Blog

  • OPEC+ domyka cięcia z 2023 roku. Ceny ropy w dół, ale co z czwartym kwartałem?

    OPEC+ domyka cięcia z 2023 roku. Ceny ropy w dół, ale co z czwartym kwartałem?

    OPEC+ właśnie zakończył jeden z rozdziałów swojej polityki naftowej. Podczas niedzielnego posiedzenia sojusz zatwierdził wrześniową podwyżkę wydobycia o około 188 000 baryłek dziennie, finalizując tym samym wycofywanie dobrowolnych cięć uzgodnionych w 2023 roku. Decyzja zapadła w momencie, gdy realna produkcja grupy wciąż pozostaje daleko w tyle za limitami, a ceny ropy – po wcześniejszym skoku do 100 USD za baryłkę – gwałtownie spadły w poniedziałek. Kontrakty terminowe na West Texas Intermediate straciły ponad 16 procent do poziomu 79,52 USD za baryłkę, a międzynarodowy benchmark ropa Brent spadł o ponad 5 procent do 83,50 USD za baryłkę. Wyprzedaż napędzały głównie nadzieje na deeskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie.

    Kto podnosi wydobycie?

    Podwyżkę uzgodniła siódemka kluczowych producentów: Arabia Saudyjska, Rosja, Irak, Kuwejt, Algieria, Kazachstan i Oman. To ta sama grupa, która od kwietnia systematycznie zwiększała limity – łącznie od kwietnia do sierpnia podniosły je o 958 000 baryłek dziennie. Wrześniowy wzrost o 188 000 baryłek dziennie domyka proces odwracania dobrowolnych cięć o 1,65 mln baryłek dziennie uzgodnionych w 2023 roku. Gdy zawierano tamto porozumienie, wśród sygnatariuszy znajdowały się jeszcze Zjednoczone Emiraty Arabskie; opuściły one OPEC w maju tego roku. Źródła agencji Reuters, które zastrzegły anonimowość, podały, że ostateczna decyzja nie zapadła, a OPEC i władze Rosji nie odpowiedziały na prośbę o komentarz.

    Realna produkcja daleko w tyle

    Choć limity rosną, rzeczywiste wydobycie pozostaje znacznie poniżej ustalonych kwot. Główną przyczyną są zakłócenia eksportu z krajów Zatoki Perskiej spowodowane wojną z Iranem. Według danych OPEC w czerwcu grupa wydobywała zaledwie 36,28 mln baryłek dziennie – dla porównania w lutym, przed wybuchem konfliktu, było to blisko 43 mln baryłek dziennie. Różnica pokazuje, że podnoszenie celów ma w dużej mierze charakter deklaratywny. Dodatkowo w ostatnich dniach doszły utrudnienia na Morzu Czerwonym, gdzie Huti zaatakowali saudyjskie tankowce, zakłócając główną trasę omijającą Zatokę, wykorzystywaną przez saudyjski eksport.

    Kontekst cenowy i polityczny

    Przed posiedzeniem ceny ropy sięgnęły 100 USD za baryłkę po tym, jak upadło wstępne porozumienie pokojowe między USA a Iranem. Wcześniejsze ustalenia ułatwiały transport przez cieśninę Ormuz, a ich zerwanie ponownie ograniczyło globalny przepływ surowca. Obecny spadek cen wynika z nadziei na deeskalację, ale sytuacja pozostaje napięta.

    Co dalej? Pauza w czwartym kwartale?

    Komunikat po posiedzeniu nie zawierał żadnej wzmianki o planach na ostatnie trzy miesiące 2026 roku. Choć przed posiedzeniem źródła w OPEC+ sugerowały, że sojusz najprawdopodobniej wstrzyma podwyżki wydobycia w czwartym kwartale, oficjalne oświadczenie milczy w tej sprawie. Analitycy spodziewają się jednak pauzy.

    „Naszym scenariuszem bazowym jest pauza w czwartym kwartale, podczas gdy grupa przygotowuje się do negocjacji kwot na 2027 rok” – ocenił Jorge Leon z Rystad Energy. Dodał, że po zakończeniu kampanii przywracania produkcji grupa ma niewielką motywację, by spieszyć się z dalszymi zmianami podaży. Zastrzegł przy tym, że są to prognozy warunkowe, zależne od dalszego rozwoju sytuacji na rynku.

    Nadal obowiązują starsze cięcia

    Wrześniowa podwyżka nie oznacza całkowitego powrotu do produkcji sprzed cięć. Wciąż obowiązują starsze ograniczenia – cięcia na poziomie około 2 mln baryłek dziennie z 2022 roku, które są ważne do końca bieżącego roku. OPEC+ prowadzi przegląd mocy produkcyjnych poszczególnych członków. Ustalenia z tego przeglądu posłużą jako podstawa do wyznaczenia limitów wydobycia na 2027 rok. Rozmowy o nowych kwotach mogą być napięte, ponieważ część państw – w tym Irak – zabiega o wyższe indywidualne wartości, odzwierciedlające ich zwiększony potencjał.

    Kolejne spotkanie siedmiu kluczowych producentów zaplanowano na 6 września. To właśnie wtedy rynek pozna pierwsze sygnały dotyczące strategii OPEC+ na ostatni kwartał 2026 roku i ewentualne przygotowania do negocjacji kwot na 2027 rok.

  • Koniec zakazu handlu w niedziele? Związkowcy chcą 2,5× stawki za pracę

    Koniec zakazu handlu w niedziele? Związkowcy chcą 2,5× stawki za pracę

    Związkowa Alternatywa rzuca na stół rewolucyjny pomysł: zamiast zakazu handlu w niedziele – znacznie wyższe wynagrodzenie dla pracowników. Według propozycji każda godzina pracy w niedzielę miałaby być płacona 2,5 razy więcej niż standardowa stawka. To odpowiedź na obowiązujące od 2018 r. przepisy, które – zdaniem związkowców – w praktyce stały się „kompletną fikcją”.

    Obecne zasady nie działają?

    Przewodniczący Związkowej Alternatywy Piotr Szumlewicz nie ma wątpliwości, że obecna ustawa nie spełnia swojej roli. Liczne wyjątki sprawiają, że zakaz handlu w niedziele nie działa tak, jak zakładano. Jak argumentuje, z regulacji korzystają przede wszystkim największe sieci, które znalazły sposoby na obchodzenie przepisów, podczas gdy mniejsze placówki pozostają w gorszej sytuacji.

