Blog

  • JPMorgan w rozkroku: strategowie krzyczą „kupuj”, a prezes Dimon ostrzega przed ryzykiem

    JPMorgan w rozkroku: strategowie krzyczą „kupuj”, a prezes Dimon ostrzega przed ryzykiem

    Ta sama instytucja, dwa zupełnie różne sygnały dla inwestorów. Podczas gdy analitycy JPMorgan wietrzą okazję do zakupu akcji po ostatnich spadkach, sam prezes banku Jamie Dimon studzi entuzjazm i ostrzega, że rynki mogą bagatelizować poważne zagrożenia. Kto ma rację?

    Konflikt z Iranem a giełdowe okazje

    Napięcia na Bliskim Wschodzie – a konkretnie konflikt z Iranem – ponownie wywołały nerwowość na światowych giełdach i przeceny wielu spółek. Większość inwestorów reaguje paniką, ale strategowie JPMorgan patrzą na to inaczej.

    Zespół analityków kierowany przez Mislava Matejkę przekonuje, że obecne spadki mogą być jedną z najlepszych okazji do zakupu akcji dla długoterminowych inwestorów. Bank wskazuje na silne prognozy zysków spółek oraz stabilne fundamenty gospodarki, które – jego zdaniem – nadal przemawiają za dalszym wzrostem rynku.

    Analitycy prognozują, że w USA i strefie euro zysk na akcję może wzrosnąć średnio o około 8%. Wśród argumentów za dalszymi wzrostami wymieniają m.in. lepsze wskaźniki wyprzedzające OECD, stabilny rynek pracy w USA, wzrost akcji kredytowej oraz poprawę koniunktury w Europie.

    Które sektory mogą zyskać najwięcej?

    Zdaniem strategów JPMorgan, sektor bankowy i półprzewodnikowy mają największy potencjał wzrostu w nadchodzących miesiącach. Bank spodziewa się mocnych wyników kwartalnych banków oraz dalszej poprawy ich rentowności. W przypadku półprzewodników po okresie słabszych notowań pojawiają się pozytywne rewizje prognoz zysków, co może przełożyć się na odbudowę kursów.

    Znacznie ostrożniej JPMorgan podchodzi do sektora energetycznego – obecne wyceny pozostawiają niewielką przestrzeń do dalszych wzrostów, zwłaszcza przy możliwych wahaniach cen ropy.

    Dimon studzi optymizm

    Tymczasem Jamie Dimon, prezes JPMorgan Chase, prezentuje diametralnie odmienne stanowisko. W wywiadzie dla CNBC stwierdził, że rynki nie w pełni uwzględniają rosnącą listę zagrożeń geopolitycznych i fiskalnych.

    „Myślę, że te zagrożenia są prawdopodobnie większe, niż jest to zakładane” – powiedział Dimon.

    Wskazał na wojny na Ukrainie i Bliskim Wschodzie, napięte relacje między USA a Chinami, a także rosnące wydatki na obronność w okresie narastającego deficytu budżetowego w USA. Zdaniem szefa największego amerykańskiego banku, deficyty USA ostatecznie doprowadzą do podwyżek stóp procentowych.

    Obligacje? Nie, dziękuję

    Dimon dał jasno do zrozumienia, że nie kupowałby długoterminowych obligacji skarbowych USA. Uważa, że rentowność obligacji 10-letnich utrzyma się w przedziale 4,0–4,5% – obecnie wynosi ona 4,60%. Nie widzi większego potencjału wzrostu ich ceny, nawet jeśli inflacja spadnie do celu Fed.

    A akcje? Tylko wybrane

    Prezes JPMorgan jest również ostrożny w przypadku akcji. Przy obecnych wycenach nie kupowałby ich na szerszym rynku, a jedynie w przypadku konkretnych spółek, które uznałby za „świetną inwestycję”.

    Odnosząc się do boomu sztucznej inteligencji oraz ogromnych kwot wydawanych przez największe firmy technologiczne na jej rozwój, Dimon porównał obecną sytuację do okresu bańki internetowej. Przypomniał, że początkowi liderzy tamtego okresu, jak Yahoo czy Netscape, stracili później na znaczeniu, a zwycięzcami okazały się ostatecznie Google czy Facebook.

    „Czy to się opłaci tak jak jest to obecnie oczekiwane i w takiej perspektywie jaka jest zakładana? Zdecydowanie nie” – stwierdził Dimon.

    Ryzyko długotrwałej wyprzedaży – niskie

    Mimo rozbieżnych stanowisk, strategowie JPMorgan oceniają ryzyko długotrwałej wyprzedaży jako niewielkie. Tymczasem S&P500 rośnie w tym roku o prawie 9% pomimo trwającego od końca lutego konfliktu, który doprowadził do największego w historii szoku naftowego. Rentowność obligacji 2-letnich USA wzrosła już o ponad 73 pkt bazowe, a 10-letnich o prawie 43 pkt bazowe. Obligacje 30-letnie od dwóch tygodni utrzymują się powyżej poziomu 5%.

    Dla inwestorów długoterminowych oznacza to podwyższoną zmienność. Strategowie banku radzą traktować okresowe spadki jako okazję do zwiększenia zaangażowania, przy zachowaniu odpowiedniej dywersyfikacji portfela. Prezes Dimon radzi natomiast wyjątkową ostrożność i wybieranie jedynie perełek. Która strategia się obroni – czas pokaże.

  • USA otwierają drzwi do produkcji Patriotów poza granicami. Polska na celowniku

    USA otwierają drzwi do produkcji Patriotów poza granicami. Polska na celowniku

    Stany Zjednoczone po raz pierwszy oficjalnie dopuszczają myśl o produkcji najnowocześniejszych pocisków przeciwlotniczych PAC-3 Patriot poza swoim terytorium, a Polska wyrasta na jednego z kluczowych kandydatów do tej roli.

    Sygnał padł z najwyższego szczebla. Sekretarz obrony USA, Michael Duffy, podczas spotkania przemysłu zbrojeniowego na marginesie szczytu NATO w Ankarze wprost stwierdził, że Waszyngton jest otwarty na taki scenariusz.

    — Zdecydowanie pozostawiamy otwartą możliwość produkcji poza granicami USA — oświadczył Duffy, odpowiadając na pytania o przyszłość pocisków PAC-3, produkowanych przez koncern Lockheed Martin.

    Ta deklaracja ma ogromne znaczenie dla sojuszników, którzy dotychczas musieli polegać głównie na dostawach zza oceanu.

