Blog

  • Rosja wyprzedaje złoto już szósty miesiąc z rzędu. Rezerwy spadły poniżej 300 mld USD

    Rosja wyprzedaje złoto już szósty miesiąc z rzędu. Rezerwy spadły poniżej 300 mld USD

    Rosyjskie rezerwy złota po raz szósty z rzędu znalazły się poniżej psychologicznej bariery 300 mld USD. Na koniec czerwca Bank Rosji wycenił swoje zasoby kruszcu na 298,99 mld USD, a łączne oficjalne aktywa rezerwowe stopniały do 720,4 mld USD wobec 747,4 mld USD miesiąc wcześniej. To efekt systematycznej wyprzedaży, którą analitycy wiążą przede wszystkim z rosnącym deficytem budżetowym i kosztami wojny w Ukrainie.

    Skala wyprzedaży bez precedensu

    Od początku 2026 roku z rosyjskich rezerw ubyło 1,4 mln uncji złota, czyli 43,5 tony. Na początek lipca państwowe zasoby kruszcu wynosiły 73,4 mln uncji trojańskich (około 2 282 ton) o wartości 299 mld USD. To już szósty miesiąc z rzędu ze spadkiem oficjalnych rezerw.

    Jeszcze bardziej dramatycznie wyglądały dane za pierwsze cztery miesiące roku. Między styczniem a kwietniem bank centralny pozbył się 27,9 tony złota – według danych World Gold Council to największa redukcja suwerennych zasobów kruszcu od 2002 roku. Wcześniej, przez ponad dwie dekady, Rosja była głównie kupującym: w latach 2002–2025 skupiła łącznie ponad 1 900 ton złota.

    Co ciekawe, rezerwy walutowe pozostały w tym czasie praktycznie niezmienione – na koniec czerwca wyniosły 392,4 mld USD wobec 392,3 mld USD w maju. Cały ubytek przypadł więc na komponent kruszcowy.

    Dlaczego Rosja pozbywa się złota?

    Głównym powodem jest dziura budżetowa. Deficyt budżetowy Rosji na koniec marca sięgnął 4,6 bln rubli. Zdaniem analityczki Natalii Milczakowej z Freedom Finance Global, bez środków z banku centralnego deficyt mógłby sięgnąć jeszcze wyższej kwoty. Niskie przychody z eksportu surowców na początku roku sprawiły, że władze musiały sięgnąć po zgromadzone rezerwy.

    Milczakowa wskazuje też na drugi cel: odbudowę rezerw walutowych. Pozyskane ze sprzedaży złota środki były wymieniane na chińskiego juana. Z kolei Nikołaj Dudczenko, analityk Finamu, dodaje, że podobne działania podejmują banki centralne innych krajów rozwijających się – sprzedają kruszec, by pokryć wydatki obronne, rosnące ceny energii oraz bronić kursów walut narodowych.

    Kto kupuje rosyjskie złoto?

    Popyt krajowy na złoto w Rosji bije rekordy. Wolumen transakcji na Moskiewskiej Giełdzie sięgnął w ostatnim miesiącu 42,6 tony – to o ponad 350 proc. więcej niż rok wcześniej. W ujęciu rublowym obroty wzrosły o 500 proc., osiągając 534,4 mld rubli (około 7,1 mld USD).

    Zdaniem analityka Władimira Czernowa z Freedom Global, większość sprzedanego przez bank centralny kruszcu trafiła do rodzimych banków. Transakcje odbywały się zarówno na giełdzie, jak i poza nią. Rekordowy jest także popyt detaliczny – w 2024 roku rosyjscy konsumenci kupili 75,6 tony złota, co odpowiada mniej więcej jednej czwartej krajowej produkcji.

    Ważnym kierunkiem pozostaje również eksport do Chin. Z danych agencji Bloomberg wynika, że w pierwszej połowie 2025 roku chiński import rosyjskich rud i koncentratów metali szlachetnych zwiększył się o 80 proc., osiągając wartość 1 mld USD.

    Czy wyprzedaż będzie kontynuowana?

    Zdaniem Milczakowej dalsza sprzedaż rezerw jest prawdopodobna, jeśli wydatki rządowe będą nadal rosły szybciej, niż zakładano. Rosja pozostaje drugim producentem złota na świecie po Chinach, z rocznym wydobyciem przekraczającym 300 ton, ale to nie zmienia faktu, że bank centralny wciąż topi swoje zapasy.

    Na koniec czerwca łączne oficjalne aktywa rezerwowe Rosji wyniosły 720,4 mld USD – i wszystko wskazuje na to, że kolejne miesiące przyniosą dalsze spadki.

  • Europa w odwrocie demograficznym. Morawiecki kontruje Pensją Rodzicielską

    Europa w odwrocie demograficznym. Morawiecki kontruje Pensją Rodzicielską

    Unia Europejska mierzy się z bezprecedensowym wyzwaniem demograficznym. Zgodnie z prognozami Komisji Europejskiej, pod koniec XXI wieku liczba mieszkańców Wspólnoty spadnie o około 12,5% względem dziś, cofając ją do poziomu notowanego w latach 70. ubiegłego stulecia. Już od 2012 roku notuje się w UE więcej zgonów niż urodzeń – naturalny przyrost od tego czasu utrzymuje się na minusie, a wzrost liczby ludności zależy wyłącznie od napływu imigrantów.

    Równie szybko zmienia się profil wiekowy Europejczyków. Mediana wieku w Unii to obecnie niespełna 45 lat. Eksperci KE przewidują, że do 2050 roku przekroczy ona 51 lat. W praktyce oznacza to, że wkrótce blisko co trzeci obywatel UE będzie miał ukończone 65 lat. Te przemiany – jak wynika z raportu KE cytowanego przez „Rzeczpospolitą” – dotkną rynku pracy, systemów zabezpieczenia społecznego, finansów publicznych i ochrony zdrowia.

    Potrzeba nowego modelu społecznego

    Obecne systemy emerytalne, zdrowotne i socjalne zostały zaprojektowane dla znacznie młodszych i liczniejszych populacji. W warunkach starzejącego się społeczeństwa ich funkcjonowanie będzie wymagało gruntownych korekt. Rosnąca armia seniorów wygeneruje zwiększone potrzeby wydatkowe, podczas gdy kurcząca się grupa osób aktywnych zawodowo będzie odprowadzać składki. To z kolei wywrze presję na finanse publiczne.