    Związkowcy wskazują też na nowelizację z 2021 r., która pozwoliła przedsiębiorcom na korzystanie z nieodpłatnej pomocy członków rodziny – m.in. małżonków, dzieci, rodziców, rodzeństwa, dziadków czy wnuków. W efekcie w niedziele zamknięte są głównie duże sklepy, a w części mniejszych placówek rodziny właścicieli mogą pracować bez wynagrodzenia.

    Co proponuje Związkowa Alternatywa?

    Organizacja chce całkowitego odejścia od administracyjnego zakazu. Zamiast tego proponuje wprowadzenie wysokich dodatków za pracę w niedzielę. Każda godzina miałaby być wynagradzana stawką 2,5 razy wyższą niż w dni powszednie. Przy obecnej minimalnej stawce godzinowej oznaczałoby to 78,50 zł za godzinę, a minimalna płaca za ośmiogodzinny dzień pracy wyniosłaby 628 zł.

    Co ważne, rozwiązanie nie dotyczyłoby tylko handlu. Związkowcy chcą, aby wyższe wynagrodzenie za niedzielną pracę objęło wszystkie branże, w których praca tego dnia jest wykonywana – m.in. gastronomię, transport, ochronę zdrowia, policję, pomoc społeczną, energetykę czy sektor rozrywki.

    Praca w niedzielę miałaby być dobrowolna i odpowiednio rekompensowana – nie tylko wyższym wynagrodzeniem, ale także dodatkowym dniem wolnym w tygodniu. Związkowcy przekonują, że otwarcie hipermarketów i galerii handlowych w niedziele mogłoby rozłożyć ruch klientów na cały weekend, odciążając sklepy w piątki i soboty.

    „Ustawa nie sprzyja nikomu”

    Piotr Szumlewicz wprost mówi, że obecne przepisy nie działają na korzyść żadnej ze stron. Jak podkreśla:

    „Obecnie obowiązująca ustawa nie sprzyja nikomu – ani pracownikom, ani pracodawcom, ani klientom. W tej sytuacji uważamy, że ustawa o handlu w niedziele powinna być całkowicie odrzucona.”

    Związkowcy zwracają też uwagę na zmiany za granicą. Niemcy złagodziły niedawno przepisy dotyczące handlu w miejscowościach turystycznych, a z badań ma wynikać, że blisko 60 proc. obywateli tego kraju opowiada się za całkowitą likwidacją zakazu handlu w niedziele.

    Co dalej z zakazem?

    Na razie propozycja Związkowej Alternatywy ma charakter postulatu. Obecna koalicja rządząca zapowiadała przegląd przepisów dotyczących handlu w niedziele, ale do tej pory nie przedstawiła żadnych konkretnych projektów. Prace legislacyjne w tym zakresie nie są prowadzone, a w 2026 r. nadal obowiązują dotychczasowe zasady – sklepy będą otwarte przez osiem niedziel handlowych.

    To oznacza, że w najbliższym czasie zakaz pozostanie w mocy, a dyskusja o jego przyszłości – wraz z propozycją wyższych wynagrodzeń – z pewnością będzie wracać. Na razie jednak konkrety po stronie rządu nie padły.

  • Nawrocki składa drugi wniosek o referendum klimatyczne. Tym razem z prostszym pytaniem

    Nawrocki składa drugi wniosek o referendum klimatyczne. Tym razem z prostszym pytaniem

    Prezydent Karol Nawrocki nie rezygnuje z pomysłu narodowej debaty na temat unijnej polityki klimatycznej. Po tym, jak Senat odrzucił w maju jego pierwszy wniosek o referendum, głowa państwa w czwartek złożyła nową propozycję – tym razem z zupełnie innym, neutralnym pytaniem.

    Nowe pytanie, nowa szansa?

    Podczas spotkania z mieszkańcami Dębicy Nawrocki ogłosił, że tuż przed wyjazdem złożył drugi wniosek. Poprzednie pytanie – „Czy jest Pan/Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?” – zostało uznane przez senatorów za sugerujące odpowiedź. Teraz prezydent proponuje znacznie prostsze sformułowanie: „Czy jest Pan/Pani za realizacją przez Polskę polityki klimatycznej Unii Europejskiej?”

    – Przy pierwszej próbie nie odpowiadało pytanie, było złe pytanie. Ja szukam kompromisów, szukam rozwiązań. Jeśli Senatowi nie odpowiadało pytanie, to przygotowaliśmy w Kancelarii Prezydenta zupełnie inne, nowe pytanie – powiedział Nawrocki.

    Senat znów na drodze?

    Pierwszy wniosek trafił do Senatu w pierwszej połowie roku. Oprócz zarzutu o sugerowanie odpowiedzi, senacka komisja oraz większość senatorów zgłosili obiekcje natury formalno-prawnej, wskazując na nieprecyzyjne sformułowanie pytań. W głosowaniu plenarnym wniosek przepadł.

    Prezydent wyraził rozczarowanie postawą wyższej izby parlamentu. Jego zdaniem, podobnie jak w Sejmie unika się dyskusji nad prezydenckimi inicjatywami, tak Senat obawia się ogólnokrajowego głosowania.

    Ceny energii i „zielone podatki”

    Nawrocki ponownie skrytykował unijną politykę klimatyczną, wskazując na jej realne skutki dla portfeli Polaków. Według danych przedstawionych przez prezydenta polscy przedsiębiorcy płacą 252 euro za megawatogodzinę prądu. Dla porównania: w Niemczech stawka wynosi 237 euro, we Francji 166 euro, a w Hiszpanii 158 euro.

    Głowa państwa zaatakowała również Ministerstwo Energii, które – jego zdaniem – przygotowuje rozporządzenie mające ukryć na rachunkach wysokość opłat wynikających z polityki klimatycznej. Nawrocki argumentował, że propozycja ministerstwa zakłada dalsze pobieranie opłat z tytułu ETS, ale bez ujawniania na fakturach, ile dokładnie wynoszą składki związane z Zielonym Ładem. – Nie róbcie takich rzeczy – zaapelował prezydent, dodając, że obywatele nie powinni być pozbawiani wiedzy o tym, za co płacą.

    Prezydent: 41 wet i przetrzymywane ustawy

    Podczas wystąpienia Nawrocki podsumował też swoją działalność legislacyjną. Poinformował o podpisaniu 245 ustaw i zastosowaniu prawa weta wobec 41 projektów. Zaznaczył, że podpisał znacznie więcej ustaw niż zawetował, i odrzucił zarzuty, jakoby zbyt często korzystał z weta.

