. Jak ogłosił Carney, dziewięć krajów zobowiązało się do wspierania tego projektu. Oprócz Kanady są to: Albania, Belgia, Grecja, Łotwa, Luksemburg, Rumunia, Turcja i Ukraina. To właśnie te państwa mają określić politykę i kierunki działania banku, kształtować jego operacje oraz zapewnić, by korzyści trafiły do gospodarek członkowskich NATO.

    „Powstanie DSRB pociągnie za sobą inwestycje, zwiększy naszą przemysłową bazę obronną i zapewni, że Kanada i sojusznicy będą dysponować możliwością sprostania razem mniej bezpiecznemu i bardziej podzielonemu światu” – podkreślił Mark Carney w komunikacie biura prasowego.

    Przed wylotem do Ankary, podczas konferencji prasowej w Halifaksie, premier Carney mówił o dobrej pozycji finansowej Kanady i znaczeniu banku dla gospodarek uczestniczących krajów.

    Kluczowe założenia i harmonogram

    DSRB ma rozpocząć działalność w 2027 roku. Jego siedziba będzie znajdować się w Kanadzie, choć konkretne miasto nie zostało jeszcze wybrane. W kwietniu tego roku w Montrealu odbyła się trzecia runda negocjacji, podczas której uzgodniono lokalizację oraz treść porozumienia stanowiącego podstawę prawną banku.

    Bank będzie działał na modelu zbliżonym do Banku Światowego – oferując długoterminowe i tanie finansowanie projektów obronnych i związanych z bezpieczeństwem. Ma też wspierać unijną inicjatywę SAFE oraz umożliwiać współpracę między państwami NATO a krajami regionu Indo-Pacyfiku.

    Według wcześniejszych ustaleń, państwa będące udziałowcami mają zapewnić kapitał w wysokości od 65 do 70 miliardów dolarów. Dzięki temu bank ma uzyskać najwyższy rating kredytowy – potrójne A – co pozwoli na pozyskiwanie taniego finansowania. Celem DSRB jest udzielanie długoterminowych kredytów na projekty obronne, w tym również dla małych i średnich przedsiębiorstw. Jak podaje Reuters, bank ma docelowo pozyskać do 100 miliardów funtów na wzmocnienie obronności sojuszników.

    Prywatny sektor w grze

    W prace nad powołaniem DSRB ze strony kanadyjskiej zaangażowany jest rządowy Business Development Canada (BDC). Do instytucji finansowych, które chcą włączyć się w proces, należą największy kanadyjski bank Royal Bank of Canada (RBC), a także JP Morgan Chase, ING Group i Commerzbank.

    Odpowiedź na zagrożenia

    Jak podkreślono w komunikacie kanadyjskiego premiera, inwazja Rosji na Ukrainę wyznaczyła potrzeby sojuszników, by „wytwarzać możliwości obronne w tempie i skali niezbędnej do uzupełniania zapasów i wzmocnienia Sojuszu w dłuższym terminie”. Bank DSRB ma być „pragmatycznym” rozwiązaniem, które oprócz dużych projektów obronnych uwzględniać będzie także potrzeby małych i średnich firm. Na marginesie szczytu NATO w Ankarze sekretarz generalny Mark Rutte potwierdził, że instytucje finansowe państw sojuszu zmobilizowały już 217 miliardów dolarów na wsparcie bezpieczeństwa i obronności.

  • Liczba ofert obligacji dla Kowalskiego spadła o 70% w dwa lata. Co się dzieje na Catalyst?

    Liczba ofert obligacji dla Kowalskiego spadła o 70% w dwa lata. Co się dzieje na Catalyst?

    W pierwszej połowie tego roku na Catalyst trafiło zaledwie pięć publicznych emisji obligacji skierowanych do szerokiego grona inwestorów indywidualnych – plus dwie emisje listów zastawnych. To najgorszy wynik od pięciu lat i aż o 70 proc. mniej niż w rekordowym okresie dwa lata temu. Rynek detalicznych obligacji w Polsce przechodzi głęboką zmianę, ale jej skutki nie są jednoznaczne.

