Blog

  • Bitcoinowy grobowiec się otwiera. Spór o miliardy w sądzie

    Bitcoinowy grobowiec się otwiera. Spór o miliardy w sądzie

    Kryptowalutowy świat żyje doniesieniami o budzących się po latach uśpionych portfelach Bitcoin. W ciągu kilkunastu dni odnotowano aż dwa spektakularne transfery, które łączy jedna wspólna, tajemnicza nić – postać „Noah Doe”. Za tym anonimowym pseudonimem kryje się spór sądowy o miliardy dolarów, który może mieć precedensowy wpływ na rynek.

    15 lat ciszy i zwrot rzędu 700 000%

    O pierwszym z wydarzeń poinformowało Galaxy Research na platformie X. Jak podała firma, 4 lipca 2026 roku w bloku o numerze 956627 doszło do ruchu środków z adresu, który pozostawał nietknięty od 7 sierpnia 2011 roku. Było to 30 BTC, które przy obecnej cenie Bitcoina wynoszącej około 62 719 dolarów są warte blisko 1,88 miliona dolarów.

    Okres uśpienia tych monet wyniósł dokładnie 14 lat i 9 miesięcy. Zrealizowany zysk sięgnął astronomicznej kwoty 1,84 miliona dolarów, co przekłada się na wzrost o 719 353%. Środki zostały bowiem zakupione po średniej cenie zaledwie 9 dolarów za sztukę.

    Kolejny wieloryb w ruchu. 383 miliony dolarów

    Zaledwie kilkanaście dni później, bo 16 lipca 2026 roku, na blockchainie doszło do kolejnego gigantycznego transferu. Około godziny 00:15 UTC w bloku o numerze 958217 przeniesiono 5 907,56 BTC, których wartość szacowana jest na 383,6 miliona dolarów.

    Środki te trafiły na adres pierwotnie 14 grudnia 2017 roku. Galaxy Research szacuje, że ich właściciel kupował Bitcoiny po średniej cenie około 17 tysięcy dolarów za sztukę, co oznacza wzrost wartości o około 285,5 miliona dolarów i stopę zwrotu na poziomie około 291%.

    W przeciwieństwie do wielu spektakularnych transferów, te monety nie trafiły na żaden znany adres depozytowy giełdy. Zostały przesłane do wcześniej nieoznaczonego portfela, co – jak podkreśla Galaxy Research – nie stanowi dowodu na przygotowania do sprzedaży.

    Tajemniczy Noah Doe i pozew o 3,8 miliona BTC

    Oba transfery łączy atrybucja nadawcy. Galaxy Research zidentyfikowało pierwszy adres jako Noah Doe #38530, a drugi jako Noah Doe #27. To bezpośrednio wiąże je z głośną sprawą sądową toczącą się w Nowym Jorku.

    „Noah Doe” to jeden z anonimowych powodów, który domaga się uznania go za właściciela 3,8 miliona dawno uśpionych Bitcoinów znajdujących się na 39 069 adresach. Wśród nich mogą znajdować się portfele powiązane z tajemniczym twórcą kryptowaluty, Satoshiem Nakamoto. Powodami w sprawie są także dwie nienazwane spółki LLC z Wyoming, występujące jako ABC Company i XYZ Company.

    Instrumentem prawnym w tej batalii jest powództwo o ustalenie prawa własności, oparte na nowojorskiej ustawie dotyczącej rzeczy znalezionych. Sprawa ma charakter precedensowy, łącząc tradycyjne prawo z nowoczesnymi aktywami cyfrowymi.

    Przeciwnik staje do walki

    W ostatnim czasie w sprawie pojawił się realny przeciwnik. Pozwany, występujący jako „John Doe 33”, złożył wniosek o oddalenie powództwa, argumentując, że całe roszczenie jest bezpodstawne.

    Co więcej, w najnowszym transferze zaobserwowano migrację środków ze starszego adresu na nowoczesny adres w standardzie bc1q (SegWit). Taka zmiana pozwala obniżyć koszty transakcyjne i jest standardową praktyką przy modernizacji starszych portfeli.

    Nowa era wielorybów?

    Rynek obserwuje wzrost aktywności długoterminowych posiadaczy. Analityk z CryptoQuant, J.A. Maartun, określił to zjawisko mianem „wielkiej redystrybucji”. Dane wskazują, że tzw. „nowe wieloryby”, głównie podmioty instytucjonalne, kontrolują obecnie Bitcoiny o wartości około 130 miliardów dolarów, przewyższając już zasoby tradycyjnych długoterminowych wielorybów, których portfele wyceniane są na około 126 miliardów dolarów.

  • PPK nie przeciekają jak durszlak. Nowe dane PFR rozwiewają wątpliwości

    PPK nie przeciekają jak durszlak. Nowe dane PFR rozwiewają wątpliwości

    Wokół Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK) od czasu do czasu pojawia się narracja o masowym wycofywaniu środków, jakby program był dziurawą skarbonką. Najnowsze dane Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) za pierwszy kwartał 2026 roku wyraźnie pokazują jednak, że to tylko mit. Owszem, kwota zwrotów wzrosła, ale w relacji do rosnącej skali całego programu jej znaczenie systematycznie maleje.

    Więcej zwrotów, ale relatywnie mniejsze znaczenie

    Z danych przytoczonych przez PFR wynika, że w I kwartale 2026 roku wartość zwrotów z PPK wyniosła 833,9 mln zł. To wzrost o około 10% w porównaniu do 752,8 mln zł z IV kwartału 2025 roku. Na pierwszy rzut oka może to niepokoić, ale kluczowe wskaźniki mówią co innego.

    Udział zwrotów w ogólnej liczbie uczestników PPK spadł bowiem z 4,68% do 4,61%. Co więcej, wartość wycofanych pieniędzy w stosunku do nowych wpłat również się zmniejszyła – z 23,5% do 22,6%. Oznacza to, że choć nominalnie wypłacamy więcej, to w porównaniu z lawinowo rosnącą pulą oszczędności, zjawisko to traci na sile.