    Prezydent zarzucił też marszałkowi Sejmu Włodzimierzowi Czarzastemu przetrzymywanie prezydenckich projektów ustaw, m.in. dotyczących obniżki cen energii oraz inicjatywy „PIT 0 proc. dla rodzin, rodzina na plus”.

    Kontrowersje wokół ustaw

    Nawrocki skrytykował również praktykę dołączania do dobrych rozwiązań legislacyjnych przepisów, które uznał za nieakceptowalne. Jako przykład podał ustawę o statusie osoby najbliższej, która – jego zdaniem – miała zmieniać ponad 200 aktów prawnych i podważać artykuł 18 Konstytucji, mówiący o małżeństwie jako związku kobiety i mężczyzny. Określił takie działania mianem kuglarstwa i zapowiedział, że się na nie nie zgadza.

    Co dalej z wnioskiem?

    Komentatorzy nie mają wątpliwości, że nowy wniosek również spotka się z oporem większości senackiej. Zdaniem publicystów – jak czytamy w felietonie na łamach Interii – obecna parlamentarna większość zdaje sobie sprawę, że gdyby do plebiscytu doszło, Polacy powiedzieliby unijnej polityce klimatycznej zdecydowane „nie”. Obawy przed wynikiem referendum, a także przed zadrażnieniami z Brukselą, mają blokować zgodę na głosowanie. Dodatkowo, jak wskazują, polityczni oponenci nie chcą dać prezydentowi Nawrockiemu satysfakcji politycznego sukcesu.

    W tekście podkreślono również, że unijna polityka klimatyczna ma realny wpływ na życie codzienne. Chodzi m.in. o wzrost cen paliw na stacjach, rosnące rachunki za energię dla obywateli i firm oraz zmniejszanie marż zysku w wielu gałęziach przemysłu, co przekłada się na mniejsze zatrudnienie i erozję miejsc pracy. Autor felietonu Rafał Woś zwraca uwagę, że blokowanie narodowej dyskusji na ten temat nie może trwać wiecznie, ponieważ skutki polityki klimatycznej są odczuwalne dla milionów obywateli.

    Na razie wniosek trafił do Senatu. To, czy nowe, neutralne pytanie spełni formalne wymogi izby, okaże się w najbliższych tygodniach.

  • Fala upałów w Polsce. Minister energii: „System jest gotowy”

    Fala upałów w Polsce. Minister energii: „System jest gotowy”

    Nad Polskę nadciąga fala ekstremalnych upałów, a wraz z nią powracają obawy o bezpieczeństwo dostaw prądu. Minister energii Miłosz Motyka uspokaja – krajowy system elektroenergetyczny jest dziś znacznie lepiej przygotowany na wysokie temperatury niż kilka lat temu, głównie dzięki przyspieszonej modernizacji infrastruktury.

    „Mieliśmy rekordy i system dał radę”

    W rozmowie z mediami minister podkreślił, że w ciągu ostatniego pół roku Polska zmierzyła się już z rekordowymi wyzwaniami.

    „Mieliśmy rekordową zimę, rekordowe zapotrzebowanie na ponad 30 GW mocy i rekordowo wysokie temperatury w zaledwie pół roku […], ale Polska jest na to przygotowana. Nasz system jest odporny i przygotowany na takie temperatury” — zapewnił Miłosz Motyka.

    Jednocześnie zaznaczył, że żadne państwo nie jest całkowicie odporne na wszystkie możliwe awarie związane z pogodą.

    Ryzyko przeciążenia przy ekstremalnych upałach

    Minister przyznał, że wraz ze wzrostem temperatury rośnie ryzyko przeciążenia sieci. Zapotrzebowanie na energię gwałtownie skacze – klimatyzatory, chłodnictwo i wentylacja pracują pełną parą. Dodatkowym problemem jest spadek wydajności paneli fotowoltaicznych, które optymalnie działają przy około 25–27°C. Przy wyższych temperaturach ich efektywność maleje, co w godzinach szczytu bywa odczuwalne.

    Operator sieci: rezerwy są bezpieczne

    Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) zapewniają, że na ten moment nie ma zagrożenia przerwami w dostawach prądu. Operator dysponuje wystarczającymi rezerwami mocy, a w ciągu dnia system wspiera dynamicznie rozwijająca się fotowoltaika. Jak wskazuje minister Motyka, w czasie największych upałów panele słoneczne pracują najwydajniej, co pomaga bilansować system i odpowiadać na zwiększone zapotrzebowanie związane z klimatyzacją.

    Potrzebne dalsze inwestycje

    Sam rozwój OZE nie rozwiązuje jednak wszystkich problemów. Minister wskazuje, że bez rozbudowy sieci przesyłowych, magazynów energii i nowych mocy wytwórczych trudno będzie zapewnić stabilność w przyszłości. Resort stawia także na energetykę wiatrową i modernizację istniejącej infrastruktury – to kluczowe elementy długoterminowego bezpieczeństwa energetycznego kraju.

    Koszty ekstremalnych upałów

    Fala upałów przechodząca przez Europę stawia temat bezpieczeństwa energetycznego w centrum uwagi. Według raportu przygotowanego w ramach akcji „Test Upałów” (Onet i inne redakcje), ekstremalne zjawiska pogodowe kosztują polską gospodarkę średnio około 6 mld zł rocznie. Jeden dzień fali upałów może generować straty przekraczające 100 mln zł.

    Upały i susza to czynniki, które zdaniem ekspertów mogą negatywnie wpływać na pracę elektrowni i zwiększać prawdopodobieństwo problemów w sieci. Poza sektorem energetycznym upały uderzają w transport, ochronę zdrowia, rolnictwo i zwykłych obywateli, którzy wydają więcej na chłodzenie swoich domów.

    Długofalowe rozwiązania to nowa norma

    Minister Motyka przekonuje, że kluczowe są długoterminowe nakłady na wzmocnienie odporności kraju wobec ekstremalnych zjawisk atmosferycznych. Jak zauważa, takie zjawiska jak fale upałów stają się coraz częstsze i przestają być odosobnionym przypadkiem. Wymaga to systematycznych działań ze strony państwa.

    Na razie jednak, według zapewnień rządu i operatora, sieć energetyczna jest gotowa na nadchodzące upały. Motyka przypomina, że już teraz sytuacja w energetyce jest znacznie lepsza niż podczas kryzysów sprzed kilku lat – głównie dzięki gwałtownemu wzrostowi mocy fotowoltaicznej, która w upalne dni pomaga utrzymać stabilność sieci.