    Koszty demograficznych zmian odczują także młodsze pokolenia. Jak zauważają autorzy opracowania, młodzi Europejczycy już dziś borykają się z niepewnym zatrudnieniem i rosnącymi cenami mieszkań. Osoby będące w wieku produkcyjnym mogą w perspektywie najbliższych lat zostać obciążone wyższymi daninami, które posłużą do sfinansowania emerytur i opieki medycznej dla seniorów.

    Receptą – zdaniem Komisji – nie jest wyłącznie podnoszenie dzietności czy polityka migracyjna. Kluczowe znaczenie ma solidarność międzypokoleniowa, czyli model, w którym potrzeby wszystkich grup wiekowych są uwzględniane, a ciężar dostosowań nie spada na jedno pokolenie.

    Cytowana przez „Rzeczpospolitą” prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak ze Szkoły Głównej Handlowej podkreśla, że proces starzenia się społeczeństwa postępuje od lat i nie sposób go już lekceważyć. W jej ocenie polityka publiczna musi równocześnie reagować na potrzeby dzieci, pracujących oraz seniorów.

    Szanse i wyzwania nowej demografii

    Raport KE wskazuje jednak, że starzenie się społeczeństwa niesie też pewne szanse. Dłuższe życie w lepszym zdrowiu może napędzać rozwój srebrnej gospodarki – czyli rynku produktów i usług projektowanych z myślą o starszych konsumentach. Z kolei kurczące się zasoby pracy powinny przyspieszyć inwestycje w automatyzację, cyfryzację oraz systemy uczenia się przez całe życie.

    Polski głos w debacie: Pensja Rodzicielska

    Tymczasem w Polsce swoją propozycję odpowiedzi na kryzys demograficzny przedstawiło stowarzyszenie Rozwój Plus, na czele z byłym premierem Mateuszem Morawieckim. Podczas piątkowej inauguracji działalności ugrupowania zaprezentowano dwa kluczowe rozwiązania.

    Pierwszym z nich jest Pensja Rodzicielska – comiesięczne świadczenie równe płacy minimalnej, skierowane do rodziców dzieci w wieku od 0 do 3 lat. Jak tłumaczy Marcin Horała, nowe rozwiązanie będzie miało charakter wynagrodzenia: w przeciwieństwie do obecnych form wsparcia będzie podlegać opodatkowaniu i oskładkowaniu, dzięki czemu rodzic zyska prawo do ubezpieczenia zdrowotnego oraz emerytalnego. Dziś bowiem okresy bezskładkowe za opiekę nad dzieckiem skutkują niższymi emeryturami, szczególnie w przypadku kobiet.

    Źródłem finansowania Pensji Rodzicielskiej ma być likwidacja istniejących programów: „kosiniakowego”, „Aktywnego Rodzica” i 800 plus dla dzieci do 3. roku życia. Według szacunków koszt brutto proponowanego systemu wyniósłby 40–42 mld zł rocznie, po zmianach – około 23–25 mld zł.

    Emerytalna Składka Rodzinna

    Drugim filarem planu jest Emerytalna Składka Rodzinna. Zakłada ona, że jedna czwarta składki emerytalnej każdej pracującej osoby byłaby dzielona między jej rodziców (po 1/8 dla każdego). Reszta – 3/4 składki – pozostawałaby na indywidualnym koncie pracownika. Dla osób bezdzietnych przewidziano mechanizm bezpieczeństwa: po ukończeniu 50. roku życia całość składki ponownie trafiałaby na ich własne konto po osiągnięciu 60 lat.

    Szymon Szynkowski vel Sęk argumentuje, że obowiązujący system emerytalny nie rekompensuje rodzicom kosztów wychowania dzieci, które w przyszłości finansują emerytury. Nowa propozycja ma tę niesprawiedliwość naprawić.

    Mateusz Morawiecki zapowiedział, że poprawa sytuacji demograficznej pozostanie priorytetem Rozwoju Plus. Czy jego koncepcja zyska poparcie, przekonamy się, gdy trafi do szerszej debaty.

  • Sejm udzielił absolutorium, ale NIK wskazuje na 400 mld zł długu poza budżetem

    Sejm udzielił absolutorium, ale NIK wskazuje na 400 mld zł długu poza budżetem

    W piątek 31 lipca Sejm zagłosował za udzieleniem rządowi absolutorium z wykonania budżetu za 2025 rok. Za wnioskiem opowiedziało się 240 posłów, przeciwnych było 205, a jedna osoba wstrzymała się od głosu. Decyzję poprzedziła debata rozpoczęta w czwartek, podczas której politycy zapoznali się z raportem Najwyższej Izby Kontroli (NIK) oraz sprawozdaniem Narodowego Banku Polskiego.

    NIK: formalnie zgodnie z ustawą, ale z niepokojącą pułapką długu

    NIK w swojej analizie stwierdziła, że pod względem formalnym budżet państwa i budżet środków europejskich w 2025 roku zostały zrealizowane zgodnie z ustawą budżetową. Izba odnotowała też pewną poprawę w dyscyplinie budżetowej. Jednocześnie zwróciła uwagę na niepokojący wzrost zadłużenia poza bezpośrednią kontrolą parlamentu. Chodzi o dług w funduszach zarządzanych przez Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK), który według NIK sięgnął 400 mld zł. Fundusze te sfinansowały zadania publiczne o łącznej wartości 170 mld zł.

    NIK wyliczyła, że finansowanie tych zadań poprzez emisję długu za pośrednictwem BGK, zamiast bezpośrednio z budżetu, kosztowało państwo dodatkowe 5 mld zł. To zastrzeżenie stało się jednym z głównych tematów sejmowej dyskusji.

    Budżet 2025 w liczbach: niższe dochody i wydatki niż planowano

    Ustawa budżetowa na 2025 rok przewidywała dochody w wysokości 632,8 mld zł, wydatki na poziomie 921,6 mld zł oraz maksymalny deficyt 288,7 mld zł. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że wykonanie było niższe od planu. Dochody wyniosły 594,5 mld zł (93,9% planu), wydatki 870,2 mld zł (94,4% planu), a deficyt zamknął się kwotą 275,6 mld zł (95,5% planu).

    NBP chwali skuteczność polityki pieniężnej

    Podczas debaty głos zabrali przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego. Podkreślali oni skuteczność prowadzonej polityki pieniężnej, która po wyhamowaniu inflacji umożliwiła obniżenie stóp procentowych. Był to jeden z nielicznych elementów, co do których panowała względna zgoda między ugrupowaniami.