    Jeden raz, a nie systematyczne wypłaty

    Eksperci PFR podważają popularny stereotyp, że uczestnicy regularnie sięgają po pieniądze z PPK jak po portfel. Z danych wynika, że 56% osób, które kiedykolwiek zdecydowały się na zwrot, zrobiło to tylko jeden raz.

    „Dane te podważają popularny pogląd, że uczestnicy regularnie wypłacają środki z programu. W większości przypadków zwrot jest jednorazową decyzją, związaną z konkretną potrzebą, sytuacją życiową lub po prostu chęcią przetestowania zasad programu” – czytamy w komentarzu PFR.

    Portal PPK dodaje, że wzrost wartości zwrotów nie jest zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, że w programie gromadzi się coraz więcej pieniędzy, a uczestnicy nie mogą dokonać częściowego zwrotu. „Wraz z rozwojem PPK i wzrostem skali programu znaczenie zwrotów jednak relatywnie maleje, a nie rośnie. To przeciwieństwo narracji o narastającej tendencji do wycofywania środków z systemu” – podkreślono.

    Rekordowe aktywa i nowi uczestnicy

    Podczas gdy niektórzy wycofują środki, cały system rośnie w siłę. Łączna wartość aktywów netto PPK na 9 lipca 2026 roku sięgnęła niemal 55 mld zł. Dla porównania, na koniec maja było to 52,78 mld zł, co oznacza wzrost o 2,45 mld zł w ciągu miesiąca.

    Do programu w pierwszym półroczu 2026 roku przystąpiło aż 280 tysięcy nowych osób. Na wzrost aktywów wpływają nie tylko nowe wpłaty, ale także dobra koniunktura na GPW, gdzie ulokowana jest większość środków funduszy zdefiniowanej daty.

    Eksperci: program nie wymaga „uszczelniania”

    Część mediów co jakiś czas podnosi alarm, że PPK „przeciekają jak durszlak”. Eksperci cytowani przez „Parkiet” studzą te obawy, wskazując, że nie ma mowy o masowym odpływie kapitału. Wcześniejsze wypłaty szkodzą przede wszystkim samym uczestnikom, którzy tracą część środków, a nie stabilności programu.

    Przypomnijmy, że uczestnik PPK może w każdej chwili wystąpić o zwrot. Otrzymuje wtedy 100% swoich wpłat oraz 70% środków od pracodawcy. Pozostałe 30% trafia do ZUS, powiększając kapitał emerytalny. Kwota zwrotu jest pomniejszona o podatek od zysków kapitałowych oraz o dopłaty państwa.

    Co dalej z PPK?

    Głos w sprawie przyszłości programu zabrała Marta Damm-Świerkocka z zarządu PFR Portal PPK. Zgodziła się ona z oceną Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, że warto rozważyć rozwiązania zwiększające atrakcyjność PPK.

    „Jednym z kierunków mogłaby być waloryzacja dopłaty rocznej lub powiązanie jej wysokości z długością okresu oszczędzania. Jednocześnie chcę podkreślić, że nie są prowadzone żadne działania, które miałyby ograniczać uczestnikom PPK możliwość dysponowania zgromadzonymi środkami czy dokonywania wypłat. PPK pozostają programem dobrowolnym, elastycznym i nastawionym na długoterminowe budowanie oszczędności” – oceniła Damm-Świerkocka.

  • Prezydent blokuje podatek od zysków paliwowych. Ustawa trafia do TK

    Prezydent blokuje podatek od zysków paliwowych. Ustawa trafia do TK

    Prezydent Karol Nawrocki zdecydował o skierowaniu do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o podatku od nadzwyczajnych zysków spółek paliwowych. Decyzja oznacza, że kontrowersyjna danina, która miała obowiązywać od 1 sierpnia 2026 roku, na razie nie wejdzie w życie.

    Wątpliwości konstytucyjne

    Kluczowym powodem decyzji prezydenta jest zasada niedziałania prawa wstecz. Choć ustawa miała wejść w życie w sierpniu, podatek obejmowałby dochody uzyskiwane już od początku marca 2026 roku.

    „Oznacza to próbę opodatkowania działalności z mocą wsteczną” – argumentował Karol Nawrocki, uzasadniając swoją decyzję.

    Prezydent podkreślił, że chodzi o złamanie fundamentalnej gwarancji państwa prawa, wyrażonej w łacińskiej formule Lex retro non agit, czyli prawo nie działa wstecz. Dodał, że podatek w wysokości 60% podstawy opodatkowania w efekcie zostałby przerzucony na klientów stacji benzynowych.

    „Rachunek zapłacą nie tylko kierowcy. Zapłacą rolnicy, transportowcy, małe przedsiębiorstwa i rodziny kupujące żywność, której cena zależy od kosztów przewozu” – wskazał prezydent.

    Nawrocki zwrócił uwagę, że po wygaśnięciu działań osłonowych programu CPN (Ceny Paliwa Niżej) kierowcy już odczuli wzrost cen paliw. Nowy podatek jego zdaniem nie obniży cen, a ma jedynie dostarczyć pieniędzy do budżetu.

    Reakcja rządu

    Decyzja prezydenta wywołała ostrą reakcję ze strony członków rządu. Premier Donald Tusk określił ją jako „szokującą”. Minister finansów Andrzej Domański napisał na platformie X, że prezydent zablokował kolejne 4 miliardy złotych dla budżetu.

    „To środki, które miały sfinansować pakiet CPN chroniący Polaków przed wysokimi cenami paliw. Zamiast po stronie Polaków stanął po stronie koncernów paliwowych odnoszących potężne zyski z obecnej sytuacji na rynku paliw” – skomentował Domański.

    W podobnym tonie wypowiedział się minister energii Miłosz Motyka, który uznał brak podpisu prezydenta za „anty państwowe działanie”. Z kolei minister Maciej Berek ocenił, że „ktoś w Kancelarii Prezydenta słabo doradził”, podkreślając, że konstytucyjność projektu była weryfikowana przez Rządowe Centrum Legislacji oraz legislatorów Kancelarii Sejmu i Senatu.

    Jak miał działać nowy podatek?