  • PolTREG bierze kurs na rejestrację. Z pomocą giganta Parexel rusza walka o unijną zgodę na przełomową terapię cukrzycy

    PolTREG bierze kurs na rejestrację. Z pomocą giganta Parexel rusza walka o unijną zgodę na przełomową terapię cukrzycy

    PolTREG właśnie postawił kolejny konkretny krok na drodze do komercjalizacji swojej przełomowej terapii komórkowej PTG-007. Gdańska spółka biotechnologiczna podpisała w czwartek 30 lipca 2026 roku ramową umowę doradczą z Parexel International – jedną z największych na świecie organizacji badawczo-rozwojowych (CRO). Celem jest kompleksowe przygotowanie dokumentacji i uzyskanie unijnego pozwolenia na dopuszczenie do obrotu (MAA) dla leku na cukrzycę typu 1 w stadium 3.

    Umowa z Parexel – krok milowy

    Zakres współpracy obejmuje wsparcie regulacyjne na każdym etapie procedury centralnej Europejskiej Agencji Leków (EMA). Parexel pomoże w przygotowaniu i koordynacji dokumentacji rejestracyjnej, prowadzeniu komunikacji z EMA, a także w opracowaniu planu zarządzania ryzykiem (RMP) i planu badań pediatrycznych (PIP). Co ważne, umowa przewiduje również przygotowanie dokumentacji na potrzeby wspólnej oceny klinicznej na poziomie UE (JCA) – to kluczowy element, który po rejestracji ma przyspieszyć drogę do refundacji w poszczególnych krajach.

    Zarząd PolTREG podkreśla, że zawarcie umowy jest realizacją zapowiedzi z lutego 2026 roku, kiedy to spółka otrzymała od EMA list uprawniający (eligibility letter). Potwierdzał on, że zebrane dane kliniczne są wystarczające, by złożyć wniosek rejestracyjny. Umowa z Parexel ma obowiązywać co najmniej do 31 grudnia 2027 roku, a wynagrodzenie ustalono na zasadach rynkowych, płatne w transzach w modelu unit-based pricing. Zdaniem zarządu współpraca z tak doświadczonym partnerem istotnie ogranicza ryzyka proceduralne i formalne, przy zachowaniu pełnej odpowiedzialności merytorycznej spółki za dane kliniczne.

    Planowane złożenie wniosku na początku 2027

    Zgodnie z informacjami ujawnionymi w mediach, złożenie kompletnego wniosku MAA (Marketing Authorisation Application) planowane jest na koniec lutego lub początek marca 2027 roku. To oznacza, że projekt wchodzi w fazę, którą w branży biotechnologicznej uznaje się za krytyczną dla budowania wartości. PolTREG przypomina, że PTG-007 to oparta na autologicznych limfocytach T regulatorowych (TREG) terapia, która może stać się pierwszą na świecie komórkową metodą modyfikującą przebieg cukrzycy typu 1 w stadium 3 – a jej rozwój opiera się na ponad 12 latach obserwacji pacjentów.

    Potencjał przychodowy – ponad 250 mln zł rocznie

    Spółka zdradziła również bardzo konkretne szacunki finansowe. Nawet przy konserwatywnych założeniach cenowych, obecna infrastruktura produkcyjna pozwoliłaby generować ponad 250 milionów złotych rocznych przychodów przy wysokiej rentowności. Zarząd zaznacza, że ograniczeniem nie jest popyt, ale właśnie moce wytwórcze – ich rozbudowa mogłaby jeszcze bardziej zwiększyć potencjał biznesowy. Choć podstawowym scenariuszem pozostaje podpisanie umowy partnerskiej z globalnym koncernem farmaceutycznym, spółka rozważa też model samodzielnej produkcji i sprzedaży.

    Reakcje rynku – odbicie akcji o 57%

    Wiadomości o postępach w procesie rejestracyjnym nie pozostały bez echa na warszawskiej giełdzie. Jak podaje serwis Comparic, kurs akcji PolTREG odbił od marcowego dołka o ponad 57%, a sam lipiec przyniósł wzrost o ponad 43%. To wyraźna zmiana nastrojów po głębokiej korekcie, która od sierpnia 2023 roku zjadała nawet 75% wartości spółki. Dla inwestorów biotechnologicznych takie wahania nie są jednak zaskoczeniem – to branża, w której przez lata finansuje się kosztowne badania kliniczne bez gwarancji sukcesu.

    „Nasze osiągnięcia w rozwoju terapii komórkowej opartej na autologicznych limfocytach T regulatorowych w leczeniu cukrzycy typu 1, budowane przez lata w laboratorium i w badaniach pacjentów, zostały docenione przez EMA, co potwierdziło otrzymanie listu uprawniającego w lutym, stwierdzającego, że dane kliniczne są wystarczające do złożenia wniosku o dopuszczenie do obrotu” – powiedział Piotr Trzonkowski, współzałożyciel i prezes PolTREG.

    Co dalej?

    Zarząd wyraźnie zaznacza, że podpisanie umowy z Parexel nie przesądza o konkretnym terminie złożenia wniosku ani o pozytywnym wyniku postępowania rejestracyjnego. Decyzja o dopuszczeniu leku do obrotu należy do unijnych organów i zależy od oceny pełnej dokumentacji. Spółka zapowiada, że będzie informować o dalszych istotnych zdarzeniach w trybie raportów bieżących. Tymczasem umowa z Parexel obowiązuje na cały okres obecnego projektu autoryzacji, nie krócej niż do 31 grudnia 2027 roku, a wynagrodzenie rozliczane jest w modelu unit-based pricing, co zapewnia kontrolę nad budżetem i efektywność kosztową.

  • Polska wkracza do gry: proponuje trójstronną fabrykę Patriotów z USA i Ukrainą

    Polska wkracza do gry: proponuje trójstronną fabrykę Patriotów z USA i Ukrainą

    Polska złożyła oficjalną propozycję utworzenia trójstronnej koprodukcji pocisków do systemów Patriot – z udziałem Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Polski. Podczas dwudniowej wizyty w Waszyngtonie wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka zaproponowała lokalizację bezpiecznej fabryki na terytorium Polski.