    Polityczny podział: koalicja chwali transparentność, opozycja mówi o wandalizmie finansowym

    Koalicja rządząca pozytywnie oceniła wykonanie budżetu, akcentując powrót do transparentności budżetowej, mimo że trzeba było zmierzyć się z wysokim deficytem i trudnymi warunkami makroekonomicznymi. Opozycja ostro skrytykowała spadek dochodów z podatku VAT, nazywając stan finansów publicznych dewastacją i wandalizmem finansowym. Różnice w ocenie były wyraźne i wpłynęły na ostateczny wynik głosowania.

    Dług BGK – temat, który może wrócić

    Raport NIK wskazuje, że zadłużenie w funduszach pozabudżetowych zarządzanych przez BGK osiągnęło bardzo wysoki poziom. Izba zaznaczyła, że finansowanie zadań państwa za pomocą długu emitowanego poza budżetem generuje dodatkowe koszty – w tym przypadku 5 mld zł. Choć Sejm udzielił absolutorium, wątpliwości dotyczące przejrzystości finansów publicznych pozostają. Kwestia długu poza kontrolą parlamentu może być przedmiotem dalszych dyskusji.

    Głosowanie odbyło się 31 lipca, a debata nad sprawozdaniem z wykonania budżetu rozpoczęła się dzień wcześniej. W jej trakcie posłowie wysłuchali również wystąpienia przedstawicieli NBP oraz analizy NIK. Ostateczny wynik – 240 głosów za, 205 przeciw i jedna wstrzymująca się – oznacza, że rząd otrzymał absolutorium, ale spór o kondycję finansów publicznych w Polsce nie został rozstrzygnięty.

  • Kryptowaluty rosną o 8% w lipcu, a tokenizowane złoto i Ethereum wyznaczają nowy kurs

    Kryptowaluty rosną o 8% w lipcu, a tokenizowane złoto i Ethereum wyznaczają nowy kurs

    Lipiec przyniósł nietypowy układ na globalnych rynkach finansowych. Podczas gdy tradycyjne aktywa, takie jak złoto i główne indeksy giełdowe, notowały symboliczne wzrosty lub spadki, całkowita kapitalizacja rynku kryptowalut poszła w górę o ponad 8%. To zestawienie samo w sobie nie byłoby przełomowe, ale w kontekście słabnącego złota fizycznego i rosnącego zainteresowania tokenizowanymi wersjami kruszcu nabiera zupełnie nowego znaczenia.

    Złoto w sieci zyskuje, fizyczne traci

    Ceny złota spot od początku trzeciego kwartału wzrosły zaledwie o 0,74%, podczas gdy indeksy S&P 500 i NASDAQ znalazły się pod kreską – ten drugi stracił w lipcu 2,68%. Tymczasem kapitał płynie do blockchainowych odpowiedników kruszcu. Największe produkty tokenizowanego złota biją rekordy: fundusz BlackRock BUIDL zgromadził 3,42 mld dolarów wartości zablokowanych środków, tuż za nim plasuje się USYC od Circle (3,00 mld USD), a na trzecim miejscu Tether Gold (XAUT) z wynikiem 2,87 mld USD.

    Co ciekawe, nawet mniejsze projekty pokazują dynamikę. Tokenizowane złoto XAUa przekroczyło 1 mln dolarów wolumenu obrotu na XRP Ledger, co potwierdza, że popyt na kruszec w sieci utrzymuje się mocno, niezależnie od notowań na rynku spot.

    Tło makro sprzyja rotacji

    Za tym zjawiskiem stoi również zmieniające się otoczenie makroekonomiczne. Prawdopodobieństwo lipcowej podwyżki stóp procentowych przez Fed spadło do nowego minimum – zaledwie 4% – po tym jak amerykańska inflacja PPI zanotowała największy miesięczny spadek od kwietnia 2025 roku. Historycznie taki układ uruchamiał ruchy typu risk-on, czyli wzrost apetytu na ryzyko. Tym razem na czele tej rotacji stoją kryptowaluty, wyprzedzając nawet amerykańskie akcje.

    Ethereum przejmuje pałeczkę

    W cieniu tych wydarzeń rysuje się jeszcze jeden ważny trend – przesunięcie uwagi rynku z Bitcoina na Ethereum. Druga co do wielkości kryptowaluta wysyła trzy wyraźne sygnały, które mogą zdominować lato 2026 roku.

    Sygnał techniczny: Para ETH/BTC odbiła się od lokalnego dołka na poziomie 0,0269 i wzrosła do 0,02918. Analityk Aksel Kibar, CMT, zwrócił uwagę na to odwrócenie:

    Consolidacja powyżej poziomej linii szyi jest pozytywna. Musi się utrzymać i wznowić wzrost. Krótkoterminowa konsolidacja może działać jako bycza kontynuacja dla ETH/BTC.

    Na wykresie dolarowym ETH/USD wybiło się powyżej linii szyi po uformowaniu średnioterminowej bazy. Cena odbiła się od dołków w okolicach 1510 USD, osiągnęła 1880 USD, a poziom 1842 USD stał się kluczowym wsparciem. Jeśli cena utrzyma się powyżej tej linii, kolejnym celem prowzrostowej formacji jest poziom 2163 USD.

    Kapitał instytucjonalny wraca do ETF-ów: Według danych SoSoValue, tygodniowe napływy netto do amerykańskich funduszy ETF na Ethereum wyniosły 103,90 mln USD w tygodniu kończącym się 24 lipca. To trzeci z rzędu tydzień dodatniej dynamiki. Łączne aktywa netto funduszy pod zarządzaniem sięgnęły 10,17 mld USD, a tygodniowy wolumen obrotu utrzymał się na stabilnym poziomie 2,78 mld USD.

    Dominacja w tokenizacji: Ethereum pozostaje absolutnym liderem w sektorze aktywów świata rzeczywistego (RWA). Wartość tradycyjnego kapitału ztokenizowanego na jego sieci wynosi 17,1 mld USD – to kwota całkowicie przyćmiewająca konkurencję, w tym Solanę i BNB Chain. W Ethereum wdrożony jest m.in. flagowy fundusz BUIDL BlackRock, a także inteligentne kontrakty kolejnych 1373 głównych emitentów. Każda transakcja na tych aktywach generuje opłaty w natywnej kryptowalucie sieci, co tworzy organiczny, instytucjonalny popyt na ETH.