    Europejskie centrum serwisowe dla Patriotów

    Choć pełna produkcja to wciąż kwestia przyszłości, pierwszy krok został już zrobiony. Z koncernem Lockheed Martin list intencyjny podpisały Polska, USA, Niemcy, Holandia oraz Szwecja. Dokument zakłada powołanie europejskiego centrum serwisowania pocisków PAC-3 do systemów obrony powietrznej Patriot.

    Ceremonia podpisania odbyła się podczas NATO Defence Industry Forum w Ankarze – wydarzenia poświęconego transatlantyckiej produkcji obronnej i innowacjom. To właśnie tam padły kluczowe słowa o możliwym przeniesieniu produkcji.

    Nie tylko serwis. Polski rząd celuje w produkcję

    Choć obecne rozmowy koncentrują się na serwisowaniu, polski rząd ma znacznie większe ambicje. Już w maju wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz podczas wizyty w Kanadzie zapowiadał, że Polska może stać się hubem produkcyjnym dla amerykańskiej technologii.

    — Otwierają się drzwi dla możliwości przenoszenia produkcji na przykład rakiet PAC-3 do Patriotów czy pocisków rakietowych do HIMARS-ów — mówił wicepremier.

    Kosiniak-Kamysz podkreślał wtedy, że nasz kraj jest „jednym z najbardziej poważnie rozpatrywanych kierunków” pod kątem nowej produkcji. To nie przypadek – Polska od lat inwestuje w systemy Patriot, a jej geopolityczne położenie czyni z niej naturalnego partnera dla USA.

    Kontekst: Polska poza antybalistyczną koalicją

    Równocześnie z pozytywnymi wieściami w sprawie Patriotów, pojawił się mniej korzystny dla Polski wątek. Z niedawnego paryskiego szczytu państw wspierających Ukrainę rozeszła się informacja, że Polska nie przystąpiła do tzw. koalicji antybalistycznej.

    Rząd tłumaczy, że to porozumienie ma charakter przede wszystkim przemysłowy, a jego udziałowcami jest dziewięć wysoko rozwiniętych państw NATO z odpowiednimi mocami produkcyjnymi. Rzeczywiście, z najbliższej walczącej Ukrainie wschodniej flanki sojuszu w antyrakietowej koalicji nie ma nikogo – ani Polski, ani choćby Rumunii.

    Jak wynika z doniesień, potencjał Polskiej Grupy Zbrojeniowej okazuje się na razie zbyt słaby, choć w dalszej perspektywie ewentualne dołączenie naszych zakładów pozostaje otwarte. Proces europeizacji zdolności militarnych NATO jest już nieodwracalny, logiczny i finansowo uczciwy, a także oderwany od poglądów decydenta zasiadającego aktualnie w Białym Domu. Donald Trump wyostrzył problem kosztów osłony dla Europy wręcz doktrynalnie, ale temat po raz pierwszy wywołał ponad dekadę temu jeszcze Barack Obama.

    Szczyt NATO w Ankarze zakończył się 8 lipca 2026 r. jednomyślną deklaracją napisaną pod wymagania Donalda Trumpa, zawierającą kilka charakterystycznych zapisów.

    Co dalej?

    Otwartość USA na zagraniczną produkcję PAC-3 to historyczna zmiana w polityce eksportowej amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Dla Polski, która stara się odgrywać coraz większą rolę w europejskim bezpieczeństwie, to jednocześnie szansa i wyzwanie. Z jednej strony pojawia się realna perspektywa zostania hubem produkcyjnym dla kluczowych systemów obronnych, z drugiej – widać, że bez pilnego zwiększenia własnych mocy produkcyjnych, nasze ambicje mogą napotkać ograniczenia.

    Na razie najbliższym, konkretnym krokiem jest utworzenie europejskiego centrum serwisowego pocisków PAC-3. Kolejne decyzje – dotyczące już samej produkcji – mogą zapaść w najbliższych miesiącach, w zależności od postępu rozmów między amerykańskim rządem a Lockheed Martin.

  • Trump znów uderza w Kanadę. 50-procentowe cła na wino, kije hokejowe i cement

    Trump znów uderza w Kanadę. 50-procentowe cła na wino, kije hokejowe i cement

    Donald Trump podpisał w poniedziałek, 20 lipca, trzy nowe proklamacje nakładające dodatkowe, 50-procentowe cła na szeroki wachlarz kanadyjskich towarów. Decyzja ta – jak ostrzega CNN – grozi wybuchem rozległej wojny handlowej z drugim największym partnerem handlowym Stanów Zjednoczonych.

    Cła na podstawie prawa z 1930 roku

    Trump podpisał proklamacje, opierając się na sekcji 338 ustawy taryfowej z 1930 r. Ten rzadko używany przepis pozwala na nałożenie ceł w wysokości do 50 proc. na import z wybranych krajów bez zgody Kongresu – wystarczy, że administracja uzna, iż dany kraj dyskryminuje amerykańskie towary.

    Biały Dom tłumaczy nowe taryfy właśnie jako „odpowiedź na dyskryminacyjne traktowanie amerykańskich produktów przez Kanadę”. Waszyngton podkreśla, że chodzi o zapewnienie równych warunków konkurencji dla kluczowych amerykańskich produktów eksportowych, takich jak samochody, alkohol i produkty mleczne.

    Co trafi na listę?

    Lista objętych nowymi cłami towarów jest długa i zróżnicowana. Wśród wymienionych przez Biały Dom znalazły się między innymi: wino, kije hokejowe i cement. Cła mają wejść w życie 30 dni po podpisaniu proklamacji, co w praktyce oznacza około połowy sierpnia 2026 roku. To daje obu stronom krótki czas na ewentualne negocjacje.

    Pożary lasów a cła – oficjalne stanowisko

    Wcześniej Trump sugerował powiązanie nowych opłat z wpływem kanadyjskich pożarów lasów na jakość powietrza w USA. Mówił o doliczeniu kosztów zanieczyszczenia do taryf. W niedzielę Trump i premier Kanady Mark Carney spotkali się podczas finału mistrzostw świata w piłce nożnej. Jednak wysoki rangą przedstawiciel amerykańskiej administracji powiedział Axiosowi, że nowe cła nie są związane z pożarami lasów, a kwestia ta jest nadal analizowana.