    Ustawa zakładała opodatkowanie nadzwyczajnych zysków spółek paliwowych ze zbycia paliw ciekłych, osiągniętych w okresie od marca do grudnia 2026 roku. Stawka wynosiła 60%, a podstawę opodatkowania stanowiła nadwyżka przychodów ponad kwotę uzyskaną przy zastosowaniu marży referencyjnej. Rokiem referencyjnym miał być rok obrotowy zakończony przed 1 marca 2026 r., a marża referencyjna to średnia marża sprzedaży paliw ciekłych w 2025 roku powiększona o 20%.

    Według szacunków, podatek miał objąć około 20–30 podmiotów. Największym płatnikiem miał być Orlen, który miał zapłacić około 3 miliardów złotych (lub nieco mniej). Łączne wpływy z daniny szacowano na 4 miliardy złotych, z czego 3,8 miliarda w tym roku, a resztę w 2027 roku.

    Cel podatku i krytyka branży

    Wpływy z nowego podatku miały zrekompensować stratę dochodów budżetowych powstałą w wyniku pakietu osłonowego CPN, który zakładał obniżenie stawki VAT na paliwa do 8% oraz redukcję akcyzy do minimalnych poziomów unijnych. Straty budżetu w ciągu pierwszych trzech miesięcy działania CPN oszacowano na około 4,8 miliarda złotych.

    Minister energii Miłosz Motyka argumentował, że nowa opłata to reakcja rządu na gwałtowny wzrost marż w sektorze paliwowym po wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie. Branża miała jednak poważne zastrzeżenia. Przedstawiciele Polskiej Grupy Paliwowej wskazywali, że podatek opiera się na nadwyżce marżowej, a nie na rzeczywistym zysku ekonomicznym. Jak mówił Robert Petruczuk, prezes PGP, problem polega na tym, że podatek obejmuje jedynie część roku, zanim wiadomo, jaki będzie wynik całej działalności w 2026 roku.

    Teraz sprawą zajmie się Trybunał Konstytucyjny w trybie kontroli prewencyjnej, który ma rozstrzygnąć, czy ustawa jest zgodna z konstytucją.

  • Prezydent wysyła ustawę o podatku od gigantycznych zysków paliwowych do TK. Premier: „Pamiętajcie przy dystrybutorach”

    Prezydent wysyła ustawę o podatku od gigantycznych zysków paliwowych do TK. Premier: „Pamiętajcie przy dystrybutorach”

    Prezydent Karol Nawrocki nie zawetował ani nie podpisał ustawy o opodatkowaniu nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych. Zamiast tego skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. Oznacza to, że przepisy nie wejdą w życie do momentu rozstrzygnięcia Trybunału. Decyzja wywołała ostrą reakcję premiera Donalda Tuska, który nazwał ją „szokującą”.

    Chodzi o ustawę, która miała wprowadzić tzw. windfall tax – podatek od nadzwyczajnych zysków, głównie producentów paliw, w tym Orlenu. Rząd spodziewał się z tego tytułu dodatkowych wpływów w wysokości około 4 mld zł. Te środki miały stanowić finansowanie dla rządowego programu CPN (Ceny Paliw Niżej), który do końca czerwca zapewniał kierowcom niższe ceny benzyny i oleju napędowego na stacjach.

    Spór o konstytucyjność

    Prezydent jasno wyjaśnił powody swojej decyzji. Jego podstawowy zarzut dotyczy retroaktywności przepisów. Jak powiedział:

    Prawo ma wejść w życie w sierpniu, ale podatek miałby obejmować dochody uzyskiwane już od początku marca. Oznacza to próbę opodatkowania działalności z mocą wsteczną.

    Nawrocki odwołał się przy tym do zasady Lex retro non agit (prawo nie działa wstecz).

    Prezydent zwrócił też uwagę na ryzyko przerzucenia kosztów na konsumentów. W jego ocenie dodatkowy podatek – wynoszący aż 60 proc. podstawy opodatkowania – zostanie w efekcie przerzucony na klientów stacji benzynowych. Cytujemy jego wypowiedź:

    Rachunek zapłacą wtedy nie tylko kierowcy. Zapłacą rolnicy, transportowcy, małe przedsiębiorstwa i rodziny kupujące żywność, której cena zależy przecież również od kosztów przewozu.

    Nawrocki wskazał, że właśnie te argumenty skłoniły go do skierowania ustawy do TK.

    Reakcja rządu: pieniądze przepadły?

    Premier Donald Tusk w ostrym tonie skomentował decyzję głowy państwa w mediach społecznościowych. „Prezydent zablokował ustawę, która pozwalała opodatkować gigantyczne zyski koncernów paliwowych, dzięki czemu można było sfinansować tańsze paliwa na naszych stacjach (program CPN). Pamiętajcie o tym przy dystrybutorach” – napisał.

    Decyzja prezydenta oznacza w praktyce, że rząd na razie nie może liczyć na planowane wpływy z podatku. Minister finansów Andrzej Domański zwracał na to uwagę, podkreślając, że środki te były podstawą do finansowania programu taniego paliwa. Co jednak istotne, do tej pory rząd nie deklarował jednoznacznie, że program CPN może wrócić. Ministrowie mówili raczej o „przyglądaniu się” sytuacji, nie składając wiążących obietnic.

    Gorąca wymiana ciosów w sieci

    Spór szybko przeniósł się do internetu. Szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker odpowiedział premierowi, zarzucając mu brak zrozumienia ekonomii. Według niego obecny premier to „gospodarczy dyletant”, który próbuje przekonać Polaków, że nałożenie nowego podatku na paliwa sprawi, iż ceny na stacjach spadną. „Zamiast nakładać kolejne podatki, proszę obniżyć VAT i akcyzę, tak jak robił to rząd Prawa i Sprawiedliwości. To realnie obniża ceny, a nie przerzuca kolejne koszty na kierowców” – zwrócił się do premiera. Szefernaker dodał, że prezydent uchronił Polaków przed rozwiązaniami, które mogły doprowadzić do rekordowych cen benzyny i oleju napędowego.