    Co to oznacza dla rynku?

    Wszystkie trzy czynniki – techniczne odwrócenie, powrót kapitału instytucjonalnego i dominacja w tokenizacji – pojawiły się w tym samym czasie. Dają Ethereum realną szansę na wyjście z wielomiesięcznego cienia Bitcoina podczas letniego przestoju. W połączeniu z szerszym trendem tokenizacji, który przenosi konserwatywny kapitał do blockchainowej infrastruktury, lipiec 2026 może okazać się punktem zwrotnym dla całego rynku kryptowalut.

  • Rata kontra czynsz – remis w Gdańsku i Warszawie. Ale ceny mieszkań w górę

    Rata kontra czynsz – remis w Gdańsku i Warszawie. Ale ceny mieszkań w górę

    Odwieczny dylemat – kupić czy wynająć – znów stanął na ostrzu noża. Z jednej strony mieszkania w największych polskich miastach są droższe niż rok temu, z drugiej – tańsze kredyty sprawiły, że miesięczna rata w wielu miejscach zrównała się z kosztem wynajmu. Najnowsza analiza Bankier.pl, oparta na danych Cenatorium i Otodom Analytics, pokazuje, jak bardzo zmieniły się proporcje w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

    Mieszkania drożeją, najem w miejscu

    Po krótkim okresie spadków ceny transakcyjne znów rosną. Według danych Cenatorium średnia cena metra kwadratowego 50-metrowego mieszkania w I kwartale 2026 r. wynosiła od niespełna 9,5 tys. zł w Łodzi, przez 14 tys. zł w Krakowie, po 15,4 tys. zł w Warszawie. Najbardziej poszukiwane lokale o powierzchni 35–60 m² zdrożały w ujęciu rocznym od 7,4% w Łodzi do 9,4% w Warszawie.

    Rynek najmu zachowuje się zupełnie inaczej. W pierwszej połowie roku stawki ofertowe w większości metropolii były niższe niż przed rokiem. Jedynym wyjątkiem jest Łódź, gdzie odnotowano wzrost o 3,2% – choć eksperci traktują to raczej jako stabilizację niż realną podwyżkę.

    Rata dogania czynsz

    Największa zmiana zaszła po stronie kredytów. Niższe oprocentowanie sprawiło, że miesięczna rata po rocznej przerwie znów zbliżyła się do poziomu czynszu. Najlepiej widać to w Gdańsku – różnica między ratą a czynszem wyniosła symboliczny 1 zł na korzyść kredytu. W Warszawie rata była wyższa zaledwie o 29 zł, a w Poznaniu i Łodzi o 54–73 zł miesięcznie.

    Nie wszędzie jest jednak tak różowo. We Wrocławiu rata przewyższała czynsz o 218 zł, a w Krakowie aż o 440 zł. Co więcej, Wrocław jako jedyny z analizowanych rynków odnotował pogłębienie tej różnicy w porównaniu z poprzednim rokiem.

    Gotówka – dłuższy zwrot inwestycji

    Zupełnie inaczej wygląda rachunek dla kupujących bez kredytu. Rosnące ceny transakcyjne wydłużyły czas, po którym zakup „zwraca się” w porównaniu do wynajmu. W Gdańsku cena 50-metrowego lokalu odpowiadała 197 czynszom (ok. 16,5 roku), o półtora roku dłużej niż rok wcześniej. W Warszawie wskaźnik wyniósł 198 czynszów. Najgorzej jest w Krakowie – tam zakup to aż 225 miesięcznych czynszów, czyli niemal 19 lat wynajmu. To wartość wyższa nawet niż w 2022 roku, przed uruchomieniem Bezpiecznego kredytu 2%.

    Całkowity koszt kredytu – spadek o ponad 50 tys. zł

    Mimo wyższych cen mieszkań łączny koszt kredytu na 50-metrowe mieszkanie spadł we wszystkich analizowanych miastach. Przy założeniu 20% wkładu własnego, raty równej i stałego oprocentowania przez 25 lat, całkowity koszt w I kwartale 2026 r. wahał się od 723,3 tys. zł w Łodzi do 1,175 mln zł w Warszawie. W porównaniu z rokiem poprzednim obniżka wyniosła 4–6%, czyli nominalnie od 46 tys. do 52,7 tys. zł. Po doliczeniu wkładu własnego w Warszawie wydatek sięgał 1,3 mln zł – wciąż o prawie 40 tys. zł mniej niż rok wcześniej.

    Brak korekty – rynek kredytowy na rekordzie

    Osobną historię opowiada najnowszy raport Barometr Metrohouse i Credipass za II kwartał 2026 r. Wyczekiwana przecena mieszkań nie nadeszła – zarówno na rynku wtórnym, jak i pierwotnym stawki utrzymują stabilny, a miejscami rosnący trend. Statystyczną średnią podbija rosnący udział segmentu premium – w Warszawie udział projektów luksusowych (powyżej 25 tys. zł/m²) podwoił się w ciągu roku.

    Rynek kredytowy pracuje na najwyższych obrotach. Średnia zdolność kredytowa przykładowej rodziny 2+2 przy dochodzie 12 tys. zł netto sięgnęła rekordowych 803 tys. zł, a średnia wartość wniosku kredytowego po raz pierwszy w historii przekroczyła 500 tys. zł. Co ciekawe, klienci coraz chętniej wracają do kredytów ze zmienną stopą, której średnie oprocentowanie wynosi 5,58% wobec 6,38% przy stopie okresowo stałej.

    Analiza Bankier.pl wyraźnie wskazuje, że w symulacji pominięto koszty początkowe zakupu (taksa notarialna, opłaty sądowe, prowizja pośrednika, PCC) oraz wartości niemierzalne, takie jak swoboda przeprowadzki czy dojście do własności. Ostateczny wybór między zakupem a wynajmem pozostaje więc kwestią indywidualnych priorytetów – ale liczby po raz pierwszy od dawna nie są jednoznacznie przeciwne kredytowi.