    Kanada: to my jesteśmy stroną, która odpowiada

    Premier Kanady Mark Carney odpowiedział w poniedziałek, deklarując gotowość do rozmów, ale przede wszystkim zapowiadając ochronę kanadyjskiej gospodarki. Carney stanowczo odrzucił amerykańską narrację o dyskryminacji. Podkreślił, że to, co USA nazywają dyskryminacją, jest w rzeczywistości odpowiedzią na wcześniejsze amerykańskie cła, które – jego zdaniem – bezpośrednio naruszają umowę CUSMA (CAN-US-Mexico Agreement), w tym cła na sektor motoryzacyjny.

    „Kanada, co jest jej prawem, zaledwie zastosowała wyrównanie tych działań” – podkreślił Carney.

    Premier przypomniał, że Ottawa przedstawiła już „szereg szczegółowych i kompleksowych propozycji, by rozwiązać spór i zmodernizować CUSMA”. Zadeklarował gotowość do intensyfikacji tych dyskusji w nadchodzących tygodniach. Carney podkreślił też, że Kanada popiera wolny i uczciwy handel, o czym świadczy podpisanie ponad 20 nowych porozumień gospodarczych. Wskazał, że spór celny z USA uderza w kieszenie obywateli, powodując wzrost kosztów życia – „szczególnie w USA”.

    Kanada stawia na ochronę własnej gospodarki

    Carney zapowiedział zdecydowane działania: Kanada podejmie wszystkie niezbędne środki, by budować swoją siłę w kraju i wspierać swoich obywateli. Na razie oba kraje czekają na upływ 30 dni, które dzielą je od wejścia w życie nowych taryf i – potencjalnie – od eskalacji konfliktu handlowego na niespotykaną skalę. Nowe cła, które Trump podpisał w poniedziałek, mają wejść w życie dokładnie 30 dni po dacie proklamacji, co oznacza, że efekt odczują zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy po obu stronach granicy. W ocenie CNN 50-procentowe taryfy grożą wybuchem rozległej wojny handlowej, która może dotknąć nie tylko bezpośrednio zaangażowane kraje, ale także globalne łańcuchy dostaw. Tymczasem Carney podkreślił, że Kanada jest gotowa do rozmów, ale nie ustąpi w kwestii ochrony swojego rynku i suwerenności handlowej.

  • 26,5 mld zł z SAFE i deficyt 5,9% PKB. Nowe dane o polskich finansach

    26,5 mld zł z SAFE i deficyt 5,9% PKB. Nowe dane o polskich finansach

    Najnowsze statystyki NBP i GUS rzucają nowe światło na kondycję polskich finansów publicznych. Z danych NBP wynika, że w maju 2026 r. sektor rządowy odnotował wzrost zobowiązań o 26,5 mld zł, głównie z tytułu kredytów otrzymanych w ramach Programu SAFE. W tym samym miesiącu saldo rachunku bieżącego było ujemne i wyniosło 4,5 mld zł – to niewielka poprawa w porównaniu do 5 mld zł deficytu z maja 2025 r. Na ujemny wynik złożyły się deficyty w handlu towarami (5 mld zł), dochodach pierwotnych (13,4 mld zł) i dochodach wtórnych (0,4 mld zł), które zostały częściowo zrównoważone nadwyżką w usługach (14,3 mld zł).

    Bilans handlowy i usługi

    W maju 2026 r. wartość eksportu towarów sięgnęła 128,3 mld zł, co oznacza wzrost o 5,2% w skali roku. Import wzrósł o 3,4%, osiągając poziom 133,4 mld zł. Wśród produktów, które napędzały wzrost sprzedaży zagranicznej, znalazły się miedź rafinowana, srebro, sprzęt komputerowy oraz produkty naftowe. Z kolei branża motoryzacyjna odnotowała spadek, co negatywnie odbiło się na całkowitym wyniku eksportu. W sektorze usług przychody z eksportu wyniosły 41 mld zł (wzrost o 4,3%), a wydatki na usługi zagraniczne ukształtowały się na poziomie 26,7 mld zł (wzrost o 6,6%). Dzięki temu usługi pozostały jedyną kategorią z dodatnim saldem, które sięgnęło 14,3 mld zł.

    Saldo dochodów pierwotnych pogłębiło się o 1,3 mld zł w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej, osiągając wartość -13,4 mld zł. Głównym obciążeniem były dochody zagranicznych inwestorów bezpośrednich, które wyniosły 14,2 mld zł. Dodatkowy wpływ na to saldo miały wypłaty z inwestycji portfelowych (3,3 mld zł) oraz pozostałych inwestycji (1,9 mld zł). Saldo dochodów wtórnych pozostało ujemne, na poziomie 0,4 mld zł.

    Nowe przepisy UE i pierwszy raport GUS

    Zgodnie z unijnymi przepisami, państwa członkowskie Unii Europejskiej zostały zobowiązane do publikacji kwartalnych danych o deficycie i długu sektora instytucji rządowych i samorządowych, odrębnie dla każdego podsektora. Po raz pierwszy w tych ramach wymagane dane opublikował we wtorek Główny Urząd Statystyczny (GUS). W pierwszym kwartale 2026 r. deficyt całego sektora wyniósł 15 mld 493 mln zł. Sytuacja na szczeblu centralnym była znacznie gorsza – deficyt sięgnął tam 58 mld 557 mln zł. Ten ujemny wynik został jednak częściowo skompensowany nadwyżką podsektora samorządowego na szczeblu lokalnym, która wyniosła 39 mld 289 mln zł.

    Dług sektora na koniec marca 2026 r. sięgnął 2 bln 444 mld 256 mln zł. Ponad 99% tej kwoty przypada na szczebel centralny, co sprawia, że rozbicie na podsektory w tym przypadku nie wnosi istotnej różnicy. GUS wyjaśnia, że deficyt w tym ujęciu oznacza zadłużenie netto, czyli różnicę między wydatkami a dochodami sektora.

    Polska na tle Unii Europejskiej

    Europejski urząd statystyczny Eurostat opublikował we wtorek zbiorcze zestawienie danych dla wszystkich krajów członkowskich. Deficyt sektora finansów publicznych w Polsce w pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł 5,9% PKB – to wynik zdecydowanie powyżej unijnej średniej na poziomie 3,1%. Większą nierównowagę w finansach odnotowano tylko na Węgrzech (6,6% deficytu). Dla porównania, w Niemczech deficyt wyniósł 3,6%, a w Czechach 2,3%.