    Pięć ofert w pół roku – najgorszy wynik od lat

    Jeszcze dwa lata temu emitenci chętnie sięgali po prospekty emisyjne, by pozyskać pieniądze od Kowalskiego. Dziś takich ofert jest jak na lekarstwo. Co ważne, ten spadek dotyczy przede wszystkim emisji publicznych. Gdy spojrzymy na cały rynek obligacji korporacyjnych (bez instytucji finansowych), obraz jest nieco inny. Według danych „Parkietu” w ostatnich dwunastu miesiącach przeprowadzono łącznie 233 emisje – to najniższa liczba w tej dekadzie. Poprzednie minimum wyniosło 234 i padło rok temu, a w ostatnich sześciu kwartałach skumulowana liczba nie przekroczyła 241. Tendencja spadkowa utrzymuje się więc od dłuższego czasu.

    Coraz mniej, ale coraz większych

    Paradoksalnie, choć ofert jest mniej, ich średnia wartość rośnie. W drugim kwartale 2026 roku zamknięto 57 emisji obligacji korporacyjnych (z wyłączeniem finansowych) – o 5 proc. mniej niż rok wcześniej. Za to średnia wartość pojedynczej emisji poszła w górę aż o 15,7 proc. i od trzech kwartałów stabilizuje się nieznacznie powyżej 70 mln zł. Co więcej, w ostatnich trzech kwartałach padały kolejne rekordy średniej wielkości emisji. To już nie efekt kilku gigantycznych ofert powyżej 500 mln zł, ale rosnącej liczby emisji w przedziale 100–500 mln zł.

    Zupełnie inaczej wygląda segment emisji banków i instytucji finansowych. Tu liczba ofert od trzech kwartałów nie spada poniżej 150 rocznie, a ich łączna wartość przekracza 80 mld zł w skali 12 miesięcy. Średnia wartość pojedynczej emisji w tym segmencie przekracza 0,5 mld zł – to wzrost o około 60 proc. w porównaniu do średnich sprzed czterech lat. Dla porównania, średnia emisja korporacyjna wzrosła w tym czasie około 2,5-krotnie, głównie za sprawą stopniowego zanikania małych ofert.

    Banki odciągają emitentów

    Za spadkiem liczby ofert stoi kilka czynników. Przede wszystkim rosnąca konkurencja ze strony banków, które łagodzą kryteria kredytowe i „wyssają” z rynku potencjalnych emitentów. Dodatkowo banki same często biorą udział w emisjach, gdy firma uprze się na pozyskanie pieniędzy z rynku. Drugim powodem jest mniejsza aktywność deweloperów, zwłaszcza tych mniejszych, którzy wcześniej regularnie emitowali obligacje. Efekt? Emisje do 20 mln zł – kiedyś popularne – dziś trafiają głównie do funduszy private debt lub są przeprowadzane wewnątrz grup kapitałowych jako oferty bilateralne.

    Co z inwestorami indywidualnymi?

    Dla drobnych graczy to niekorzystna wiadomość. Mniejsza liczba publicznych emisji oznacza zawężenie wyboru na Catalyst. W dłuższej perspektywie może to ograniczyć handel i zróżnicowanie wyników funduszy. Z drugiej strony, rosnąca wartość pojedynczych emisji – jeśli biorą w nich udział inwestorzy indywidualni – powinna skanalizować płynność na konkretnych seriach.

    Co ciekawe, od 30 września 2022 roku, czyli od przymusowej restrukturyzacji Getin Noble Banku, na Catalyst nie odnotowano ani jednego przypadku niewypłacalności (defaultu). Wcześniejsze statystyki były zatrważające – w najgorszym okresie pieniądze nie wracały nawet z co piątej małej emisji. Dopiero afera GetBacku i profesjonalizacja rynku wyeliminowały z obiegu najsłabszych emitentów. Autorzy opracowania przestrzegają jednak, że kilkuletni okres bez defaultów może uśpić czujność inwestorów, prowadząc do akceptacji wyższego ryzyka i niższych marż. W ich ocenie dobra passa prędzej czy później zostanie przerwana.