    Na wpis odpowiedział minister Maciej Berek, który bronił rządowej propozycji. „Prezydent zarzuca, że ustawa wprowadzająca podatek od dodatkowych zysków koncernów paliwowych jest niekonstytucyjna, bo działa wstecz. Najwyraźniej ktoś w Kancelarii w tej sprawie słabo doradził…” – napisał. Berek argumentował, że ustawa ze swej istoty może dotyczyć tylko sytuacji przeszłej, bo zyski ustala się po upływie określonego czasu, a nadzwyczajne zyski mogą być opodatkowane wtedy, kiedy już wystąpiły. „Oczekiwanie, żeby tego typu przepisy działały wyłącznie na przyszłość, to nieporozumienie. Bo trzeba by uchwalić przepisy »na wypadek«, gdyby takie dodatkowe zyski (nie wiadomo, w jakiej wysokości) wystąpiły” – stwierdził.

    Teraz losy ustawy spoczywają w rękach Trybunału Konstytucyjnego, który musi ocenić, czy przepisy są zgodne z ustawą zasadniczą. Do tego czasu żadne nowe obciążenia podatkowe dla paliwowych koncernów nie wejdą w życie, a program CPN pozostaje historią.

  • Varta składa wniosek o upadłość. Kultowy producent baterii na krawędzi

    Varta składa wniosek o upadłość. Kultowy producent baterii na krawędzi

    W piątek Sąd Rejonowy w Stuttgarcie potwierdził wpłynięcie czterech wniosków upadłościowych od firmy Varta. Dla 139-letniego producenta baterii, który przez dekady gościł w niemal każdym domu – od pilotów po latarki – to bolesny zwrot akcji. Firma, która w 2021 roku notowała przychody na poziomie ponad 900 mln euro, dziś stoi przed perspektywą rozpadu.

    Cztery wnioski w Stuttgarcie

    Wnioski złożono zarówno wobec jednostki dominującej, jak i trzech spółek zależnych: Varta Microbattery, Varta Micro Production i Varta Storage. Jak podaje Agencja Reutera, główną przyczyną jest brak nowego finansowania – dotychczasowi właściciele, czyli Porsche oraz austriacki biznesmen Michael Tojner, nie wyrazili zgody na dalsze dokładanie pieniędzy.

    Kto przejmie które aktywa?

    Rozpad Varty staje się przez to coraz bardziej realny. Główni wierzyciele – w tym Deutsche Bank oraz fundusze hedgingowe – planują przejąć rentowną działalność w segmencie baterii domowych. Z kolei Michael Tojner podobno wyraził chęć przejęcia działu mikrobaterii, który produkuje baterie guzikowe do aparatów słuchowych.

    Zgodnie z planem ogłoszonym w tym tygodniu, działalność związana z bateriami domowymi ma zostać oddzielona i otrzymać nową strukturę własnościową. Lista głównych inwestorów niechętnych do ratowania całości obejmuje oprócz Deutsche Banku także RBC BlueBay, Blantyre i Whitebox.

    Decydujący cios od Apple

    Varta przez lata opierała się na współpracy z Apple, które wykorzystywało jej baterie w słuchawkach AirPods. W 2022 roku Apple zaczęło jednak szukać innych dostawców, a zamówienia gwałtownie spadły. Przychody ze sprzedaży baterii guzikowych zmalały aż o 47 proc.

    Firma wymienia także inne czynniki: znaczne pogorszenie warunków rynkowych, słabszy popyt, negatywne wahania kursów walut oraz rosnącą konkurencję z Azji. W efekcie elastyczność finansowa Varty w ostatnich miesiącach stawała się coraz bardziej ograniczona.

    Prewencyjny krok bez ratunku

    Przedstawiciele Varty podkreślają, że wniosek ma charakter zapobiegawczy, a codzienne funkcjonowanie nie jest obecnie zagrożone przez poważne problemy z płynnością. Mimo intensywnych rozmów z interesariuszami nikt nie zgodził się na zapewnienie dodatkowego finansowania.

    „Pomimo intensywnych rozmów ze wszystkimi interesariuszami, żadna ze stron nie wyraziła zgody na zapewnienie dodatkowego finansowania” – oświadczył rzecznik grupy.

    Historia dwóch upadków

    Początki Varty sięgają 1887 roku. Firma już raz popadła w tarapaty w latach 90. XX wieku – wówczas została podzielona i sprzedana w częściach. W 2007 roku dział mikrobaterii kupił Michael Tojner, a dziesięć lat później wprowadził spółkę na giełdę. Rozwój napędzał szybko rosnący popyt na akumulatory litowo-jonowe do słuchawek bezprzewodowych i smartwatchy.

    W ciągu kilku lat przychody wzrosły niemal czterokrotnie. Firma zaciągnęła wysokie kredyty na rozbudowę mocy produkcyjnych i rozpoczęła prace nad ogniwami do samochodów elektrycznych. Globalny kryzys inflacyjny uderzył jednak w popyt na elektronikę użytkową, a chińska konkurencja i zakłócenia w łańcuchach dostaw utrudniły ekspansję. Pracownicy kierowani byli na urlopy bezpłatne, a później zlikwidowano setki miejsc pracy.

    W 2024 roku w ramach restrukturyzacji do akcji wkroczyły Porsche i Tojner, akcjonariusze pozostali z niczym, a Varta została wycofana z giełdy. Teraz firma staje przed drugim upadkiem w swojej historii.

    Michael Tojner, przewodniczący rady nadzorczej, ocenił niedawno w „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, że firma postawiła poprzeczkę zbyt wysoko.

    „Uruchomiliśmy różne projekty, intensywnie inwestowaliśmy i zwiększyliśmy produkcję. Zbyt dużo pieniędzy zainwestowano wówczas zbyt lekkomyślnie” – stwierdził.

    Wnioski upadłościowe trafią teraz do odpowiedniego sędziego w Stuttgarcie. To on zadecyduje o dalszych losach legendarnego producenta baterii.