    Jeśli chodzi o dług, Polska wypada na tle innych krajów nieco lepiej, plasując się mniej więcej w połowie stawki. Wskaźnik zadłużenia wyniósł 61,6% PKB, podczas gdy średnia unijna to prawie 83%. W pięciu państwach dług przekracza już 100% rocznej produkcji – w kolejności rosnącej są to: Hiszpania, Belgia, Francja, Włochy i Grecja. Liderzy tego zestawienia mają wskaźniki zadłużenia ponad dwukrotnie wyższe niż Polska.

    Szybki przyrost długu

    Problemem polskich finansów pozostaje tempo wzrostu zadłużenia. Porównując dane sprzed roku, Polska odnotowała trzeci najszybszy wzrost wskaźnika zadłużenia wśród krajów UE. Szybciej zadłużały się tylko Finlandia i Bułgaria.

  • Koniec hossy w 2027? Ekspert Oxbow Advisors wskazuje datę głębokiej korekty

    Koniec hossy w 2027? Ekspert Oxbow Advisors wskazuje datę głębokiej korekty

    Czy wieloletnia hossa na giełdach zbliża się do końca? Chance Finucane, dyrektor ds. inwestycji w Oxbow Advisors, przewiduje, że w 2027 roku na Wall Street i GPW może dojść do głębokiego załamania. Kluczowymi przyczynami mają być spowolnienie wzrostu gospodarczego oraz ochłodzenie inflacji po okresie intensywnej ekspansji.

    Dlaczego akurat 2027?

    Zdaniem Finucane’a obecne warunki rynkowe wciąż sprzyjają aktywom o podwyższonym ryzyku, jednak ta tendencja wkrótce może się odwrócić. Inwestorzy zaczną porównywać dane makroekonomiczne z silnymi odczytami z pierwszej połowy tego roku, a niekorzystne porównania rok do roku zwiększą presję na wyceny akcji.

    Nie zdziwiłoby nas, gdyby entuzjazm i chciwość wokół tego trendu utrzymały się i poszły wyżej w dalszej części roku, ale my patrzymy w przyszłość na rok 2027. Uważamy, że w przyszłym roku istnieje ogromny potencjał głębszego spadku, głównie dlatego, że nastąpi przejście przez pewne cykle.

    Ekspert nie wyklucza, że jeszcze w tym roku może wystąpić głębsza korekta – na niektórych spółkach AI już się rozpoczęła i może się pogłębić. Akcje związane ze sztuczną inteligencją wciąż przyciągają kapitał, ale ich wyceny stają się coraz bardziej podatne na spadki.

    Strategia na nadchodzącą zmienność

    Oxbow Advisors rekomenduje ostrożne podejście do obligacji długoterminowych. Firma preferuje krótkoterminowe inwestycje o stałym dochodzie, w tym:

    • amerykańskie obligacje skarbowe (Treasuries),
    • obligacje korporacyjne o ratingu inwestycyjnym,
    • obligacje komunalne o zapadalności około trzech lat lub krócej.

    Taka strategia ma umożliwić reinwestowanie przy potencjalnie wyższych rentownościach, jeśli inflacja i stopy ponownie wzrosną. Według Finucane’a obligacje długoterminowe mogą pozostawać nieatrakcyjne przez dłuższy czas, jeśli utrzyma się obecny cykliczny trend stóp procentowych.

    GPW pod presją

    Mimo świetnych wyników w pierwszej połowie roku, na warszawskim parkiecie pojawiły się sygnały ostrzegawcze. Od czwartku 16 lipca indeks WIG20 stracił blisko 2 procent. Indeks wciąż porusza się w kanale wzrostowym obowiązującym od kwietnia, ale coraz częściej odbija się od górnego ograniczenia, co – zdaniem analityka Marcina Podlackiego – zwiększa prawdopodobieństwo głębszej korekty.

    Polska giełda wciąż wygląda relatywnie dobrze, jednak historia pokazuje, że podczas większych korekt w Stanach Zjednoczonych warszawski parkiet praktycznie nigdy nie pozostawał całkowicie odporny na pogorszenie globalnych nastrojów.

    Podlacki przeprowadził badanie wśród 233 inwestorów indywidualnych. Wyniki wskazują na wyraźną zmianę nastrojów. Aż 28 procent badanych spodziewa się, że WIG20 zakończy tydzień poniżej 3700 punktów. Z kolei 22 procent liczy na powrót powyżej 3800 punktów. Po długim okresie optymizmu widać pierwsze oznaki ostrożności, co historycznie oznacza wzrost zmienności.

    Odmienne spojrzenie JPMorgan

    Zupełnie inne stanowisko zajmują stratedzy JPMorgan z zespołem kierowanym przez Mislava Matejkę. Ich zdaniem przeceny wywołane napięciami geopolitycznymi mogą tworzyć atrakcyjne punkty wejścia dla inwestorów o długim horyzoncie. Bank wskazuje, że prognozy zysków na 2026 rok wciąż są rewidowane w górę – nie tylko w przypadku gigantów technologicznych, ale w praktycznie wszystkich sektorach i regionach. Analitycy JPMorgan uważają, że średni wzrost zysku na akcję rzędu 8 procent zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w strefie euro jest realny do osiągnięcia. Stawiają na spółki cykliczne, szczególnie sektor bankowy i producentów półprzewodników.

    Złoto tanieje, ale banki centralne kupują

    Na rynku surowców uwagę zwraca zachowanie złota. Po osiągnięciu szczytu na poziomie 5589 dolarów za uncję w styczniu, cena spadła do około 4000 dolarów, czyli o blisko 28 procent. Drugi kwartał był dla kruszcu najgorszy od 2013 roku. Mimo to banki centralne w pierwszym kwartale tego roku kupiły 244 tony złota, więcej niż w poprzednim kwartale i powyżej pięcioletniej średniej. Sam Ludowy Bank Chin dodał około 40 ton w pierwszych sześciu miesiącach 2026 roku, a czerwiec był dwudziestym z rzędu miesiącem zakupów.

    Choć obecne otoczenie wciąż sprzyja ryzykownym aktywom, Finucane z Oxbow Advisors pozostaje przy swojej prognozie. Jak sam podkreśla: „Nie zdziwiłoby nas, gdyby entuzjazm i chciwość wokół tego trendu utrzymały się i poszły wyżej w dalszej części roku, ale my patrzymy w przyszłość na rok 2027.”