  • Pakiet zmian w ochronie zdrowia. Eksperci: to nie zatrzyma katastrofy

    Pakiet zmian w ochronie zdrowia. Eksperci: to nie zatrzyma katastrofy

    Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda ogłosiła w środę pakiet reform, który miał poprawić fatalną sytuację w polskiej ochronie zdrowia i ukrócić patologie. Eksperci nie mają jednak złudzeń – propozycje są niewystarczające i nie rozwiązują podstawowych problemów systemu.

    Co przewiduje pakiet?

    Resort zdrowia zaproponował szereg rozwiązań, w tym górny limit stawki godzinowej wynagrodzenia w wysokości 240 zł brutto oraz maksymalny udział wydatków na płace w budżetach szpitali w części finansowanej przez NFZ. Ministerstwo chce także wprowadzić obowiązek zatrudnienia na minimum pół etatu w jednej placówce i konieczność uzyskania zgody na pracę w innych miejscach. Kolejnym pomysłem jest zakaz zawierania przez placówki umów ze spółkami lekarzy. W pakiecie znalazły się również plany rozszerzenia e-Rejestracji i uruchomienia e-Kolejki.

    Eksperci: to nie jest recepta na kryzys

    – Ten pakiet zmian nie uratuje nas przed katastrofą, to nie jest recepta na kryzys – mówi wprost Łukasz Kozłowski, członek rady nadzorczej NFZ, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich i autor Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia.

    Dr Maria Libura, ekspertka systemu ochrony zdrowia, określa propozycje jako „rozczarowujące”, podkreślając, że nie zwiększają dostępności świadczeń dla pacjentów.

    Także środowisko lekarskie nie kryje rozczarowania. Przed czwartkowym spotkaniem z minister Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej, mówił, że ministerstwo po raz kolejny wrzuciło do negocjacji postulat płacowy, by zogniskować uwagę opinii publicznej, podczas gdy prawdziwe wyzwania są inne. Po rozmowach dodał, że ze strony resortu było mało konkretów, i przestrzegł, że ograniczanie wynagrodzeń może doprowadzić do odpływu lekarzy specjalistów z publicznego systemu, a nawet do prywatyzacji sektora.

    Dziura w NFZ wciąż rośnie

    Największym problemem, którego pakiet nie rozwiązuje, jest narastający deficyt w finansach Narodowego Funduszu Zdrowia. Jak wskazuje Łukasz Kozłowski, w oficjalnym planie finansowym funduszu zapisano już 35 mld zł dotacji budżetowej, a i tak według eksperta zabraknie około 21 mld zł. Jeśli rząd nie znajdzie dodatkowych przychodów lub nie uda się ograniczyć wzrostu cen świadczeń, dostęp do leczenia się zmniejszy.

    Konsekwencją może być dalsze zadłużanie się szpitali. Według Monitora Finansowania Ochrony Zdrowia CALPE w I kwartale 2026 roku długi szpitali przekroczyły 30 mld zł. Zobowiązania wymagalne wzrosły o prawie 20% w porównaniu z IV kwartałem 2025 r., osiągając 5,1 mld zł – to największy wzrost od początku 2020 roku.

    Spirala kosztów bez wyjścia?

    Łukasz Kozłowski zwraca uwagę na błędne koło: rosnące płace lekarzy podnoszą wyceny świadczeń, co z kolei winduje stawki kontraktowe. W ciągu 10 lat wyceny świadczeń wzrosły średnio o 130%, czyli 2,5 razy szybciej niż inflacja. Mimo zwiększania nakładów na ochronę zdrowia NFZ nie jest w stanie kupić tylu świadczeń co kiedyś, a potrzeby zdrowotne starzejącego się społeczeństwa rosną.

    – To powoduje ograniczenie dostępu do leczenia i mniejszą liczbę wykonywanych świadczeń. Trzeba jakoś wyplątać się z tej spirali, a niestety nie widzę w pakiecie MZ propozycji, które do tego problemu by się odnosiły – podsumowuje ekspert.