  • Stopy w Europie Środkowej: Węgry tną, Czesi podnoszą, Polska czeka

    Stopy w Europie Środkowej: Węgry tną, Czesi podnoszą, Polska czeka

    Banki centralne w regionie po raz kolejny pokazały, że każdy kraj gra własną melodię. Podczas gdy Węgry zdecydowały się na obniżkę stóp procentowych, Czechy poszły w górę, a Polska i Rumunia pozostawiły wszystko bez zmian. Do tego dochodzi decyzja Europejskiego Banku Centralnego, który – choć tym razem nie ruszył stawek – daje do zrozumienia, że wrzesień może przynieść nowe podwyżki.

    Węgry tną stopy w dół

    Węgrzy, zgodnie z oczekiwaniami rynku, obniżyli stopę bazową o 0,25 pkt proc., do poziomu 5,75 proc. Głównym powodem jest spadek inflacji – w czerwcu wyniosła ona 1,7 proc., a inflacja bazowa utrzymała się na poziomie 2 proc.

    W komunikacie banku centralnego czytamy, że „trendy inflacyjne były korzystniejsze, niż prognozowano w czerwcu”, a niższa premia za ryzyko dla aktywów krajowych daje dalsze pole manewru.

    Co więcej, bank zapowiedział, że jeśli korzystne tendencje się utrzymają, Rada dostrzega możliwość dalszych obniżek stopy bazowej w okresie letnim. Kolejny ruch będzie jednak uzależniony od wrześniowego raportu o inflacji. Bank spodziewa się, że tempo wzrostu cen utrzyma się poniżej celu 3 proc. do końca bieżącego roku i na początku przyszłego, a inflacja powróci do celu w pierwszej połowie 2028 r.

    Czechy idą pod górę, Polska czeka

    Całkiem inną ścieżkę obrała Republika Czeska. Czeski bank centralny podniósł stopy procentowe z 3,5 do 3,75 proc. To ruch w przeciwnym kierunku niż u południowego sąsiada.

    Z kolei Narodowy Bank Polski – jak zauważył w swoim komunikacie bank węgierski – pozostawił stopy bez zmian w lipcu. To samo zrobił bank centralny Rumunii.

    EBC: stopa bez zmian, ale wrześniowa podwyżka wisi w powietrzu

    Europejski Bank Centralny na czwartkowym posiedzeniu utrzymał stopę depozytową na poziomie 2,25 proc., a stopę refinansową na 2,4 proc. Decyzja nie była zaskoczeniem – analitycy i rynki jej oczekiwali.

    W swoim komunikacie EBC podkreślił, że Rada Prezesów jest dobrze przygotowana na niepewność związaną z konfliktem w Zatoce Perskiej. Zapowiedział podejście „zależne od danych” i „spotkanie po spotkaniu”.

    „Decyzje Rady Prezesów w sprawie stóp procentowych będą oparte na ocenie perspektyw inflacji oraz otaczających ją czynników ryzyka, w świetle napływających danych ekonomicznych i finansowych” – głosi komunikat. Bank wyraźnie zastrzegł, że nie zobowiązuje się z wyprzedzeniem do konkretnej ścieżki stóp.

    Eksperci są jednak zgodni, że najtrudniejsza decyzja zapadnie we wrześniu. Analitycy platformy inwestycyjnej Portu wskazują, że za podwyżką przemawia inflacja utrzymująca się powyżej celu oraz ropa powyżej 90 dolarów za baryłkę, która ponownie zwiększy presję cenową. Z kolei słaby wzrost gospodarczy w strefie euro oraz dalsze zaostrzanie kryteriów kredytowych przez banki są argumentami przeciw.

    Jack Allen-Reynolds z Capital Economics zauważa, że jeśli ceny energii spadną w nadchodzących miesiącach, EBC najprawdopodobniej pozostawi stopy bez zmian przez resztę roku. W przeciwnym razie istnieje spora szansa na kolejną podwyżkę.

    Z kolei Roman Ziruk z Ebury studzi nastroje: „Naszym zdaniem ten wzrost oczekiwań jest nazbyt agresywny. Wzrost gospodarczy jest słaby, presja płacowa spada, długoterminowe oczekiwania inflacyjne są dobrze zakotwiczone”. Jego zdaniem EBC ryzykuje popełnienie błędu, zacieśniając politykę w reakcji na szok energetyczny o charakterze podażowym, a nie na rzeczywistą inflację napędzaną popytem.

    Co dalej?

    Sytuacja w regionie jest wyraźnie rozbieżna. Podczas gdy Węgry cieszą się spadającą inflacją i obniżkami stóp, Czesi zaostrzają politykę. Polska wciąż pozostaje w zawieszeniu. Rynek wycenia niemal dwie pełne podwyżki stóp EBC po 25 pb w pozostałej części roku. Analitycy z Ebury uważają to za zbyt agresywne, inni zaś nie wykluczają podwyżki już we wrześniu. Wszystko zależy od danych, które napłyną w ciągu najbliższych tygodni.

  • Czy od koperty weselnej trzeba zapłacić podatek? Sprawdzamy, co mówi fiskus

    Czy od koperty weselnej trzeba zapłacić podatek? Sprawdzamy, co mówi fiskus

    Sezon weselny w pełni. Młode pary po otrzymaniu stosu kopert często zadają sobie to samo pytanie: czy od zebranych pieniędzy trzeba odprowadzić podatek? Odpowiedź wcale nie jest prosta, a kluczowe znaczenie ma nie łączna suma, lecz kwota od pojedynczego gościa.

    Darowizna, nie prezent

    Z perspektywy polskiego prawa każda koperta z gotówką wręczona na weselu to darowizna od konkretnej osoby na rzecz konkretnej osoby. Potwierdził to w sierpniu 2024 roku Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej. Nie ma znaczenia, że pieniądze wręczono przy weselnym stole w ozdobnej kopercie – fiskus traktuje je tak samo jak każdą inną darowiznę.