  • Fala oszustw ubezpieczeniowych w 2025 r. AI pomaga przestępcom na potęgę

    Fala oszustw ubezpieczeniowych w 2025 r. AI pomaga przestępcom na potęgę

    Polski rynek ubezpieczeń w 2025 roku odnotował rekordową liczbę wykrytych przestępstw – aż 40 tys. przypadków, czyli o 24 proc. więcej niż rok wcześniej. Łączna wartość tych przestępstw sięgnęła 798 mln zł, co oznacza wzrost o 18 proc. w porównaniu z 2024 r. – wynika z raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń, do którego jako pierwsza dotarła „Rzeczpospolita”.

    Na szczęście dla portfeli ubezpieczycieli i uczciwych klientów, zdecydowana większość tych zdarzeń to usiłowania wyłudzeń – zakłady ubezpieczeń udaremniły 38 527 prób o wartości 759 mln zł. Rzeczywistych wyłudzeń odnotowano 1557, a ich wartość to 39 mln zł.

    Cyfrowa rewolucja w przestępczości

    Jak czytamy w raporcie PIU:

    Analiza zjawisk obserwowanych w 2025 r. pozwala stwierdzić, że przestępczość ubezpieczeniowa wchodzi w nową, cyfrową fazę.

    Tradycyjne wyłudzenia odszkodowań wciąż stanowią problem, ale dynamicznie rosną oszustwa popełniane już na etapie zawierania umowy. Przestępcy coraz częściej wykorzystują skradzione tożsamości, tworzą tożsamości syntetyczne (łączące prawdziwe dane z fałszywymi) lub podszywają się pod pośredników ubezpieczeniowych.

    W zdalnych kanałach sprzedaży, porównywarkach i mediach społecznościowych oszuści oferują „pomoc” w obejściu systemu taryfikacji, wyłudzając składkę lub wynagrodzenie za rzekome załatwienie taniej polisy. Rozwój narzędzi AI ułatwia im transgraniczną współpracę i błyskawiczne rozprzestrzenianie się wzorców działania.

    Życie i śmierć – na tym chcą zarobić oszuści

    W ubezpieczeniach na życie wartość wykrytych przestępstw wzrosła o 31 proc., do 101 mln zł, a liczba przypadków przekroczyła 10 tys. Ponad połowa tej kwoty (55 mln zł) dotyczyła zgłoszeń związanych ze zgonem ubezpieczonego. Przeciętnie wyłudzenie na podstawie upozorowanego zgonu opiewało na 38 tys. zł.

    Sprawcy często kupują polisę już po śmierci danej osoby lub ubezpieczają kogoś w skrajnie złym stanie zdrowia, a coraz częściej wykorzystują do tego wygenerowane lub zmodyfikowane dane. Kolejne 23 mln zł to oszustwa związane z poważnym zachorowaniem (średnio 22 tys. zł na roszczenie). W tym przypadku sprawcy masowo sięgają po AI do fałszowania dokumentacji medycznej – opinii lekarskich, wyników badań i innych dokumentów opisujących stan zdrowia.

    W 58 proc. przypadków fałszywe roszczenia dotyczyły rzekomego pobytu w szpitalu – przeciętna wartość takiego oszustwa to zaledwie 1400 zł. W 2025 r. pojawiła się też nowa kategoria: pakiety zdrowotne i assistance medyczny, gdzie oszuści wyłudzają refundację fikcyjnych kosztów na podstawie podrobionych faktur.

    Majątek i komunikacja – największe pole do nadużyć

    Zakłady ubezpieczeń wykryły w 2025 r. ponad 30 tys. przestępstw w ubezpieczeniach majątkowych o łącznej wartości 697 mln zł (wzrost o 17 proc. rok do roku). Najwięcej, bo około 64 proc. liczby i wartości, dotyczyło ubezpieczeń komunikacyjnych.

    W ubezpieczeniu OC wartość wykrytych przestępstw sięgnęła 144 mln zł (ponad 11 tys. przypadków), a w Autocasco – 172 mln zł (blisko 6 tys. przypadków). Ubezpieczyciele bacznie przyglądają się rekordzistom: w latach 2023–2025 wytypowano 9,2 tys. posiadaczy polis OC, którzy spowodowali po cztery szkody, oraz 6,1 tys. z pięcioma i więcej. W AC podobne statystyki wynoszą odpowiednio 9,4 tys. i 8,4 tys. klientów.

    Coraz popularniejsze stają się też wyłudzenia w ubezpieczeniach mieszkań i domów – blisko 5 tys. przypadków na kwotę 41 mln zł. Wykryto także 1,2 tys. oszustw w OC w życiu prywatnym (10 mln zł).

    AI w służbie fałszerstwa

    Nowe technologie są wykorzystywane nie tylko do kradzieży tożsamości, ale także do dokumentowania fałszywych roszczeń. Sprawcy używają wygenerowanych lub zmienionych przy pomocy AI zdjęć, ekspertyz i sfałszowanej dokumentacji, by uprawdopodobnić rzekome straty lub zawyżyć odszkodowanie w prawdziwym zdarzeniu.

    Popularne stało się np. zgłaszanie uszkodzenia sprzętu elektronicznego przez przepięcie – w rzeczywistości sprzęt jest uszkodzony w inny sposób lub fikcyjny, a jego istnienie „udowadnia” wygenerowane zdjęcie lub dowód zakupu. W ubiegłym roku odnotowano około 200 takich przypadków na kwotę ponad 620 tys. zł.

    Tradycyjne metody jednak nie znikają: w 2025 r. ujawniono 451 wyłudzeń dotyczących pożarów mienia (41 mln zł) i 51 fikcyjnych kradzieży (4 mln zł).

  • Banki na celowniku fiskusa. Kolejna podwyżka CIT może uderzyć w portfele klientów

    Banki na celowniku fiskusa. Kolejna podwyżka CIT może uderzyć w portfele klientów

    Indeks WIG-banki reaguje na polityczne zapowiedzi

    W środę 15 lipca indeks WIG-banki stracił blisko 1,5%, schodząc do 24 818 pkt. Główny WIG zniżkował tego dnia o 0,4%, a WIG20 o 0,2%. Choć część spadku można wiązać z lekką korektą na europejskich akcjach bankowych, uwagę inwestorów przykuły słowa Katarzyny Pełczyńskiej‑Nałęcz, szefowej Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

    Polityczka zapowiedziała, że w ciągu kilku dni przekaże ministrowi finansów propozycję dalszego podniesienia CIT dla banków. Obecna stawka wynosi 30% (z początkiem 2026 roku zastąpiła standardowe 19%), a zgodnie z obowiązującą ustawą miała stopniowo spadać – do 26% w 2027 i 23% w 2028 roku. Teraz kierunek może ulec odwróceniu.