  • Żabka znów zaskakuje: sprzedaż rośnie dwucyfrowo, dywidenda już 31 lipca

    Żabka znów zaskakuje: sprzedaż rośnie dwucyfrowo, dywidenda już 31 lipca

    Żabka właśnie opublikowała wyniki za pierwsze półrocze 2026 roku. Sieć handlowa nie tylko zwiększyła sprzedaż do klienta końcowego o 12,6% rok do roku, ale też rozbudowała swój park sklepów o niemal 800 placówek. Co więcej, już jutro akcjonariusze dostaną dywidendę w wysokości 0,53 zł na akcję.

    Skok sprzedaży i zysków

    Sprzedaż do klienta końcowego w całym pierwszym półroczu sięgnęła 16,616 mld zł, a w samym II kwartale wyniosła 9,205 mld zł, co oznacza wzrost o 13,2% rok do roku. Skonsolidowane przychody grupy wzrosły o 14,7% do 14,7 mld zł w całym okresie. W drugim kwartale przychody wyniosły 8,1 mld zł i były o 2% wyższe, niż średnio przewidywali analitycy.

    Jeszcze bardziej imponująco wygląda rentowność. Skorygowana EBITDA w pierwszym półroczu wzrosła o 15,1% do 1,9 mld zł, a w II kwartale o 16,2% do ponad 1,2 mld zł – to o prawie 3% powyżej konsensusu rynkowego. Marża skorygowanego EBITDA poprawiła się z 11,2% do 11,5% rok do roku. Zysk netto w samym II kwartale wyniósł 322 mln zł, co oznacza wzrost aż o 67,6% w porównaniu z rokiem poprzednim, choć rynek oczekiwał nieco więcej (328,5 mln zł).

    Prezes Żabki Tomasz Suchański skomentował:

    W pierwszym półroczu po raz kolejny potwierdziliśmy siłę i odporność modelu biznesowego grupy. Osiągnęliśmy dwucyfrowy wzrost sprzedaży do klienta końcowego, w samym II kwartale przyspieszyliśmy tempo wzrostu sprzedaży porównywalnej, powiększyliśmy sieć zgodnie z założeniami oraz kontynuowaliśmy poprawę rentowności.

    Ekspansja sieci nie zwalnia

    W pierwszym półroczu Żabka otworzyła 778 nowych sklepów w Polsce i Rumunii, jednocześnie zamykając 54 placówki. Na koniec czerwca sieć liczyła 13 063 lokalizacji, czyli o 10,8% więcej niż przed rokiem. Dynamika sprzedaży porównywalnej (like-for-like) w II kwartale przyspieszyła do 4% wobec 3,2% w I kwartale. Celem na cały 2026 rok jest otwarcie ponad 1300 nowych sklepów, a długoterminowy plan zakłada osiągnięcie około 16 tysięcy placówek do końca 2028 roku – o 1,5 tys. więcej niż pierwotnie zakładano przy debiucie na GPW.

    Dywidenda i stabilność finansowa

    Zgodnie z polityką alokacji kapitału przyjętą we wrześniu 2025 roku, akcjonariusze postanowili przeznaczyć na dywidendę 530,8 mln zł, czyli 50% zysku za 2025 rok. Wypłata w wysokości 0,53 zł na akcję nastąpi już 31 lipca.

    Równocześnie grupa konsekwentnie obniża zadłużenie. Wskaźnik długu netto do skorygowanego EBITDA spadł z 1,2 na koniec II kwartału 2025 roku do 0,7 na koniec II kwartału 2026. Dług finansowy netto zmniejszył się o 989 mln zł (o 30% rok do roku) do 2,306 mld zł. Wolne przepływy pieniężne wyniosły 1,24 mld zł, co oznacza wzrost o 6,6%.

    „Jednocześnie konsekwentne ograniczanie zadłużenia pokazuje siłę naszego biznesu i stabilną sytuację finansową” – podkreśla prezes Suchański.

    Co dalej?

    Zarząd podtrzymał prognozy na cały 2026 rok. Spółka spodziewa się utrzymania wzrostu sprzedaży porównywalnej w przedziale średnio- do wysokojednocyfrowego oraz skorygowanej marży EBITDA w górnej części docelowego przedziału 12–13%. Marża skorygowanego zysku netto ma stopniowo zbliżać się do poziomu około 4,5% w średnim terminie.

    Wydatki inwestycyjne w pierwszym półroczu wyniosły 679 mln zł – o 8,2% mniej niż przed rokiem – i koncentrowały się głównie na rozwoju sieci oraz modernizacji istniejących sklepów. Akcje Żabki zadebiutowały na GPW jesienią 2024 roku po 21,5 zł, a po ostatnich spekulacjach o możliwym wejściu japońskiego właściciela 7-Eleven (do transakcji ostatecznie nie doszło) kurs na finiszu sesji 30 lipca wynosił 29,3 zł, czyli 36% powyżej ceny z IPO.

  • Kanadyjski gigant przejmuje Żabkę. Circle K płaci 32 mld zł

    Kanadyjski gigant przejmuje Żabkę. Circle K płaci 32 mld zł

    Na warszawskiej giełdzie szykuje się jedna z największych transakcji w historii. Kanadyjski koncern Alimentation Couche-Tard, właściciel sieci stacji paliw Circle K, ogłosił wezwanie na 100% akcji Grupy Żabka. Cena: 32 zł za sztukę, co wycenia całą spółkę na około 32 mld zł.

    Wezwanie z poparciem głównych akcjonariuszy

    Wezwanie zostanie przeprowadzone przez polską spółkę zależną Circle K Polska i obejmie 1 002 974 605 akcji, czyli cały kapitał zakładowy. Główni akcjonariusze już zobowiązali się do sprzedaży wszystkich pakietów. Fundusz CVC Capital Partners, posiadający 37,6% akcji za pośrednictwem Heket, oraz Partners Group (PG Investment Company, 10,0%) podpisali nieodwołalne umowy. Dołączyli do nich kluczowi menedżerowie: Tomasz Suchański, Tomasz Blicharski, Adam Manikowski, Jolanta Bańczerowska, Anna Grabowska, Marta Wrochna-Łastowska oraz Wojciech Krok. Łącznie te podmioty kontrolują 57,2% akcji i głosów.

    Pięcioro z wymienionych menedżerów – Blicharski, Manikowski, Grabowska, Wrochna-Łastowska i Krok – postanowiło dodatkowo przeznaczyć część otrzymanych ze sprzedaży środków na zakup akcji samego Alimentation Couche-Tard.