    Co dalej?

    Kolejną okazją do rozmów ma być posiedzenie Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia działającego przy Ministerstwie Zdrowia, zaplanowane na 16 lipca. Prezes NIL Łukasz Jankowski liczy, że resort przedstawi wtedy bardziej konkretne propozycje. Na razie jednak – jak sam przyznał – brakuje w nich informacji o tym, jak skrócić kolejki i zapewnić dostęp do specjalistów.

  • Pierwszy prąd z Bałtyku w polskiej sieci. Offshore staje się rzeczywistością

    Pierwszy prąd z Bałtyku w polskiej sieci. Offshore staje się rzeczywistością

    10 lipca 2026 r. na Pomorzu zapisano nowy rozdział w polskiej energetyce. Do stacji elektroenergetycznej PSE Choczewo w Osiekach Lęborskich po raz pierwszy popłynęła energia z morskiej farmy wiatrowej Baltic Power – pierwszego takiego obiektu w polskiej części Bałtyku. W wydarzeniu udział wzięli m.in. premier Donald Tusk, ministrowie finansów, energii oraz klimatu, a także prezes Orlenu Ireneusz Fąfara i szefowa Northland Power Christine Haley.

    „Technologiczne zwycięstwo” – jak premier ocenił moment

    Donald Tusk nie krył entuzjazmu, nazywając uruchomienie stacji „historycznym momentem” i „technologicznym zwycięstwem”. Podkreślił, że w dobie geopolitycznych zawirowań uniezależnienie się od zewnętrznych dostawców energii ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa kraju. – To wszystko pokazuje, jak ważne jest, żebyśmy mieli niezależne od kaprysów historii i geopolityki źródło energii – mówił premier. Zwrócił też uwagę, że wiatr, który napędza turbiny, jest darmowy i nie podlega politycznym naciskom.

    Stacja Choczewo – gigant z KPO

    Budowa stacji o powierzchni 25 ha (odpowiednik 35 boisk piłkarskich) ruszyła w 2019 r., a jej koszt wyniósł ok. 530 mln zł – w całości sfinansowany z Krajowego Planu Odbudowy. W trakcie prac wmurowano niemal 9,5 tony fundamentów, zmontowano ponad 800 ton konstrukcji stalowych, ułożono 300 km kabli i wybudowano 8 km dróg asfaltowych.

    Za realizację odpowiadały pomorskie firmy SPIE Energy Poland i Elfeko wraz z lokalnymi podwykonawcami. Urządzenia dostarczyły m.in. Olmex z Olsztyna, Hitachi Energy Poland, Siemens Polska, Telefonika Polska oraz Arteche. Stację połączono linią z rozbudowaną stacją Żarnowiec, a trwa budowa kolejnych trzech linii wyprowadzających moc z offshore.

    – Wszystkie inwestycje niezbędne do wyprowadzenia mocy z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku zostały zrealizowane na czas – powiedział prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych Grzegorz Onichimowski. – To przykład wykorzystywania pieniędzy z KPO do stworzenia infrastruktury przyszłości – dodał.

    Baltic Power – 54 turbiny już na morzu

    Projekt Baltic Power, realizowany przez Orlen i kanadyjski Northland Power, wkracza w ostatnią fazę. Na Bałtyku zainstalowano już 54 z 76 turbin o mocy 15 MW każda. Campania instalacyjna jest zaawansowana w ponad 80%, a zakończenie budowy zaplanowano na jesień 2026 r.

    Osiągnięty etap first power oznacza uruchomienie produkcji przez pierwsze turbiny i rozpoczęcie stopniowego oddawania farmy do eksploatacji. – W kolejnych tygodniach następne turbiny będą przechodzić rozruch i testy. Wytwarzana przez nie energia będzie już trafiać do krajowej sieci – poinformował Orlen.

    Docelowo farma osiągnie moc ok. 1,2 GW i będzie produkować około 4 TWh rocznie, co stanowi ok. 3% obecnego krajowego zapotrzebowania na energię elektryczną. To ilość wystarczająca dla ponad 1,5 mln gospodarstw domowych.