    Od pomysłu do konkretnej oferty

    Inicjatywa wpisuje się w szersze rozmowy o bezpieczeństwie, które nabrały tempa po szczycie NATO w Ankarze. To właśnie tam prezydent USA Donald Trump zadeklarował rozważenie budowy fabryki Patriotów na Ukrainie. Polska propozycja jest odpowiedzią na amerykańskie obawy dotyczące bezpieczeństwa takiej inwestycji w kraju ogarniętym wojną.

    „Oferta, jaką dzisiaj złożyłam ze strony polskiej, jest wychodząca naprzeciw pewnym obawom ze strony amerykańskiej” – powiedziała Sobkowiak-Czarnecka podczas briefingu w Waszyngtonie. „Zaproponowaliśmy, żeby to była współpraca w trójkącie, czyli Stany Zjednoczone, Ukraina, ale też Polska, bo chodzi o zabezpieczenie tej produkcji, żeby ta produkcja odbywała się po prostu w miejscu bezpiecznym”.

    Jak podkreśliła wiceszefowa MON, pociski Patriot to produkt potrzebny na całym świecie, co uzasadnia zaangażowanie Polski w koprodukcję. Polska delegacja przedstawiła tę propozycję w czwartek na spotkaniach w Pentagonie i Departamencie Stanu, a w piątek – ostatniego dnia wizyty – omawiała ją z kierownictwem Lockheed Martin.

    Reakcja amerykańskiego przemysłu

    Sobkowiak-Czarnecka relacjonowała, że jej rozmówcy z amerykańskiego przemysłu przyjęli polską propozycję z wyraźną ulgą.

    „Dla nich najważniejsze jest bezpieczeństwo ich pracowników, bezpieczeństwo lokalizacji produkcji i (…) podkreślają, że faktycznie Polska jest tym bezpiecznym terytorium” – dodała wiceszefowa MON, wskazując na codzienne ataki na Ukrainę jako dowód, że wojna nie wygasła.

    Przedstawiciele przemysłu podzielają obawy strony rządowej i podkreślają, że Polska jest bezpiecznym terytorium, szczególnie w obliczu codziennych ataków na Ukrainę. Rozmówcy zapewnili, że „z ulgą usłyszeli” o polskiej ofercie, a także – jak zaznaczyła wiceminister – słyszeli już o niej wcześniej od strony rządowej. Sobkowiak-Czarnecka zapewniła, że strona amerykańska zadeklarowała, iż zrobi wszystko, aby opóźnienia w dostawach sprzętu wojskowego jak najmniej dotknęły Polskę.

    Centrum serwisowe dla rakiet PAC-3 MSE

    To nie jedyny projekt, o który Polska zabiega w USA. Równolegle toczą się intensywne rozmowy w sprawie utworzenia w Polsce europejskiego centrum serwisowego dla rakiet PAC-3 MSE, które są kluczowe dla obsługi wyrzutni Patriot.

    Podczas szczytu NATO w Ankarze wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz podpisał wspólną deklarację ze Stanami Zjednoczonymi, Niemcami, Holandią i Szwecją o utworzeniu takiego centrum serwisowego w Europie. Sobkowiak-Czarnecka podkreśliła: „Teraz oczywiście cała gra toczy się o to, żeby takie centrum serwisowe powstało na terenie Polski”.

    Amerykańska baza w Polsce – konkretne kroki

    Wiceminister przypomniała również o postępach w kwestii potencjalnej stałej bazy wojsk USA w Polsce. Powołano już dwa zespoły robocze – polski i amerykański – które mają opracować szczegółowe wymagania infrastrukturalne.

    Jak zaznaczyła Sobkowiak-Czarnecka, aby baza mogła powstać, konieczna jest zmiana istniejącej umowy EDCA między USA a Polską, dostosowująca jej treść do wymogów nowej infrastruktury. Zespoły robocze mają opracować amerykańskie wymagania dotyczące przyjęcia żołnierzy, przede wszystkim w zakresie infrastruktury. To pozwoli polskiej stronie oszacować koszty, a docelowo potrzebna będzie specjalna ustawa regulująca finansowanie bazy.

    Pytana przez PAP o termin przybycia dodatkowych amerykańskich żołnierzy, wiceszefowa MON wyjaśniła, że chodzi przede wszystkim o uzupełnienie tzw. opóźnionej rotacji. Przypomniała też o deklaracji prezydenta Trumpa dotyczącej dodatkowych 5 tysięcy żołnierzy. „Dzisiaj przede wszystkim czekamy na konkretny termin, kiedy to się wydarzy. Ja mam nadzieję, że to się wydarzy w ciągu kilku tygodni” – powiedziała.

    Zaznaczyła również, że choć pewne wycofania amerykańskich sił z Europy mają miejsce i będą kontynuowane, to nie dotkną one Polski, co uznała za ważną deklarację dla polskiego bezpieczeństwa.

    Polska jako hub dla amerykańskich firm

    Sobkowiak-Czarnecka wzięła także udział w konferencji EU Defence Night w Waszyngtonie, podczas której podkreślała, że Polska może być hubem dla amerykańskich firm na terenie Unii Europejskiej.

    Co dalej?

    Wiceszefowa MON zapowiedziała, że teraz będą toczyły się dalsze rozmowy w tej sprawie między USA, Ukrainą a Polską. Polska czeka na odpowiedź strony amerykańskiej. Amerykańscy rozmówcy zapewnili, że będą robić wszystko, aby opóźnienia dostaw sprzętu wojskowego jak najmniej dotknęły Polski.

  • Koniec fikcyjnych kar? MS chce bezwzględnego więzienia dla pijanych kierowców z zakazem

    Koniec fikcyjnych kar? MS chce bezwzględnego więzienia dla pijanych kierowców z zakazem

    Ministerstwo Sprawiedliwości szykuje rewolucję w karaniu pijanych kierowców. Po głośnych wypadkach z udziałem nietrzeźwych osób, które dodatkowo miały sądowe zakazy prowadzenia pojazdów, resort przedstawił projekt radykalnie zaostrzający sankcje. Najważniejsza zmiana? Obowiązkowe, bezwzględne więzienie dla kierowców łamiących zakaz prowadzenia pojazdów pod wpływem alkoholu lub narkotyków.

    Co dokładnie zakłada projekt?

    Nowelizacja przewiduje, że sąd będzie zobligowany do orzeczenia kary pozbawienia wolności wobec kierowcy, który prowadzi pojazd w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środków odurzających, jednocześnie naruszając sądowy zakaz. Możliwość zawieszenia wykonania tej kary będzie przysługiwać jedynie w wyjątkowych przypadkach.