    Harmonogram i zgody regulacyjne

    Przyjmowanie zapisów w wezwaniu ma rozpocząć się około 26 sierpnia, a finalizacja transakcji planowana jest najpóźniej na grudzień 2026 roku. Terminy zależą od weryfikacji dokumentu wezwania przez Komisję Nadzoru Finansowego oraz uzyskania zgód na koncentrację ze strony Komisji Europejskiej lub Prezesa UOKiK.

    Krótka historia z japońskim akcentem

    To zaskakujący obrót wydarzeń, bo jeszcze na początku lipca nad Żabką unosiła się atmosfera innego przejęcia. Japoński koncern Seven & i Holdings, właściciel globalnej sieci 7-Eleven, potwierdził zaawansowane rozmowy. Informacja wystrzeliła kurs Żabki do ponad 33 zł 21 lipca. Jednak 25 lipca Seven & i wycofało się, wydając oświadczenie:

    „Firma nie była w stanie osiągnąć porozumienia ze sprzedającym na warunkach, które jej zdaniem leżałyby w najlepszym interesie akcjonariuszy Seven & i Holdings oraz innych partnerów.”

    Po tej informacji w poniedziałek akcje Żabki runęły o 14% na otwarciu, by zamknąć sesję spadkiem o 10% przy najwyższych obrotach na rynku – 170 mln zł w samej pierwszej połowie dnia. Kurs utrzymał się jednak wyraźnie powyżej ceny z IPO (21,50 zł).

    Dobra oferta dla akcjonariuszy

    Propozycja Circle K to 32 zł – o 9% więcej niż kurs zamknięcia z 30 lipca (29,26 zł) i niemal o połowę więcej niż cena debiutu Żabki w październiku 2024 roku. Dla porównania, przed fiaskiem rozmów z Japończykami eksperci zwracali uwagę, że wejście akcjonariusza branżowego mogłoby rozwiązać problem nawisu podaży akcji funduszy private equity – jak podkreślał Konrad Księżopolski z Haitong Banku, całkowite wyjście przez ABB zajęłoby trzy–cztery lata.

    Żabka rośnie w siłę

    Sieć rozwija się dynamicznie. W pierwszym półroczu 2026 roku otworzyła 778 nowych sklepów w Polsce i Rumunii. Na koniec czerwca liczyła 13 063 placówek, co oznacza wzrost o 10,8% rok do roku. Celem na cały 2026 rok jest uruchomienie ponad 1300 nowych lokalizacji.

    Sam Alimentation Couche-Tard to potężny gracz – wyceniany na 82 mld CAD (220 mld USD), działa w 27 krajach, prowadzi 17,3 tys. punktów sprzedaży (w tym 13,2 tys. stacji paliw) i zatrudnia około 145 tys. osób. Pod markami Couche-Tard i Circle K jest obecny m.in. w USA, Kanadzie, Polsce, Skandynawii i państwach bałtyckich.

    Co dalej?

    Transakcja, jeśli dojdzie do skutku, będzie jedną z największych w historii polskiego rynku kapitałowego. Jej powodzenie zależy od zgód regulacyjnych. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Żabka zmieni właściciela jeszcze w grudniu tego roku.

  • Szefowa CLIP Group ostrzega: Europejskie auta przegrywają z Chinami

    Szefowa CLIP Group ostrzega: Europejskie auta przegrywają z Chinami

    Agnieszka Hipś, prezes CLIP Group – największej prywatnej grupy logistycznej w Polsce – nie ma wątpliwości: europejski przemysł motoryzacyjny musi pilnie zmienić strategię, bo chińscy producenci stali się groźną konkurencją. W rozmowie z „Biznes Klasą” szefowa firmy, przez której spółkę przejeżdża co drugie nowe auto sprzedane w kraju, tłumaczy, że wojna cenowa i protekcjonizm to droga donikąd.

    Chińskie auta już nie są „niedorobione”

    Hipś zwraca uwagę, że jeszcze dekadę temu chiński samochód był, jej zdaniem, technicznie niedopracowany. Dziś – jak mówi – spełnia oczekiwania klientów: jest nowoczesny, dobrze wykończony i po prostu tańszy. Apeluje, by nie obrażać się na konsumenta, który wybiera taki produkt. Jej zdaniem europejscy inwestorzy stoją przed koniecznością rewizji podejścia – utrzymywanie wysokiej marży kosztem jakości i dostępności może oznaczać przegraną z chińską konkurencją, która na badania i rozwój wydaje dziś znacznie więcej niż Europa.

    Ostrzega również, że wojna celna to miecz obosieczny. Europejscy i chińscy producenci są często powiązani przez wspólne przedsięwzięcia (joint venture), więc – jak podkreśla – obrażanie się na partnera oznacza, że nikt nie odtworzy zdolności produkcyjnej.

    Chińskie koncerny produkują samochody coraz lepsze. One są coraz doskonalsze. Europejczycy produkują takie, jak produkują i mówią, że są obrażeni na to, że w ogóle konkurencja im się na rynku pojawiła. Nie tędy droga – dodaje.

    Transport w kryzysie? Rynek się zmienia

    Hipś nie zaprzecza, że branża transportowa ma z czym się mierzyć. Towaru jest mniej, dochodzą kolejne kryzysy, a przede wszystkim brakuje kierowców – młodzi ludzie nie chcą wykonywać tego zawodu. Rozmówczyni rozróżnia jednak dwa typy kierowców. Ten, który codziennie chce spać w domu, zarabia i pracuje w niezbyt dobrych warunkach. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja wyspecjalizowanego kierowcy przewożącego nowe auta – to reprezentant firmy, który bierze auto prosto z fabryki, wiezie je przez Europę i musi oddać idealne, na czas. Tacy ludzie zarabiają, według niej, od dwudziestu kilku do trzydziestu tysięcy złotych brutto miesięcznie.

    Problemem są też stawki. Hipś mówi wprost, że polski rynek jest trochę zdumpingowany – we Francji czy Niemczech za kilometr płaci się lepiej niż w Polsce. W czasach kryzysu przewozy do Hiszpanii potrafiły kosztować kilka euro za kilometr, wielokrotnie więcej niż krajowe. Odpowiedzią, którą wypracował CLIP, jest transport intermodalny – „tiry na tory”.