    Ile zapłacimy za prąd z Bałtyku?

    W ramach kontraktu różnicowego (CfD) dla pierwszej fazy offshore cena energii z Baltic Power została ustalona na 319,60 zł/MWh, z coroczną waloryzacją o inflację. Obecnie, według szacunków, wynosi ona ok. 400 zł za MWh. Dla porównania ceny giełdowe energii z dostawą na rok przyszły na początku lipca kształtowały się na poziomie 450–455 zł/MWh.

    Co dalej?

    Stacja Choczewo ma docelowo obsługiwać sześć morskich farm wiatrowych o łącznej mocy blisko 6 GW – to więcej niż Elektrownia Bełchatów. Do sieci w najbliższym czasie przyłączone zostaną farmy Baltica 2 (PGE) – w przyszłym roku, oraz C-Wind (Ocean Winds) – w 2028 r. Operator planuje też podłączenie centrów danych i magazynów energii – pierwsi inwestorzy już się zgłaszają.

    Wszystkie prace związane z budową stacji i linii przesyłowych mają zakończyć się w pierwszym półroczu 2027 r.

  • Chińskie auta przejęły 10% Europy. Volkswagen szykuje zwolnienia na niespotykaną skalę

    Chińskie auta przejęły 10% Europy. Volkswagen szykuje zwolnienia na niespotykaną skalę

    Chińskie marki samochodowe po raz pierwszy w historii przekroczyły 10% udziału w europejskim rynku, a tradycyjni giganci zaczynają się trząść w posadach. Volkswagen, który przez dekady był synonimem motoryzacyjnej potęgi, przygotowuje jeden z największych programów zwolnień w dziejach branży – może on objąć nawet 100 000 osób. To dwa oblicza tej samej rewolucji.

    Chiński przełom w Europie

    W maju 2026 r., jak podaje Europejskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (ACEA), chińscy producenci zdobyli około 10% europejskiego rynku, a trend wciąż jest wzrostowy. Do czołowych graczy należą BYD, Chery i Leapmotor, które oferują tańsze i często lepiej wyposażone auta elektryczne oraz hybrydy. Z raportu ACEA za pierwsze pięć miesięcy 2026 roku wynika, że aż dziewięć marek odnotowało w Europie dwucyfrowe spadki rejestracji – a to przy wzroście całego rynku o 4,5%. Klienci masowo przerzucają się na nowych producentów.

    Volkswagen pod presją

    Volkswagen przygotowuje się do radykalnych zmian. Wcześniej ogłoszono plany redukcji 50 000 etatów w Niemczech do 2030 r. i zmniejszenia krajowej produkcji o 500 000 aut rocznie. Porozumienie z 2024 r. z pracownikami zakładało już redukcję ponad 35 000 etatów w samej marce Volkswagen do 2030 r. Jak donosi „Manager Magazin”, liczba zwolnień może sięgnąć nawet 100 000. Wśród analizowanych fabryk znalazły się Hanower, Zwickau, Emden oraz zakład Audi w Neckarsulm – zamknięcie tych czterech lokalizacji mogłoby kosztować około 45 000 miejsc pracy.

    Sprzedaż samochodów marki Volkswagen skurczyła się o około 7% rok do roku, a jej marża operacyjna spadła do zaledwie 3,3%. Dla porównania, Grupa Volkswagen zatrudniała globalnie ponad 667 tys. osób, z czego niemal 43% w Niemczech. Podczas walnego zgromadzenia akcjonariuszy prezes Oliver Blume mówił o rekordowo wysokim i wciąż rosnącym poziomie ryzyka dla koncernu.

    Spór o skalę restrukturyzacji

    Volkswagen planuje też uprościć ofertę modelową – obecnie koncern ma około 150 linii modelowych w markach Porsche, Audi, Škoda i Volkswagen Samochody Dostawcze. Liczba modeli ma zostać zmniejszona nawet o połowę, aby skoncentrować nakłady na najbardziej rentownych segmentach. Koncern nie ujawnił, które modele lub marki zostaną objęte zmianami ani harmonogramu realizacji. Zakres zmian pozostaje przedmiotem sporu z przedstawicielami pracowników.