    Najważniejsza zasada: liczy się nie suma z całego wesela, tylko kwota od jednego darczyńcy. Jeśli para młoda zebrała łącznie 80 tys. zł, ale największa koperta opiewała na 3 tys. zł, a pozostałe były niższe, limity nie zostają przekroczone i niczego nie trzeba zgłaszać. Inaczej wygląda sytuacja, gdy jeden gość wręczył 40 tys. zł – wtedy sprawa wymaga uwagi.

    Trzy grupy podatkowe i ich limity

    Wysokość kwoty wolnej od podatku zależy od stopnia pokrewieństwa między darczyńcą a obdarowanym. Ustawa o podatku od spadków i darowizn dzieli wszystkich na trzy grupy.

    Do grupy pierwszej zaliczają się małżonek, dzieci, wnuki, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, pasierb, ojczym, macocha, a także teściowie, zięć i synowa. Tutaj kwota wolna od podatku wynosi 36 120 zł od jednej osoby.

    Druga grupa to dalsza rodzina – ciotki, wujkowie, kuzyni i rodzeństwo małżonka. Limit sięga 27 090 zł.

    Trzecia grupa obejmuje wszystkich pozostałych: przyjaciół, kolegów z pracy i sąsiadów. Próg jest najniższy i wynosi 5733 zł.

    Kwoty te obowiązują od 1 lipca 2023 roku i nie zmieniły się w 2026 roku.

    Grupa zerowa – pełne zwolnienie, ale z warunkami

    W pierwszej grupie wyróżnia się tzw. grupę zerową, do której należą najbliżsi: małżonek, dzieci, wnuki, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, pasierb, ojczym i macocha. Teściowie, zięć i synowa już do niej nie należą.

    Grupa zerowa może otrzymywać darowizny dowolnej wysokości bez podatku, ale pod dwoma warunkami. Jeśli kwota od jednej osoby przekracza 36 120 zł, konieczne jest zgłoszenie na formularzu SD-Z2 w ciągu sześciu miesięcy od otrzymania darowizny. Co więcej, powyżej tej kwoty pieniądze muszą wpłynąć przelewem bankowym lub przekazem pocztowym – gotówka wręczona do ręki pozbawia prawa do zwolnienia.

    Jak przypomina serwis Interia Biznes, w sytuacji gdy rodzice chcą wspomóc młode małżeństwo, najlepiej, aby przelali pieniądze własnemu dziecku, a nie bezpośrednio synowej czy zięciowi, bo teściowie należą już do I grupy podatkowej, a nie zerowej.

    Terminy, które łatwo pomylić

    Dla najbliższej rodziny z grupy zerowej termin na złożenie SD-Z2 wynosi sześć miesięcy. Spóźnienie oznacza utratę zwolnienia i konieczność zapłaty podatku według stawek od 3 do 7 proc. nadwyżki.

    Pozostali – teściowie, zięć, synowa oraz osoby z II i III grupy – mają zaledwie miesiąc i składają inny formularz, SD-3. Na jego podstawie urząd wydaje decyzję określającą wysokość podatku.

    Od 7 stycznia 2026 roku przepisy przewidują możliwość przywrócenia terminu na złożenie SD-Z2 w określonych sytuacjach.

    Co grozi za brak zgłoszenia?

    Jeśli obdarowany nie zgłosi darowizny przekraczającej limit w wymaganym terminie, traci prawo do zwolnienia. Urząd skarbowy naliczy wtedy podatek według standardowej skali. Prawdziwy problem pojawia się podczas kontroli – na przykład przy zakupie mieszkania czy samochodu. Jeśli w trakcie kontroli podatnik powoła się na niezgłoszoną wcześniej darowiznę od rodziny, fiskus może nałożyć sankcyjną stawkę podatku w wysokości aż 20 proc. otrzymanej kwoty.

    Jak spać spokojnie?

    Eksperci radzą trzy proste kroki. Po pierwsze, spisać po weselu, kto i ile dał. Po drugie, przy większych prezentach od najbliższych poprosić o przelew z tytułem wskazującym, że to darowizna. Po trzecie, jeśli pojedyncza koperta przekracza limit dla danej grupy, złożyć odpowiednie zgłoszenie w terminie – formularz jest bezpłatny i można go wypełnić przez internet w kilka minut.

  • Gdzie w Polsce apartamenty są droższe niż w Warszawie? Nowy ranking cen mieszkań

    Gdzie w Polsce apartamenty są droższe niż w Warszawie? Nowy ranking cen mieszkań

    Kto powiedział, że Warszawa musi być najdroższym rynkiem mieszkaniowym w kraju? Wcale nie stolica, a popularne miejscowości turystyczne dyktują dziś ceny, które zostawiają stolicę daleko w tyle. Najnowsze zestawienie serwisu RynekPierwotny.pl pokazuje, że wakacyjny apartament w górach czy nad morzem to już wydatek rzędu nawet 35 tys. zł za metr kwadratowy.

    Zakopane nie do pobicia

    Ranking najdroższych destynacji wakacyjnych od dwóch lat z rzędu otwiera Zakopane. Średnia cena metra kwadratowego mieszkania deweloperskiego w stolicy Tatr wynosi blisko 34,9 tys. zł. To wzrost o prawie 12 proc. w skali roku. Mimo silnej konkurencji ze strony kurortów nadmorskich, Zakopane utrzymuje pozycję lidera i umacnia swój status najbardziej luksusowego rynku mieszkaniowego poza Warszawą.

    Sopot wskakuje na podium, Świnoujście spada

    Największy awans zanotował Sopot. Nadbałtycki kurort przeskoczył z piątej lokaty w ubiegłorocznym zestawieniu na drugą, wyprzedzając Świnoujście. Ceny w Sopocie poszły w górę o 17 proc. , osiągając poziom niemal 26,8 tys. zł za metr kwadratowy. To sprawia, że Sopot zbliża się do zakopiańskiego lidera.

    Trzecie miejsce zajęło Świnoujście, które przed rokiem było wiceliderem. Średnia cena w tym mieście obniżyła się jednak o około 5 proc. i wynosi obecnie 25,6 tys. zł za metr kwadratowy. Mimo spadku, rynek w Świnoujściu pozostaje jednym z najdroższych w kraju.