    W tym modelu rodzinna firma nie musi utrzymywać kierowców na długodystansowe trasy. Naczepy pokonują pociągiem odległości rzędu tysiąca czy dwóch tysięcy kilometrów, a kierowca realizuje tylko krótki dojazd do terminala. Dzięki temu przedsiębiorca ogranicza koszty stałe i – jak podkreśla Hipś – przygotowuje się do obowiązkowej dekarbonizacji transportu, która czeka branżę w kolejnych latach.

    Skala imperium i wyzwania rynku

    CLIP Group to potęga: 700 tysięcy metrów kwadratowych budynków, 70 hektarów dachu, 1300 własnych pracowników i około 15 tysięcy miejsc pracy. Grupa posiada własne lokomotywy, licencje przewozowe oraz pociągi kursujące m.in. do Barcelony i Duisburga. Jedna z jej spółek, wyspecjalizowana w przewozie nowych samochodów, obsługuje 3000 dealerów i przywozi przynajmniej co drugie auto sprzedane w Polsce.

    Hipś zaznacza, że Polska pozostaje krajem wzrostowym, a rynek nowych aut rośnie rok do roku. Widzi jednak groźne tendencje – jak choćby to, że nową firmę chce założyć zaledwie trzy procent Polaków, podczas gdy jej zdaniem pożądany odsetek to kilkanaście lub dwadzieścia kilka procent. Najmocniej krytykuje nadmiar regulacji, który jeden z jej kolegów miał określić mianem „biegunki regulacyjnej”. Opisuje absurd, w którym przepisy traktują urodzajną warstwę gleby jako odpad, a działy compliance zatrudniają po kilkanaście etatów tylko po to, by pilnować bieżącej poprawności prawnej.

    Kobieta w męskiej branży

    Agnieszka Hipś sceptycznie odnosi się do feminatywów oraz do ustawowych kwot udziału kobiet w zarządach. Jej zdaniem takiego parametru nie da się osiągnąć z dnia na dzień przez dostawienie biurek – trzeba wcześniej przygotować „ławkę rezerwowych”. Zwraca też uwagę, że część kompetentnych kobiet świadomie nie chce awansu na stanowiska kierownicze, bo są matkami i opiekunkami, dla których najważniejszym „produktem w życiu” jest dziecko.

    Sama zarządza firmami razem z mężem, spędzając z nim całe dnie, a jej córka bywa w biurze. – To są ogromne kompromisy – wyjaśnia.

  • Prezydent podpisał ustawę o AI. Powstaje nowy nadzór i pierwsza w UE piaskownica

    Prezydent podpisał ustawę o AI. Powstaje nowy nadzór i pierwsza w UE piaskownica

    Prezydent Karol Nawrocki postawił pieczęć na ustawie o systemach sztucznej inteligencji. Nowe przepisy, podpisane 24 lipca 2026 roku, wprowadzają w Polsce jasne ramy nadzoru nad AI i zapowiadają powstanie organu kontrolnego, który będzie mógł nawet wycofać z rynku niebezpieczne algorytmy.

    Nowa komisja z szerokimi uprawnieniami

    Sercem nowego prawa będzie Komisja Rozwoju i Bezpieczeństwa Sztucznej Inteligencji (KRiBSI). Ten niezależny organ, obsługiwany organizacyjnie przez Ministerstwo Cyfryzacji, dostaje w ręce potężne narzędzia. Komisja będzie sprawdzać, czy systemy AI na polskim rynku są zgodne z prawem i bezpieczne. Jeśli nie – będzie mogła je wycofać, ograniczyć ich używanie lub zablokować wprowadzenie na rynek.

    — Sztuczna inteligencja może stać się ważnym narzędziem dla polskiej gospodarki, nauki i administracji. Nie możemy jednak ignorować zagrożeń: kradzieży tożsamości, fałszowania wizerunku, deepfake’ów czy wykorzystywania technologii do krzywdzenia dzieci i młodzieży – powiedział prezydent w komentarzu do swojej decyzji.

    Nawrocki podkreślił, że nie chodzi o wybór między innowacją a bezpieczeństwem. – Musimy wspierać innowacje, ale technologia zawsze musi służyć człowiekowi, a nie człowiek technologii – zaznaczył.

    Obywatele będą mogli składać skargi

    Ustawa nie pozostawia przeciętnego użytkownika bez ochrony. Do nowej komisji będzie można składać skargi, jeśli ktoś podejrzewa naruszenie przepisów o AI. Wprowadzona zostanie też lista zakazów oraz system kar za naruszenia. To odpowiedź na rosnącą falę deepfake’ów i kradzieży tożsamości.

    Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski zwracał uwagę, że AI weszła już do każdego domu – od podpowiadania zakupów po decyzje o wakacjach. – Algorytmy w Polsce będą kontrolowane i będziemy je kontrolowali odpowiedzialnie – mówił.

    Koniec z inwigilacją reklamową i scoringiem społecznym

    Nowe przepisy mają też jasno odciąć się od najbardziej kontrowersyjnych praktyk. Minister Gawkowski wyjaśnił, że zmiany obejmują zakaz tzw. scoringu społecznego. Chodzi o sytuacje, w których kamery monitorujące mogłyby w czasie rzeczywistym analizować emocje przechodniów i wysyłać im spersonalizowane reklamy, np. suplementy diety.

    – Nikt nie będzie mógł skanować twojego poruszania się po mieście po to, żeby w czasie rzeczywistym można było ci podsyłać informacje, reklamy albo w jakikolwiek sposób targetować twoje życie – powiedział Gawkowski.

    Obowiązkowe oznakowanie treści od AI

    W tym roku wejdzie w życie także nowy obowiązek: treści wygenerowane przez sztuczną inteligencję będą musiały być wyraźnie oznakowane. Jak podkreślają przedstawiciele resortu cyfryzacji, to sukces polskiej delegacji w negocjacjach unijnych – termin wejścia w życie nie został przesunięty na przyszły rok.

    – To jest pierwszy krok do przeciwdziałania dezinformacji wspieranej przez sztuczną inteligencję, kiedy użytkownik zobaczy jasny komunikat: „Drogi użytkowniku, to co widzisz zostało wygenerowane przez AI” – tłumaczył wicepremier.

    Piaskownica regulacyjna dla firm

    Nowe prawo ma też wspomóc rodzimy biznes. W ramach ustawy powstanie pierwsza w Unii Europejskiej piaskownica regulacyjna dla AI – specjalne środowisko testowe, w którym firmy, zwłaszcza małe i średnie, będą mogły bezpiecznie sprawdzać swoje innowacyjne rozwiązania.