    „Dość tego, to już ostatnia kropla” – powiedziała Daniela Cavallo, główna przedstawicielka związków zawodowych, zapowiadając nadzwyczajne zebrania w zakładach po wakacyjnej przerwie, jeśli zarząd nie przedstawi wyjaśnień.

    Dyrektor finansowy Arno Antlitz ocenił, że dotychczasowe wysiłki VW na rzecz redukcji miejsc pracy i mocy produkcyjnych „nie przyniosły rezultatu wystarczająco w obecnym otoczeniu gospodarczym i politycznym”. Zarząd uważa, że wcześniej uzgodnione działania nie zapewnią oczekiwanych oszczędności ze względu na pogarszające się warunki rynkowe. Koncern odczuwa również skutki amerykańskich ceł, które obciążają wyniki marek Audi i Porsche.

    BYD – nauka na błędach

    Ekspansja BYD w Europie była początkowo utrudniona przez błędy – zbyt słabą sieć dealerską i późne wejście z hybrydami plug-in – jak relacjonowała agencja Reuters. Firma szybko je skorygowała, rozbudowując salony i przyciągając menedżerów z europejskich koncernów, w tym ze Stellantisa, kusząc ich atrakcyjnymi pakietami płacowymi. Obecnie BYD notuje rejestracje rosnące o ponad 145% w stosunku do poprzedniego roku, co plasuje go wśród najszybciej rosnących marek na rynku.

    Chiński rynek – bolesna strata Volkswagena

    Sytuacja w Chinach pokazuje, jak głęboka jest zmiana. Volkswagen przez lata dominował na tamtejszym rynku, ale w 2024 r. przegonił go BYD, a w 2025 r. znalazł się na trzecim miejscu. Z analizy AlixPartners wynika, że udział producentów spoza Chin spadł z 57% w 2020 r. do 32% w 2025 r. – innymi słowy, stracili ponad połowę swojej pozycji. Co więcej, sprzedaż nowych aut w Chinach zaczęła spadać, co skłania tamtejszych producentów do zwiększania eksportu, zwłaszcza w kierunku Europy.

    Zdaniem ekspertów ogłoszone plany mogą nie wystarczyć do odwrócenia trendu. Dalsza eskalacja konkurencji w Chinach, presja kosztowa w Europie i amerykańskie taryfy mogą zdaniem analityków zmusić VW do jeszcze głębszych cięć. Ostateczne decyzje w sprawie skali zwolnień i przyszłości fabryk wciąż są przedmiotem negocjacji z pracownikami i władzami Dolnej Saksonii.

  • Eurocontrol zamraża miliardy PAŻP. Pfizer sięga po swoje przez opłaty lotnicze

    Eurocontrol zamraża miliardy PAŻP. Pfizer sięga po swoje przez opłaty lotnicze

    To niecodzienna sytuacja: pieniądze, które normalnie trafiają do Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej z tytułu opłat trasowych, zostały zablokowane przez Eurocontrol. Powód? Amerykański gigant Pfizer chce w ten sposób wyegzekwować gigantyczne odszkodowanie od polskiego rządu.

    1 lipca 2026 r. PAŻP otrzymała zawiadomienie od Europejskiej Organizacji ds. Bezpieczeństwa Żeglugi Powietrznej (Eurocontrol) o zajęciu należnych jej wierzytelności z tytułu opłat trasowych. Decyzja ma bezpośredni związek z wyrokiem sądu belgijskiego z kwietnia 2026 r. w sprawie Pfizer przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej.

    Jak Eurocontrol wstrzymuje płatności?