    Bałtyk dominuje, ale góry nie odpuszczają

    W pierwszej dziesiątce najdroższych miejscowości turystycznych znalazło się siedem kurortów nadmorskich i trzy górskie. Oprócz Sopotu i Świnoujścia, na liście znalazły się Międzyzdroje (24,1 tys. zł), Hel (23,6 tys. zł), Krynica Morska (22,2 tys. zł), Grzybowo (22 tys. zł) i Dziwnów (20,8 tys. zł).

    Górskie ośrodki reprezentują Zakopane, Kościelisko (ponad 25,1 tys. zł) i Białka Tatrzańska (22,4 tys. zł). To pokazuje, że zarówno górskie krajobrazy, jak i bliskość morza potrafią znacząco podnieść wartość nieruchomości.

    Próg wejścia rośnie

    Analiza RynekPierwotny.pl wskazuje, że próg wejścia do pierwszej dziesiątki systematycznie się podnosi. Dwa lata temu, aby znaleźć się w gronie najdroższych kurortów, wystarczała średnia cena poniżej 19 tys. zł za metr kwadratowy. Obecnie granica ta wynosi już 21 tys. zł. Eksperci zwracają uwagę, że od trzech lat aż siedem miejsc w zestawieniu należy do kurortów nadmorskich, co potwierdza koncentrację najdroższego segmentu nad Bałtykiem.

    Lokalizacja przede wszystkim

    — W przypadku apartamentu wakacyjnego płaci się przede wszystkim za lokalizację. Im bliżej plaży, jeziora czy stoku narciarskiego, tym wyższa cena. Nabywcy są też gotowi zapłacić bardzo dużo za możliwość podziwiania wyjątkowego krajobrazu z okna lub tarasu — wskazał Marek Wielgo z portalu RynekPierwotny.pl.

    Wysokie ceny wynikają również z ograniczonej podaży. Autorzy raportu zaznaczają, że oferta deweloperska w miejscowościach turystycznych bywa mocno ograniczona. W Kołobrzegu, Międzyzdrojach czy Świnoujściu kupujący mają do wyboru setki lokali. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w Białce Tatrzańskiej, Krynicy-Zdroju, Szczawnicy oraz Kościelisku, gdzie dostępnych jest zaledwie 20-30 mieszkań.

    Jeszcze bardziej ograniczona jest oferta w regionie warmińsko-mazurskim. W Iławie dostępnych jest kilkadziesiąt lokali, natomiast w Ostródzie kupujący mają do wyboru zaledwie trzy mieszkania.

    — W górach atrakcyjnych działek budowlanych jest niewiele, a możliwości inwestycyjne ograniczają również uwarunkowania środowiskowe i krajobrazowe. Z kolei na Warmii i Mazurach dużą popularnością cieszą się domy jednorodzinne i rekreacyjne — dodał ekspert.

    Cały raport serwisu RynekPierwotny.pl pokazuje, że rynek mieszkań wakacyjnych w Polsce rządzi się własnymi prawami, a za prestiżową lokalizację trzeba dziś zapłacić naprawdę rekordowe kwoty.

  • Kwota wolna od podatku w górę. Schetyna: nie musi to być od razu 60 tys. zł

    Kwota wolna od podatku w górę. Schetyna: nie musi to być od razu 60 tys. zł

    Koalicja rządząca wraca do jednej z najbardziej spektakularnych obietnic wyborczych. Po miesiącach ciszy politycy potwierdzają, że podniesienie kwoty wolnej od podatku jest realne, choć prawdopodobnie nie nastąpi z dnia na dzień.

    Jest zielone światło od premiera

    Senator Koalicji Obywatelskiej Grzegorz Schetyna potwierdził w Radiu Zet, że istnieje zgoda premiera Donalda Tuska na rozpoczęcie prac nad tym rozwiązaniem. — Tak, wejdziemy w ten korytarz podejmowania decyzji i rzeczywiście przed końcem tej kadencji zrealizujemy to zobowiązanie — powiedział Schetyna.

    Polityk podkreślił, że KO nie wygra kolejnych wyborów, jeśli nie zrealizuje tak ważnych zobowiązań. Dodał jednak, że skala podwyżki będzie zależeć od kondycji budżetu.

    Podwyżka w kilku krokach

    Choć przedwyborcza zapowiedź mówiła o skoku z obecnych 30 tys. zł do 60 tys. zł, Schetyna studzi oczekiwania. — Nie musi to być od razu 60 tys. zł. Wydaje mi się, że w związku z sytuacją budżetową będzie to rozpisane na kilka kroków — zaznaczył.

    Podobne stanowisko prezentuje koalicyjny partner. Szef PSL, wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnił, że podniesienie kwoty wolnej to fundamentalny cel całej koalicji. — Będzie realizacja obietnicy podwyższenia kwoty wolnej od podatku. Uważam, że to jest fundamentalne dla całej koalicji i nad tym pracuje minister Andrzej Domański — powiedział w TVN24.

    Kosiniak-Kamysz dodał, że jako „rzetelny koalicjant” czeka na przemyślaną ofertę Ministerstwa Finansów. Zaznaczył też, że niezrealizowanie tej obietnicy oznaczałoby duży koszt polityczny dla koalicji, ponieważ konsumuje ona kilka punktów programowych, w tym emeryturę bez podatku.

    Co z drugim progiem podatkowym?

    Polityk PSL został zapytany, czy możliwe jest jednoczesne podwyższenie drugiego progu podatkowego (obecnie 120 tys. zł). Odpowiedział, że przyjąłby rozwiązanie całościowe i nie dzieliłby jednego od drugiego.

    Wiceminister finansów Jarosław Neneman informował pod koniec maja w Sejmie, że podniesienie drugiego progu do 140 tys. zł kosztowałoby budżet niecałe 12 mld zł. Zastrzegł przy tym, że na takiej podwyżce skorzystaliby przede wszystkim najbogatsi podatnicy. Dla porównania w 2025 r. drugi próg podatkowy przekroczyło ponad 2,4 mln osób, które musiały zapłacić wyższą 32-proc. stawkę PIT (przy stawce 12 proc. dla dochodów poniżej progu).