    „Jest przestrzeń, by CIT jeszcze podwyższyć i mieć z tego kilka dodatkowych miliardów do budżetu po to, żeby ulżyć tym, którzy dzisiaj niesprawiedliwie płacą najwięcej podatków, a zarabiają średnio” – powiedziała minister.

    Zyski banków już spadają, podatek rośnie

    Dane Narodowego Banku Polskiego pokazują, że argument o wciąż wysokich dochodach sektora nie do końca znajduje potwierdzenie. Po pięciu miesiącach 2026 roku zysk netto banków wyniósł 17,6 mld zł – o 15,6% mniej niż rok wcześniej. Głównym powodem jest właśnie wyższy CIT: do końca maja banki zapłaciły około 10,14 mld zł tego podatku, o 50% więcej niż w analogicznym okresie 2025 roku. Wyższe obciążenie CIT obniżyło wynik netto sektora o około 3,4 mld zł.

    Według rządowych szacunków podwyżka CIT do 30% miała przynieść budżetowi dodatkowe 6,5 mld zł w pierwszym roku, a przez dziesięć lat – ponad 20 mld zł. Zdaniem Związku Banków Polskich dalsze zwiększanie daniny to jednak błędny kierunek.

    ZBP ostrzega: mylenie płynności z rentownością

    Związek Banków Polskich w oficjalnym stanowisku zarzucił ministrze błędne utożsamianie płynności sektora z jego rentownością.

    „Dalsze podwyższanie CIT uderza właśnie w możliwość budowy kapitałów, ponieważ odbiera bankom część wyniku finansowego, który mógłby zostać zatrzymany. (…) Propozycja kolejnego podwyższenia CIT może krótkoterminowo poprawić dochody budżetu państwa. Jej długookresowym skutkiem mogą być jednak słabsza akcja kredytowa, wyższy koszt finansowania oraz mniejsze możliwości realizacji strategicznych inwestycji” – zaznaczył ZBP.

    Organizacja podkreśla, że już obecne przepisy oznaczają, iż w latach 2026–2028 sektor zapłaci około 13,9 mld zł CIT więcej niż przy standardowej, 19‑procentowej stawce. Po uwzględnieniu podatku bankowego efektywne obciążenie fiskalne branży sięga 42–45%, podczas gdy średnia unijna wynosi nieco ponad 21%. ZBP wskazuje też, że w latach 2023–2026 bezpośrednie wpływy budżetowe z sektora bankowego (CIT, podatek bankowy, dywidendy, PIT pracowników) wyniosą łącznie około 115 mld zł.

    Klienci ostatecznie zapłacą?

    Eksperci zwracają uwagę, że koszty wyższych podatków mogą być przerzucone na klientów. Banki prawdopodobnie podniosą marże kredytowe, opłaty i prowizje oraz obniżą oprocentowanie depozytów.

    Marcin Materna, dyrektor działu analiz w Biurze Maklerskim Banku Millennium, ocenia, że konkurencja ogranicza, ale nie eliminuje przerzucania kosztów:

    „Jeżeli wyższe obciążenie podatkowe dotyczy wszystkich uczestników rynku w podobnym stopniu, presja na podnoszenie cen produktów finansowych pozostaje. (…) Ostatecznie dużą część wyższego podatku zapłaci klient” – mówi Materna.

    Jego zdaniem zarządy banków są rozliczane z wyników i nie będą trwale obniżać rentowności. „Im banki będą mniej reagować na kolejne obciążenia, a ich zyski nie spadną do poziomu uznawanego przez polityków za optymalny, to obciążenia będą tylko rosnąć, a tym samym koszty ponoszone przez klientów” – dodaje.

    Skala możliwego uderzenia w gospodarkę

    ZBP przeanalizował scenariusz, w którym dalsza podwyżka CIT miałaby sfinansować podniesienie drugiego progu PIT do 140 tys. zł (koszt około 12 mld zł rocznie). W takim wypadku stawka CIT dla banków musiałaby w 2026 roku wzrosnąć do około 45,4%, a w 2027 i 2028 utrzymać się na poziomie odpowiednio 44,5% i 42,1%. Efektywna stopa CIT zbliżyłaby się wówczas do 60%.

    Łączny ubytek wyniku finansowego banków względem standardowej 19‑procentowej stawki wyniósłby około 18,8 mld zł, co – według ZBP – przełożyłoby się na ograniczenie zdolności sektora do finansowania gospodarki o ponad 110 mld zł.

    Obecnie popyt na kredyt jest mniejszy niż możliwości banków, ale dalsze obciążenia mogą uderzyć w największe projekty infrastrukturalne – chociażby budowę elektrowni jądrowej – ze względu na limity koncentracji.

    Co dalej?

    Minister Pełczyńska‑Nałęcz zobowiązała się przedstawić resortowi finansów szczegółową propozycję w ciągu kilku dni. Decyzja o ewentualnym dalszym wzroście CIT dla banków może zapaść w najbliższych tygodniach. Jej skutki odczują nie tylko akcjonariusze, ale także miliony klientów banków w Polsce.

  • Tesla i SpaceX: Fuzja warta biliony? Prawdopodobieństwo rośnie

    Tesla i SpaceX: Fuzja warta biliony? Prawdopodobieństwo rośnie

    Jeszcze niedawno Elon Musk ucinał spekulacje o połączeniu Tesli i SpaceX. Dziś narracja zmienia się diametralnie. Coraz więcej inwestorów sądzi, że połączenie obu firm jest przesądzone i chodzi już tylko o termin – tak przynajmniej wynika z doniesień Bloomberga i analiz rynkowych. Analityk Wedbush, Dan Ives, ocenia prawdopodobieństwo takiej fuzji w ciągu najbliższego roku na ponad 80%. Z kolei platforma prognostyczna Kalshi wycenia szanse na sfinalizowanie transakcji przed 2028 rokiem na 62%.

    Co napędza spekulacje?