    Według zapowiedzi resortu, piaskownica ma być gotowa w ciągu najbliższych trzech, czterech miesięcy. Po przejściu takiego testu przedsiębiorca będzie miał oficjalne potwierdzenie, że jego system jest bezpieczny i zgodny z przepisami. To ma ułatwić także klientom – zarówno firmom, jak i instytucjom – wybór sprawdzonych rozwiązań.

    – Ustawa, którą wprowadzamy, nadzór i rozwój sztucznej inteligencji będzie szansą na to, żeby algorytmy rozwijały się bezpiecznie – podsumował Gawkowski.

    Prezydent, podpisując w piątek pięć ustaw, zaznaczył, że ta o AI zyskała „szerokie poparcie w parlamencie”. Ustawa ma uporządkować nadzór i pozwolić polskiej gospodarce korzystać z potencjału sztucznej inteligencji bez narażania obywateli na zagrożenia.

  • Już od czwartku: nowe unijne prawo do naprawy – dłuższa gwarancja i koniec blokad

    Już od czwartku: nowe unijne prawo do naprawy – dłuższa gwarancja i koniec blokad

    Już 31 lipca 2026 roku zaczyna obowiązywać unijna dyrektywa „Right to Repair” – czyli prawo do naprawy. To zmiana, która dotknie każdego, kto kiedykolwiek zastanawiał się, czy bardziej opłaca się naprawić zepsuty sprzęt, czy od razu kupić nowy.

    Co nowego dla konsumentów?

    Dyrektywa wprowadza dwa kluczowe udogodnienia. Po pierwsze, jeśli klient wybierze naprawę zamiast wymiany produktu, dostanie dodatkowe 12 miesięcy ustawowej ochrony. Po drugie, producentom nie wolno już będzie stosować blokad programowych ani zapisów umownych, które uniemożliwiają naprawę przez niezależne serwisy.

    Kilian Kaminski, współzałożyciel refurbed – internetowej platformy z odnowioną elektroniką – tłumaczy, że to koniec z celowym utrudnianiem życia warsztatom.

    Konsumenci, którzy wybiorą naprawę zamiast wymiany produktu, otrzymają dodatkowe 12 miesięcy ustawowego okresu ochrony, a producenci nie będą już mogli wykorzystywać blokad programowych ani zapisów umownych do uniemożliwiania napraw przez niezależne serwisy.

    Co obejmą przepisy w Polsce?

    Nad wdrożeniem unijnego prawa w naszym kraju pracuje UOKiK. Jak podawała „Rzeczpospolita”, regulacje mają objąć m.in.: pralki, zmywarki, odkurzacze, suszarki, telefony komórkowe, urządzenia chłodnicze, wyświetlacze, serwery, a także rowery i skutery elektryczne. Projekt ustawy – według tego samego źródła – ma trafić pod obrady rządu w trzecim kwartale 2026 roku.

    Rynek odnowionej elektroniki pnie się w górę

    Według Kiliana Kaminskiego wartość europejskiego rynku odnowionych smartfonów w 2026 roku wynosi już 8,5–10,5 mld euro. Powód? Nowe flagowe telefony kosztują regularnie ponad 1 tys. euro, a przepaść między ich ceną a budżetem konsumentów rośnie szybciej niż pensje. Jak dodaje Kaminski, różnica między „ceną nowego telefonu” a „kwotą, którą konsumenci mogą komfortowo wydać” zwiększa się w tempie szybszym niż wynagrodzenia.

    Polska jest tu rynkiem szczególnym. Jak podkreśla przedsiębiorca, popyt nad Wisłą jest około pięciokrotnie wyższy od prognoz firmy. W rozmowie z Business Insider Polska Kaminski stwierdził, że Polska jest jednym z najbardziej udanych debiutów rynkowych refurbed.

    To nie jest drobne odchylenie, lecz wyraźny sygnał: polscy konsumenci są gotowi na odnowioną elektronikę i nie traktują jej wyłącznie jako dodatkowej, „miłej” opcji – mówi Kilian Kaminski. – Mimo napiętych budżetów i obaw o rosnące koszty życia, chęć posiadania wysokiej jakości elektroniki wciąż jest ogromna.

    Co więcej, Europa Środkowo-Wschodnia, w tym Polska, to region, w którym koncentruje się duża część procesów odnawiania urządzeń. Polscy konsumenci są więc blisko miejsc, gdzie sprzęt jest faktycznie regenerowany, a nie tylko sprzedawany.

    Postulaty na lepsze prawo

    Kaminski ma też trzy konkretne pomysły na udoskonalenie implementacji dyrektywy w Polsce:

    • wprowadzenie przejrzystego limitu cen części zamiennych – np. najdroższa część nie może kosztować więcej niż 20% wartości produktu;
    • stworzenie wąskiej, precyzyjnej listy sytuacji, w których producent może zablokować naprawę (zamiast ogólnego wyjątku dotyczącego własności intelektualnej), przy czym ciężar dowodu spoczywa na producencie;
    • zapisanie w krajowych przepisach jednoznacznego zakazu parowania części i blokowania napraw.

    Nie tylko elektronika – zmiany także w motoryzacji

    Nowe unijne przepisy to nie tylko sprzęt domowy i telefony. Unia Europejska zmienia również zasady projektowania, naprawy i demontażu samochodów w ramach regulacji ELVR. Części nadające się do ponownego użycia lub regeneracji nie będą już automatycznie klasyfikowane jako odpady. To szansa dla polskich producentów i zakładów regeneracyjnych, ale też nowe obowiązki dokumentacyjne – producenci pojazdów, warsztaty i zakłady regeneracyjne będą musieli spełniać dodatkowe wymogi dotyczące dokumentacji. Nowe zasady mogą wzmocnić pozycję polskiej branży części motoryzacyjnych, która już teraz jest ważnym graczem w Europie.

    Co dalej?

    Unijna dyrektywa „Right to Repair” wchodzi w życie z końcem lipca. W Polsce czeka nas jeszcze finalizacja krajowych przepisów – rządowy projekt ma być gotowy do końca trzeciego kwartału 2026 roku. Tymczasem wartość rynku odnowionych smartfonów w Europie sięga już niemal 10,5 mld euro, a popyt w Polsce pięciokrotnie przewyższa prognozy – to wyraźny znak, że konsumenci są gotowi na naprawy i odnowiony sprzęt.