    Resort chce wyeliminować kilka obecnie stosowanych przez sądy możliwości łagodzenia odpowiedzialności. Przede wszystkim chodzi o:

    • Warunkowe zawieszenie kary – dziś jest ono możliwe nawet wobec nietrzeźwych kierowców, u których stężenie alkoholu jest niższe niż 1,5 promila. Nowe przepisy mają to wykluczyć.
    • Warunkowe umorzenie postępowania – obecnie sąd może umorzyć sprawę, jeśli uzna, że szkodliwość czynu i wina sprawcy są niewielkie, a jego postawa nie budzi zastrzeżeń. Po zmianach ta możliwość zniknie nawet dla osób po raz pierwszy złapanych na jeździe po alkoholu.
    • Zamianę kary więzienia na grzywnę lub prace społeczne – tak zwana kara wolnościowa nie będzie już dostępna dla tej grupy sprawców. Sąd będzie musiał wymierzyć karę pozbawienia wolności.

    Planowany projekt zakłada również wyłączenie możliwości umorzenia spraw wobec kierowców mających powyżej 0,5 promila alkoholu we krwi, ale posiadających uprawnienia do kierowania, lub wobec trzeźwych osób, które prowadzą pojazdy mimo zakazu.

    Eksperci: to może być zbyt surowe

    Część prawników wyraża poważne obawy co do proponowanych rozwiązań. Zwracają uwagę, że obligatoryjne kary więzienia znacząco ograniczą możliwość indywidualizacji kary przez sędziów. Prof. Andrzej Sakowicz z Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego, cytowany przez „Rzeczpospolitą”, uważa, że obecne przepisy pozwalają na adekwatną reakcję sądów, a po raz pierwszy nie nadużywano możliwości warunkowego umorzenia postępowania wobec nietrzeźwych kierowców. Jego zdaniem proponowane przepisy w części przypadków mogą być zbyt surowe.

    Choć każdorazowo musimy pamiętać o okolicznościach danej sprawy, to są sytuacje, w których adekwatne będzie poprzestanie na karze ograniczenia wolności nie niższej niż od 4 miesięcy albo grzywnie w wysokości co najmniej 150 stawek dziennych – mówi prof. Sakowicz.

    Jeszcze ostrzej projekt ocenia dr Grzegorz Bogdan z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ekspert nie kryje, że proponowane zmiany „trąci populizmem”. Zwraca uwagę na paradoks: złagodzenie kary (zamiana na grzywnę lub prace społeczne) będzie nadal możliwe wobec sprawcy śmiertelnego wypadku komunikacyjnego, zagrożonego karą do 8 lat pozbawienia wolności. Tymczasem kierowca jadący pod wpływem alkoholu – który stwarza potencjalne zagrożenie, ale którego czyn zagrożony jest karą tylko do 3 lat więzienia – z tej możliwości nie skorzysta.

    Wypadek – nawet ze skutkiem śmiertelnym – to czyn popełniony nieumyślnie. Prowadzenie pojazdu w stanie nietrzeźwości lub bez uprawnień jest tymczasem intencjonalne i świadome – zauważa dr Bogdan.

    Podobne wątpliwości budzi fakt, że możliwość złagodzenia kary ma pozostać dla sprawcy umyślnego przestępstwa sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym, za które grozi kara do 8 lat pozbawienia wolności. Ekspert przewiduje, że po ewentualnym głośnym incydencie pojawią się naciski, by katalog wyłączeń dalej rozszerzać.

    Projekt zmian został przedstawiony przez Ministerstwo Sprawiedliwości po głośnych wypadkach z udziałem nietrzeźwych kierowców, którzy łamali sądowe zakazy. Szczegóły propozycji ujawniła „Rzeczpospolita”.

  • Dolar w odwrocie: USD/PLN poniżej 3,75 zł. Co stoi za nagłym osłabieniem?

    Dolar w odwrocie: USD/PLN poniżej 3,75 zł. Co stoi za nagłym osłabieniem?

    Dolar w ostatnich dniach ostro traci na wartości – para USD/PLN spadła poniżej 3,75 zł, a euro kosztuje już tylko 4,31 zł. W ciągu dwóch tygodni amerykańska waluta straciła wobec złotego około 6 groszy. Co stoi za tą nagłą przeceną?

    Fed mniej jastrzębi niż zakładano

    Główny powód to zmiana oczekiwań co do polityki pieniężnej Rezerwy Federalnej. Na lipcowym posiedzeniu FOMC stopa funduszy federalnych pozostała na poziomie 3,50–3,75 proc., co nie było zaskoczeniem. Zaskoczeniem była natomiast liczba głosów sprzeciwu: aż trzech z dwunastu gubernatorów opowiedziało się za podwyżką stóp. To nietypowa sytuacja – w ostatnich dwóch dekadach przyzwyczailiśmy się do decyzji z co najwyżej jednym głosem przeciw.

    Nowy prezes Fed Kevin Warsh zagłosował za utrzymaniem stóp, choć w komentarzu po posiedzeniu używał „jastrzębiej” retoryki. Zapytany, dlaczego nie poparł podwyżki, wskazał na rekordowy od 42 dni wzrost rentowności obligacji skarbowych – jego zdaniem rynek sam zaostrzył warunki finansowe, wyręczając bank centralny. W efekcie rynek terminowy wycenia obecnie około 65 proc. prawdopodobieństwa wrześniowej podwyżki stóp (wg narzędzia FedWatch grupy CME).

    Do tego doszły gorsze od oczekiwań dane o amerykańskim PKB. Wskaźnik jest annualizowany – symuluje całoroczną dynamikę na podstawie ostatniego kwartału, więc spadek wzrostu nie jest tak ostry, jak sugeruje surowa liczba. Niemniej sygnalizuje problem: im słabsza gospodarka, tym słabszy rynek pracy, co przez podwójny mandat Fed może wpływać na decyzje o stopach.

    Bank Japonii najprawdopodobniej interweniował

    Trzecim czynnikiem jest gwałtowny ruch na parze USD/JPY. W czwartek 30 lipca dolar spadł z ponad 163 jenów do poniżej 159 jenów w ciągu kilkudziesięciu minut. Takie zachowanie kursu zwykle oznacza interwencję banku centralnego – w tym wypadku najpewniej Banku Japonii. To pierwsza taka akcja od trzech miesięcy, wymuszona spadkiem wartości jena do najniższego poziomu od 40 lat. Tokio chce powstrzymać dalszy wzrost kosztów utrzymania w kraju dotkniętym drożyzną paliw wynikającą z wojny na Bliskim Wschodzie. Na razie BOJ oficjalnie nie potwierdził interwencji, ale większość analityków wskazuje go jako odpowiedzialnego.