    Koszt gigant, budżet pod presją

    Minister finansów Andrzej Domański informował w ubiegłym roku, że w 2026 r. podwyżki kwoty wolnej nie będzie, a w 2027 r. może być bardzo trudna. Przypomniał, że koszt podniesienia kwoty wolnej do 60 tys. zł z obecnych 30 tys. zł to aż 54 mld zł.

    Resort finansów nie składa jednak broni. — Aktualnie w Ministerstwie Finansów prowadzone są prace analityczne dotyczące różnych wariantów zmian parametrów skali podatkowej — przekazało PAP biuro prasowe ministerstwa.

    Co dalej?

    Kluczowe decyzje zapadną w najbliższych miesiącach. Minister Domański ma przedstawić konkretną propozycję, która – jak sugerują politycy – raczej nie spełni od razu wszystkich wyborczych marzeń. Zmiany będą raczej rozłożone w czasie, ale sam fakt, że rząd wraca do tego tematu, jest wyraźnym sygnałem, że koalicja chce wywiązać się z tej obietnicy przed końcem kadencji.

  • Podwyżki wciąż solidne, ale hamują. Średnia pensja przebiła 9400 zł – i zaskoczyła na plus

    Podwyżki wciąż solidne, ale hamują. Średnia pensja przebiła 9400 zł – i zaskoczyła na plus

    Najnowsze dane GUS pokazują, że presja na wzrost płac w polskich firmach systematycznie słabnie, ale w czerwcu rynek pracy miał jednak niespodziankę. Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło dokładnie 9401,58 zł brutto, co oznacza wzrost o 5,9% w porównaniu z czerwcem 2025 roku. To wynik wyraźnie lepszy od prognoz ekonomistów, którzy spodziewali się średnio 5,6%.

    W górę, ale wolniej niż jeszcze rok temu

    Jeszcze w pierwszej połowie 2025 roku dynamika płac przekraczała 9%, a do sierpnia 2025 utrzymywała się powyżej 7%. Obecny odczyt to trzeci z rzędu w okolicach 5,5–6% – poziomu najniższego od pięciu lat. Ekonomiści PKO Banku Polskiego komentują: „Lepsze od oczekiwań dane nie negują hamowania wzrostu płac”.

    Przeciętne wynagrodzenie w ujęciu nominalnym jest o około 520 zł wyższe niż przed rokiem. Po odjęciu składek i podatku na rękę przeciętny pracownik etatowy otrzymał w czerwcu około 6740 zł. Na tę kwotę składają się: 1290 zł na ZUS (emerytalna, rentowa, chorobowa), 730 zł na NFZ oraz 640 zł zaliczki na podatek dochodowy.

    Co stoi za czerwcowym skokiem?

    Część miesięcznego wzrostu (o 2,5% względem maja) ma charakter jednorazowy. Według GUS na poziom przeciętnych wynagrodzeń wpłynęły dodatkowe wypłaty – premie kwartalne i roczne, nagrody jubileuszowe, premie uznaniowe oraz podwyżki płac zasadniczych. Do tego doszedł efekt podwyżki płacy minimalnej, która od stycznia 2026 wynosi 4806 zł brutto (wzrost o 3% w skali roku).

    Ekonomiści Pekao wskazują, że na wynik czerwca mogła też wpłynąć wypłata jednorazowych premii za 2025 rok w KGHM – szacują oni ten efekt na +0,3 pkt proc. do dynamiki płac.

    Zatrudnienie nadal w dół

    Równolegle GUS odnotował spadek przeciętnego zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. W czerwcu wyniosło ono 6 mln 375,3 tys. osób – o 0,9% mniej niż rok wcześniej. To zgodne z prognozami. Trend spadkowy utrzymuje się od trzech lat, a ekonomiści wymieniają kilka przyczyn: starzenie się społeczeństwa, przechodzenie z etatów na umowy cywilnoprawne i B2B, a także automatyzację. Adrian Domitrz z Erste Bank Polska dodaje: „Niepewność spowodowana konfliktami zbrojnymi w regionie i na świecie sprawia, że firmy nie rekrutują tak aktywnie, jak jeszcze kilka lat temu”. Zaznacza jednak, że pełniejsze dane (np. z ZUS) sugerują, iż rynek pracy trzyma się dobrze.

    Kto zarabia najwięcej, a kto najmniej?

    W pierwszym półroczu 2026 średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 5,8% względem analogicznego okresu 2025. Najmocniejszy wzrost odnotowano w kategorii „działalność profesjonalna, naukowa i techniczna” – o 8,8%. O blisko 8% urosła też średnia płaca w obsłudze rynku nieruchomości. Na przeciwnym biegunie znalazło się rolnictwo (wzrost o zaledwie 2,5%) oraz górnictwo i wydobycie, gdzie wynagrodzenia spadły o 0,7%.

    Realnie – więcej w kieszeni

    Inflacja w czerwcu 2026 wyniosła 2,5% rok do roku, więc realny wzrost przeciętnej płacy (po uwzględnieniu wzrostu cen) sięgnął około 3,3–3,4%. Statystycznemu pracownikowi zostaje więc w portfelu więcej niż przed rokiem, ale dynamika jest już wyraźnie spokojniejsza niż w okresie wysokiej inflacji.

    Co dalej?

    Marta Petka-Zagajewska, dyrektorka Biura Analiz Makroekonomicznych PKO Banku Polskiego, prognozuje, że bez nowych silnych impulsów popytowych lub negatywnych dynamika płac rzędu 5–6% może być średnioterminową normą na lata 2026–2027. Rynek pracy – po epizodach rynku pracownika i pracodawcy – znalazł się w punkcie równowagi.

    Warto pamiętać, że dane GUS dotyczą wyłącznie firm zatrudniających co najmniej 10 osób i nie obejmują budżetówki, umów cywilnoprawnych ani mikroprzedsiębiorstw. Kolejny odczyt za lipiec pokaże, czy czerwcowy wzrost był głównie efektem sezonowych premii, czy zapowiedzią trwalszego przyspieszenia.