    Bezpośrednim pretekstem była inwestycja Tesli w SpaceX. W 2026 roku Tesla wydała około 2 miliardów dolarów na zakup blisko 19 milionów akcji SpaceX, co stanowi mniej niż 1% wszystkich akcji spółki. Zdaniem rynku był to pierwszy krok w stronę głębszej integracji. W czerwcu SpaceX zadebiutowało na giełdzie, co zdaniem komentatorów ułatwia wycenę i realizację ewentualnej transakcji opartej na wymianie akcji.

    Obie firmy coraz mocniej stawiają na sztuczną inteligencję. Tesla rozwija autonomiczną jazdę i humanoidalne roboty Optimus, a SpaceX przejęło xAI i planuje umieszczenie centrów danych w kosmosie. Wspólne projekty, takie jak fabryka układów scalonych w Teksasie czy inicjatywa Macrohard (której celem jest zbudowanie firmy programistycznej opartej na agentach AI zamiast ludzkich programistów), realnie zacierają granice między spółkami.

    Jak wielka byłaby to transakcja?

    Skala fuzji byłaby bezprecedensowa. SpaceX wyceniane jest obecnie na około 1,8 biliona dolarów, a Tesla na 1,5 biliona dolarów. Połączony podmiot byłby wart około 3,3 biliona dolarów – to wielokrotnie więcej niż głośna fuzja Vodafone z Mannesmannem z 2000 roku, która opiewała na 200 miliardów dolarów. Połączenie oznaczałoby powstanie ekosystemu łączącego sztuczną inteligencję, robotykę, magazynowanie energii, satelitarną łączność Starlink i autonomiczny transport.

    Nie tylko obietnice – realne synergie

    Współpraca między firmami już istnieje. Według Reutera w ubiegłym roku SpaceX i xAI kupiły od Tesli produkty i usługi warte około 650 milionów dolarów, w tym magazyny energii Megapack oraz samochody Cybertruck. Tesla rozwija też kolejne projekty z pozostałymi firmami Muska, jak nowe fabryki układów AI w Austin. Regulator w USA zgodził się na wystrzelenie kolejnych 7500 satelitów Starlink nowszej generacji, co podnosi planowaną liczbę na orbicie do 15 tysięcy. W przyszłości taka infrastruktura mogłaby zapewnić stałą łączność dla samochodów Tesli, robotaxi i stacji ładowania. Jeśli projekt Starship spełni oczekiwania i znacząco obniży koszty wynoszenia ładunków na orbitę, wspólna spółka zyskałaby dodatkowy fundament technologiczny.

    Ryzyka, które studzą entuzjazm

    Mimo atrakcyjnej wizji rynek dostrzega poważne przeszkody. Wyraźnym sygnałem ryzyka jest wycena SpaceX – jego wskaźnik ceny do przychodów sięga dziś około 77, podczas gdy w minionym roku spółka poniosła stratę netto sięgającą 4,9 miliarda dolarów. Sam obszar AI odpowiadał za stratę operacyjną powyżej 6,4 miliarda dolarów. Po ewentualnej fuzji akcjonariusze Tesli przejęliby nie tylko potencjał wzrostowy, ale też wysokie koszty rozwoju i ryzyko dalszego spalania gotówki.

    Tesla również ma swoje wyzwania. Testy usługi robotaxi w Teksasie ujawniły problemy z dostępnością pojazdów, czasem oczekiwania i bezpieczeństwem. Tegoroczne nakłady inwestycyjne Tesli przekroczyły już 25 miliardów dolarów, a spółka przyznaje, że w kolejnych kwartałach może notować ujemne wolne przepływy pieniężne.

    Do tego dochodzą kwestie ładu korporacyjnego. Musk ma dominujący udział w głosach w SpaceX, a przy tym należy do największych udziałowców Tesli. Zdaniem analityków inwestorzy będą oczekiwać przejrzystego procesu decyzyjnego i sprawiedliwej wyceny. Analitycy ostrzegają też przed ryzykiem konglomeratowego dyskonta – połączona spółka może być warta mniej niż suma jej części, co podważałoby sens całej transakcji. Wskazują również na potencjalny konflikt interesów między akcjonariuszami obu podmiotów. O sukcesie fuzji zdecydują przede wszystkim realne synergie oraz to, czy przyniesie ona większą wartość niż rozwój obu firm jako niezależnych spółek.

  • Ukryty sygnał z USA, który wyprzedził 182% zwyżkę Orlenu. Crack spread nie daje o sobie zapomnieć

    Ukryty sygnał z USA, który wyprzedził 182% zwyżkę Orlenu. Crack spread nie daje o sobie zapomnieć

    Gdy akcje Orlenu w ciągu ostatnich 18 miesięcy zyskały ponad 182%, niewielu inwestorów zwracało uwagę na wskaźnik, który – jak się okazuje – doskonale zapowiadał ten rajd. Mowa o amerykańskim crack spreadzie, czyli marży rafineryjnej, która w ostatnich dniach znów przykuwa uwagę.

    Czym jest crack spread i dlaczego ma znaczenie?

    Crack spread to różnica między ceną ropy naftowej a wartością wytworzonych z niej produktów – głównie benzyny i oleju opałowego. W uproszczonym modelu 3-2-1 zakłada się, że z trzech baryłek ropy powstają dwie baryłki benzyny i jedna destylatu. Gdy ceny paliw rosną szybciej niż surowca, spread się powiększa – sygnalizując lepsze warunki dla rafinerii. I odwrotnie – gdy ropa drożeje szybciej, marża topnieje.

    Orlen to co prawda konglomerat o szerokim portfolio, ale segment rafineryjny pozostaje istotnym elementem biznesu. Dlatego globalne trendy w marżach paliwowych mogą przekładać się na wyniki finansowe spółki, a w konsekwencji na kurs jej akcji.

    Liczby mówią same za siebie

    Jak wynika z analizy obejmującej okres od stycznia 2025 do lipca 2026, korelacja między poziomem crack spreadu a kursem akcji Orlenu wyniosła około 0,85. To bardzo wysoka wartość, wskazująca na silną zależność. W tym samym czasie akcje Orlenu podrożały o 182,6%, a sam crack spread poszerzył się o 41,9 USD na baryłkę.

    Co więcej, kurs spółki reaguje na zmiany wskaźnika z opóźnieniem – to zjawisko charakterystyczne dla relatywnie mało efektywnego polskiego rynku kapitałowego. Podobny mechanizm widać na przykładzie KGHM i cen miedzi. Dla inwestora oznacza to, że obserwacja crack spreadu może dostarczać cennych sygnałów wyprzedzających, ale nie jest to jedyne narzędzie w analizie.