    Bank Anglii coraz bliżej obniżki stóp

    Po drugiej stronie Atlantyku funt również traci – kurs GBP/PLN spadł z 5,04 zł do 5,02 zł po tym, jak Bank Anglii pozostawił stopę na poziomie 3,75 proc., ale aż trzech z dziewięciu członków komitetu głosowało za jej cięciem. To sygnał, że obniżka jest coraz bliżej – teraz wystarczy przekonać jeszcze dwóch kolejnych głosujących.

    Inflacja w Polsce i strefie euro rośnie

    Ze wzrostem inflacji konsumenckiej mamy do czynienia także w Polsce. Według szybkiego szacunku GUS, w lipcu wskaźnik CPI wyniósł 3,0 proc. rok do roku – powyżej celu inflacyjnego NBP wynoszącego 2,5 proc. Cel ten był jednorazowo osiągnięty w czerwcu, gdy paliwa były tańsze i obowiązywały obniżone stawki VAT. W lipcu przywrócono jednak 23-procentowy VAT na benzyny i olej napędowy, a do tego doszedł globalny wzrost cen produktów naftowych. W efekcie ceny paliw w Polsce skoczyły o 15,8 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem i o 13,9 proc. względem czerwca.

    Podobnie w strefie euro – wstępne dane Eurostatu wskazują, że zharmonizowany indeks cen konsumpcyjnych (HICP) w lipcu wyniósł 2,9 proc., wobec 2,8 proc. w czerwcu. To piąty miesiąc z rzędu z dynamiką cen przekraczającą 2-proc. cel EBC. Ekonomiści spodziewają się, że Europejski Bank Centralny zacznie podnosić stopy już od września.

    Cięcie polskich stóp coraz mniej pewne

    Jeszcze niedawno prezes NBP Adam Glapiński sugerował, że po wakacjach Rada Polityki Pieniężnej może zdecydować się na cięcie stóp procentowych. Eskalacja wojny na Bliskim Wschodzie sprawiła jednak, że rynek nie widzi już żadnych szans na obniżki. Pojawiają się nawet prognozy, że w ciągu 12 miesięcy w Polsce można spodziewać się jednej lub dwóch podwyżek o 25 punktów bazowych. Z punktu widzenia relacji walutowych zaostrzenie polityki NBP miałoby jedną dobrą stronę – powinno stanowić osłonę dla złotego, zwłaszcza gdy stopy będą podnosić Fed i EBC.

    Kolejne posiedzenie FOMC odbędzie się we wrześniu. Wówczas okaże się, czy Fed zdecyduje się na podwyżkę, czy jednak Warsh przeforsuje dalsze oczekiwanie.

  • Rosnące koszty zmieniają podejście Polaków do remontów

    Rosnące koszty zmieniają podejście Polaków do remontów

    Remont mieszkania to dla wielu Polaków nie tylko wyzwanie organizacyjne, ale i finansowe. Z najnowszego badania wynika, że aż 55% rodaków ostatnie prace modernizacyjne wykonało własnymi siłami lub z pomocą rodziny i znajomych. Tylko co czwarty ankietowany zdecydował się na zatrudnienie profesjonalnej ekipy na każdym etapie.

    Samodzielność czy fachowcy?

    Dane pochodzą z raportu „To my. Polacy o nieruchomościach – II kwartał 2026”, przygotowanego przez agencję Inquiry na zlecenie serwisu Nieruchomosci-online.pl. Badanie przeprowadzono w maju na reprezentatywnej próbie 1003 dorosłych Polaków.

    Pełną samodzielność zadeklarowało 30% respondentów, a kolejne 25% wykonało prace przy doraźnym wsparciu bliskich. W grupie tej przeważają właściciele domów – 36% z nich remontuje w pojedynkę, podczas gdy wśród posiadaczy mieszkań odsetek ten wynosi 25%. Odwrotnie jest w przypadku zlecania wszystkiego fachowcom: taką opcję wybrało 30% właścicieli mieszkań i zaledwie 18% właścicieli domów.

    Coraz większą popularność zyskuje model mieszany – 20% badanych powierza specjalistom tylko najtrudniejsze zadania, resztę robiąc samodzielnie. W praktyce oznacza to, że proste prace, takie jak malowanie ścian, montaż mebli czy drobne naprawy, wykonują sami, a do fachowców trafiają instalacje elektryczne, hydrauliczne oraz bardziej skomplikowane modernizacje. Autorzy raportu podkreślają, że trend ten napędzają rosnące ceny materiałów budowlanych oraz stawki za robociznę. W ostatnich latach koszty te znacząco wzrosły, co zmusza wiele osób do szukania oszczędności poprzez samodzielne działanie. Prace remontowe pozostają jednym z poważniejszych wydatków w domowych budżetach, dlatego Polacy coraz dokładniej planują zakres prac i rozkładają je w czasie, zamiast decydować się na gruntowną przebudowę od razu.

    Kto najchętniej bierze sprawy w swoje ręce?

    Największą aktywność remontową wykazują Polacy w wieku 35–44 lata – aż 70% z nich ostatnie prace wykonało osobiście lub z pomocą rodziny. To jednocześnie grupa uznawana za najbardziej aktywną na rynku nieruchomości. Można przypuszczać, że chęć oszczędności oraz gotowość do samodzielnych działań tłumaczą tak wysoki odsetek.

    Ile wydajemy na remont?

    Zakres remontów w polskich domach i mieszkaniach jest raczej skromny. Jedynie 18% respondentów określiło ostatnie prace jako remont generalny. Reszta ograniczała się do odświeżenia pojedynczych pomieszczeń, drobnych modernizacji lub napraw. Najczęściej były to mniejsze projekty – wymiana elementów wyposażenia, poprawa komfortu użytkowania czy kosmetyczne zmiany.

    Kwoty przeznaczane na ten cel również pozostają umiarkowane. Połowa ankietowanych wydała nie więcej niż 15 tys. zł, a spora część tej grupy zmieściła się nawet w budżecie do 5 tys. zł. Przedział od 15 tys. do 30 tys. zł wskazało 18% badanych. Dane te sugerują, że zamiast gruntownych przebudów Polacy coraz częściej wybierają etapowe remonty rozłożone w czasie, co pozwala lepiej kontrolować wydatki.