    Eurocontrol, który na podstawie Konwencji Eurocontrol i umowy wielostronnej ratyfikowanych przez Polskę pobiera opłaty trasowe w imieniu PAŻP, ma teraz obowiązek wstrzymać przekazywanie agencji wszelkich środków z tego tytułu. Jak wyjaśnia PAŻP, dotyczy to zarówno środków już zgromadzonych, jak i tych, które wpłyną w przyszłości – aż do momentu zaspokojenia roszczenia Pfizera lub innego rozstrzygnięcia sprawy.

    „Otrzymanie przez Eurocontrol tytułu wykonawczego oznacza obowiązek wstrzymania przekazywania PAŻP wszelkich środków pochodzących z opłat trasowych” – czytamy w oświadczeniu agencji.

    Opłaty trasowe stanowią ponad 80% przychodów PAŻP i są podstawowym źródłem finansowania jej działalności. To pokazuje, jak poważne może być to uderzenie w finanse instytucji odpowiedzialnej za bezpieczeństwo ruchu lotniczego nad Polską. PAŻP jest przy tym jedyną instytucją w kraju, która szkoli i zatrudnia cywilnych kontrolerów lotu oraz zarządza ruchem na polskim niebie.

    Reakcja PAŻP: formalny sprzeciw i koordynacja z państwem

    PAŻP nie zamierza biernie czekać. Agencja poinformowała, że podejmuje wszelkie działania zmierzające do uchylenia zabezpieczenia i zwolnienia jej środków. Przygotowywany jest formalny sprzeciw, który zostanie wniesiony w wymaganym terminie.

    „Przygotowywany jest formalny sprzeciw, który zostanie wniesiony w wymaganym terminie” – podała PAŻP.

    W sprawie uchylenia zabezpieczenia PAŻP współpracuje z Prokuratorią Generalną Rzeczypospolitej Polskiej oraz innymi odpowiednimi organami państwowymi. Równocześnie, we współpracy z krajowymi instytucjami, agencja pracuje nad zabezpieczeniem środków finansowych na zapewnienie nieprzerwanej realizacji swoich zadań.

    Agencja zapewnia, że bezpieczeństwo i ciągłość służb żeglugi powietrznej nie są zagrożone, a pracownicy nie muszą obawiać się zwolnień. PAŻP podkreśla, że proces przed sądem w Brukseli nie miał z nią nic wspólnego i nie jest związany z jej działalnością operacyjną.

    Tło sporu: Pfizer kontra Polska

    1 kwietnia 2026 r. sąd pierwszej instancji w Brukseli orzekł, że Polska musi odebrać od Pfizera szczepionki przeciwko COVID-19 i zapłacić firmie 5,644 mld zł (dokładnie 5 mld 644 mln zł). Do odbioru jest około 64 mln dawek szczepionki. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało już odwołanie od nieprawomocnego wyroku. Do kwoty głównej należy dodać około 170 mln zł kosztów procesowych.

    Spór toczy się przed brukselskim sądem, ponieważ tam została zawarta umowa między Komisją Europejską a Pfizerem w 2021 r. Polska zobowiązała się wtedy do zakupu określonej liczby szczepionek, ale w 2022 r. odmówiła dalszego odbioru dawek. We wrześniu 2023 r. Pfizer pozwał Polskę o wykonanie umowy.

    Sąd w Brukseli uznał, że Polska nie wykazała, aby Pfizer nadużył swoich praw, kontynuując egzekwowanie umowy. Sąd stwierdził też, że ani wojna na Ukrainie, ani spadek liczby zakażeń nie stanowiły okoliczności uzasadniających odstąpienie od zobowiązań. Ponadto sąd orzekł, że Polska nie udowodniła, by klauzule umowy dotyczące ceny, liczby dawek czy zrzeczenia się odpowiedzialności wskazywały na nadużycie pozycji dominującej przez Pfizera.

    Co dalej?

    Na początku czerwca 2026 r. Polsce doręczono kopię wykonawczą wyroku wraz z nakazem zapłaty. Ministerstwo Zdrowia ma 60 dni od daty doręczenia na złożenie apelacji – termin ten upływa więc w sierpniu. W międzyczasie PAŻP przygotowuje swój sprzeciw wobec zajęcia środków. Cała sprawa wciąż się rozwija.