    Obecna fala wzrostów – Orlen pnie się w górę

    Właśnie w tych dniach związek ten ponownie daje o sobie znać. Wczorajsza sesja przyniosła wzrost kursu o 2,90%, a seria blisko dziesięciu zwyżkowych sesji z rzędu pozwoliła Orlenowi odrobić wszystkie straty z czerwca. Od początku tej serii akcje zyskały około 18%.

    Kurs znajduje się obecnie na poziomie 144 zł za akcję, zaledwie kilka procent poniżej tegorocznych i historycznych maksimów. Jeśli popyt utrzyma przewagę, w najbliższych dniach możemy być świadkami próby wybicia na nowe rekordy.

    Za wzrostami stoją nie tylko marże rafineryjne, ale także rosnące ceny ropy naftowej oraz napięcia geopolityczne na linii USA–Iran, które sprzyjają sektorowi paliwowemu.

    Fundamenty też nie zawodzą

    Orlen prezentuje solidne wskaźniki finansowe. Rentowność kapitału własnego (ROE) wynosi 8,83%, wskaźnik ceny do zysku (C/Z) to 9,56, a ceny do wartości księgowej (C/WK) – zaledwie 0,84. To ostatnie oznacza, że akcje są wyceniane poniżej wartości księgowej, co przy dodatniej rentowności może sugerować niedowartościowanie. Zadłużenie spółki utrzymuje się na bezpiecznym poziomie 42,73%, a marża operacyjna sięga 8,31% – co plasuje Orlen w czołówce efektywności w branży.

    Czy crack spread ponownie wyprzedzi rynek? Tego nie wiemy, ale historia pokazuje, że ten amerykański wskaźnik paliwowy zasługuje na uwagę każdego, kto śledzi notowania polskiego koncernu – zwłaszcza w obliczu kolejnych prób bicia historycznych szczytów.

  • Pyszne.pl rezygnuje z własnych kurierów. 5000 osób do zwolnienia?

    Pyszne.pl rezygnuje z własnych kurierów. 5000 osób do zwolnienia?

    Popularna platforma do zamawiania jedzenia Pyszne.pl szykuje rewolucję logistyczną. Firma ogłosiła, że jeszcze tego lata zrezygnuje z własnej floty kurierskiej i przejdzie na model współpracy z zewnętrznymi pośrednikami. Decyzja ta wywołała już reakcję związkowców i Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które alarmuje o możliwych zwolnieniach grupowych.

    Koniec ery własnych kurierów

    Jak czytamy w komunikacie firmy, strategia zakłada przejście na model 3PL (third-party logistics). Oznacza to, że Pyszne.pl nie będzie już bezpośrednio zatrudniać kurierów, a ich rolę przejmą partnerzy zewnętrzni.

    „Zmiana modelu logistycznego to nie odwrót – to dojrzała decyzja biznesowa” – skomentował współzałożyciel i dyrektor zarządzający Pyszne.pl, Arkadiusz Krupicz.

    Krupicz wyjaśnił, że własna flota przy obecnej skali działania firmy zaczyna być ograniczeniem. Model 3PL ma zapewnić elastyczność, większy zasięg i możliwość skalowania w zależności od popytu.

    Firma zapewnia, że dla klientów zmiana nie będzie oznaczać żadnych utrudnień ani opóźnień. Przeciwnie – celem jest zwiększenie liczby dostępnych kurierów oraz liczby miast objętych dostawą. Transformacja, która startuje latem 2026 roku, ma umożliwić rozbudowę sieci partnerów dostawczych nawet o kilkanaście tysięcy osób.

    5000 kurierów na bruk?

    Informacja o zmianie modelu współpracy zbiegła się w czasie z poważnymi zarzutami ze strony związkowców. Według doniesień OPZZ Konfederacji Pracy, Pyszne.pl planuje zwolnić do końca sierpnia wszystkich swoich kurierów. Mowa o około 5 tysiącach osób.

    Zwolnionym ma zostać zaproponowane ponowne zatrudnienie, ale już nie bezpośrednio w Pyszne.pl, a u jednego z pięciu partnerów flotowych. Wśród nich wymieniane są m.in. Natviol, Avalon Logistics Group czy Eternis, a w procesie rekrutacji pośredniczy firma City Drive.

    Związkowcy alarmują, że nowy model oznacza dramatyczne pogorszenie warunków pracy. Dotychczas kurierzy byli zatrudniani na umowy cywilno-prawne z minimalną stawką godzinową. W nowym systemie mieliby być opłacani za każdą dostawę, co w praktyce może oznaczać zarobki niższe od minimalnej stawki lub brak wynagrodzenia przy braku zamówień. Co więcej, ponownie zatrudnieni mieliby ponosić dodatkowe opłaty na rzecz partnerów flotowych za rozliczenie.

    Kontrola PIP i ministra

    Sprawą zainteresowało się już Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które wnioskuje o priorytetowe sprawdzenie podstaw zatrudnienia kurierów w Pyszne.pl. Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) prowadzi obecnie kontrolę w firmie.

    To możliwe dzięki niedawnej reformie PIP, która przyznała inspekcji nowe uprawnienia. Inspektorzy mogą teraz przekształcać pozorne umowy cywilnoprawne w umowy o pracę. Jeśli kontrola wykaże nieprawidłowości, PIP wyda polecenie ich usunięcia. Dopiero w przypadku braku wykonania, inspektor będzie mógł złożyć wniosek o przekształcenie umowy. Od decyzji będzie można odwołać się do sądu pracy.

    W przypadku uznania, że kurierzy powinni być zatrudnieni na umowę o pracę, zastosowanie znajdzie ustawa o zwolnieniach grupowych. Nakłada ona na pracodawcę obowiązek konsultacji zwolnień ze związkami zawodowymi oraz wypłaty odpraw.

    Unijna dyrektywa w tle

    Zmiany w Pyszne.pl zachodzą w czasie, gdy w Polsce trwają prace nad wdrożeniem unijnej dyrektywy platformowej. Ma ona zapewnić lepszą ochronę praw kurierów pracujących dla platform takich jak Pyszne.pl, Glovo czy Uber. Nowe przepisy mają chronić nie tylko kurierów zatrudnionych bezpośrednio, ale także tych pracujących przez pośredników. Polska ma czas na wdrożenie dyrektywy do grudnia 2026 roku, a projekt ustawy trafił już do wykazu prac rządu.