    Aranżacja bez remontu

    Zmiana wyglądu mieszkania nie zawsze wiąże się z dużymi pracami. Aż 40% respondentów deklaruje, że przynajmniej raz w roku wymienia dekoracje lub elementy wystroju. Z kolei 30% odświeża wnętrza poprzez przemeblowanie. Takie drobne zabiegi pozwalają zmienić charakter pomieszczeń bez konieczności ponoszenia kosztów związanych z wynajęciem ekipy remontowej. W czasach wysokich cen usług budowlanych niewielkie modernizacje, które dają efekt odświeżenia przy znacznie niższym budżecie, zyskują na popularności.

    Badanie „To my. Polacy o nieruchomościach – II kwartał 2026” przeprowadziła w maju agencja Inquiry na zlecenie Nieruchomosci-online.pl na reprezentatywnej grupie 1003 dorosłych Polaków.

  • Iberia kontra kryzys. Hiszpania i Portugalia wyprzedzają Europę

    Iberia kontra kryzys. Hiszpania i Portugalia wyprzedzają Europę

    Prognozy gospodarcze dla strefy euro poszły w rozsypkę, ale nie każdy region Starego Kontynentu został dotknięty w równym stopniu. Podczas gdy największe gospodarki Wspólnoty hamują, Półwysep Iberyjski notuje wyniki, które przyciągają uwagę inwestorów.

    Perspektywy, które legły w gruzach

    Jeszcze na przełomie 2025 i 2026 roku ekonomiści prognozowali wzrost PKB w strefie euro na poziomie około 1,3 proc. za cały 2026 rok. Główną siłą napędową miały być Niemcy, których gospodarka — napędzana stymulusem fiskalnym w sektory infrastruktury i obrony — miała urosnąć o ponad 1 proc. Taka perspektywa sprawiła, że od grudnia 2025 do lutego 2026 kapitał inwestycyjny zaczął płynąć ze Stanów Zjednoczonych do Europy. Indeks Euro Stoxx 600 zyskał wtedy ok. 13 proc., podczas gdy S&P 500 przyniósł około 7 proc.

    Przełom nastąpił na przełomie lutego i marca, wraz z wybuchem konfliktu na linii Stany Zjednoczone–Iran. Eskalacja doprowadziła do zablokowania Cieśniny Ormuz — kluczowego szlaku transportu surowców energetycznych dla Europy. Ceny energii poszybowały w górę, co przełożyło się na wzrost oczekiwań inflacyjnych i rewizję prognoz wzrostu. Obecnie rynek oczekuje, że PKB w strefie euro wyniesie w 2026 roku zaledwie 0,6 proc., a w 2027 roku 1,2 proc. Prognozy dla samych Niemiec to odpowiednio 0,6 proc. i 1,1 proc.

    Hiszpania i Portugalia na fali

    Mimo trudnej sytuacji, inwestorzy wciąż mogą znaleźć w Europie atrakcyjne rynki. Przykładem jest Półwysep Iberyjski. Dynamika PKB Hiszpanii w latach 2026–2027 jest prognozowana na 2,3 proc. i 1,8 proc. Z kolei Portugalia ma urosnąć odpowiednio o 1,9 proc. i 1,8 proc.

    Te prognozy przekładają się już na wyniki giełdowe. Indeks hiszpańskich spółek Ibex 35 zyskał od początku roku ponad 12 proc., a portugalski PSI 20 wzrósł ponad 8 proc. Dla porównania, niemiecki DAX zanotował stopę wzrostu na poziomie zaledwie 3 proc. Co więcej, hiszpański rynek akcji bije również amerykański S&P 500, który od początku roku przyniósł 9 proc.

    Hiszpania jest czwartą co do wielkości gospodarką Unii Europejskiej. Wśród jej mocnych stron ekonomiści wymieniają silny popyt krajowy, wzrost populacji napędzany imigracją oraz odporny rynek pracy.

    Zaskakujące dane za drugi kwartał

    Tymczasem najnowsze, opublikowane 30 lipca dane pokazują, że strefa euro zaskoczyła rynek pozytywnie. Wzrost PKB w drugim kwartale wyniósł 0,4 proc. kwartał do kwartału, po spadku o 0,2 proc. w pierwszych trzech miesiącach roku. Średnia prognoz zakładała zwyżkę o zaledwie 0,2 proc. W ujęciu rocznym PKB strefy euro wzrósł o 1 proc., czyli dwukrotnie więcej niż oczekiwano.

    – Patrząc naprzód, podejrzewamy, że strefa euro będzie nadal dość dobrze znosić szok energetyczny związany z Iranem i prognozujemy wzrost PKB na poziomie około 0,25 proc. na kwartał przez najbliższy rok lub coś koło tego. Istnieją ryzyka spadkowe, jeśli ceny energii pozostaną bardzo wysokie, ale te ryzyka mogą być mniejsze, niż powszechnie się zakłada – komentuje Andrew Kenningham, ekonomista z firmy badawczej Capital Economics.

    Niemcy, Francja i Włochy też lepiej od prognoz

    Pozytywnie zaskoczyły również największe gospodarki regionu. PKB Niemiec wzrósł w drugim kwartale o 0,2 proc. kwartał do kwartału, wobec prognoz zakładających 0,1 proc. Jak zauważa Timo Wollmershaeuser, szef prognoz w niemieckim instytucie Ifo, mimo rosnących cen energii gospodarka utrzymała trajektorię ożywienia dzięki ekspansywnej polityce fiskalnej i impulsom z zagranicy, zwłaszcza w sektorze wytwórczym. Z kolei Carsten Brzeski z ING wskazuje, że niektóre branże przemysłowe skorzystały na tym, iż azjatyccy konkurenci ucierpieli bardziej z powodu zamknięcia Cieśniny Ormuz. To pierwszy raz od lockdownów pandemicznych, gdy niemiecka gospodarka nie skurczyła się przez cztery kwartały z rzędu.

    Francuski PKB również wzrósł o 0,2 proc. kwartał do kwartału, co uchroniło kraj przed techniczną recesją. Wzrost wsparły odbicie w wydatkach gospodarstw domowych oraz wyższe dostawy z sektora lotniczego. Włochy zanotowały dynamikę na poziomie 0,2 proc., po 0,3 proc. w pierwszym kwartale. Najlepiej wypadła Hiszpania, której wzrost PKB przyspieszył z 0,6 proc. do 0,7 proc. kw./kw., a w ujęciu rocznym sięgnął 2,7 proc.